|
Strona poświęcona utworom scenicznym Jeana Tardieu. Z czasem przybywać będzie sztuczek, informacji, itp. Fotografia z 1991 r. Fotografia Fernanda Dubuisa Fotografia paryska (1984) „Ma main guache par ma main droite” (1927) Na rowerku (1910) Portret. Pastela Marcela Rienera (1910) Portret (1922) Rękopis Wystają od lewej: Guilly, Lescure, Tardieu, Queneau (1945) Z córką Alix (1940) |
![]() |
|
Osoby: NAUKOWIEC – na początku
młody, starzeje się z biegiem akcji.
[Wszystko, co widać na scenie
(z prawej strony), to olbrzymie biurko rozmiarów lady sklepowej bądź sędziowskiej
ławy, przykryte obrusem sięgającym ziemi, zarzucone książkami i papierami,
z kałamarzem, wagą, globusem i czaszką.
NAUKOWIEC [w kwiecie wieku]: Całe moje życie pochłonęła praca. Rozpocząłem od czytania wszystkiego, co napisali inni – w każdej dziedzinie wiedzy. Potem zająłem się sobą. Tak bowiem jak do Człowieka powraca człowiek, po skończonej wędrówce przez wszechświat, tak ja oddałem się studiom nad tym dziwnym zwierzęciem. I jakoż w najszlachetniejszej jego części zacni autorzy upatrują zaranie i lokum wiedzy, tak przedmiotem mych badań była głowa i mózg człowieka. Wreszcie, albowiem istnieje związek między zbiorem a zbiornikiem, stałem się ekspertem od ludzkiej czaszki: czaszka – oto, gdzie leży tajemnica! [Wziąwszy czaszkę ze stołu, przygląda się jej.] REPORTER [wyłania się ciemności, w ręku notes i ołówek]: Podobno jest pan o krok od odkrycia „wyższego stadium” ludzkiej czaszki. Co dokładnie rozumie pan pod pojęciem „wyższe stadium”? NAUKOWIEC: Gwoli ścisłości, niczego jeszcze nie odkryłem. Prowadzę w tym kierunku badania; osiągnąłem etap opisu „wyższego stadium” – składowej dowodów naukowych, dających podstawy twierdzić, iż ludzka czaszka przejdzie niebawem transformację, gotowa zawrzeć w sobie mózg nieskończenie doskonalszy od naszego. REPORTER: Bardzo dziękuję za tę cenną informację. [znika w ciemności] NAUKOWIEC: Ach! „Wyższe stadium”! Kiedy tylko pomyślę, ile tułania się po świecie mnie to kosztowało! Morze czaszek zmierzyłem, we wszystkich szerokościach geograficznych, gromadziłem dowody, podważałem teorie... a cel ciągle jeszcze jest daleko. Gdzież, no gdzież szukać tej cudownej czaszki, czaszki geniusza, czaszki Człowieka Przyszłości? Gdzież ją odnaleźć? I jak, gdzie? Kiedyż to się stanie? PIELĘGNIARKA [wyłania się w świetle]: Jak tam, mój chłopcze? Taki dzień, a ty ciągle przy pracy? NAUKOWIEC [z irytacją]: Hę, co? O co chodzi? PIELĘGNIARKA: Masz dzisiaj ślub, mój drogi! No, chodź już, trzeba się przygotować. Panna młoda czeka już w ślubnej sukni, goście stoją pod kościołem. Pośpiesz się! [Słychać urywek „Marsza weselnego” Mendelssohna – jakżeż by inaczej! NAUKOWIEC jednak nie rusza się z miejsca.] NAUKOWIEC: Dzień po ślubie powróciłem do pracy. Miałem przemiłą, czarującą żonę. Cicho siadywała przy mnie, a ja pracowałem... [Reflektor wyłania z ciemności młodą kobietę siedzącą przy biurku męża, robiącą na drutach. Wybija północ.] ŻONA: Czy na dzisiaj nie wystarczy już aby pracy, mój drogi? Bardzo już późno. NAUKOWIEC [czule]: Nie jeszcze, droga moja! Muszę jeszcze ustalić korelacje między różnorakimi pomiarami, jakie właśnie nadeszły – z całego świata! Ale ty powinnaś się już położyć – w twoim stanie – nie wolno ci się przemęczać! No, idź już...! [ŻONA znika] Mijały dni, mijały lata. Dziś widzę już wyraźnie rosnącą krzywą ludzkiej czaszki, od zarania dziejów aż po pierwsze wieki cywilizacji. Ten wykres zobrazuje, przerywaną linią, kontynuację tej cudownej drogi! Cóż za wzruszający widok! PIELĘGNIARKA [wyłania się ciemności, na ręku niemowlę w powijakach]: No, popatrz! Prawda, że uroczy? NAUKOWIEC [jakby budził się ze snu]: Hę, co? Co takiego, co tam znowu? Ach, tak, to ten paleolityczny wisus z Cheddar Gorge. Oczekiwałem go. Proszę, połóż tutaj. PIELĘGNIARKA [śmiejąc się]: Ależ skąd! To przecież twój pierworodny! Zupełnie, jak tato! Mam nadzieję, że będzie mieć braciszków i siostrzyczki! [znika] NAUKOWIEC: Zaczynałem zyskiwać sobie międzynarodową renomę. Szereg zagranicznych akademii mianowało mnie honorowym członkiem. Tylko ojczyzna we mnie wątpiła. [Ktoś delikatnie puka] GŁOS MAGDALENY [małej dziewczynki]: Tatusiu, mogę? Chciałabym z tobą porozmawiać. NAUKOWIEC: Oczywiście, Magdusiu, wejdź proszę. MAGDALENA [pojawia się przy ojcu]: Biedny tatuś! Tak ciężko tatuś pracuje!... A ludzie są dla ciebie tacy niedobrzy, tacy niedobrzy! NAUKOWIEC: Dlaczego, Magdusiu? MAGDALENA [wybucha płaczem]: Och, tatusiu, gdybyś ty wiedział...! NAUKOWIEC: Ale o co chodzi. Mówże! [łagodnie] Oblałaś egzamina? MAGDALENA: Och, tatusiu, stało się coś znacznie gorszego! NAUKOWIEC: Mówże więc, o co chodzi. MAGDALENA: Mój starzy brat przyszedł ze szkoły wieczorem... w strasznym stanie... Wygląda na to, że robią sobie pośmiewisko... z ciebie! NAUKOWIEC: Ze mnie? MAGDALENA: Tak! Urządzili paradę! Uczniowie nieśli olbrzymią tekturową czaszkę podświetloną chińskimi latarniami i śpiewali okropną piosenkę, wyśmiewając się z twojej pracy! [Słychać śpiewających uczniów, śpiew wzmaga się, potem niknie. Śpiewają w rytmie „Raspy”:] Czaszka, czaszka, czaszka!
NAUKOWIEC [śmieje się]: Mój Boże, to wszystko? Ach, moja Magdusiu, zupełnie nie ma się czym przejmować. Niech sobie śpiewają, są młodzi... Nie bój się, Magdusiu, nie przeszkodzą mi w pracy! W ciągu najbliższych dni sama zobaczysz, wszyscy uwierzą w moje odkrycie. Jestem na właściwym tropie! [MAGDALENA znika] Trzeba by czegoś więcej, niż tylko zawiedzionych nadziei czy niegodziwości, żeby mnie powstrzymać! Moje życie płynęło dalej, w zasadzie całkiem spokojnie, a moja kolekcja czaszek tak się rozrosła, że musiałem zakupić specjalny magazyn i tam je wszystkie gromadzić... MAGDALENA [teraz młoda, piękna kobieta; jest bardzo zdenerwowana]: Tatusiu! Tatusiu! Och, tatusiu! NAUKOWIEC [poirytowany]: Co tam znowu? MAGDALENA: Tatusiu, ja już dłużej nie mogę! Życie z moim mężem stało się niemożliwe, on już jest nie do wytrzymania! Właśnie od niego uciekłam razem z dziećmi. Co ja teraz zrobię? Och, Boże! NAUKOWIEC: Cóż, rozwiedź się. Po co tyle gadania? Po co się męczyć, skoro to takie proste? MAGDALENA: Według ciebie to proste. Proste, prawda? Siedzisz zagrzebany w książkach, więc cóż to dla ciebie? Ale książki, czaszki i pomiary to jeszcze nie wszystko! Czaszki są martwe! A życie? Co z życiem – z naszym życiem? Dla ciebie ono nic nie znaczy! [znika] NAUKOWIEC [wzrusza ramionami]: Ciekawie było zaobserwować, jak przesadną wagę przywiązują ludzie do błahostek! Czymże było nasze drobne rodzinne nieporozumienie wobec zdumiewającej Przygody Człowieczej! Och, tak, Człowiek widział i gorsze, doprawdy, rzeczy, odkąd został stworzony! I ciągle będzie oglądać, nim wreszcie jego czaszka osiągnie maksymalne rozmiary... Chwileczkę... O czym to ja... Co ja zrobiłem z tą książką, na miłość boską! Doskonała monografia mojego najlepszego ucznia, Duńczyka! Musiała wpaść pod stół!... [na moment znika pod stołem, a kiedy znowu się pojawia, jest już stary i siwy. Gdy dokonuje się ta przemiana, słychać muzykę, najlepiej jakiś drobny romantyczny kawałek. NAUKOWIEC mówi złamanym głosem]: Dawno przeminęły dni, kiedy nie mogłem znaleźć książek, bo cały stół, cały mój gabinet był nimi usłany. Dziś moja biblioteka zajmuje całe jedno piętro. Ze wszystkich stron świata przybywają tu ludzie, żeby móc z niej korzystać. [Ktoś puka] Proszę! REPORTER [również się postarzał]: Przez wiele lat nie kontaktowałem się z panem. Przykro mi, że moja powtórna wizyta ma miejsce w tak bolesnych okolicznościach... pańska żona... ogromnie mi przykro... NAUKOWIEC [udręczony]: Co proszę...? O czym pan mówi? Moja żona... [przypomina sobie] Ach, tak, bo przecież...! Zupełnie zapomniałem... Biedna, najdroższa towarzyszka na drodze mego życia!... Przez czterdzieści lat razem ani na chwilę nie była mi ciężarem. Dała mi dziesięcioro dzieci – z których szóstka, niestety, odeszła jeszcze przed nią. Pozostała czwórka świetnie sobie dzisiaj radzi. Mam siedmioro wnuków. Są one wielką pociechą mojego podeszłego wieku. REPORTER: Więc jednak, w tak wielkiej żałobie, dane jest panu pocieszenie! Ale czyż może być coś wspanialszego niż uznanie, jakim ojczyzna postanowiła uhonorować pańską pracę? [znika] NAUKOWIEC: Tak, w istocie. Rodacy moi, późno bo późno, ale wreszcie uznali znaczenie mych badań. Wykład w Królewskim Towarzystwie Nauk Przyrodniczych, na politechnice w Littlehampton, wreszcie „Komandor Orderu Imperium Brytyjskiego”... Zasypywano mnie zaszczytami!... A jednak – mój cel wciąż jeszcze był za daleki, abym mógł się nimi cieszyć! Choć byłem coraz bliżej, cel wciąż pozostawał nieosiągalny! Wszyscy mówili o „wyższym stadium”, ale nikt nie potrafił dowieść prawdziwości jego istnienia – nawet ja! Ileż lat długich mordęgi przede mną, nim znajdzie się w moim ręku Czaszka, ta, której szukam? Wreszcie, któregoś dnia, pracując jak co dzień, zakręciło mi się w głowie... Poczułem w głowie ciężar, rosnący coraz bardziej i bardziej... I wtedy... [pada na biurko, znika za stertą książek.] GŁOS SPIKERA RADIOWEGO: Dziś Anglia żegna jednego z najwybitniejszych naukowców. Po sześćdziesięciu latach nieprzerwanych badań, w momencie, kiedy jego życiowe dzieło miało właśnie się wypełnić, dosięgła go śmierć – umarł wczoraj wieczorem przy swoim biurku. [Urywek muzyki pogrzebowej. Zaraz po niej pojawiają się trzej lub czterej naukowcy, odziani w anglezy (w wersji francuskiej – surduty, lecz w tym przypadku byłby to raczej niewłaściwy ubiór). Ten, który zabiera głos, kładzie na stole paczkę zawiniętą w gazetę.] MŁODY NAUKOWIEC: Panowie! Z głębokim wzruszeniem gromadzimy się w tym miejscu, by oddać hołd naszemu mistrzowi. Jego życie było wzorem bezgranicznego oddania się nauce. A może nawet więcej – nie życie jedynie, ale również śmierć – nade wszystko, jego śmierć! I jedno, i drugie, służyły dostarczeniu nam dowodu na to kolosalne odkrycie, którego on sam nie był w stanie w pełni zrozumieć. I nic w tym dziwnego! Jak panowie wiecie, mistrz nasz zalecił dokonanie sekcji zwłok na swoim ciele, ze szczególnym uwzględnieniem pomiarów jego czaszki. Cóż, drodzy panowie. Czaszka, której poszukiwał przez całe życie, ta ludzka – lub raczej, nadludzka – czaszka, zdolna pomieścić pełnię wiedzy, dziś oto leży przed wami – jego własna czaszka! [Kończąc mowę, wyjmuje z zawiniątka czaszkę, pokazuje ją kolegom, ci biją brawo, daje się słyszeć kilka taktów – a jakże! – „Tańca śmierci” Saint-Saens’a.] KURTYNA
|
|
|
|
|