|
|
|
w y d a r z e n i e |
spotkanie
Pewien człowiek poszedł kiedyś
do pracy, ale po drodze spotkał drugiego człowieka, który, kupiwszy bochenek
białego chleba, wybierał się właśnie do domu.
I to właściwie wszystko.
o zjawiskach i jestestwach nr 2
Oto butelka wódki — tak zwany
napój wyskokowy. A obok niej widzicie Mikołaja Iwanowicza Sierpuchowa.
Oto z butelki podnoszą się alkoholowe opary. Posłuchajcie jak wciąga
nosem powietrze Mikołaj Iwanowicz Sierpuchow. Popatrzcie jak się oblizuje,
jak mruży oczy. Jak widać, jest mu przyjemnie, przede wszystkim dlatego,
iż jest to napój wyskokowy.
Ale zwróćcie uwagę na fakt, że za plecami Mikołaja
Iwanowicza nie ma niczego. Nie, żeby tam stała jakaś szafa, albo komoda,
albo coś w tym rodzaju — tam w ogóle nie ma nic — nie ma nawet powietrza.
Tego, rzecz jasna, nie można sobie nawet wyobrazić.
Lecz możecie na to splunąć; nas interesuje jedynie
napój wyskokowy i Mikołaj Iwanowicz Sierpuchow.
Oto Mikołaj Iwanowicz bierze butelkę do ręki i podnosi
ją do swego nosa. Mikołaj Iwanowicz wącha i porusza ustami jak królik.
Teraz nadszedł czas, aby powiedzieć, że nie tylko
za plecami Mikołaja Iwanowicza, lecz także z przodu — że tak powiem
— przed piersią — i w ogóle wokół niego nie ma nic. Absolutna nieobecność
wszelkich bytów, lub też — jak nam kiedyś wbijano w głowy — nieobecność
wszelkiej obecności.
Zainteresujmy się jednakże wyłącznie napojem wyskokowym
i Mikołajem Iwanowiczem.
Wyobraźcie sobie, że Mikołaj Iwanowicz zagląda do
wnętrza butelki z napojem wyskokowym, potem podnosi ją do ust, przechyla
butelkę do góry dnem, i wypija — wyobraźcie sobie — cały napój wyskokowy.
Nieźle, co? Mikołaj Iwanowicz wypił napój wyskokowy
i zatrzepotał oczami. Nieźle, co? I jak on to zrobił!
A my powinniśmy teraz powiedzieć następującą rzecz.
Prawdę mówiąc, nie tylko za plecami Mikołaja Iwanowicza, czy też z przodu,
albo wokół niego, lecz także w środku Mikołaja Iwanowicza niczego nie było,
nic nie istniało.
„Nic” mogło rzecz jasna istnieć w ten sposób, który właśnie opisaliśmy,
a sam Mikołaj Iwanowicz mógł jednocześnie cudownie egzystować — to, oczywiście,
prawda. Ale mówiąc szczerze, sęk w tym, że Mikołaj Iwanowicz nie istniał
i nie istnieje. I o to właśnie chodzi.
Zapytacie, a co z butelką z napojem wyskokowym?
Przede wszystkim, dokąd podział się ów napój, jeśli został wypity przez
nieistniejącego Mikołaja Iwanowicza? No dobrze, butelka została, ale gdzie
jest napój wyskokowy? Przed chwilą jeszcze był, a teraz go nie ma. Przecież,
jak mówicie, Mikołaj Iwanowicz nie istnieje. Więc jak to tak?
I tutaj sami zaczynamy wikłać się w niejasności.
A poza tym — o czym to przed chwilą mówiliśmy? Powiedzieliśmy
przecież, że zarówno w środku, jak i na zewnątrz Mikołaja Iwanowicza niczego
nie ma. A jeśli ani w środku, ani na zewnątrz nie ma nic, to znaczy, że
nie ma także butelki. I co teraz?
Z drugiej jednak strony, zwróćcie uwagę na rzecz
następującą: jeżeli mówiliśmy, że nic nie istnieje, ani wewnątrz, ani na
zewnątrz, to pojawia się pytanie: wewnątrz i na zewnątrz czego? Widocznie
coś jednak istnieje. A może i nie istnieje? Dlaczego więc mówimy “zewnątrz”
i “wewnątrz”?
Ale nie, widocznie jednak zabrnęliśmy w ślepy zaułek,
i sami nie wiemy co powiedzieć.
Do widzenia.
święto
Na dachu pewnego domu siedzieli
dwaj kreślarze i jedli kaszę gryczaną.
Naraz, jeden z kreślarzy wykrzyknął radośnie, i wyciągnął z kieszeni
długą chusteczkę do nosa. Przyszedł mu bowiem do głowy znakomity pomysł:
zawinąć w rożek chusteczki dwudziestokopiejkową monetę, zrzucić wszystko
razem z dachu na ulicę i popatrzeć, co z tego wyniknie.
Drugi kreślarz, który szybko pojął zamysł pierwszego,
dokończył kaszę gryczaną, wyczyścił nos i, oblizawszy palce, zaczął przyglądać
się koledze.
Praca nad doświadczeniem z chusteczką i dwudziestokopiejkową
monetą została jednak przerwana. Na dachu, na którym siedzieli obaj kreślarze,
wydarzyło się bowiem coś, co nie mogło zostać niezauważonym.
Dozorca Ibrahim przymocowywał do komina długą tyczkę
z wyblakłą flagą.
Kreślarze zapytali Ibrahima, co to znaczy, na co
Ibrahim odpowiedział: — Znaczy to, że w mieście dzisiaj święto. — A jakie
to święto, Ibrahimie? — dopytywali się kreślarze.
— A takie, że nasz ulubiony poeta napisał nowy poemat
— powiedział Ibrahim.
I zawstydzeni swoją niewiedzą kreślarze rozpłynęli
się w powietrzu.
Żył pewien rudy człowiek, który
nie miał ani oczu ani uszu. Nie miał też włosów, tak więc określenie „rudy”
było umowne.
Mówić on nie umiał, ponieważ nie miał ust. Nosa
też nie miał.
Nie miał także rąk ani nóg. Nie posiadał też ani
brzucha, ani pleców, ani ramion ani żadnych wnętrzności. Niczego nie miał!
Dlatego też nie jest jasne, o kogo chodzi.
Już lepiej nie będziemy więcej o nim mówić
wypadki
Pewnego dnia Orłow objadł się
tłuczonym grochem i umarł. A Kryłow, dowiedziawszy się o tym, także umarł.
A Spirydonow umarł sam dla siebie. A żona Spirydonowa spadła z kredensu
i też umarła. A dzieci Spirydonowa utopiły się w stawie. A babcia Spirydonowa
zaczęła pić i poszła w świat. A Michajłow przestał się czesać i zachorował
na egzemę. A Krugłow narysował damę z knutem w rękach i zwariował. A Pierekriestow
dostał w telegramie czterysta rubli, i tak zważniał, że wyrzucili go z
pracy.
Porządni ludzie, a nie umieją stanąć na obie nogi.
wylatujące staruchy
Pewna starucha z nadmiernej
ciekawości wyleciała z okna, spadła i rozbiła się.
Z okna wychyliła się druga starucha i zaczęła przyglądać się tej, co
się rozbiła, ale, z nadmiernej ciekawości też wyleciała z
okna, spadła i rozbiła się.
Potem z okna wyleciała trzecia starucha, potem czwarta,
potem piąta.
Kiedy wyleciała szósta, znudziło mi się to patrzenie
na staruchy i poszedłem na Michajłowski rynek, gdzie, jak mówią, pewnemu
ślepcowi podarowali wiązany szal.
złudzenie optyczne
Założywszy okulary, Siemion
Siemionowicz, patrzy na sosnę i co widzi? Na sośnie siedzi facet i pokazuje
mu pięść.
Zdjąwszy okulary, Siemion Siemionowicz patrzy na
sosnę i widzi, że na sośnie nikt nie siedzi.
Założywszy okulary, Siemion Siemionowicz, patrzy
na sosnę i znowu widzi, że na sośnie siedzi facet i pokazuje mu pięść.
Zdjąwszy okulary, Siemion Siemionowicz znowu widzi,
że na sośnie nikt nie siedzi.
Ponownie założywszy okulary, Siemion Siemionowicz,
patrzy na sosnę i znowu widzi, że na sośnie siedzi facet i pokazuje mu
pięść.
Siemion Siemionowicz nie życzy sobie uwierzyć w
to zjawisko i uważa je za złudzenie optyczne.
Andriej Andriejewicz Mjasow
kupił na rynku knot i zabrał go ze sobą do domu.
Po drodze Andriej Andriejewicz zgubił knot i wszedł
do sklepu, żeby kupić sto pięćdziesiąt gramów kiełbasy połtawskiej. Potem
Andriej Andriejewicz wszedł do mleczarni i kupił butelkę kefiru, następnie
wypił w kiosku mały kubek kwasu chlebowego i ustawił się w kolejce po gazety.
Ogonek był stosunkowo długi, więc Andriej Andriejewicz stał w kolejce nie
mniej niż dwadzieścia minut, kiedy jednak zbliżył się do sprzedawcy gazet,
to gazety, przed samym jego nosem skończyły się.
Andriej Andriejewicz zaszurał w miejscu nogami i poszedł do domu, ale
po drodze zgubił kefir i wstąpił do piekarni, gdzie kupił francuską bułkę,
ale zgubił kiełbasę połtawską.
Tak więc Andriej Andriejewicz ruszył prosto do domu,
lecz po drodze upadł, zgubił francuską bułkę i zepsuł swoje binokle.
Do domu Andriej Andriejewicz wrócił bardzo zły i od razu położył się
spać. Długo nie mógł zasnąć, lecz kiedy mu się to wreszcie udało, przyśniło
mu się, że zgubił gdzieś szczoteczkę do zębów i czyści zęby jakimś świecznikiem.
początek przepięknego
letniego dnia
symfonia
Jak tylko zapiał kogut, Tymoteusz
wyskoczył z okienka na daszek i wystraszył wszystkich, którzy o tej porze
byli na ulicy. Rolnik Charyton wziął kamień i cisnął nim w Tymoteusza.
Tymoteusz gdzieś zniknął. — Ale zwinny! — wrzasnęło ludzkie stado, a niejaki
Zubow, wziąwszy rozpęd, z całej siły wyrżnął głową o ścianę. — Ech! — krzyknęła
baba, co miała upławy. Ale Komarow zrobił tej babie cacy-cacy, i baba z
wyciem uciekła do sieni. Obok przechodził Feteljuszkin i chichotał. Do
niego podszedł Komarow i powiedział: — A ty czego rżysz, tłuściochu! —
po czym uderzył Feteljuszkina w żołądek. Feteljuszkin oparł się o ścianę
i zaczął czkać. Romaszkin pluł z górnego okna, próbując trafić w Feteljuszkina.
Obok, wielkonosa baba biła korytem swoje dziecko. A młoda, tłuściutka matka
tarła śliczną dziewczynkę twarzą po ścianie z cegieł. Maleńki piesek, złamawszy
swoją cieniutką nóżkę, poniewierał się na chodniku. Malutki chłopczyk wyjadał
ze spluwaczki jakieś paskudztwo. Przed sklepem kolonialnym stała długa
kolejka za cukrem. Baby głośno jazgocząc tłukły się na wzajem torbami.
Rolnik Charyton, spiwszy się denaturatem, stał przed babami z rozpiętymi
spodniami i powtarzał nieprzyzwoite słowa.
W taki sposób zaczął się piękny letni dzień.
|
|
![]() |
|