Kultura, humor i muchomór
Redagują Redaktorzy. Kraków - Edmonton.


60 na godzinę

Od lat pracowałem jako kierowca autobusowy w przedsiębiorstwie komunikacji miejskiej. Byłem człowiekiem spokojnym, statecznym i ponad wszystko lubiącym umiarkowanie. Przez lata zyskałem sobie reputację sumiennego pracownika i rzetelnego fachowca. Nigdy nie miałem żadnego wypadku, ani razu w mojej wieloletniej pracy nie przekroczyłem przepisów. Byłem dobrym kierowcą i przyjeżdżałem na przystanki z zegarmistrzowską dokładnością. Co więcej, byłem miły dla pasażerów, a stałych bywalców mojego pojazdu witałem zawsze serdecznym „dzień dobry”. Byłem również lubiany przez kolegów, których pozdrawiałem na trasie tradycyjnym podniesieniem lewej ręki.  Przez lata poznałem wszystkie trasy obsługiwane przez nasze przedsiębiorstwo i nikt nie znał ich tak dobrze jak ja. Najlepiej znałem trasę nr 12. Tutaj nie było dla mnie żadnych tajemnic. Pamiętałem dokładnie każdą dziurę, każdą kratkę ściekową, najdrobniejsze pękniecie asfaltu. Znałem też większość pasażerów, wiedziałem kto o której godzinie jeździ do pracy i wraca do domu. Na tych najbardziej zaznajomionych czekałem na przystanku jeżeli byli spóźnieni.

Z biegiem lat rutyna tej codziennej ceremonii zaczynała mnie jednak nużyć. Hamulec, przystanek, otworzyć drzwi, spojrzenie w lusterko do góry, zamknąć drzwi, spojrzenie w lewe lusterko, kierunkowskaz.... Znałem każdy odgłos mojego wehikułu. Każde stukniecie, każdy szmer silnika, klapniecie zamykanych drzwi, jęk wycieraczek w czasie deszczu.
Któregoś dnia monotonia wykonywanej pracy wydała mi się bardziej beznadziejna niż zwykle. Zacząłem więc jeździć szybciej. To jednak nie wiele zmieniło – zbyt dobrze znałem trasę. Tylko pasażerowie patrzyli na mnie jakoś tak podejrzliwie. Wpadłem więc na pomysł aby pokonywać skrzyżowania z zamkniętymi oczami. Niestety z powodu zbyt dobrej znajomości trasy nie przyniosło to pożądanego efektu. Postanowiłem połączyć więc oba elementy: zamykanie oczu przed skrzyżowaniem z szybką jazdą. Ta kombinacja okazała się skuteczna. Przejechawszy na czerwonym świetle o mało nie rozjechałem staruszka. Przerażeni pasażerowie narobili trochę hałasu. Ktoś groził, że doniesie na mnie w kierownictwie. Mój zawód znowu stał się ciekawy. Kontynuowanie eksperymentów skończyło się jednak fatalnie: potężna ciężarówka próbując ominąć mój autobus mknący na czerwonym świetle skosiła słupek sygnalizacji świetlnej. Po bardzo nieprzyjemnej rozmowie z szefem zostałem zwolniony z pracy...

Nie dałem jednak za wygraną i po niedługim czasie założyłem własną, prywatną linię autokarową Szeroka Droga. Wykupiłem starego grata przeznaczonego na złom i zacząłem wozić ludzi po całym kraju. Konkurencyjne linie autokarowe pokonywałem niskimi cenami moich usług. Szeroka Droga stała się popularnym przewoźnikiem a do mojego gruchota ustawiały się długie kolejki chętnych. Nie potrafiłem uwolnić się od rosnącej we mnie pasji szybkości. Wchodziłem w zakręty z piskiem opon, przejeżdżałem skrzyżowania na czerwonym świetle, pędziłem z szaloną prędkością po krętych szosach na stromych zboczach górskich. Mój autobus rzęził, zgrzytał, trzeszczał i na każdym zakręcie groził wywrotką, a jednak dzielnie radził sobie z szalonymi prędkościami jakie rozwijałem. Oczywiście płaciłem olbrzymie sumy na mandaty za przekraczanie prędkości. Policja dość szybko namierzyła moje trasy i ustawiała się ze swoimi radarami za co drugim zakrętem. Początkowo obawiałem się, że moje narastające uzależnienie od prędkości pozbawi mnie klientów. Korzystanie z usług Szerokiej Drogi z pewnością musiało być stresujące dla pasażerów. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zauważyłem, że ilość chętnych na podróżowanie po kraju moim autobusem wzrasta. Jednocześnie zmienił się przekrój społeczny mojej klienteli. Najmniej było osób w wieku średnim, od dłuższego czasu nie widziałem ani jednego małżeństwa. Sporo było młodzieży poniżej 16 roku życia. Dominowały jednak osoby starsze, wśród których największą grupę stanowiły sędziwe staruszki, najbardziej spragnione szalonego pisku opon i gwizdu powietrza. Szybko zauważyłem, że popularność Szerokiej Drogi tym szybciej wzrasta, im bardziej karkołomne trasy przemierzam. Nie brakowało mocnych wrażeń. Pędząc przez wsie, rozjeżdżałem kury i wszelki drób, jaki znajdował się na drodze. Tego typu rejsy fascynowały nastolatki spontanicznie reagujące na chmury białego pierza wystrzelające spod kół samochodu. Staruszki preferowały trasy obficie obstawione radarami policyjnymi, moje spory z policjantami dostarczały im nie lada rozrywki...

Pewnego ranka, jeszcze przed pierwszym, rejsem zupełnie niespodziewanie złożył mi wizytę komendant policji w towarzystwie prezesa miejscowego kółka rolniczego.
– Pan rozumie – zaczął policjant – kary za przekraczanie prędkości jakie płaci Szeroka Droga  stały się ważnym punktem budżetu miasta...
– A odszkodowania jakie dostajemy za poniesione straty w drobiu zdecydowanie przyczyniają się do zwiększenia produkcji rolnej – dodał pucułowaty prezes wydymając rumiane policzki.
– Czy nie mógł by pan jeździć jeszcze szybciej – zaproponował policjant zerkając chytrze spod błyszczącego daszka czapki ...
– I rozjeżdżać więcej drobiu? – skwapliwie dorzucił prezes.

W szybkim czasie doszliśmy do porozumienia. Policja rozstawiła więcej radarów i obniżyła limity dozwolonych prędkości na najtrudniejszych odcinkach. Rolnicy zobligowali się do wypuszczania większej ilości drobiu na szosy. Sumy przeznaczone na mandaty i odszkodowania zrekompensowałem podwyżką cen biletów, które ostatnio i tak biły rekordy popularności. Aby podróżować z Szeroką Drogą, trzeba było rezerwować bilety z miesięcznym wyprzedzeniem! Cena nie odgrywała już żadnej roli.

Mknąłem moim wehikułem z dziecięca radością nadeptując na pedał gazu. Opony piszczały przeraźliwie na zakrętach, pasażerowie wpadali w ekstazę wydając donośnie okrzyki bezgranicznego szczęścia. Niesieni szaleńczo rozpędzonym autobusem mknęliśmy w dół po krętych górskich drogach lub wąskimi szosami wśród szpalerów grubych drzew. Moim klientom największą radość sprawiało ścinanie ostrych zakrętów i wyprzedzanie na trzeciego. Niebezpieczeństwo czołowego zderzenia lub wypadnięcia z zakrętu wprost na olbrzymie drzewa powodowało zawsze głośne owacje pasażerów. Specjalne odcinki wśród gospodarstw rolnych dostarczały niezapomnianej rozrywki moim najmłodszym klientom.

Byłem w swoim żywiole. Ludzie fotografowali się ze mną, udzieliłem nawet wywiadu lokalnej gazecie. Dochody Szerokiej Drogi kilkakrotnie przewyższyły zarobki najbliższego wesołego miasteczka.

Codziennie siadałem za kierownicą mojego wehikułu i z szaloną prędkością przemierzałem te same odcinki. W wyniku licznych próśb pasażerów dokonałem podziału na trasy przeznaczone głównie dla młodzieży oraz dla osób starszych. Młodzież podróżowała po 16 a staruszki przed 11. Pierwszy policyjny radar był zawsze za miejscowością Dolny Staw, drugi przy Zielonkach, trzeci zaraz za Górnym Młynem. Tą trasę najbardziej lubiły staruszki. Najwięcej kur wypuszczanych było przed Lubieszowem, gęsi zaś dostarczali rolnicy z Goliszewa, za którym był ostry spadek na odcinku ośmiu kilometrów zakończony wąskim mostkiem. Zaraz za mostkiem stali policjanci z radarem.

Z czasem Szeroka Droga zyskała sobie reputację sumiennej i rzetelnej firmy, potrafiącej zawsze dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Nigdy nie zawodziłem. Odjeżdżałem z przystanków z zegarmistrzowska dokładnością i w przewidzianym czasie docierałem do celu. Byłem miły dla pasażerów, a stałych bywalców mojego pojazdu witałem zawsze serdecznym „dzień dobry”. Z biegiem lat poznałem moje trasy lepiej niż ktokolwiek inny. Najlepiej znałem trasę z Dolnego Stawu przez Zielonki do Górnego Młynu. Tutaj nie było dla mnie żadnych tajemnic. Pamiętałem dokładnie każdą dziurę, każde drzewo o które mógłbym roztrzaskać siebie i moich pasażerów. Znałem wszystkich policjantów czyhających na mnie z radarem, których pozdrawiałem podniesieniem lewej dłoni. Znałem na pamięć każde najdrobniejsze pękniecie asfaltu. Mogłem przemierzać moja trasę z zamkniętymi oczami.

Był chyba piątek, gdy zmęczony monotonią pokonywania dzień w dzień tej samej trasy zjeżdżałem moim skrzypiącym gratem z prędkością 180 km na godzinę z Goliszewa w dół w stronę mostku, za którym czekali policjanci z radarem. Już za chwilę po raz dziesiąty w tym tygodniu będę musiał udawać oburzenie przed tym samym facetem. Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Z całej siły nadepnąłem hamulec. Rozległ się straszny jęk hamulców i autobus zwolnił do dozwolonej prędkości 60 km na godzinę. Pasażerowie początkowo sądzili, że nastąpiła awaria. Potem jednak, widząc, co się dzieje, zaczęli obrzucać mnie najgorszymi przekleństwami. Zostałem nazwany złodziejem i kimś jeszcze gorszym. Grożono mi, że doniosą na mnie na policję jeżeli natychmiast nie przyśpieszę. Jadąc 40 na godzinę minąłem z wolna zaniepokojonego policjanta. Trzęsąca się staruszka przeklęła siarczyście i rzuciła we mnie obierzynami z jabłka.

Nie należy jednak przekraczać dozwolonej prędkości – pomyślałem kładąc nogę na hamulcu.                                            q


AKTUALNE WYDANIE
ARCHIWUM

Copyright © 2000 Miesięcznik Absurdalny
Hosted by www.Geocities.ws

1