| 19 marca Muang Sing � |
� |
�
Muang Sing to zabawne miejsce, według naszej terminologii zasługuje całkowicie na miano wsi. Jak jednak wskazuje nazwa jest to miasto. Miasto którego błotnistymi ulicami,ganiaj� stada kury, przechadzaj� si� czarne wielkie świnie oraz bawoły. Do granicy chińskiej jest stąd 9 km więc roi si� tu od Chińczyków, ich towarów i nawet fal radiowych. Jest chiński hotelik i chińskie disco. Codziennie ze wschodu płyn� chińskie konwoje zapełnione workami z materiałami budowlanymi, żywnościowymi, mechanik� i Bóg wie czym jeszcze. Zaczynam si� tu obawiam si� że Laos ma ujemny bilans w handlu z Chinami ale w gruncie to nie mój biznes. Centrum miasta stanowi wielki targ, na który zjeżdżaj� si� przedstawiciele wszystkich mieszkających wokół plemion górskich, stąd stanowi on sam w sobie dość kolorowy widok. S� tu przede wszystkim kobiety Akha sprzedające warzywa Laotańczykom z miasta albo bransolety turystom. Bardziej daj� si� jednak z tej drugiej strony � mam ju� z 10 wisiork�w, bransoletek i talizmanów którymi obwiesiłem mój pokój z braku lepszego zastosowania. Kobiety Thai Dam, które ubieraj� si� zawsze bardzo tradycyjnie i elegancko, sprzedaj�, na targu głównie ręcznie robione stroje, potem te� kręc� si� po mieście oferuj�c turystom ręcznie tkane obrusy. Wszystko jest strasznie tanie. Rob który by� tu ju� wcześniej opowiada mi że kupi� wtedy 75 szali. “Każda dziewczyna któr� znam w Kanadzie ma Laotański szalik � Rob jednak jak si� okazuje jest chyba najwybitniejszym jakiego znam kolekcjonerem tych dziwnych haftowanych obrusów które zaczyna ju� w pierwszy dzie� kupowa� w dużych ilościach. Ma do nich słabość, ja jednak nie, wol� znacznie bardziej szale, sari i dziwaczne koszule, z węzłami zamiast guzików, których te� kilka kupuje.
Muang Sing jak na turystyczn� rewelacj�, nie wydaje si� podobnie jak reszta Laosu, strasznie tym przejmowa�, nie ma tu wielu udogodnie� dla turystów. Prąd jest tylko 2 godziny dziennie, dojecha� można tylko ciężarówk�, pokoje w guesthaousach s� raczej dość surowe. Nie ma żadnych ekstra hoteli i restauracji dla zachodniego establishmentu, no ale taki tu nie przyjeżdża. W Muang Sing jest jednak fajnie � to jest chyba najwłaściwsze określenie. Po prostu odczuwa si� totalne rozluźnienie wewnętrzne, zupełnie jakby si� wylądowało w najbardziej poczciwym miejscu na świecie. Prawda nie ma tu właściwie nic do roboty ale panująca atmosfera rozleniwienia sprawia że chce si� zosta� jak najdłużej.
Ten dzie� jednak zapisuje jako najbardziej pracowity. Ruszam bowiem z drugim Kanadyjczykiem który nazywa si� Bruce w kierunku wiosek na południowym wschodzie. Chcieliśmy zabra� te� Roba, który chcia� z nami iść, ale si� gdzie� zaszy�, � pewnie spotka� jakąś miłą japońska dziewczynę” śmieje si� Bruce. Tego dnia, przebijając si� przez zarośla, przeskakując strumyki, zapory dla bydła, pola ryżowe, przechodzimy ponad 25 km. Spotykamy trzy węże z których dwa s� małe i zielone ale jeden czarny i wielki, robi niezłe wrażenie. Zaliczamy siedem pięknych wiosek plemion Akha, Li i Mien. Nasz cel do którego dążymy to wioska Pakha. Nie jest to takie proste, cho� kupiłem wczoraj map� okolicy. Wykona� j� jednak jaki� najbardziej wyluzowany mieszkaniec Muang Sing, z 7 wiosek jakie mineliśmy tylko 2 były na mapie. W końcu gdy ju� si� robi szaro, stojąc na środku otoczonego wzgórzami pola ryżowego, dostrzegamy na horyzoncie wyłaniający si� zza krzewów, rząd słomianych dachów. Wchodźmy do wioski. Wioska Pakha należy do plemienia Akha, przypomina bardzo wioski jakie widuje si� ba filmach o Afryce albo o wojnie w Wietnamie. Drewniane domki na palach, słomiane dachy, żadnych oznak cywilizacji...Wszystkie wioski s� animistyczne stąd większość posiada bramy przez które przechadza� si� mog� jedynie duchy, specjalne ołtarze w których zamieszkuj� te dobre i talizmany które chroni� przed tymi złymi. Stoimy przez chwil� na pustym placu, kiedy nagle w wiosce zaczyna si� wrzawa, zewsząd wybiegaj� dzieciaki i i kobiety. Mężczyźni wida� pracuj� na polach, bo w naszym kierunku anemicznie kroczy tylko bardzo wychudzony starzec. Widok jest jednak wszechobecnej nędzy jest dość ponury. Ci ludzie nawet nie prosz� ale żebrz� a wręcz żądaj� czegokolwiek. Poniewa� monety jakie miałem ju� rozdałem w wcześniejszych wioskach, pozostaje mi tylko zaoferowa� moje śniadanie. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy si� na nie rzucaj�. To pierwszy raz kiedy widz� tu naprawd� głodnych ludzi. Kilka papierosów oddaje staremu i rozmawiam troch� z nim i troch� z band� dzieciaków moim niedorzecznym laotańskim. Wszyscy maj� nam tylko do zaoferowania opium i bransoletki. Jest z nami te� jeden Belg którego spotkaliśmy na drodze. Teraz on i Bruce obaj przymierzaj� si� do zrobienia jaki� wspaniałych zdjęć. Maj� sprzęt o jakim marzy wielu naszych reporterów. Jednak maj� problem, bo nikt w wiosce nie godzi si� na żadne zdjęcia. Przynajmniej za darmo. Belg jest jednak bardzo uparty. � Nigdy nie płac� za zrobienie komu� zdjęć� mówi jakby wyraża� jakąś niezłomn� zasad� swojej natury. Uważa że to tylko psuje ludzi. Troch� później pochwali si� równie� że nie pali, nie pije, nie próbowa� nigdy żadnych narkotyków i w ogóle cała ta bieda tych ludzi to wyłącznie ich wina i tego że uprawiaj� opium. Bruce wytarguje kilka zdjęć, a Belg będzie si� skrada� ze swoim super telobiektywem po okolicy. Ja nie mam żadnych reporterskich ambicji, z moim małym automatem mog� tylko dosta� przy nich obu kompleksów. Jednak poniewa� pewna kobieta wciska mi bransolet� z muszelkami która nawet mnie zaciekawia, a mam tylko banknot pięciotysięczny, dorzuca do bransolety pozwolenie na zdjęcie, po czym bierze na ręce dzieciaka i pozuje z uśmiechem. Robi� naprawd� fajne zdjęcie, nikomu przy tym, nie kradnąc duszy ale raczej odkupując odrobin� jej odzwierciedlenia w obliczu tej dzielnej damy.
20-21 marca
Ob
a dni s� nieco podobne do poprzedniego, pierwszego robi� z Robem wycieczk� na południe, przechodzimy 10 km i padam bez tchu w słomianej wiosce z powodu kaca, jakiego nabawiłem si� wczoraj, pijąc za dużo Lao Lao. Bruce w ogóle nie by� w stanie nigdzie iść. Wioska jest totalnie opustoszała, wszyscy wida� w polu... tylko kilka dzieciaków które jak zwykle otaczaj� nas kołem. Znacznie bardziej ciekawe s� spotkania na ścieżkach z myśliwymi, którzy z wielkimi maczetami, łukami i autentycznymi muszkietami, uśmiechaj� si� do nas, pokazując upolowane wiewiórki, wielkie bażanty albo złowione pęki ryb. Następny dzie� idziemy na zachód z Brucem, poniewa� tajemniczy Rob znowu si� zaszy� i nie sposób było go znaleźć. Wioski które mijamy należą do plemion Thai Dam, Lu i nie s� ju� tak prymitywne jak wioski Akha. Bardzo zabawnie wyglądaj� te drewniane domki kryte słom� do których przytwierdzono ogromne talerze anten satelitarnych. Wioski te maja równie� generator, a w jednej widzimy co� w rodzaju dość prymitywnej ale działającej małej elektrowni wodnej, wykorzystującej wartko płynący strumie� górski. Dzięki znajomości z zabawnym dziadkiem ubranym jak Turek w wielki turban, udaje nam si� wkręci� na imprez� w wielkim bambusowym domku. Poniewa� nikt z nas nie mówi na tyle po laotańsku aby zapyta� o okazj�, uśmiechając si� od ucha do ucha, popijamy tylko Lao Lao ze starszyzn�, przy dźwiękach tam tamów, które składaj� si� na całą muzyczn� opraw� tego party.Wieczorem ze śmiechem przyglądamy si� jak Rob kupuje swoje obrusy. Ma ich ju� na stoliku z 10 i zapewnia otaczające go “indianki� że ju� nie ma więcej kasy. Te jednak ciągle wyjmuj� z torb kolejne arcydzieła rzemiosła i prezentuj� mu je, krzycząc co� po swojemu. Ich klient jednak nadal zapewnia że ma ju� tego dosy�, lecz
po chwili, jego źrenice znowu si� zwężaj� i ale upiera si� jeszcze � No tak ten rzeczywiście jest piękny, no ale nie mam ju� w ogóle pieniędzy, a ile kosztuje ?� My otwieramy oczy szeroko, no znowu kupi... Zaczyna si� scena negocjacji, kobiecina klaszcze 7 razy ( jedno klaśnięcie = 10 palców =10.000 ) Rob si� oburza i zniechęca, klaszcze 5 razy, ona dalej 7, on 6,ona dalej 7, on mówi że rezygnuje, ona klaszcze 6 i krzyczy ok. no i Rob mrucząc � the last one� wyciąga pogniecione banknoty z każdego możliwego miejsca w spodniach.22 marca.
Bruce dzi� wyjecha�, zamierza przekroczy� granic� z Chinami w Boten. Z Muang Sing jest tylko 9 km do Chin ale oczywiście przejścia dla ruchu turystycznego tam nie ma, cho� znacznie logiczniej by było je zrobi� właśnie tutaj. Próbujemy zrobi� z Robem jakąś wycieczk� do starego francuskiego fortu ale nas nie wpuszczaj�, teren państwowy ! Pewnie nawet wiem co to za teren. Z wnętrza zionie atmosfera cmentarza pordzewiałych maszyn rolniczych, zdezelowanych ciężarówek i inn
ego sprzętu. Laotański sukces kolektywizacji- PGR ! Nie ma zatem w zasadzie czego żałowa�, fort to ju� zupełna ruina, została tylko resztka muru i kawałek baszty. Francuzi skoszarowali tu kiedy� żołnierzy z Senegalu. Wcale bym si� nie zdziwi� gdyby w Senegalu istniały resztki fortu gdzie koszarowali kiedy� żołnierzy Laotańczyków. Po za chodzeniem po górskich wioskach, oraz tym fortem w Muang Sing nie ma więcej nic do roboty. W zasadzie pozostaje tylko usiąś� w knajpie, zapali� wietnamskiego papierosa, posłucha� chińskiej sentymentalnej piosenki z gramofonu i zabra� si� za dobre miejscowe żarcie. Rob, który by� tu ju� 2 lata temu, wie jednak co� więcej ni� ja o Muang Sing, bo ciągle gdzie� znika. I nie ma go na targu bo z miejsca gdzie siedz�, widz� targ jak na dłoni i nie ma go w obu knajpach, bo w jednej jestem ja, a druga jest obok i całe towarzystwo mam na oku. Nie ma go w świątyni, bo świątynie go nie interesuj�, nie pozna� te� żadnej miłej japońskiej dziewczyny ( co rzeczywiście jest mani� Kanadyjczyków ) bo obie i jedyne japońskie dziewczyny siedz� przy sąsiednim stoliku. Oczywiście teraz nie zadam mu tego pytania, i tak si� stąd zbieram, ale może kiedy�... Tak na pewno kiedy� jeśli si� jeszcze spotkamy, spytam go otwarcie : “To gdzie była ta palarnia ? � P>