Kultura, humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.


              Edward Kulka   fot. MA
       JUBILEUSZOWY WYWIAD 
           Z EDWARDEM KULKĄ 

        DYREKTOREM DOMU GRAFOMANÓW 

  W KRAKOWIE, W TRZYDZIESTĄ ROCZNICĘ 
                             DZIAŁALNOŚCI 

    – Panie Edwardzie, chciałbym rozpocząć naszą rozmowę od tamtego pamiętnego dnia, kiedy  pana – jak niejednokrotnie sam pan to określał – „olśniło” i przestał pan pisać.

    Edward Kulka – (śmiejąc się) No cóż, tak właśnie ze mną było. Tamtego dnia zrozumiałem, co musieli czuć apostołowie w wieczerniku, kiedy ukazały im się nad głowami języki „jakby z ognia” i zaczęli mówić wszystkimi językami świata. To było właśnie olśnienie. Nagła realizacja, zdanie sobie sprawy z najważniejszej rzeczy, że nie umiem pisać. Do tej chwili najważniejszą dla mnie rzeczą było, że pisać, jak sądziłem, umiałem. Przeglądałem właśnie fragment swojej powieści, która weszła w decydującą fazę. Wszystko miałem jak w zegarku, akapity, rozdziały, napięcie, bo bez napięcia, jak słusznie zresztą sądziłem, nie da się nic dobrego napisać.

    – W języku angielskim jest na to świetne określenie: „suspense”.

    E.K. – No właśnie. Siedziałem więc sobie i zastanawiałem się, o czym mam pisać dalej. Zacząłem przeglądać ostatnią stronę tego fragmentu i wtedy po prostu sobie pomyślałem, bez emocji, zupełnie, jakby to ktoś obok, kot albo żona, zamruczał: – Przecież tego się nie da czytać. Dalej adrenaliny przybywało już do kwadratu, żadnego mruczenia już nie słyszałem, tylko wstałem z krzesła i zakryłem rękami twarz. Powiedziałem wtedy na głos: – Przecież tak się nie pisze. Następnie zacząłem nerwowo chodzić po pokoju jak rozbita kaczka, podnosząc ręce do twarzy, wzdychając „Boże, Boże...”, patrząc nawet do lustra wiszącego w przedpokoju. W tym lustrze widziałem swoją rozczarowaną twarz – myślałem, że na własne oczy zobaczę, jak umieram. Myślałem, że zaraz się przewrócę. Później siadłem na krześle i zacząłem mówić do siebie na głos płaczliwym tonem, na szczęście nikogo nie było w mieszkaniu. Znowu popatrzyłem na leżące na kanapie wydruki. Pomyślałem sobie: „A może nie jest tak źle? Może to wszystko jest dobre?” Zdało mi się, że straciłem zdolność rozpoznawania, co dobre, a co złe. Chciałem raz jeszcze przeczytać te kartki, ale jakoś inaczej, jakby cudzymi oczyma. Czytałem więc na stojąco i trzymałem te kartki w większej odległości od oczu niż mam w zwyczaju, żeby widzieć trochę inaczej, z dalszej perspektywy. Ale zmęczyło mnie to bardziej, niż gdybym przeczytał ciurkiem całą powieść od początku do końca.
    Co było potem? Znowu siadłem, ale już rozpacz powoli mijała. Byłem nieszczęśliwy, ale już nie zrozpaczony. Pomyślałem sobie, ile na tym świecie musi być takich jak ja, cierpiących nadaremno. Bez nadziei sukcesu. W ogólnym podnieceniu, w jakim byłem, moja wyobraźnia pracowała bardzo żywo. Różne obrazy latały mi przed oczami. Przez chwilę widziałem piłkarski stadiom z trybunami po brzegi wypełnionymi takimi jak ja. Trzydzieści, czterdzieści tysięcy. Wszyscy z takim samym wyrazem twarzy. A na boisku? Pusto, nikogo nie ma.
    „Coś trzeba z tym zrobić – pomyślałem. – Nie można tak tego zostawić.” Czułem potrzebę uporządkowania bajzlu w jakim się znalazłem, cały czas mając poczucie, że bynajmniej nie jestem jedyną osobą w takiej sytuacji – to przede wszystkim, zamiast mnie podnieść na duchu, przerażało mnie. Pomyślałem, żeby to wszystko jakoś zebrać, uporządkować, tak jak się robi porządek w domu. Żeby to nie było rozrzucone wszędzie, żeby się nie walało. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł założenia ośrodka, w którym grafomani mogliby funkcjonować według własnego upodobania, nie czyniąc szkody tym, którzy wiedzą jak się pisze, gdzie prowadzono by badania nad ich pracami, ustalano kryteria, definiowano grafomanię. Tak zrodził się pomysł założenia Domu.
    I w jednej sekundzie, z potwornego nieszczęścia, kiedy myślałem, że umieram, rozświeciłem się od środka, żeby to tak ładnie ująć; czułem, jak przechodzę do nowego. Opanowała mnie wielka chęć i potrzeba, celowość życia. Jedną nogą byłem jeszcze w białej śmierci, a drugą wstępowałem już w złoto życia. Poczułem jasność, i wokół siebie, i wewnątrz siebie. Moją trupią twarz przemienił teraz w żywe, krewkie oblicze jasny uśmiech. Przymrużyłem oczy. Za oknem baraszkowały dzieci i usłyszałem je jakby po raz pierwszy, jakby ich śmiech był nareszcie mi bliski, jakby śmiały się w moim ojczystym języku, gdyby w naturze śmiechu było rozgraniczenie na języki.
    Z tym pomysłem wskoczyłem na rower. Szalenie mile wspominam tamtą przejażdżkę. Jeżdżę regularnie, ale wtedy...! To dopiero był luz. Sunąłem niemal nie kręcąc pedałami, slalomowałem z finezją, a cały otaczający mnie świat był najlepszym ze „światów przedstawionych” jakimi kiedykolwiek się cieszyłem. W żadnej książce nie czytałem wspanialszego opisu wąskich, przytulnych uliczek zacisznej dzielnicy domków jednorodzinnych. Słońce, lekki wietrzyk, w piaskownicy bawią się dzieci. Błękit nieba, baranki na niebie. Auta sunące z wyjątkową ostrożnością, sami odpowiedzialni kierowcy, nikt nigdzie się nie śpieszył. A pośrodku tego świata jak z bajki – ja, żywy człowiek, oczyszczony z iluzji. Czułem się jak po przebytej ciężkiej chorobie, tak smakowało mi powietrze. Poiłem się rzeczywistością nie ujętą przez nikogo w słowa.

    – Tak, to musi być wspaniałe uczucie. Mało który jednak grafoman, w zasadzie tylko wyjątki, których pan jest przykładem, potrafi się otrząsnąć ze swojej manii. Dla 90. procent rozczarowanie oznacza śmierć. Już nie są w stanie powrócić do życia.

    E.K. – W tym tkwi sęk ich nieszczęścia. Mnie się udało. W momencie, kiedy zarzuciłem pisanie, wypełniła mnie jeszcze silniejsza chęć tworzenia. Zrobienia czegoś już nie na papierze, co nikomu do szczęścia niepotrzebne, ale coś wymiernego, namacalnego, dla ludzi. Przedtem całe moje życie to była stęchlizna mojego mózgu – rojenia, pomysły, obserwacje ludzkich zachowań w przejaskrawionych barwach, zbyt ostro. Przeklęte skojarzenia, przed którymi nie było ucieczki. Orgie wyobraźni. Babranie się we własnej pamięci. Ekshibicjonizm uczuć. Mieszanie prawdy z nieprawdą. Pisanie „pod publiczkę” albo całkiem „dla sztuki”. Udawanie, wymyślanie. Chęć zaistnienia, zdobycia pozycji, bycia dostrzeżonym. I wielka pycha – ja mam rzeczywiście coś do powiedzenia, a ten jakiś Iksiński jest popularny mimo że epigon, nic nowego, czkawka minionej epoki. Tak się myśli. Autentyczny pisarz nie byłby zdolny do takich myśli. Autentyczne pióro wie, że inni są mądrzejsi, bo tak najczęściej w życiu jest, i się nie wymądrza. Zawiść to siła napędowa, ale tylko grafomańskiej twórczości. Prawdziwy pisarz pisałby najchętniej jako anonim. Nie dość, że cechuje go przyrodzona talentowi skromność, to zdaje sobie sprawę, jak mało znaczy we wszechświecie. Dla prawdziwego pisarza pisanie to nie radość i egoistyczna satysfakcja, ale ciężka służba, powinność. Został wybrany i to nie jego wina. Ma kontakt z absolutem i cierpi.

     – Jak potoczyły się dalej pana losy?

    E.K. – Wyjątkowo pomyślnie. Nadrobiłem wszystkie lata zmarnowane na pisaniu. Choć na początku musiałem zapłacić frycowe, jak to się mówi. Nie znałem zasad przedsiębiorczości, miałem blade pojęcie o interesach, a założenie jakiejkolwiek placówki to interes – w sensie organizatorskim przynajmniej. Popełniłem błąd: w radzie miasta wystąpiłem o przyznanie mi dotacji na założenie placówki, która zajmowałaby się podnoszeniem poziomu literatury. Wtedy jeszcze nazwa „Dom Grafomanów” nie przyszła mi do głowy. Wniosek był trzykrotnie odrzucany. Za trzecim razem nie miałem już prawa się odwoływać. Po pierwszej odmowie były wybory, więc liczyłem na nowych radnych, będących w całkowitej opozycji do tych, którzy mi odmówili. Lecz płonne i naiwne były to nadzieje. Poglądy polityczne nie miały tu nic do rzeczy. Prawi, lewi, środkowi tak samo mi odpowiadali: nie, nie i jeszcze raz nie. Nawiasem mówiąc, gdyby tak w innych sprawach taka jednomyślność w narodzie była, to Wschód byłby dziś Zachodem, a Zachód Wschodem.
    Ale wracając do tematu: po odmowie władz miejskich zmieniłem taktykę. Wniosek złożyłem gdzie indziej, a mianowicie w ministerstwie. Tym razem, dla przykrywki, ubiegałem się już o co innego, nie o jakąś tam działalność oświatową, na jaką wypieli się krakowscy radni, ale o rzecz, na którą ja osobiście nie dałbym ani grosza. I udało się. Oficjalnie ubiegałem się o przyznanie funduszy na założenie teatru absurdu. Wtedy też wymyśliłem nazwę: „Dom Grafomanów”. Przedstawiłem ministerstwu swój program i od razu go zaakceptowali. Kraków ma wielkie tradycje teatralne, więc chcieli pokazać, że rozumieją. Program, jaki przedstawiłem, zgodnie z nazwą sceny był najbardziej absurdalny z możliwych. Po prostu wyrzucone pieniądze. Minister bał się posądzenia o nieznajomość tematu i dlatego przyznał mi pieniądze. Wszyscy wiemy, jakie czasy były. Rozsądna działalność musiała się spotkać z odmową; to było państwo negatywne, wtedy wszyscy jakby mówili od tyłu, znasz Wojtku tę dziecinną zabawę. Jeżeli chciało się coś osiągnąć, należało robić wszystko, co na pierwszy rzut oka zmierza w odwrotnym kierunku. Wszystko było odwrotnie, niż trzeba, tylko ruch uliczny był prawostronny. Nauczony przykładem z radnymi, zdawałem sobie sprawę, że nie dostanę funduszy na coś, co sens ma. Musiałem wymyślić coś bez sensu, żeby uzyskać poparcie. Ten pseudo-teatr funkcjonował tylko miesiąc. Ogłosiliśmy bankructwo, a cały majątek, jako jedyny właściciel, przepisałem na nowo założoną organizację – tę, której od trzydziestu lat przewodzę.

     – I tak powstał Dom Grafomanów.

    E.K. – Mniej więcej; to były decydujące fakty. Kiedy wyszło na jaw, czym jesteśmy, rząd całą odpowiedzialność przerzucił na Związek Ludzi Pióra. Że to niby taka wywrotowa działalność i tego typu banialuki. Wmówili ludziom, że to wewnętrzna sprawa samych literatów. Że literaci podszyli się pod grafomanów, żeby dostać pieniądze. Rząd zresztą i tak tego nie rozumiał (obecny też jest niedoinformowany), cieszyli się, że wreszcie mają jakiś temat zastępczy. Na tym punkcie zrodziła się nienawiść wielu – nie mówię wszystkich, ale większości – literatów do mnie i do naszej placówki. Cokolwiek myśmy robili, Związek tak to przeżywał, jakby to oni robili. Żyli naszym życiem jak niektóre matki żyją życiem swych dzieci – w ogóle nie mają własnego życia.

     – Miejsce założenia Domu nieraz wywoływało burze sprzeciwu. Był pan posądzany o zdradę narodowej kultury, wielu kulturalnych guru nazywało pana działalność wywrotową.

    E.K. – Zacznijmy ab ovo. Dom został założony w Polsce w mieście Krakowie przy specjalnie powstałej w tym celu ulicy, aby nikomu nic z niczym się nie kojarzyło. Nazwano ją ulicą Grafomańską, leży na obrzeżach miasta, a to, że Dom założono w Polsce o niczym nie świadczy prócz tego, że Edward Kulka jest Polakiem, to wszystko. Nikt nie wybiera rodziców, miejsca urodzenia ani języka ojczystego, nie jego więc wina, to zwykły przypadek, że jest Polakiem. Grafomani są na całym świecie, nie tylko w Polsce i nie tylko w Krakowie. Kraków to miasto o przesławnych tradycjach literackich, kolebka polskiego słowa. Poniekąd więc, jak twierdzą moi wrogowie, jest skandalem, że Dom stanął w Krakowie. W swym ograniczeniu nie zdają sobie sprawy, że świadczy to o intelektualnej elastyczności miasta. Zezwolono na wielki krok w kierunku udoskonalenia literatury (rodzimej, ale i światowej, nikt temu nie zaprzeczy), poprzez oddzielenie literatury od pisaniny.
    Pozwolę sobie tutaj na małą uwagę. U nas zawsze tak było, że to, co inni uważaliby za cnotę, my mamy za hańbę. Stąd nie możemy liczyć na wsparcie ministerstwa ani teraz, ani w przyszłości. Zamiast się cieszyć, że jesteśmy prekursorami w walce z grafomanią, my się wstydzimy, że pierwszy Dom Grafomanów powstał w Polsce. Tylko ludzie zwani potocznie „wolnomyślicielami” są nastawieni do nas pozytywnie. Nikt skrajny, w prawo czy w lewo, do góry czy na dół, jak nasza trzydziestoletnia historia długa, nigdy nam nie sprzyjał. Mało kto dziś pamięta, że nie dalej jak pięć lat temu międzynarodowy PEN-Club przeznaczył na rozwój Domu kwotę dwóch milionów USD. Z naszych doświadczeń korzysta obecnie 16 krajów z Europy i obu Ameryk. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

     – Jak z latami zmieniało się nastawienie?

    E.K. – Opornie, ale zmieniało się. Dawne betony umierały, przychodzili nowi, mniej skażeni, mniej uprzedzeni. Niektórzy zaczęli pojmować sensowność Domu. Cichaczem przychodzili do nas, na spotkania, uczyć się przedsiębiorczości i lawirowania z władzą. Bardziej odważni wymieniali doświadczenia z grafomanami, korespondowali z nimi. Wywiązywały się przyjaźnie, zawierane były małżeństwa. Naturalnie miałem wszystko na oku, aby nie dopuścić do najgorszego: złego wpływu nieudaczników na udanych twórców, zrzeszonych w Związku. Szczęśliwie te niezapomniane talenty broniły się same. Mówi się, że prawdziwy talent się sam obroni i to święta prawda, prawie zawsze się sprawdza. Prawdziwy talent sam się obroni. Nie przesiąknie absolutnie niczym. Jest jak konserwa. Dopiero jak się ją otworzy, może zostać zjedzona. Grafomani zaś to tylko takie jabłuszka na drzewie, podatne na byle pszczółkę, ten się urwie, tamten zgnije, ów skarłowacieje. I nasz Dom pełni funkcję jabłoni, a ja ogrodnika – wybacz Wojtku tę metaforę, mnie nie przystoi uciekać się do środków wyrazu – niemniej, sprawuję pieczę nad ogrodem i nie pozwalam, aby jabłka spadały zbyt daleko od jabłoni, aby doszło do przemieszania owoców złych – z naszego drzewa, z owocami dobrymi – szczelnymi, zawekowanymi talentami. Żeby nikt nie musiał jeść na kolację aromatycznych marynatów wraz z jabłkami – że już tak powiem otwarcie, bo wtedy czytelnik dostałby skrętu kiszek. Stąd pomysł schroniska, wydawnictwa, księgarni oraz literki „G” dla niewydarzonych twórców.

     – Na czym polegają prowadzone tu badania?

    E.K. – Prowadzimy szczegółowe badania nad grafomaństwem czy też grafomanią [według najnowszego słownika języka polskiego oba słowa są poprawne – przyp. W.W.], po to, by źle napisane książki nie leżały w księgarni na półce obok arcydzieł, czy książek po prostu dobrych. Naszym celem jest odpowiedź czarno na białym na pytanie, które poprzez nawyki i kulturowe uprzedzenia zbywano dotąd tak zwanymi „niepisanymi” odpowiedziami: gestami, minami, spojrzeniami. To niewygodne, trudne pytanie brzmi dziecinnie prosto: Jak nie należy pisać?
    Poważni literaci nigdy nam nie odpowiedzą. To jednak, że sami pisać potrafią, nie powinno zwalniać ich z obowiązku myślenia o literaturze w sensie najbardziej ogólnym, holistycznym. Wolą odrzucać (często niestety złośliwie, przez niedbalstwo albo brak dobrego oka) nadsyłane im próby młodych twórców czy, co gorsza, ludzi dojrzałych, niż wyraźnie się wypowiedzieć, we wspólnym dekrecie lub otwartym liście, co literaturą nie jest i jak nie należy tworzyć. Pisanie krytycznych recenzji poszczególnych książek nie jest wystarczającym rozwiązaniem. Stanowi jedynie wewnątrzliteracką rozgrywkę w zamkniętym światku tych, którzy pisać potrafią, podczas gdy do literatury przecieka zbyt wiele wirusów z zewnątrz, które później szkodzą zdrowym, autentycznym talentom. Niestety, ostatnie lata wpoiły czytelnikom wielki fałsz: pisać może każdy, komu się zachce. A ponieważ literaci nie są skłonni się wypowiedzieć, Dom Grafomanów na siebie powziął wyjaśnienie, czym różni się w literaturze „iskra boża” od „słomianego zapału”. Aż do założenia Domu, granica między beztalenciem a „iskrą bożą” była tematem tabu. Chowanie głowy w piasek owocowało rozpowszechnianiem całej masy beznadziejnych książek. Nie umiano odcedzić od literatury to, co literaturą nie jest, ale co do złudzenia ją przypomina. Ponieważ grafomania jest nieuleczalna, nie ma sensu jej zwalczać, należy jedynie ją wydzielić z nurtu literatury Cała nasza działalność ku temu zmierzała i zmierza.

    – Co konkretnie?

    E.K. – Primo, badania prowadzą eksperci, ludzie pióra. Ci nieliczni, którzy zdają sobie sprawę z fenomenu Domu. Analizujemy grafomańskie dzieła i wyciągamy wnioski. Wszystkie badania to żywa komparatystyka. Dla rozrysowania skali grafomaństwa porównujemy ze sobą nie tylko utwory, ale również życie i poglądy twórców.
    Secundo, mamy specjalne wydawnictwo, znane mieszkańcom miasta z wysokiego budynku w centrum, z dużym zielonym neonem GRAFOMAN, które publikuje prozę, poezję, dramat oraz formy pośrednie, nowatorskie naszych „twórców”. Niestety, większość literatów do dziś jest zdania, że założenie tego wydawnictwa było nożem w plecy literatury. Utrzymują, jakoby pod płaszczykiem ironii promujemy kicz. Kolejna bzdura. Jeszcze raz powtórzmy: grafomanii zwalczyć się nie da. Należy jej tylko wykopać odpowiednie koryto, którym sobie popłynie, nie zanieczyszczając twórczości z prawdziwego zdarzenia. I po to to wydawnictwo. Dzięki niemu, na tej samej zasadzie jak oczyszczalnia ścieków, chronimy księgarski rynek przez szkodliwymi toksynami. Książki naszych podopiecznych są dzisiaj już tylko wyjątkowo do dostania w zwykłych księgarniach. Dzięki wydawnictwu GRAFOMAN doprowadziliśmy do znacznie zdrowszej sytuacji. Nasze wydawnictwo jest magnesem, ściągającym na siebie wszystkie literackie opiłki. Formy dobre i doskonałe kupić można w zwykłej, normalnej księgarni. Uczeń, nie mający rozeznania, nie jest już narażony na nieświadome czytanie rzeczy złych. Jeżeli po lekcji w szkole uda się szperać wśród książek w wysokim budynku z zielonym neonem GRAFOMAN, będzie to jego świadomy wybór. I świadczyć to będzie nie o naszym „diabelskim kuszeniu”, by posłużyć się określeniem niektórych publicystów, ale o słabym poziomie szkolnego programu bądź nieudolności nauczyciela czy nauczycielki. Absurdem przecież byłoby twierdzić, że wycieczka maturzysty pod nasze strzechy wywołana została buntem wobec dobrze wyłożonej, prawdziwej literatury. Kto tak by utrzymywał, byłby tylko kiepskim kpiarzem. Dobra, prawdziwa literatura, dostępna na księgarskim rynku – dzięki nam – w formie oczyszczonej, nie może wywołać nawet młodzieńczego buntu. Kwestia buntu, tak zwanych „młodych gniewnych”, to rezultat pomieszania kiczu z literaturą. Tylko kicz, rzecz zła, wywołać może młodzieńczy bunt i niezgodę. Rzeczy dobre koją oczy i uśmierzają intelektualne męki.

    – W ciągu trzydziestoletniej historii Domu jego próg przekroczyło 25 458 osób. Większość zostaje tu nas stałe, inni nie zrywają zawiązanych kontaktów. Co ich przyciąga?

    E.K. – Trzeba zacząć od tego, że cechuje ich wielka różnorodność. Obie płcie (procent grafomanek w Domu równy jest procentowi pisarek w kraju i na świecie), ludzie o wszelkich poglądach politycznych i wyznaniowych, samotni i z rodzinami, starzy i młodzi. Indywidua takie same jak prawdziwi ludzie pióra. Z jedną, naturalnie, różnicą – wiemy jaką. Co ich przyciąga? Właśnie to, że nie potrafią zaprzeć się samych siebie. Są wolnymi ludźmi, więc jeśli chcą żyć dla swojej pisaniny, nikt nie ma prawa im odmówić ani, tym bardziej, ich piętnować.

    – Co pana zdaniem stanowi największą specyfikę Domu? Nie tylko pisarzy, ale także zwykłych ludzi, niewyrobionych czytelników, bardzo to interesuje. Wiem, że niektórzy zaglądają tu z ciekawości.

    E.K. – Dobrze, że podjąłeś ten temat, bo jest okazja wyjaśnić drobne nieporozumienie, ustrzec się przez zawiedzionymi ciekawskimi. Niech nikt sobie nie wyobraża, że jest po co zwiedzać nasz Dom. Jesteśmy na peryferiach miasta, więc dojazd z centrum zajmuje kupę czasu – ostrzegam, zupełnie nie ma po co nas odwiedzać. Wnętrze Domu wygląda tak samo jak wnętrze budynku jakiejkolwiek pisarskiej organizacji i niczym się nie różni od mieszkania zajmowanego przez prawdziwego pisarza. Te same męki i jęki, to samo dreptanie od okna do okna, te same nałogi. Krótkotrwałe radości, złamane życie, problemy finansowe. Poszukiwanie tej samej formy i tej samej treści, której poszukują prawdziwi poeci i prawdziwi prozaicy, dla jednych od rana do wieczora, dla innych od wieczora do rana. Stany natchnienia, niszczenie rękopisów. Tylko że tutaj nic z tego i tak nie wyjdzie. Na tym polega dramat ludzi, którymi się opiekujemy.

    – Jak by pan dzisiaj odpowiedział na zarzut stawiany panu trzydzieści lat temu, że działalność Domu koncentruje się na rzeczach złych, nieudanych, niepotrzebnych?

    E.K. – Moja odpowiedź zawsze będzie ta sama. Muszę powrócić do wyjściowego stwierdzenia, że na grafomanię, podobnie jak na twórczość prawdziwą, lekarstwa nie ma. Nikomu nie wybije się z głowy ani manii, ani prawdziwego powołania. W konsekwencji i jedno, i drugie zawsze będzie miało swoich odbiorców. Nic nie da ostra krytyka, nic nie da wieszanie psów na dyletancie, mieszanie z błotem, nie zostawianie suchej nitki – jakież bogactwo języka w tym względzie! Nic nie da odrzucanie niedobrych wierszy i opowiadań przez redaktorów, bo gdzieś i tak się je wydrukuje, gdzieś się je w końcu upcha – grafomani są równie uparci jak dobrzy pisarze i nie spoczną, dopóki się nie „zrealizują” – i książki te dotrą do czytelnika tak czy inaczej. Jedyne, co można w tym względzie zrobić, to doinformować odpowiednio czytelnika, aby nie został oszukany i wiedział, co czyta. Po to wydawnictwo GRAFOMAN, po to nasz periodyk „Pod Górę”, po to kategoryzowanie twórczości.

     – Jak w praktyce wygląda walka z grafomanią?

    E.K. – Wprowadziliśmy dwa zasadnicze znaki rozpoznawcze. Pierwszym jest oficjalne ograniczenie dystrybucji naszych książek wyłącznie do księgarni wydawnictwa GRAFOMAN (mieszczącej się w tym samym budynku na parterze). Cóż jednak, skoro wielu księgarzy, i to z poważnych wydawnictw, w biały dzień trudni się w sprzedawaniem spod lady naszych książek? Walkę z przemytem naszych pozycji podjęliśmy już dawno, ale sami, bez państwowej pomocy, całkowicie nie wyeliminujemy tego procederu z codziennego życia. Po drugie, żadna książka naszego wydawnictwa nie posiada ISBN („International Serial Book Number”). Zamiast ISBN, każda opatrzona jest literką „G” oraz numerkiem seryjnym, np. G00000001 [ilość pozycji przekroczyła 10 000 000 egz. (słownie: dziesięć milionów egzemplarzy) siedem lat temu – przyp. W.W.].

    – Mimo zaszufladkowania grafomańskiej twórczości, jest ona ciągle dobrym towarem.

    E.K. – Nie naszą winą jest duże zapotrzebowanie na te książki. Żyjemy w kraju wolności słowa i nikomu nie można zabronić ogłaszania drukiem swoich prac. Po drugie, przestępcza działalność przemytniczo-piracka, o ile nie pomoże rząd, który ciągle jeszcze się nas wstydzi, zawsze będzie zakażać półki zwykłych, a nawet specjalistycznych księgarń z literaturą piękną. Ludzie zawsze będą chcieli czytać rzeczy nieudane.

    – W prasie wielokrotnie poruszano epizod z pana życia, kiedy pozbył się pan swoich rękopisów. Krążą różne wersje, wręcz mity. A że miało to olbrzymie znaczenie dla założenia Domu, że gdyby pan swoich rękopisów nie zniszczył, pańskie losy potoczyłyby się inaczej i nigdy nie byłoby Domu. Jaka jest prawda?

    E.K. – Powiem, co już niejednokrotnie mówiłem. Skoro jednak poruszyłeś ten temat, chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotną rzecz.
    Tutaj w Domu, staramy się zawsze zapobiec niszczeniu dzieł przez autorów. Nie ma nic gorszego, niż wyrzucanie do śmieci tego, co napisał grafoman. Inaczej rzecz się ma z twórcą rzeczywistym. Dobry pisarz doskonale zdaje sobie sprawę, co napisał dobrze, a co źle. Wyrzuca tylko plewy, ziarno zostaje. Żaden pisarz nie wstydzi się swoich utworów. Uczucie wstydu nigdy nie będzie dla niego pobudką do pozbycia się rękopisu. Jeżeli chce się czegoś pozbyć, to znaczy, że chce się uwolnić od nieudanej próby. Prawdziwy pisarz jest panem swej twórczości. Grafoman, przeciwnie. Z jednej strony myśli, że ma coś do powiedzenia, a z drugiej wstydzi się tego, co sam napisał. Targają nim wątpliwości. Zadaje sobie pytania podstawowe: czy literatura ma sens? To tak, jakby ktoś zapytał, czy życie ma sens [śmiech]. Grafoman nigdy nie przekroczy etapu tabliczki mnożenia. Zatrzymuje się na dwa razy dwa i to go fascynuje, a prawdziwy pisarz... to dopiero władza! Wyciąga pierwiastki, potęguje, sprowadza do wspólnego mianownika, nigdy nie dzieli przez zero, stawia znak równości między równymi wartościami, całkuje, dodaje, odejmuje z pełną swobodą, tesiemcowe równania to dla niego pestka. Równanie jego twórczości płynie samoczynnie i zawsze kończy się poprawnie. Nie ma miejsca na błąd, na dzielenie przez zero. Postępuje logicznie. Potrafi rozwiązywać najtrudniejsze zadania – zadania tekstowe. Grafomanowi brakuje tych zdolności. Grafoman jak się uprze, to wyprowadzi równanie 2 + 2 = 5. Tacy są.
    Jeżeli zaś chodzi o postawione przez ciebie pytanie. Dobrze pamiętam, jak wyrzuciłem swoje grafomańskie rękopisy. Zupełnie niepotrzebnie! To był fatalny błąd. Miałbym cudowny materiał do czegoś, co znam z autopsji. „Self-Study”, po angielsku. Badania mógłbym zacząć wtedy z kopyta, na samym sobie, w miesiąc miałbym to, co zajęło mi pół roku, czyli pierwszy inauguracyjny raport trzydzieści lat temu. Choć otrząsnąłem się z pisania, nie byłem jeszcze do końca wolny emocjonalnie. Denerwował mnie widok nieudanych maszynopisów, w dzisiejszej dobie rzeklibyśmy „wydruków z komputera”. Wziąłem to wszystko i wyrzuciłem do kubła koło przystanku, na którym czekałem akurat na autobus. Po drugiej stronie ulicy zauważyłem inny kubeł, z napisem PAPIER. Do recyklingu. Plułem sobie w brodę. Papier zmarnowany, nie tylko słowa, pomyślałem. Przynajmniej byłaby z tego makulatura, gdybym wrzucił do właściwego kubła. A, ja, rozemocjonowany, nie pomyślałem. Więc ani studiów z tego nie było, ani bumagi. Totalna klęska.

    – Która w rezultacie okazała się sukcesem.

     – Tak, dziś można tak powiedzieć.

     – Pomówmy o kontaktach z zagranicą.

    E.K. – A, to bardzo ciekawy temat. Z początku, jak sam wiesz, byliśmy odcięci. Kurtyną żelazną i kurtyną papierową. Ta druga kurtyna nie mniej nas opóźniła. Mam na myśli nagonkę na nas prowadzoną w najbardziej renomowanych pismach literackich tamtego okresu. Funkcjonowaliśmy normalnie, oficjalnie, a byliśmy podziemiem. W pewnym sensie byliśmy „prywatnymi osobami”. Ale nie wszystko da się wytępić! Korespondencję z zachodnimi partnerami rozpocząłem w siódmym roku działalności. Dziś trudno w to uwierzyć, ale u nich, w krajach demokratycznych, nie było im wcale łatwiej od nas! Nie mogli rozwinąć podobnej działalności, bo byłoby to dla nich samobójstwo. Tzw. „Establishment” skazałby ich na kulturową banicję. Na Zachodzie, wbrew pozorom, utrata zdobytej, wypracowanej pozycji, to znacznie większa klęska niż u nas, bo u nich te pozycje były coś warte, a u nas nic. U nich był porządek, u nas bałagan. Oni boją się bałaganu, my do bałaganu jesteśmy przyzwyczajeni. Coś w tym jest. Czytałem niedawno świetną książkę na ten temat, Piotra Hembuera, „Aksamitna kurtyna”, w tłumaczeniu Janka Bzyka. On tam właśnie o tym pisze. Że w utrwalonych demokracjach zachodnich ludzie nie chcą bałaganu nawet jeżeli ich porządek daje im po łbie. Taką mają filozofię, że dzień w dzień wybierają mniejsze zło, a my – chcemy zawsze wybierać dobro. Najlepszy dowód, że dopiero w przyszłym roku powstaje pierwsza zagraniczna filia Domu.

    . – Dziś możemy już zdradzić miejsce.

    E.K. – Miejscem jest Norwegia. Planowaliśmy w Szwecji, ale Fundacja Alfreda Nobla to góra nie do przejścia. Norwegowie nie mają tego typu garbu; żadnych „ą – ę”, sami sobie nie narzucają presji.

     – A z Noblem wiemy, jak bywa.

    E.K. – Różnie. Daleko, ani w czasie ani w przestrzeni, szukać nie trzeba. Dostaje ktoś, ludzie słyszą w radio nazwisko i dziwią się, że ten ktoś jeszcze żyje. Dzięki Fundacji dowiadują się cały czas nowych rzeczy. Wiedzą, kto jest dobry, kogo się powinno czytać. Grafoman, co innego – kupi książkę noblisty tylko po, żeby mieć na półce, bo tak wypada. Nagle okazuje się, że lubi tę twórczość, choć do tej pory wisiała mu totalnie. Zaczyna uważnie słuchać, co o niej mówią, chce zapamiętać i potem udawać mędrka. Czyta noblistów, bo tak wypada. Boi się powiedzieć, co myśli, że lepszą książkę czytał do poduszki w dzieciństwie o Jasiu i Małgosi, boi się, bo strach to jego główna cecha rozpoznawcza. Tymczasem, jak wiadomo, Nobla dostają najlepsi. Tak po prostu jest i nie ma co dyskutować. Osądzają eksperci. Jeżeli ludzie czytaliby tylko noblistów, to, moim zdaniem, wszystkie inne książki nie byłyby im potrzebne.

    – Co by pan powiedział na zakończenie ludziom młodym, którzy próbują swych sił w literaturze?

    E.K. – Przed jednym chciałbym ich przestrzec. Niech nigdy, pod żadnym pozorem, nie wyrzucają swoich prac. Niech przyjmą generalną zasadę, że słowo zapisane jest nie do wymazania. Niech teksty odrzucone przez redaktorów przynoszą nam. Czasy się zmieniają i jeżeli nasze badania nie zwolnią tempa, za dziesięć, dwadzieścia lat może się okazać, że to czego się wstydzili, było najpiękniejsze.

q



 

Rozmawiał: © Wojciech Węcław

AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © 2000 Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1