Kultura, humor i muchomór

Z Kamilem Gwiazdą, poetą, który wymyślił własny język, aby pisać w nim wiersze,
rozmawia Wojciech Węcław

uważałem się za murzyna

   Niestety nie będę oryginalny i zadam panu pytanie, które z pewnością niejednokrotnie panu zadawano. Co spowodowało, że zdecydował się pan wymyślić własny język, aby pisać w nim wiersze? Chęć bycia oryginalnym, a może próba zabarykadowania się przed światem?

    – Chciałem zwrócić na siebie uwagę. Moje wiersze po polsku niczym się nie różniły od tych jakie wszyscy piszą. Język hokinki natomiast tak jest zbudowany, celowo, aby nie dało się w nim pisać miernoty. Poza tym, ilekroć czytałem jakieś wiersze, już to w piśmie literackim, już to w książce w księgarni, zaczynałem ziewać. Nic z tego nie rozumiałem. To był jak potoczek górski, takie szemranie bez treści, gaworzenie oseska. A ja podchodzę poważnie do literatury. Dobrze ważę swoje słowa, nie chce pisać dla czynności pisania, ale dla treści. Jest jeszcze inny powód. Jak wszyscy wiedzą, w głębi duszy poeta i tak pisze dla siebie. Abym ja mógł to realizować, muszę mieć komfort, że nawet jeżeli ktoś zagląda mi przez ramię albo grzebie w rękopisach, nie naruszy mojej intymności. Mówiąc inaczej, abym ja mógł być dobrym poetą, mój czytelnik musi być analfabetą.

 – Ale zdaje pan sobie chyba sprawę, że nie ma szyfru nie do złamania?

    – Oczywiście. Tylko że hokinki ma to do siebie, że jest żywszy od innych języków. Język to rzecz żywa, zmieniająca się w każdym momencie (i dlatego np. wszystkie słowniki są nieaktualne), jak rośnięcie paznokci, jak czas. Hokinki jest sublimacją tej cechy. Zmienia się z godziny na godzinę. To co napisałem tydzień temu, dziś spokojnie mogę już nazywać językiem starohokińskim. Dobrze muszę się sam namęczyć, aby zrozumieć co wówczas napisałem. Przy czym nie jest to kwestia słownictwa, ale także składni i reguł gramatycznych. To tak, jakby język niemiecki przybrał w ciągu kilku godzin zasady któregoś z języków słowiańskich. Przyzna pan, że byłaby to poważna trudność dla czytelników, a cóż dopiero dla tłumaczy, nadążyć za tak dynamiczną mową. Strach przed rozszyfrowaniem raczej mi nie grozi. A jeśli chodzi o mnie, to i tak jest to bez znaczenia, bo w mojej rodzinie wszyscy mieli sklerozę, więc nawet gdybym pisał po polsku, na starość i tak już nie będę pamiętał ani rozumiał swoich wierszy. Piszę natomiast, bo jestem poetą. Mimo wszystkich ograniczeń, to chyba wystarczające usprawiedliwienie.

    – O ile wiem, propozycje przekładów na polski zawsze pan odrzucał.

    – Powiem krótko: przekład zabija oryginał. Uważam, że powinny być surowe kary za przekłady literackie, to powinno być nielegalne. Każdy język jest inny, bo każdy naród jest inny, język danego narodu odzwierciedla jego mentalność. W angielskim mamy na przykład kupę czasów, a w polskim tylko trzy, nie licząc czasu zaprzeszłego, którego nasze dzieci już nie stosują nawet w żartach. Nie wiem czy pan wie, ale Eskimosi nie mają słowa na śnieg. Mają za to kilka czy kilkanaście określeń na śnieg, na przykład: „szara biel pofałdowana z niebieskim zafarbem”, „biel, która widać wieczorem”, etc. My zaś mówimy: śnieg. I kto ma rację? Wszyscy, ale każdy w swoim języku. Niech pan popatrzy, co porobili z Mickiewiczem. Przecież on jest nie do czytania w żadnym obcym języku. Brzmi nudno jak grafoman. To okropne, to powinno być zabronione. Nie wiem, może za przekład literacki nałożyć, dajmy na to, karę śmierci, albo, może lepiej, zakaz dożywotni tworzenia w ojczystym języku? Niestety nie jestem ministrem i nie ja ustanawiam prawo. Co się zaś moich wierszy tyczy, ich tłumaczenia, obojętne na jaki język, byłyby równie złe jak Mickiewicza.

    – Jak odnosi się pan do tradycji tworzenia innych sztucznych języków, np. Esperanto?

    – Nie odnoszę się. Nie interesuje mnie to. Nie znam ani słowa w Esperanto, nigdy mnie to nie interesowało. Interesuje mnie hokinki, a proszę mi wierzyć, że jest to wystarczająco dużo, żeby nie starczało czasu na zajmowanie się innymi rzeczami.

    – Pisze pan w języku hokinki, ale rozmawiamy po polsku. Który język uważa pan za swój język ojczysty – ten, w którym pan pisze, czy ten, w którym mówi?

    – Pojęcie języka ojczystego w ogóle jest względne. Jako dziecko zawsze chciałem mówić w języku Bantu. Tak długo męczyłem rodziców, aż zakupili – w tym czasie niemal nie do dostania – drogie podręczniki do nauki tego języka. Jako jedynak byłem rozpieszczony i na tym się wiozłem. Wymusiłem na rodzicach, aby sami, razem ze mną, uczyli się Bantu. Po prostu nie odpowiadałem na żadne z ich pytań po polsku. Przy kolacji każdy obok talerza miał słownik. Było w tym coś wspaniałego. Uważałem się za Murzyna. Wedle zasady, że jest się tym, za kogo się uważa, a nie, kim się człowiek urodził. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale to była prawdziwa wolność. Dlatego trudno mi odpowiedzieć na pańskie pytanie. Wolałbym nie używać określenia „ojczysty” w stosunku do języków, to krzywdzące z etycznego punktu widzenia. Nota bene, w hokinki słowo „hakeein”, po polsku „ojczysty”, nigdy nie określa języka (mowy). Ten przymiotnik, jeżeli modyfikuje słowo „isokuuh” („język”), we frazie „hakeeine u isokuuh” – frazę tę przetłumaczyć można tylko jako „język ojca”, ale nigdy „język ojczysty”, a przyzna pan, że to nie to samo. W hokinki takie określenie jak „język ojczysty” po prostu nie istnieje.

    – W zeszłym roku wydał pan zbiór wierszy „Nekke a ihok”, w nakładzie jednego egzemplarza.

    – To numer autorski. Mam go tutaj na półce.

    – Ta publikacja przyniosła panu rozgłos.

    – Zgadza się. Ale tylko dlatego, że w nakładzie jednego egzemplarza. Mnie to było bardzo na rękę, bo i tak nikt poza mną nie rozumie moich wierszy, a rozgłos zdobyłem w sposób, który doskonale odpowiada mojej filozofii życiowej.

    – Mianowicie?

    – Ja uważam, że literatura nie może być celem. Literatura to środek do celu. Cele mogą być rozmaite, ale środek jest jeden – literatura. Mnie doprowadziła do popularności mimo, że nikt nie wie o czym piszę. Nie mówię przez to, że moim celem jest popularność. Każdy to lubi, ale nadrzędnym celem jest coś innego. Dziś nie wiem jeszcze, co. Ale na pewno coś innego. Tego się szuka całe życie, a nie zawsze się znajduje. Widzi pan, do czego doprowadziła mnie literatura? Do tej rozmowy. Do rozmowy ze ślepym o kolorach. To unaocznia, jak głupi jest człowiek. Potrafimy rozmawiać o czymś, czego nie widzieliśmy, czego nie słyszeliśmy, czego nie czytaliśmy, czego nie rozumiemy. I jeszcze za tę rozmowę brać pieniądze, zarabiać na tym, bo naturalnie dostanie pan jakieś honorarium za ten artykuł. Nigdy nie wiemy, do czego doprowadzi nas literatura. Posłużę się tutaj słowami Artura Żeremiewa, prostego rolnika z podlubelskich Nagłobic, poety. Dla niego literatura to ścieżka przez zboże – on wielokrotnie powracał do tego motywu w swojej twórczości. Ścieżka przez zboże, idąc po której czujemy radość, ale nigdy nie wiemy, gdzie wyjdziemy i co zobaczymy z miedzy, kiedy ścieżka się skończy. Być może coś pokręciłem w tym cytacie... Sens jest taki, że nie wiemy, do czego doprowadzi nas pisanie. Jeżeli ktoś za cel w życiu stawia sobie pisanie, to do niczego nie dojdzie. Stanie się narcyzem i straci zdolność oceny własnej twórczości.

    – Ma pan jakichś ulubionych pisarzy, poetów?

    – Nie, nie mam. Lubię tylko to co sam piszę. Na nikim się nie wzoruję ani nikogo nie naśladuję. Takimi wypowiedziami jak ta, naturalnie, nie buduję sobie wizerunku poważnego twórcy, ale taka jest cena szczerości – śmiech ogółu.

    – To programowe, czy też po prostu nie znalazł pan ciekawego pisarza?

    – Programowe – teraz. Kiedyś było inaczej. Ale ten „program” wynika właśnie z tego, że nie znalazłem takiego pisarza. Nie mogłem go znaleźć, ponieważ to ja nim byłem. A mam swoje lata – całe życie szukać nie można, bo nie zdąży się napisać nic swojego.

    – Nie czyta pan wcale?

    – Przeciwnie, czytam w kółko, ale zgodnie z tym co przed chwilą powiedziałem, tylko swoje rzeczy. Nieraz przeczytanie jednej strony zajmuje mi pół roku. Ja się bardzo koncentruję na tym co robię; to nie jest jakaś fanaberia, a poświęcenie całego życia. Kiedyś mi się wydawało, że można w życiu łączyć różne rzeczy – trochę tego, trochę tamtego; trochę czytać, trochę pisać, trochę być normalnym człowiekiem, trochę zwariowanym twórcą, trochę szaleć, trochę żyć spokojnie, trochę żyć z kimś, trochę samemu. To się nazywa kompromis. A kompromis jest dobry dla kogoś, kto nie może wygrać. Dla tych, którzy chcą odnieść zwycięstwo, nie ma kompromisu. Doba ma tylko 24 godziny, a wierzenie w reinkarnację, jak każda wiara, to zbyt ryzykowna rzecz, żeby zapłacić za nią życiem. Nie wiem, czy na przykład po śmierci będę mógł kontynuować to co robię. Są tacy, którzy w to wierzą, ja jestem człowiekiem słabej wiary i dlatego nie mogę siedzieć spokojnie, czekać na drugie życie. Mnie nie wolno marnować czasu. Mam zbyt dobre poczucie jego upływu. Poświęcam się całkowicie temu co robię. Oczywiście może się okazać, że to wszystko nie ma sensu, ale nawet jeżeli, będę miał czyste sumienie, że zamiast leżeć do góry brzuchem, próbowałem, a przez to spełniłem swoje istnienie.

    – Czy obecnie pracuje pan nad jakimś konkretnym utworem, czy też pańską twórczość cechuje jednolita kontynuacja?

    – Raczej to drugie. Słów „początek” i „koniec” w hokinki nie ma. Język hokinki jest tak skonstruowany, aby nie trzeba było w nim zaczynać ani kończyć. Moje utwory nie mają ani początku ani końca. Występują w nich dziury – między jednym a drugim utworem, czyli wtedy, kiedy nie piszę. Coś jak sen i jawa, dwa stany przeplatające się wzajemnie, ale oba będące częściami jednej egzystencji. Nie można tylko spać albo w ogóle nie spać, zgodzi się pan.

    – Plany na przyszłość?

    – Literackie? Nic szczególnego. Robię to co robię. Jak powiedziałem, język hokinki wyklucza koniec. To trochę takie granie na nosie Panu Bogu, bo to on skończy moją twórczość – ona, sama z siebie, nie skończy się nigdy. W tym języku, widzi pan, słowa stuprocentowo odpowiadają pojęciom. Jeżeli nie ma jakiegoś słowa, to znaczy, że nie ma pojęcia, które to słowo mogłoby ze sobą nieść. Nie jest tak jak w innych językach. O ile mi wiadomo, w każdym języku współczesnym istnieje słowo „koniec”. A nawet gdyby nie istniało (na tym polega ubóstwo języków), ludzie w inny sposób, innymi słowami wyrażaliby pojęcie końca. W hokinki to niemożliwe. Nie będę teraz robił panu wykładu lingwistycznego, jak brak pojęcia końca rozwiązałem używając np. czasu przeszłego prostego w formie dokonanej. W dwóch słowach powiem, że czasy w hokinki nie są linearne. Nie następują po sobie, a trwają obok siebie, paralelnie.

    – Jak na pańską twórczość reaguje najbliższe otoczenie – rodzina, znajomi?

    – Przyzwyczaili się. To, przez co przeszli ze mną w dzieciństwie, kalecząc Bantu, żeby dogadać się ze mną w najprostszych sprawach, wyrobiło w nich wzorową tolerancję. Dziś nie dziwią się nie tylko moim pomysłom, ale po prostu w ogóle nie wykazują zdziwienia względem czegokolwiek. Nic ich nie dziwi. Oglądają telewizję, różne programy, gdzie pokazują jakieś niesamowite historie, i nic. Nie reagują. Nic nie robi na nich wrażenia. Moja mama potrafi np. godzinami słuchać niemieckiego radia Deutsche Welle, chociaż w ogóle nie zna niemieckiego. Po prostu podoba jej się brzmienie tego języka, tak jak niektórych moich utworów. Inny przykład: nie tak dawno były mistrzostwa świata w piłce nożnej. Wszystkich znajomych mojego ojca, zapalonego kibica piłkarskiego, dziwiło, że Francja, mistrz świata, nie wygrała ani jednego meczu, a mój ojciec ani razu nie podjął z nimi rozmowy na ten temat, choć siedzieli przed telewizorem i pili piwo. W znacznym więc stopniu wpłynąłem na rozwój swoich rodziców; podejrzewam, że bardziej niż oni na mnie. Bardziej bowiem oni się zmienili mnie wychowując, niż ja się zmieniłem będąc przez nich wychowywanym. I taka ciekawostka: jeżeli ktoś bardzo się czemuś dziwi, to znaczy, że słabo mnie zna. To znak rozpoznawczy moich znajomych. Dzięki niemu moi rodzice doskonale znają grono moich przyjaciół czy znajomych, nawet, jeżeli nigdy mnie z nimi nie widzieli. Wystarczy, że zamienią kilka słów z którymś z nich, i już wiedzą, jaki jest stopień naszej zażyłości.

    – Czy nachodzą pana chwile zwątpień?

    – Naturalnie. Jak ze wszystkim w życiu. Trzeba sobie z tym dawać radę. To mija. Każdy z nas to mozaika, w której poszczególne płytki odpowiadają różnym nastrojom. Jesteśmy konstrukcją nastrojów, wrażeń, uczuć. To one nas tworzą, to nie my je z siebie – że tak brzydko powiem – wydalamy.

    – Nie żal panu skazania się na izolację?

    – Nie. W rzeczach ostatecznych, czyli najważniejszych, a za taką rzecz, jako poważny twórca, uważam literaturę, zawsze się jest samemu. Nawet w chwili zbiorowej śmierci każdy człowiek boi się za siebie a nie za innych, wśród których zaraz zginie, na przykład w jakiejś katastrofie czy wypadku. Umiera się samemu. Pisze się samemu. Rodzi się samemu. Niech pan zwróci uwagę – nawet czytać książkę we dwie osoby jest niewygodnie, a cóż dopiero w kilka osób.
Ale proszę mi pozwolić powrócić do kwestii inności. Poruszył pan te kwestię, ale nie bardzo ją pan rozumie i dlatego nie postawił pan pytania, które zadam za pana: - Jak samemu odbiera się własną inność? Otóż zapomina się o niej. Mój dobry znajomy, reżyser teatralny, jest karłem. Jest reżyserem, nie aktorem – to istotne. Mógłby występować w cyrku albo na scenie, podczas gdy przeciwnie – na ulicy wszyscy się za nim oglądają, albo udają, że nie; na scenie zaś – nikt go nie ogląda. On sam zapomina, że jest karłem, tak jak ja zapominam swoją twórczość. Dzięki temu obaj żyjemy. Ani mnie ani jego nie trzyma przy życiu żadna religia, więc drogę mamy wolną. Mimo to kontynuujemy swoją egzystencję, tak różną od zwykłych ludzi. No ale z tym, to się trzeba urodzić.

    – A gdyby ktoś, jakiś utalentowany młody twórca, zapragnął pisać w hokinki? Czy dałby mu pan szansę?

    – Nie sądzę. Raczej starałbym mu się wytłumaczyć, że dopóki nie wymyśli własnego języka, jego pisanie nie będzie autentyczne. Albo by zrozumiał, albo by pisał jak dotąd, albo w ogóle zarzuciłby pisanie, co nawet bym pochwalił. Lepiej bowiem nie pisać, niż mieć talent a pisać źle.

    – W wywiadach, których pan udziela, pytania niemal zawsze się powtarzają. Kwestia wieczorów autorskich, spotkań, publikacji, czytelników, itd. Wciąż są to te same pytania. Na zakończenie rozmowy zdobędę się na oryginalność i nie zadam żadnego z nich.

    – Tak. Ludzie chcą wiedzieć, jak wygląda inność mierzona normalnością. I pytają w kółko o to samo, bo normalność jest jedna jedyna, tak jak ja jestem jedynym dzieckiem swoich rodziców.

Rozmawiał: Wojciech Węcław


 
 
 
 

Kamil Gwiazda (ur. 1947 w Siedlcach) – twórca autorskiego języka hokinki, poeta. Po ukończeniu studiów (dyplom magistra historii sztuki KUL w 1972 r.) całkowicie poświęcił się pisaniu. Opublikował szesnaście tomików poezji (m.in. „Mehi ahe, Mehi ne?”, „Onkees ABC”, „Hei, Kamil Gwiazda”, „E kaihenemik”, „Nekke a ihok”), z których żadnego nie tłumaczono na inne języki. Pytany, za kogo się uważa, odpowiada z dumą: „– Hoekeih meho ihek e kahoniki ehe nepi!”. 

Obok - Kamil Gwiazda w swojej pracowni, autoportret (611 cm X 629 cm; akryl; Muzeum Narodowe
w Warszawie).


AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1