|
|
dwa posiłki
Zdaje się, że najpierw zjem pizzę, a potem zupę. Nie, nie, bez jaj znowu, chcę mieć normalny obiad. Tu Warszawa, minęła piętnasta. Na fortepianie grają Maciej. Strasznie coś znęca się nad tymi biednymi skrzypcami. Trudno. Cholera, jaki głodny jestem. Trzecia dwie. Plum, plum, plum. Pisałbym na stole, ale nie mogę. Cała kartka upaprałaby się zmokniętymi obierzynami z ziemniaków. Niewygodnie, ale inaczej się nie da. O, teraz mocno pociągnął. Wykonali chmureskę, a teraz utwór Lidii Zielińskiej w wykonaniu kwartetu no i znów; gdyby nie ten kontrabas beznadziejnie by było. Jakby huśtawka. Albo wahadło. Nawet bardzo ładnie grają. Nie znam się na muzyce, ale ładnie grają. Właściwie to na czym ja się znam? Na niczym. To już coś. Wielu nawet na tym się nie zna. No, teraz możemy zrobić sobie przerwę. Cóż tak przeraźliwie piszczy? Tu Warszawa, program pierwszy, a tam... A tam buzuje ogień, ogień gazowy, niebezpieczny. Nigdy nie lubiłem gotować. Kartka już całkiem poplamiona. A była taka ładna, taka schludna na początku. To od wody. W kuchni, podczas przygotowywania posiłków, zawsze łatwo o upapranie się, albo o zamoczenie. A ten utwór to nazywał się "Litania".
W "Siemieńskim dworze"? Rozprawa o tym, który zabór był najgorszy, Franciszek Józef, tworząc sejm galicyjski we Lwowie, studentów rozstrzeliwując na wstępie (czego?), austryjaczył Galicjan, tj. Polaków. "Przy tobie zawsze, Najjaśniejszy Panie". Że naprawdę Galicja, jeśli chodzi o kulturę kwitła, jest sprawą oczywistą. Posłowie to byli Polacy, ministrowie to byli Polacy. To byli ludzie bardzo silnie związani. Wszystko to, o czym mówię, jest absolutnie prawdziwe. Jednej niedzieli do cerkwi, drugiej niedzieli do kościoła rzymsko-katolickiego. Żeby zgoda we wsi była. W sierpniu to chyba było. Nastroje antypolskie powstały; klimat się zrobił nadzwyczaj nieprzyjemny. Na szczęście ziemniaki powoli dochodzą. Jeszcze cztery minuty. Są dzieci, które były kilkakrotnie chrzszczone, jeden tam przemycał dzieci do popa, drugi nie mógł zostać. Więc przenieśliśmy się do rodziny lokaja mojej prababki. No i widziałem Ruskich, jak rtęć spadała poniżej -40 i szyby pękały. W szynelach, gdzie nie trzeba było obrębiać, bo szynel był dobrze uszyty. I bagnety też się nam wydawały obce. W pośpiechu ładowali rodzinę, wszyscy byli spakowani. Czekaliśmy, czy nie pojedziemy. Matka całą biżuterię w kasie pancernej ukryła. Matka była w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Barszcz gotowy, wpół do czwartej, ziemniaki też.
Teraz
mogę czuć się najedzony, mogę czuć się syty. Gruzińskie pieśni. Lecz czymże
by one były bez głosu przerażenia kosa, co to już dobre dziesięć minut
alarmuje o jakiejś ukrytej tragedii? Byłyby niczym. A tak - są, i nie są
niczym. Jeszcze drugie pozostało, na uwieńczenie całej minionej godziny.
Niech się dzieje co chce, niech się piekarnik rozgrzewa, niech, co więcej,
upał się wzmaga. I tak dojdziemy do końca. "Podgrzewać na małym ogniu,
aż do spalenia sera". Okrągły placek, placek przypalony. Gorący. Mizerny.
Rzecz do zjedzenia. Rzecz w tym, że trzeba ją zjeść. Rzecz w rzeczy. Czuję,
że przez nikogo dotąd nie celebrowane święto nadciąga do mojego domu.
Obrazy.
Pozostaną wieczne obrazy. Słuchaliśmy pieśni wschodniej Gruzji; wspaniały
był to chór. A teraz kolej na Albanię. Z tym, że - w odróżnieniu od Gruzinów
- albańscy pieśniarze to praktycznie sami amatorzy. Ucierpi na tym oczywiście
estetyka wykonania, ale nic poza tym. Treść i wymowa wspólnie przerosną
piękno.
Minął dzień. Były okresy, kiedy czytałem bardzo mało. I oto wywiad. Lecz co to jest za człowiek? Stwierdziłem, że trzeba zrobić inaczej. Ja byłem pewien, że to umarło, ja to wszystko odłożyłem, miałem poczucie jakiegoś odrzucenia, a potem zaczęło to wracać.
Żona znanego pisarza zamykała go na klucz. Przede wszystkim należy maksymalnie redukować czynności życia codziennego. Gdyby ktoś spróbował odebrać sobie świadomie większość działań, zrozumiałby, że nerwowość narosła w nim gwałtownie. Generalnie jest to jednak model życia szeroko potępiany. Tym niemniej coś w tym jest. Nie można się poddać chaosowi nacierających na nas rzeczy z zewnątrz.
"A ja jestem dla ciebie jak światło". Zamykała go na klucz. Ale to był prozaik. I nie chciałbym tego podkreślać, szczególnie w tym miejscu. Jedno zdanie powinno wszak z drugim, poprzedzającym go, zawsze harmonizować. Natomiast jeśli chodzi o pana, to jestem mile zaskoczony. Wspaniała herbata. Gdyby nie ten dżem, dzisiejsze śniadanie nie przedstawiałoby sobą tak wielkiej wartości. Oczywiście, są pewne wartości nieporównywalnie bardziej świetliste, jasne i zrozumiałe. No i czynne życie. Do tego lamusa człowiek znosi, znosi, znosi, i kiedy widzi, że ta kupa zaczyna sięgać (nieba?), wybiera z niej to, co najpiękniejsze.
Szczęśliwie cały posiłek i udany, i pochłonięty. Chociaż dopiero w tej chwili nastąpił ten moment, aby czerpać. I siać. Siać, na tę glebę, z której nasze wspólne ziarno wzejdzie, i zadziwi wszystkich.
Proces twórczy. Talerz, błyszczący i świecący. Już opróżniony, już pusty. Spotykać się z ludźmi, mieć szerokie kontakty, nie zamykać się w swoim świecie. Być człowiekiem. Choćby nawet człowiekiem do wynajęcia.
Najwyższy
czas, żeby skończyć to śniadanie. Akapity coraz krótsze, myśli coraz dalsze.
W porównaniu z obiadem nie było jednak źle. Naturalnie, wiele pism nadal
pozostaje w szufladzie i Bóg jeden wie, czy kiedykolwiek ją opuści.
Wstań więc od stołu i zbierz
myśli. Podejdź do okna i przypatrz się brudnym gołębiom. Zdumiewające,
ile odchodów na minutę. Chciałbym je policzyć na przestrzeni rozmów podstarzałych
sąsiadek, moich jedynych duchowych opiekunek. Zanim zejdę po schodach na
dół, raz jeszcze pomyślę o czymś. Pomimo, że każdy ma swoją drogę. Drogę
życiową. Dobrze przyrządzony i ze smakiem spożyty posiłek to więcej niż
połowa sukcesu, jakim bez wątpienia jest przebycie tej drogi. Nie wiem
tylko jak długo to wszystko trwało. I czy wolno mi było o tym pisać.
q
|
|
![]() |
|