Kultura, humor i muchomór

plan


    Siedzących dookoła stołu mężczyzn zaszachował jednym magicznym słowem.
    Ich uwaga natychmiast z rozlazłej przeszła w skupioną, a jednemu wyrwało się krótkie pytanie:
    - Ile?
    Gdy odpowiedział, szumiąc w chciwe łby szeregiem zer, to miał już ich w garści.
    A sprawa była prosta i zaraz, następnego dnia wzięto się za jej realizację.

    Z początku seria niespodziewanych awansów nie układała się w zbyt logiczną całość. Chociaż...
    Jak to zwykle, pomijano naprawdę zasłużonych, inteligentnych i sprawiedliwych, a wynagradzano wysokimi stopniami chamów, leni, prymitywów, obiboków i... sadystów. Tych ostatnich - jakby szczególnie, bo na czele sił zbrojnych postawiono znanego wszystkim okrutnika, pułkownika Armiana „bum-bum” Solidaka, którego chorobliwa wręcz żądza władzy ograniczana dotychczas była tylko niechęcią, jaką okazywali mu zwierzchnicy; pod warstewką niechęci czaił się pewnie też strach, bo przydomek „bum-bum” odnosił się do ulubionego przez pułkownika sposobu rozstrzygania konfliktów
    Na wyniki zmian nie trzeba było długo czekać. Już po kilku miesiącach spacyfikowano pierwszą wieś, a zamieszkująca nią mniejszość rozpoczęła wędrówkę ludów. Gdy wycieńczeni ludzie dotarli do sadyb swojaków, tam na nich już czekały zakapturzone oddziały, witające wędrowców seriami z karabinów i regularnym ogniem moździerzowym. Niedobitków zapędzono do wcześniej przygotowanego obozu, gdzie zabawa rozgorzała na całego: gwałcono, bito, oślepiano, parzono, katowano i morzono głodem.
    Wtedy, zgodnie z zapowiedzią Planisty, na Świecie pojawiły się pierwsze głosy oburzenia, wystosowano odpowiednią ilość not protestacyjnych, odbyło się kilkanaście wieców przed ambasadami na wszystkich kontynentach i zagrożono sankcjami.
W odpowiedzi zrównano z ziemią dwa miasta, a ich mieszkańców albo wypędzono, albo zamknięto do coraz sprawniej działających obozów. Jednocześnie naczelnik sił zbrojnych, teraz już generał Armian Solidak udzielał buńczucznych wywiadów, zapowiadając, że to dopiero początek, że przecież zostało jeszcze tak dużo do zrobienia, bo nie można jednym zapomnieć tego, innym tamtego, a z kolei tamci nie powinni liczyć na przebaczenie, nawet jeżeli pokajaliby się za wszystko naraz; innym słowem on, człowiek czynu, nie pozwoli na zasypianie gruszek w popiele.
    Te wypowiedzi wywołały panikę. Uciekać zaczęli prawie wszyscy naraz, bo pogróżki były na tyle niejasne, że mogły dotyczyć każdego.
    Chaos i przemoc rozsrożyły się wzdłuż i wszerz całego kraju, wprawiając w panikę również sąsiadów.
Rozgłos został zapewniony. Zebrały się Narody Zjednoczone i niewielką większością głosów potępiły ostatnie zdarzenia, jednocześnie podkreślając suwerenność kraju, jego władz i ich niezbywalnego prawa do wyrzynania własnych obywateli. Inne organizacje zagroziły interwencją, wyznaczając nawet termin spotkania na ten temat. Zaś Czerwony Krzyż wysłał prawie tylu lekarzy, ilu na miejscu było już reporterów.
    Wtedy, zgodnie z planem, Armian Solidak urządził bardzo spokojny i prawie pozbawiony przelewu krwi i przemocy zamach stanu (jeśli nie liczyć zarżnięcia w podziemnym garażu dotychczasowego prezydenta z jednoczesnym zgwałceniem jego młodej, ciężarnej żony).
    Innych ofiar nie było...
    Do czasu, jednak.
    W obozach, których ilość podwoiła się w miesiąc po objęciu pełni władzy przez Solidaka, wprowadzono masowe egzekucje; łapanym uciekinierom obcinano obie pięści, a czasami też nogi, kobiety wieszano (nie zapominając o wcześniejszym wykorzystaniu co ponętniejszych...), mężczyzn krzyżowano, młodych chłopców trzebiono, dziewczęta (również po dość gwałtownym użytkowaniu)  sprzedawano do sąsiedniego kraju w niewolę.
    I nareszcie stało się.
    Świat zagroził interwencją.
    W tym czasie Armian Solidak  mianował się już dożywotnim prezydentem, a jego władza wyglądała na mocną, stabilną i pewną.

    Z mężczyzn, którzy pierwszy raz spotkali się z Planistą, ubyło tylko dwóch. Jeden zginął „w akcji”, i to z powodu własnego gapiostwa: nie przeszukał gwałconej kobiety i ta, gdy szczytował, wbiła mu w gardło scyzoryk swego dziesięcioletniego syna, którego mózg jeszcze nie wysechł na ścianie pokoju, w którym zresztą gwałt się odbywał. Było to karygodne niedbalstwo i nikt zbyt szczerze nie żałował tak nieostrożnego członka przyszłej elity. Kto wie, co takiemu, po zrealizowaniu całego planu, mogło przyjść do głowy?! W jakiej innej dziedzinie mógł dokonać podobnych zaniedbań? Szczególnie, że był szykowany na ministra budownictwa, bowiem w młodości terminował trzy lata na nigdy nie ukończonej budowie szpitala Miłosierdzia Bożego. Drugi po prostu zmarł w niezbyt miłych okolicznościach, a mianowicie na zawał serca. Podobno stało się to, gdy zwiedzał jeden z obozów dla nieletnich. Chodziły plotki, że  szukał tam swojego czternastoletniego syna, ale nikt nie wiedział, czy go w końcu znalazł...
Znów więc siedzieli dookoła stołu, spoglądając w pokerową twarz Planisty. Dwa wolne miejsca nie budziły ich niepokoju, przeciwnie, większość cieszyła się, bo przecież tym sposobem pula do podziału rozkładała się znacznie korzystniej dla tych, którzy przy życiu pozostali.
    - Już czas - powiedział Planista.
    W odpowiedzi wszyscy zgromadzeni pokiwali głowami.

    Armian Solidak został aresztowany przez swych własnych ochroniarzy, których szef mianował się tymczasowym prezydentem, ogłaszając przy tym powszechną amnestię, z której wyłączono tylko kilku najbliższych współpracowników Solidaka.
Świat zachwycił się wręcz sprawnością, z jaką Planista przejął władzę. Deklarowano wszelką pomoc, od humanitarnej, poprzez medyczną aż do finansowej. Międzynarodowe społeczeństwo żądało tylko jednego: aby Armiana Solidaka postawić przed Trybunałem w Ezdah, przed którym sądzono zazwyczaj zbrodnie przeciwko ludzkości. Planista początkowo dał do zrozumienia, że jago naród pragnie sam osądzić zbrodniarza, ale kiedy naciski opinii publicznej na świecie wzrosły, a ich temperatura przybrała z lekka czerwony i kipiący oburzeniem odcień, zmienił ton swych wypowiedzi, dopuszczając możliwość postawienia Solidaka i jego kompanów przed Trybunałem, jednak pod pewnymi warunkami.
    W przeciągu kilku miesięcy uzgodniono szczegóły.

    I oto, po raz trzeci, dookoła tego samego stołu spotkali się ci sami mężczyźni. Wciąż dwa miejsca były puste, chociaż tym razem nie do końca, bo na opuszczonych miejscach leżały dwa worki. Nic nie mówiąc, Planista podszedł do worków i zaczął wyciągać z nich piękne, opieczętowane banderolami pliki zielonych banknotów. Gdy ich stos przed każdym z uczestników spotkania osiągnął zadowalające rozmiary Planista powiedział:
    - Jest to, panowie, zaledwie dziesięć procent tego, co nasz kraj dostał za zgodę na wydanie Trybunałowi Armiana Solidaka i jego wspólników. Resztą, mam nadzieję, będziemy zarządzać w imieniu naszych dotychczas ciemiężonych obywateli do końca swych dni!
  


Napisał: Sławomir Górzyński

AKTUALNE WYDANIE

Copyright © Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1