Kultura, humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.


kram

    Tak mi się w życiu złożyło, że zostałem handlarzem i sprzedawałem owoce na straganie. Wprawdzie za młodu marzyłem żeby zostać prawnikiem, ale nic z tego. I bardzo dobrze. Po czterdziestu latach handlowania wdzięczny jestem losowi za to, że tak wyszło, że nie zostałem jakimś tam mecenasem, bo zanudziłbym się chyba na śmierć w tych papierach, to same bzdury i tylko frustracja, bo trzeba się trzymać prawa, a nawet je wypełniać. Ohyda.
    Więc miałem swój stragan. Pod pięknym nieprzemakalnym parasolem. Stałem sobie i przychodzili do mnie ludzie. Wszyscy, jak leci: prawnicy, którym za młodu zazdrościłem, nauczyciele-krótkowidze, sportowcy, którym wszystko w mięśnie poszło, stare baby, małe dzieci, księża, dozorcy, taksówkarze, studenci, bezrobotni. Całe społeczeństwo. Walili do mnie jak muchy na lep, tylko po to żeby kupić parę jabłuszek albo śliwek. Ja sobie stałem, a oni przychodzili. Dużo miałem czasu żeby się im przyjrzeć. I przyjrzałem się. Wszystkim po kolei. Po tonie głosu byłem w stanie rozpoznać, kto chce sobie dogodzić gruszeczkami, czy to nauczyciel, czy lekarz, albo jakiś zwykły chuligan. Po paru latach wcale nie musiałem patrzeć na klienta, wystarczy, że się odezwał, a od razu wiedziałem z kim mam do czynienia. Im więcej ich przychodziło, tym łatwiej ich rozpoznawałem. A że u mnie zawsze wszystko można było dostać, i to świeże, ściągały do mnie tłumy. Miałem renomę. Sprzedawałem nawet różne takie dziwactwa z Antypodów, jakieś orzeszki które już nie pamiętam jak się nazywały, brusznice nowozelandzkie i poziomki z Kapadocji, żurawiny arabskie i miniaturowe dynie patagońskie.
     Przychodzili więc i kupowali. Dogadzali sobie jak mogli. Byliby w stanie wszystko zjeść. Gdybym nie pilnował towaru to by mi go w mig rozparcelowali. Zeżarliby jak świnie. Niezależnie od statusu społecznego ani od tego, jakimi grubymi portfelami wymachiwali. Pod tym względem niczym się od siebie nie różnili. Aż im ślina ciekła na widok różnokolorowych delicji. I najczęściej przychodzili zaraz po porze obiadowej, już nażarci, syci, ale niezadowoleni, bo jeszcze nie przegryźli orzeszka pistacjowego, albo nie przyłożyli kawałkiem miniaturowej dyni patagońskiej.
     A może jeszcze tych śliweczek, a może jeszcze to, albo to, o, a co to takiego, to takie ładne, tego jeszcze nie próbowałam, proszę dołożyć, a niech będzie z pół kilo, bardzo proszę. Proszę bardzo. I życzę pani smacznego.
     Och, ty głupia babo, ty gruby lichwiarzu, co do mnie codziennie przychodzisz, bodaj wam wszystkim te pestki kołkiem w gardle stanęły. Nie zasłużyliście na nic innego jak na śmierć przez udławienie.
     W miarę jak interes się rozwijał trzon mojej klienteli stanowić zaczęły beczki sadła o wiecznie wilgotnych ustach. Obrzydliwie oblizujące się pokraki. Przyjdzie to to do domu, wydali co zeżarło, prześpi się i od rana znów się napcha. Kupował u mnie taki jeden księgowy chory na serce. Wyobraziłem go sobie wypchanego, jak ptaka, przytwierdzonego na stojąco do drewnianej podstawki, i mało nie wybuchnąłem śmiechem, kiedy życzyłem mu, durniowi, smacznego deseru.
 

     Któregoś dnia miara się przebrała. Nie mogłem już patrzeć na to co się działo. Przyszła raz taka jedna pani z potrójnym podbródkiem, zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem do kontenera z melonami. Głupia zaczęła wymachiwać rękami, wołać o pomoc, ale na szczęście nikt nie zareagował. Był to jedyny klient jakiego straciłem w całej swojej kupieckiej karierze.
 Niedługo po tym wydarzeniu sprzedawałem już coś zupełnie innego, coś, przed czym wszyscy moi klienci uciekliby gdzie pieprz rośnie, gdyby tylko wiedzieli, jakimi to specjałami ich karmiłem. Szczególna była to dieta. Otóż zacząłem sprzedawać owoce zatrute. Trutką na szczury, strychniną, arszenikiem, związkami cynku i ołowiu, różnymi alkaloidami. Nie w dawkach śmiertelnych, ale w porcjach systematycznie skracających życie. Nie było ani jednego owocu na moim straganie który nie byłby zatruty. Zjedzenie jednego nie było jednak szkodliwe. Tylko regularne obżeranie się mogło z czasem doprowadzić do śmierci.
     Co ciekawe, z biegiem lat klientów ciągle przybywało. Uprawianie procederu truciciela w niczym nie zmieniło sytuacji. Tyle tylko że rotacja klientów nieco się zwiększyła. Z zapisków statystycznych jakie wkrótce zacząłem prowadzić wynikało, że na jednego otrutego klienta przypadało trzech nowych. Jak ze smokiem, któremu w miejscu obciętej głowy wyrastają trzy następne. Trułem ich jednak nieprzerwanie wzorem dawnych trucicieli Napoleona: stopniowo i pomału. Widać nie byli jednak godni tej szlachetnej, wypróbowanej historycznie metody. Przybywało ich coraz więcej i więcej. Wciąż pojawiali się nowi, coraz młodsi i coraz starsi.
     Jeżeli przedtem przychodziły tłumy, to teraz po prostu rzesze. W jednej z gazet pojawiło się nawet zdjęcie lotnicze placu na którym sprzedawałem. I trzeba przyznać, że widok był niesamowity: kłębowisko głów, rąk, nóg, kobiety, dzieci, ludzie starzy i w sile wieku, młodzież. Kłębią się i depczą po sobie. Wśród ogólnego zgiełku nie dało się oczywiście usłyszeć kto czego chce. Sprzedawałem więc co popadnie.  Doszło do tego, że przestałem zwracać uwagę na różnicę w cenach i każdemu z nich dawałem to co mi tylko wpadło w ręce.
     Nic więc dziwnego, że w końcu się zniechęciłem. Przestałem truć. Zwinąłem kram i wyjechałem z miasta na zawsze.

q

AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © 2000 Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1