|
|
Po ostatnim meczu naszej piłkarskiej reprezentacji, po wygranej 3-1 z Ukrainą w Kijowie, znów popadliśmy w samouwielbienie. Renomowane firmy medialne, dotąd znane z konstruktywnej krytyki – w tych firmach pracują przecież i wypowiadają się eksperci piłkarscy znani nam wszystkim z nazwiska, więc dość oczywistości – w tych właśnie, cieszących się dotąd słuszną opinią zdrowego futbolowego rozsądku gazetach, pojawiły się komentarze i wypowiedzi tak dziecinne, tak niepoważne, głupie po prostu, że aż wierzyć się nie chce, że to te same gazety. Byle co, byle iluzja, złudzenie wzrokowe i już trąbimy w trąby, zupełnie bez powodu, a cały świat, jak zwykle, znowu się z nas śmieje, pęka ze śmiechu, można powiedzieć, że w przenośni od tego śmiechu zmienia mu się namagnetyzowanie, obrót ziemi, oś obrotu, bieguny – właśnie przyszła nam w sukurs świetna gra słów – biegunki dostaje ten świat od pękania ze śmiechu, od parsknięć nie do opanowania – znowu jesteśmy pośmiewiskiem świata!
3-1 z Ukrainą, też coś! Po prostu „dobre sobie!”. Czy ktoś w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w ogóle myślałby, czy w ogóle tak absurdalny mecz przeszedłby mu przez myśl? Nikt by nie pomyślał i nikomu przy zdrowych zmysłach taki mecz absolutnie by nie przeszedł. To komedia, a my z siebie robimy komików, błaznów, komediantów. Przejdźmy jednak do meritum. Chodzi o to, że straciliśmy rozeznanie i nic a nic nie znamy się na piłce.
Pytanie fundamentalne: czy ten mecz był czymś, czym można by się chlubić? Odpowiedź: wszystkie trzy bramki padły po katastrofalnych, kamikadzowskich wprost błędach drużyny przeciwnej. Godzi się przytoczyć w tym miejscu znaną wypowiedź Kazimierza Górskiego. Ten wielki trener wiedział, co mówi, formułując największą polską sokratesowską sentencję piłkarską: „gra się tak, jak pozwala przeciwnik”. Pora na pytanie kolejne: jak przytoczona maksyma ma się do sobotniego meczu? Odpowiedź: przeciwnik pozwolił nam na wszystko, na co możliwe jest pozwolić drużynie przeciwnej – pozwolił nam wygrać! Dał nam, czyli sobie – brzmi nielogicznie, ale taki właśnie był ten mecz, nielogiczny – strzelić trzy bramki. Ukraińska obrona stała i się patrzyła, jak nasi reprezentanci biegną w kierunku ich własnej (tzn. ukraińskiej) bramki. Synowie spod znaku tryzuba nie kiwnęli palcem w swoich korkach, żeby naszym reprezentantom przeszkodzić, a tylko dlatego, że to biało-czerwoni biegli w kierunku bramki i strzelili aż trzy gole, nam się wydaję, że to nasza zasługa. Wierutna bzdura! Po stokroć nadrealna niedorzeczność! Każdy zdrowy mężczyzna z takich pozycji trafiłby bez pudła. Obejrzyjcie państwo ten mecz powtórnie na wideo, to się przekonacie, jak głupi patriotyzm was zaślepił w ten deszczowy, bezsensowny dzień.
Postawmy więc pytanie trzecie: komu należą się pochwały za wygraną? Trenerowi, piłkarzom, czy układom przy zielonym obrusiku i paprotkach? A może wieloletniej, konstruktywnej krytyce mediów, na której wychowało się już całe jedno pokolenie? Odpowiedź: pochwała nie należy się nikomu. Chwalić należy jedynie matematykę. A konkretnie – rachunek prawdopodobieństwa.
To proste jak przysłowiowy parasol. Jak wiemy, sześciu ostatnich meczów nasza reprezentacja nie wygrała. Wyciągnijmy wniosek – nasza reprezentacja w końcu musiała wygrać. I padło, jak rzut kostką, za siódmym razem wyskoczyła szóstka i tyle całej zagadki – biedny sfinks, złoty cielec, przed którym teraz media i społeczeństwo plackiem leżą, spada tym samym jak kamień strącony w przepaść. Tak w życiu jest, bo życie jest średnie, a nam się zdaje, że osiągnęliśmy sukces. Gdybyśmy tego dnia grali z Włochami albo z Francją, też byśmy wygrali 3-1. I na tym polega spryt trenera selekcjonera, że ma ścisły umysł i umie rachować. Sprytnie rozegrał sześć nieważnych meczów, żeby rachunek prawdopodobieństwa mógł zadziałać na takiej samej zasadzie, jak po całym upalnym tygodniu spada wreszcie, tak bardzo potrzebny rolnikom, rzęsisty deszcz. Tym tłumaczy się jego podejrzany przedmeczowy spokój i pewność siebie wyrażana w mediach – to są jego własne słowa – mówił, że jeszcze niektórych zaskoczy i wygra. Nie dziwota. Wystarczy umieć liczyć, a nie tylko Kijów się zdobędzie, ale i Las Vegas. Teraz trener selekcjoner ma tylko jeden problem – jak zorganizować kolejne sześć nieważnych meczów przed następnym istotnym eliminacyjnym spotkaniem. Będzie ciężko. Ale w sporcie wszystko jest możliwe! Niech chociaż nasi reprezentanci rozegrają ze sześć sparringów pod rząd z krajowymi drużynami trzecioligowymi, jak to mają w zwyczaju czynić na zgrupowaniach, a tak zwane szczęście znowu się do nas uśmiechnie, i Walia i Białoruś wyjadą od nas z kilkubramkowym bagażem zerowym, a my będziemy mogli sobie śpiewać starą, brzydką, rycerską przyśpiewkę szalikowców:
Zagrali, zagrali, zagrali se równo
dla Polski trzy punkty, a dla Walii gówno.
Na zakończenie o samej grze naszych reprezentantów. Niech zamiast przysłowiowych „kilku słów” posłuży depesza na temat występów naszej reprezentacji – taki mały, zbiorczy, epistolarny traktacik o kondycji polskiej piłki nożnej, nadesłany do jednego z hermeneutów Miesięcznika dwa lata temu. Nadawcą był nasz przyjaciel, wieloletni doradca przyrodniczy, Czesław C. Nadał on tę depeszę przed przeszło dwoma laty i mniej więcej w tym czasie ją otrzymaliśmy, ale co z tego, skoro nie tylko temat w niej poruszany nie stracił na aktualności, ale zyskawszy aktualność nową, być może otworzy on dzisiaj oczy tym wszystkim rodakom, którzy w chwiejnym zaślepieniu przekazują sobie z ust do ust wieść o rzekomym sukcesie narodowej reprezentacji, całkiem bez ładu i składu, zachwytem jak watą wypełniając puste miejsce po zdrowym rozsądku, jakie pozostawił on po sobie w ich żenadę budzących wypowiedziach.
DEPESZA ZACZYNA SIĘ TUTAJ
Refleksje na temat sportu
Do sięgnięcia za klawisze
zmusiła mnie refleksja - tytułowa zresztą. Oglądał Pan a zapewne zapoznał
się z wynikami spotkań narodowej reprezentacji kopaczy piłki. Przyzna
Pan, że nie było to widowisko sportowe na poziomie, którego można było
oczekiwać. Jeżeli Pan tak przyzna, automatycznie przyzna mi Pan rację i
nada mojemu pisaniu sens głębszy, przenikający przez wymiary i uderzający
w struny, których dotąd nikt poza nami nie był wstanie usłyszeć (ani dojrzeć)
- to na wypadek, gdyby ktoś był wzrokowcem. Ja na ten przykład wzroku używam
tylko w ostateczności.
Ale do rzeczy. Otóż oglądnąłem naprzód jedno
spotkanie, parę dni potem drugie i w połowie owego drugiego spotkania naszła
mnie wzmiankowana wcześniej refleksja - K... coś tu nie gra. - Po chwili
doszedłem do wniosku i mam nadzieję, że przyzna mi Pan rację po raz wtóry,
że nie gra nasza reprezentacja. Zamiast gry systematycznie zabija we mnie
i prawdopodobnie w innych kibicach wiarę we footbol (soccer po waszemu).
Ba w sport, w przesłanie czystej rywalizacji opartej na samodoskonaleniu
swego ciała i ducha tym piękniejszego w dyscyplinach drużynowych, że połączonego
z rozwojem innych zawodników tworzących drużynę. Drużynę tworzącą jedność
dzięki uzupełniającym się funkcjom poszczególnych zawodników, ich wspólnej
radości grania w piłkę oraz, co najważniejsze, uskrzydlonej zaszczytem
noszenia na swych strojach białego orła. Tak tych jedenastu chłopaków uosabia
to co w sporcie jest najważniejsze, co powoduje, że tak kochamy piłkę.
Oni lubią to robić wyszli na boisko, by pokazać radość z rywalizacji pozbawionej
jakiegokolwiek wyrachowania. ITD.
Myśląc w ten sposób szukałem potwierdzenia na
pozostałych (w tym momencie się pochwalę - 204 kanałach, które oferuje
obecnie TV) przeglądając stacje natrafiłem na MŚ w puszczaniu latawców.
Piękny sport odetchnąłem jednak są enklawy na tym świecie w których żyją
ludzie nie skażeni. Pomagający sobie nawzajem rozplątywać linki i cieszący
się z tego, że mogą wspólnie uprawiać swoje HOBBY. No te latawce uskrzydliły
mnie nieco i zacząłem szukać dalej.
Miałem tego wieczoru szczęście trafiłem na kolejne
MŚ tym razem w robieniu lewatywy. Sport u nas praktycznie nie znany. Nie
było biało-czerwonych. Rzecz się działa w Oslo było kilkanaście reprezentacji
narodowych. Do walki o złoto weszli - reprezentant gospodarzy, Estonii
i Zjednoczonego Królestwa. Estończyk musiał zadowolić się brązem - brzmi
to dwuznacznie. Tu na marginesie muszę dodać, że zawodnicy mieli stroje
zunifikowane - białe obcisłe kombinezony z wyciętym symetrycznie otworem
na odbyt. Było dwóch sędziów i lekarz wykonujący zabieg - miał potwornie
wielkie żółte rękawice. Każdy z zawodników miał swoje stanowisko - stał
w rozkroku lekko wypięty trzymając się leżanki a pod nim pod wyciętym otworem
stała duża miednica, której zawartość spisywała komisja sędziowska.
Tak jak wspomniałem brązem zadowolił się Estończyk,
który jako pierwszy popuścił. (Chodziło o to kto dłużej powstrzyma się
od defekacji). Do zawodów był fachowy komentarz po angielsku i zawodnik
zapytany co się stało podczas zmagań z jelitami, dosłownie odpowiedział:
- Szło mi bardzo dobrze niestety ten razowy chleb (chyba tym karmili ich
przed zawodami?) poczynił w moim żołądku prawdziwe spustoszenie i
jeden niefrasobliwy bąk zakończył moje zmagania.
Pissing without farting is like a wedding without
music - zapisałem sobie komentarz sprawozdawcy. Złoto otrzymał przedstawiciel
gospodarzy – dwukrotny mistrz świata w tej dziwnej wydawałoby się dyscyplinie.
I właśnie zastanawiam się dlaczego w pierwszym momencie pomyślałem sobie,
że to jest dziwna dyscyplina i czym się różni od pokazów naszej reprezentacji.
Do dziś nie znalazłem na to pytanie odpowiedzi. Liczę, że mi pomożesz.
(...) Zasyłam parę upominków i znikam.
DEPESZA I NASZ KOMENTARZ DO MECZU POLSKA-UKRAINA KOŃCZY SIĘ TUTAJ
q
|
|
![]() |
|