Kultura, humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.


w poszukiwaniu zmarnowanego czasu

    Pijemy piwo. Smakuje jak nie zdatne do picia.
    - I tak to jest.
    Święta prawda. Ma rację mówiąc tak. Mógłbym coś dodać od siebie, ale nie ma takiej potrzeby.
    - A ty co porabiasz?
    Co ja porabiam? Dobre pytanie. Właściwie nic. I nic i nie-nic. Zawsze się coś robi.
    - Uczę się grać na mandolinie.
    - Rozumiem.
    Siedzimy więc i pijemy piwo. Tak jakbyśmy odprawiali jakiś rytuał. Jakieś nabożeństwo: dwóch facetów siedzi naprzeciwko siebie i sączy złocisty napój. Czuję wręcz, że spełniam jakiś obowiązek względem jakiegoś boga.
    - A zresztą, czy to nie wszystko jedno?
Takie pytanie nazywa się pytanie retoryczne. Pytanie bez odpowiedzi. Bo przecież nie zdobywam się na wysiłek udzielenia odpowiedzi. Co mógłbym odpowiedzieć? Burknąć coś pod nosem, wymamrotać jakąś sentencję pożałowania godną.
    - A jutro znów od nowa.
    Co za wspaniały zwrot: ,,od nowa". Wiele razy zastanawiałem się nad nim. Zawsze myślałem wtedy nad synonimicznym zwrotem ,,na nowo". Nie ,,od nowa", ale ,,na nowo". To faktycznie bez różnicy. A jednak…
    - Patrz na tego gościa z prawej.
    Gość z prawej ma dużą brodę i jest całkiem łysy. Kiwa głową i śmieje się. Siedzi sam. I podobnie jak my, pije piwo. Ciekawe jak się nazywa. Ciekawe, jak się wabi. Na dźwięk jakiego imienia reaguje. Jest albo pijany albo nienormalny. Niestety chyba to drugie. Jakiś nieszczęśliwy człowiek. Kto wie, może w jego życiu wydarzyło się coś, po czym zapuścił brodę i zaczął mówić do siebie.
    A my ciągle siedzimy. Nabożeństwo zaczyna się przedłużać. Zmieniają się kapłani i wierni. Jedni wychodzą, na ich miejsce przychodzą następni. Niesamowita sztafeta alkoholowa. Ale nie tylko. Nawet bardzo nie tylko. Trudno dokładnie określić co nas tu sprowadziło. Instynkt?
    Mijają minuty i nic się nie zmienia. Docierają do nas głosy. Ogólnie mówiąc rozgardiasz, hałas, taki w sam raz.
Już dłuższy czas nic nie mówi. Ja też nic nie mówię. Przedtem jeszcze mówiliśmy, później ja przestałem a on gadał, w końcu i on przestał. Nadejdzie taki moment, że wypowie się to zdanie po którym wstaniemy i pójdziemy sobie.

 
    Ktoś mógłby powiedzieć, że marnujemy czas i myśli. Że to do niczego nie prowadzi. Jakiś troskliwy człowiek mógłby tak powiedzieć. Zaproponować nam coś wartościowego. Ale my i tak moglibyśmy mu niejedno odpowiedzieć.
    - Będziemy się zbierać.
    - Tak, będziemy się zbierać - odpowiadam mojemu odbiciu. Wstaję z krzesła i machinalnie ruszam naprzód, ale za szybko, bo nie wiem kiedy walę głową w lustro, formalnie rozbijam sobie o to lustro głowę, czuję, że głowa mi pęka, krew się leje, widzę na czerwono.
    Dochodzę do siebie. Stoję na dwóch nogach, w środku koła ludzi, którzy śmieją się ze mnie na całego.
    - Będziemy się zbierać - słyszę. - No, chodźmy już.
    I rzeczywiście wychodzimy na jasną, szeroką ulicę, gdzie jest dużo słońca, dużo jasnych ludzi.                                           q



AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © 2000 Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1