Kultura,
humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.
demokracja
Dochodziła siódma rano i właśnie
kończyłem się golić, gdy rozległo się gwałtowne stukanie w drzwi. Zdziwiło
mnie to bardzo. Któż mógłby chcieć ode mnie cokolwiek o tak wczesnej porze,
gdy nie zdążyłem jeszcze zjeść śniadania ani założyć krawata? Pukanie rozległo
się znowu. Zapewne jakieś nieporozumienie lub żartowniś, który zaraz ucieknie
aby z ukrycia cieszyć się widokiem mojej zdziwionej miny gdy po otwarciu
drzwi nie zobaczę nikogo. Najlepiej zignorować niepoważnego natręta - pomyślałem
i udałem się do kuchni by postawić wodę na herbatę. Wsunąłem głowę w czeluść
lodówki sięgając po żółtą bryłę ementalera - pukanie rozległo się ponownie.
Tym razem było gwałtowne, energiczne i do głębi niepokojące. To jednak
coś poważnego, pewnie ktoś wpadł pod auto - pośpieszyłem w stronę drzwi.
Zdecydowanie pociągnąłem klamkę i zobaczyłem stojące na wycieraczce moje
płuca. Zaskoczony nie wiedziałem, co powiedzieć. Również płuca jeszcze
przed momentem tak gwałtownie stukające stały teraz jakieś niepewne siebie.
- Nie wpuścisz nas do środka? - podjęło lewe.
- Jest zimno, jeszcze się przeziębimy i co wtedy
- dorzuciło prawe odzyskując pewność siebie.
Cofnąłem się i wykonałem gest ręką, płuca weszły
do przedpokoju. Zaraz za nimi pojawiła się wątroba, żołądek i serce. Nerki
trzymały się za ręce, mózg o kamiennej twarzy stanął pod ścianą, jelita
tłoczyły się w kącie. Ostatnia weszła trzustka i zamknęła za sobą drzwi.
Osaczony moimi narządami wewnętrznymi nie wiedziałem,
co powiedzieć. Zaległa kłopotliwa cisza. Wnętrzności spoglądały na siebie
niepewne kto ma zacząć. Wreszcie lewe płuco odchrząknęło i splunęło na
świeżo wypastowaną podłogę.
- Przyszliśmy, hm, przyszliśmy żeby zaprotestować
- rzuciło - Przyszliśmy zaprotestować przeciwko temu jak jesteśmy traktowane
- uściśliło płuco.
- Chcieliśmy również podkreślić, że tak dalej być
nie może! - dodało prawe.
- Tak, nie może, nie może...- zawtórowały inne narządy.
- Dłużej nie będziemy pracować w takich warunkach
- zaświszczała tchawica.
- Właśnie - w takich warunkach nie będziemy pracować!
- bluzgała żółcią wątroba.
- Prowadzisz nieregularny tryb życia - stwierdziło
dobitnie serce - To źle wpływa na moje tętno.
- To samo dotyczy odżywiania - denerwował się żołądek
- w niedzielę przywaliłeś mnie żurkiem i kapustą z groszkiem. I do tego
ten schabowy! - żołądek boleśnie się skurczył.
- Domagamy się większej ilości płynów, ostatnio
pijasz zbyt mało! - krzyczały trzymając się za ręce nerki.
- O nie! - oponował napęczniały pęcherz - w żadnym
wypadku nie zgadzam się na większą ilość płynu. Ja tego po prostu nie zniosę!
- Zwiększyć ilość płynów! - skandowały nerki. -
Uregulować tryb życia! Sypiać dłużej! Nie jeść tłusto! – narządy przekrzykiwały
się wzajemnie. Nerki zaczęły okładać pięściami pęcherz, który nadymał się
okropnie. Jelita domagające się zwiększenia dostaw błonnika dusiły swymi
splotami żołądek próbujący coś wykrzykiwać. Zapanowało ogólne zamieszanie,
hałas i krzątanina. Nie wiedziałem co począć. Spojrzałem w stronę mózgu.
Ten jednak stał nieporuszenie ze wzrokiem utkwionym w podłogę.
- Cisza, cisza! - przejęły ponownie inicjatywę płuca.
- Jest demokracja czy nie? - zapytało retorycznie
lewe.
Zaległo pełne oczekiwania milczenie.
- Należy rozpisać wolne wybory, w których narządy
same zadecydują co należy zrobić z twoim trybem życia - argumentowało płuco.
- Tak, rozpisać wybory! - wykrzyknęły nerki.
- Właśnie: wybory. My będziemy decydować, co należy
robić. Tak dalej być nie może. Precz z dyktaturą! - podchwyciły jelita.
- Wybory, wybory! - skandowały narządy. Mózg tylko
stał milcząco, a jego spiczasta łysina świeciła złowrogo.
W obawie, że lada chwila mogę zostać okrzyknięty
tyranem a następnie stracony, zgodziłem się na wszystko. Następnego dnia
ocknąłem się w szpitalnym łóżku. Zobaczyłem pochylone nade mną postacie
w białych fartuchach. Lekarze patrzyli na mnie w skupieniu.
- Żyje - zdziwił się jeden.
- Miał pan dużo szczęścia - podjął ordynator - listonosz
znalazł pana w przedpokoju leżącego bez znaku życia. To zupełne załamanie,
wszystkie narządy przestały pracować. Na szczęście mózg nie odmówił posłuszeństwa
- inaczej byłoby już po panu - tłumaczył ordynator.
- Ta... demokracja...- wykrztusiłem z największym
trudem.
- Majaczy - zawyrokował ordynator i wetknął mi w
usta termometr.
q
Copyright © 2000
Miesięcznik
Absurdalny