|
|
Nie był bogaty. Ponocy
Kowalewski. Przede wszystkim był samotny. Tak. Tym jednym mógł się pochwalić,
jak się zdaje, przed rzeczywistością. Kawaler, szary, w przysłowiowej szarości,
rzecz jasna, człowieczek. Lat niemłodych a przy tym zgodnie ze średnią
niepowodzeniową, planowo nieciekawych. Jak w życiu. Jak w życiu sześćdziesięcioletniej
istoty czysto ludzkiej, nikomu w drogę nie wchodzącej postaci, człowieczka,
ceniącego sobie ośmiogodzinny sen nocny. Zdrowy tryb życia. Poranna gazetka
i bułki na śniadanie, a potem spacer. Bujany fotel o uczernionych farbą
poręczach i głęboki talerz z pozłacaną obwódką to jego ulubione przedmioty.
Też żałował, od czasu do
czasu, swojej przeszłości. Nie był w tym inny niż pozostała część odpowiednio
zagubionego społeczeństwa, w którym dane mu było żyć. I jak każdy żywił
tę urazę, lepką i nieświeżą, do odczytywania z własnych myśli tych pytań,
na które nigdy nie ma odpowiedzi. Preferował uzasadnioną bierność człowieczych
poczynań, co zwykł nazywać zgodą na świat. Uwielbiał proste stwierdzenia
i proste zdania uderzające w samo sedno, niezależnie od tego, jakiej dziedziny
życia dotyczyły. Kupił sobie, co prawda niedrogi i w miękkiej okładce,
zbiorek aforyzmów i epigramatów. Z dziecięcą radością potrafił zapamiętać
to lub insze powiedzenie, pasujące jak ulał do przywołanej na myśl sytuacji.
Prenumerował także krajowe czasopismo erotyczne o objętości czterdziestu
stron.
Siedemnastego
maja po zjedzeniu śniadania, złożonego z jaja na twardo i dwóch kromek
grahama, Ponocy Kowalewski postanowił nic nie robić przez cały dzień za
wyjątkiem obrania ziemniaków na obiad. Trzy godziny później wstał z rozbebeszonego
łóżka i ani myśląc je ścielić zaczął przechadzać się po pokoju. Ni stąd,
ni zowąd, z baczną uwagą zaczął przyglądać się przedmiotom. Bujany fotel
z czarnymi poręczami, pomalowanymi grubą warstwą farby dobrej jakości.
Poręcze przyjemne w dotyku. Śliski lakier nadawał im wysoce estetyczny
wygląd. "Jak ja lubię ten mój bujak" - pomyślał. Wkrótce po zachwycie opanowała
go dziecięca, radosna chęć usadowienia na nim swojego szerokiego siedzenia,
co uczynił nad wyraz godnie i zgrabnie jak na swój wiek i pochodzenie.
To taki jego mały tron, z którego spokojnym, zrównoważonym wzrokiem zwykł
spozierać w ramach odpoczynku na otaczających go podwładnych - przedmioty
gorsze. Lampa, którą znalazł dwa lata temu na śmietniku, bawełniane zasłony
zwisające z karnisza, gipsowa rzeźba przedstawiająca ogiera.
Siedział na bujaku i myślał. Zastanawiał się. Po dwunastu minutach
myślenia doszedł do wniosku, że sam nie wie po co żyje. Tak go to zaskoczyło,
że udławił się własną śliną. Zaczął kaszleć, charczeć, zrobił się czerwony
na twarzy, bo przecież to tylko ślina, a on o mały włos nie stracił życia,
o którym właśnie dowiedział się, że jest bezcelowe. W końcu się uspokoił.
Ale co z tego, skoro wniosek do jakiego doszedł najwyraźniej uszkodził
mu mózg. Jakby go ktoś walnął młotkiem w czerep. Toczył wokół przekrwionym
spojrzeniem, jak nie on. Po co, po co to wszystko, ten obiad, te ziemniaki,
to myślenie, po co ja. Kto w ogóle słyszał o takim imieniu? Ponocy. Po
czym? Po nocy, ale po co, po co? Po co Ponocy, no po co? To koniec - zadecydował.
Następnego
dnia już o siódmej rano stał w kolejce przed Instytutem Badań Porównawczych.
Komisja Likwidacyjna przyjmowała dopiero od dziesiątej (urzędnik to ma
życie!), a już zgromadziło się mnóstwo ludzi. Wszyscy podekscytowani. Każdy
czeka na swoją kolej. Niektórzy spotkali znajomych i gorączkowo szepczą
między sobą. Gorąca atmosfera. Ponieważ Ponocy Kowalewski nie spotkał nikogo
znajomego, zwrócił się do stojącego tuż przed nim starszego pana w berecie:
- Pan też do likwidacji?
- Owszem, ma się rozumieć
- promieniował staruszek. Czerstwy na twarzy i emanujący zdrowiem.
- Bo widzi pan, - kontynuował
niecierpliwie Ponocy Kowalewski - wczoraj doszedłem do wniosku, że to najlepsze
rozwiązanie.
- Wszyscy są tego zdania.
Coraz więcej ludzi się przekonuje. Panie, czytałem ostatnio, że przeprowadzili
badania. Znaczy się sondaż. Okazuje się, że tendencja jest zwyżkowa. Pan
widzi tego blondyna w jesionce? (tu wyciągnął palec w bliżej nie określonym
kierunku). Rozmawiałem z nim, to student. I co? Młody, a nie głupi. Coraz
więcej młodych ludzi tu przychodzi. No niech pan sam powie. Nie lepsze
to, niżby się mieli gdzie szlajać, narkotyzować i Bóg jeden wie co jeszcze?
Ludzie mądrzeją, panie. Jak ja byłem młody, nikomu by to do głowy nie przyszło.
Było ciężko, panie. Ale ludzie mądrzeją, nie dają się...
Starszy pan w berecie pewnie
długo by jeszcze perorował, gdyby nie tumult i zgiełk, jaki powstał. Tłum
się poruszył, zafalował. Otworzono drzwi.
- Zaczęli przyjmować! -
Ponocy Kowalewski nie ukrywał radosnego podniecenia i jak wszyscy jął się
cisnąć hen pod schody, aby bliżej, aby szybciej, aby już.
Zlikwidowano go jeszcze
tego samego dnia. Mimo rosnącej liczby petentów Komisja Likwidacyjna wywiązała
się ze swoich zobowiązań bez zarzutu. Nikogo nie odprawiono z kwitkiem
ani nie skierowano gdzie indziej. Obsłużono nawet inżyniera Łerkowskiego,
chociaż ten spóźnił się ponad pół godziny. Najpierw długo śmiano się z
jego nazwiska, a kiedy on sam przyznał, że to właśnie ono go tutaj sprowadziło,
wszyscy spojrzeli nań z podziwem. Gratulowano mu wyboru i nazwiska.
Mieszkanie po Ponocym Kowalewskim zajęło młode małżeństwo z czwórką dzieci. Przeprowadzono w nim generalny remont. Wzbogacono je o nowe meble i dywany, ściany prócz obrazów przyozdobiły liczne fotografie. Ze starych sprzętów został tylko bujany fotel. Mieszkanie ożyło, stało się bardziej przytulne, jasne, częściej wietrzone i odwiedzane. q
|
|
![]() |
|