|
|
Wpadłem w śnieg jak do wody. Przecież śnieg to woda. Zaspy odpowiadają falom, zimno odpowiada zimnu. Brrrrr!... Ale zimno! I zacząłem się toczyć. Zacząłem się staczać nie w przenośni. W następujący sposób: każda kończyna, każdy członek staczał się oddzielnie, choć wszystkie tworzyły jeden organizm. Coś jak zespół łożysk albo kółek zębatych. Kręciłem się każdą częścią swojego ciała. Obrzydlistwo. Na szczęście wrażenie to szybko minęło. Ani się obejrzałem, jak cały byłem oblepiony śniegiem. Nie mogłem unieść swoich rąk, ze względu na ciężar, to samo z nogami. A głowa? Ciężka jak dynia. Absolutnie nie było mowy o kiwnięciu głową, ani na tak, ani na nie, po prostu mogłem zgadzać się albo nie zgadzać, nie miało to żadnego znaczenia. Ot, bałwan.
Najgorsze jest słońce. Razi tak potwornie, a nie mogę przymrużyć oczu, bo nie mam powiek. Moje oczy zbudowane są tylko ze źrenic. Proszę sobie wyobrazić. Co byście państwo zrobili, gdyby źrenice wypełniały wam cały oczodół? Ha? Cały czas przebywalibyście w stanie porażenia słonecznego. Źrenice zwężają się przy mocnym świetle. A moje są statyczne i w dodatku mają średnicę dorodnego kasztana. Proszę sobie wyobrazić, ile promieni słonecznych wpada mi przez nie do środka głowy. Ile razy wychodzi słońce, modlę się o zmianę pogody. Kocham chmury. Jedyne obiekty w zasięgu wzroku podobne do mnie. Z tego wszystkiego zapomniałem powiedzieć, że moje oczy to dwa węgielki, wduszone mi do głowy przez dzieci. Nic niekonwencjonalnego. Jestem klasycznym bałwanem, którego razi słońce.
Jeszcze gorsze od słońca było na początku dla mnie całkowite usztywnienie. Stuprocentowy bezruch. Wmurowany do śnieżnej połaci po wsze czasy, to znaczy do wiosny (na odwilż się nie zanosi). A tak się złożyło, że stoję niedaleko szkoły, na boisku, po prawej i lewej stronie mam bramki. Dzieci hulają tutaj non-stop. Ich kolorowe kurteczki doprowadzają mnie do szału. Czy po to wetknęły mi oczy, abym musiał na nie patrzeć? Nie widziałem, z czego mi zrobiły uszy, bo zrobiły jej przed oczami, ale są na tyle czułe, że ich wrzask jest prawie tak nieznośny jak słońce (państwo wybaczą mnie, bałwanowi, nieścisłość zaimków w tym zdaniu). Aby skompletować mój „visage”: nos mam oczywiście z marchewki. To bardzo ironiczne, bo moją ulubioną bajką w dzieciństwie był zawsze „Pinokio”. Kiedy ją czytałem, od czasu do czasu próbowałem przyjrzeć się swojemu nosowi, ale nie w lustrze, tylko przenosząc wzrok z książki na boki nosa, raz jednym okiem, raz drugim – tylko w ten sposób da się jako tako obejrzeć swój własny nos, choć jest to męczące dla oczu, bo nos jest za blisko. Państwo rozumiecie tę ironię. Mogę sobie teraz oglądać swój własny nos do woli. Gdzieś mniej więcej od połowy do końca mogę na niego patrzeć w zasadzie bez wysiłku, widzę go ostro, trochę jak krótkowidz czyta książkę z nosem w... książce. Aby zakończyć temat nosa: dwadzieścia godziny na dobę wdycham zapach marchewki. Kolejne obrzydlistwo. Nie mogę pojąć, jak do tej pory nie straciłem zmysłu powonienia. W dzieciństwie uwielbiałem przechodzić obok piekarni. Na całej ulicy roztaczał się cudowny zapach świeżego, ciepłego chleba. Ale wystarczyło wejść do środka i postać kilka minut, a zapach zaczynał wirować, kręcić w głowie, coraz intensywniej trzeba było pociągać nosem, żeby go czuć, aż w końcu przestawało się... go czuć. Jak się wyszło na ulicę, pachniała z kolei ulica. Wcześniej jej zapachu się nie czuło. Więc jak to możliwe, drodzy państwo, że ja, wdychając zapach marchwi od grudnia, bo wtedy wpadłem w śnieg, wciąż ją czuję, kiedy wdycham powietrze? No właśnie. Nie potraficie znaleźć państwo odpowiedzi. Jedno wiem: po roztopieniu się nie będę mógł patrzeć na marchewkę.
Wspomniałem o okropnym uczuciu usztywnienia i o dzieciach. W dwóch słowach chodzi o to, że na widok wiecznie ruchliwych dzieci swędzi mnie każdy płatek śniegu, z jakiego jestem ulepiony. Też chciałbym się ruszać! Ani nie jestem inwalidą ani leniem, a nie mogę. Perspektywa wiosny jest niewielkim pocieszeniem. Zima dopiero się zaczęła. Tak więc te dzieci to prawdziwa męka. Na szczęście tak jestem ustawiony, że droga do szkoły przechodzi za moimi plecami. Choć czasem, w chwili przygnębienia myślę, że wolałbym stać odwrotnie. Przecież na wprost moich węgielków widnieje górka, z której dzieci zjeżdżają na sankach... Staram się na nie patrzeć jak na stado baranków, kóz, czegokolwiek, co nie rusza się dla zabawy jak one, ale z konieczności, dla zdobycia pokarmu. Bo właśnie widok dorosłych ludzi idących rano do pracy, lub wracających z pracy wieczorem, nie działa na mnie źle. Im akurat nie zazdroszczę. Idą pochyleni, jednostajnym tempem, jakby szli po torach, w kompletnej ciszy. Zupełnie po nich nie widać, którzy do pracy idą, a którzy z pracy wracają. Wszyscy mają takie miny, jakby cały czas pracowali. Ta ciągła męka łączy nas. Cierpię podobnie do nich. W moim życiu nie ma miejsca na zabawę czy uśmiech. Właśnie: uśmiech. Czy zgadną państwo, z czego mam zrobione usta? No, proszę, śmiało!
Z drugiej marchewki? Gdzie tam... Z czego? Z jabłka? A, to dobre! Nie, nie, nie ze skórki banana. Ciepło-zimno, ciepło-zimno... Dorysowane? No, jakżeż. Czy można narysować coś na śniegu? Widzę, że brak państwu, za przeproszeniem, pomyślunku. Wiem, wiem, z daleka nie widać. Stoją państwo za daleko. No, dobrze, dość zgadywanki. Moje usta – to skórka od chleba. Ktoś rzucił ptakom kromkę, jest w końcu zima. Wydziobały miąższ, a skórka zamarzła, twarda jak kamień. Teraz już państwo rozumieją. Ileż się widuje takich skórek na ulicach! Zawinięte półksiężyce. Niektóre mają kształt ucha. Właśnie z takiego łuczku mam zrobiony uśmiech. Usta to dla mnie to samo co uśmiech, dlatego używam tego słowa. Tu się pojawia kolejny problem.
Czy próbowali kiedy państwo uśmiechać się na okrągło
zegara? Niech państwo spróbują, nawet ci wiecznie uśmiechnięci. Okaże się,
że ci „wiecznie uśmiechnięci”, to smutasy w porównaniu ze mną. Tak, macie
państwo rację, nie musicie szeptać, mam dużo wspólnego z klownem. Ale zostawmy
to. Pomówmy raczej o uśmiechu. To taki wdzięczny temat.
Zacząć należy od tego, że dzięki mojemu uśmiechowi w ogóle nie odczuwam
głodu. To trochę tak, jakbyście państwo cały czas coś jedli. Są ludzie,
którzy jedzą prawie bez przerwy, niektórzy z państwa nawet, dobrze by było
pomyśleć o zrzuceniu trochę ciała, chciałem powiedzieć, za przeproszeniem,
bo tak niektórzy z państwa wyglądają. Ale nie róbmy sobie złośliwości.
Porozmawiajmy o uśmiechu.
Jak powiedziałem, mój stan można by określić tak właśnie, jakbym cały czas miał w ustach chleb. Czuję jego kwaskowaty smak podobnie jak cierpkość marchewki – bez przerwy. Czy wiedzą państwo, że odkąd wpadłem w śnieg, nie wziąłem nic do ust, nie licząc śniegu? I nie czuję głodu. Dzięki kromce w twarzy nie muszę jeść. Dzięki jej kształtowi cały czas się uśmiecham, choć jednocześnie prawdą jest, co powiedziałem na początku, że w moim życiu nie ma miejsca na uśmiech. Ta sprzeczność to cecha bałwana. Uśmiecham się, bo taki mam wygląd. Tak zostałem zbudowany. Zanim zostałem bałwanem, miałem kolegę, którego dziecko narysowało piękny rysunek: uśmiechnięta krówka, en face, stojąca u wodopoju. W wodzie odbijała się jej mordka. I pod rysunkiem podpis: „uśmiech do góry nogami to grymas”. Ten rysunek zawsze mi się przypomina, kiedy o sobie myślę. Każdy bałwan powinien mieć przypięty taki rysunek do piersi.
W ręku, jak łatwo się domyśleć, trzymam miotłę. Mówię „trzymam”, ponieważ ciągle jeszcze mam mentalność człowieka. Wiadomo, że nie mam rąk. Wetknięto mi miotłę w lewy bok. To straszne skojarzenie. Muszą mi państwo wybaczyć, nad skojarzeniami żaden bałwan nie ma władzy. Co ja na to poradzę, że wepchnięto mi miotłę w lewy bok i że z rany wyciekła mi woda? Miotła miała metalowy trzonek, bardzo ciepły, widocznie stała oparta o piec albo o kaloryfer tu w szkole. Dziecko wybiegło z budynku z miotłą w ręce. Wiedziałem, co mnie czeka, już wtedy miałem oczy i uszy. Roztopiony wokół rany śnieżek zamarzł i chwycił miotłę. Jeżeli ktoś by ją teraz chciał wyciągnąć, złamałby mnie wpół. Tak jest głęboko wbita. Na jej owłosionym końcu siadają nieraz wróble.
Na głowie mam tradycyjny garnek. Czarny, z dwoma uchami. Uchami, czy uszami? Widzą państwo? Są chwile, kiedy nie ma we mnie śladu człowieka, zapominam, jak się mówi. Bałwan ze mnie.
I to właściwie wszystko. Tak wyglądam. Guzików nie
mam. Ogólnie tworzą mnie trzy kule. Jedna, najmniejsza, odpowiada głowie,
średnia tułowiu (tułowiowi?), trzecia nogom. Jeżeli chcecie się państwo
dowiedzieć czegoś więcej o mnie, przyjdźcie tu w przyszłym tygodniu. Muszę
odpocząć od gadania, nic mnie tak nie męczy. A nie chcę wyzwalać z siebie
resztek człowieczej energii, bo, nie daj Boże, wytopią mi się kąciki ust
i uśmiech wyleci mi jak sztuczna szczęka. Dobranoc.
q
|
|
![]() |
|