|
10 marzec Sanyabulii |
|
Wczesnym rankiem na przypominającym zaorane pole, przystanku czeka na mnie chińska ciężarówka bo brzegi załadowana ludźmi i towarami. Tak to jest autobus do Sanyabuli. Mój plecak nie mieści się na dachu, ja nie mieszczę się w środku. Popełniam kardynalny błąd i siadam na zamknięciu naczepy, bo nie chce mi się stać. Podobna ten “ autobus” przeznaczony jest dla 35 pasażerów wiec nie rozumiem dlaczego wziął 50. Zaczyna się koszmarna jazda po dziurawej drodze. Pojazd czasami jedzie z prędkością może 15 kilometrów na godzinę. Dodatkowo ciągle zabiera po drodze kolejnych pasażerów, którzy zawieszeni na tyle i bokach ciężarówki zamierzają tak widocznie spędzić te kilka godzin. Zaczyna strasznie lać i w środku robi się niezłe błoto. Droga jest albo dziurawa albo w ogóle jej nie ma. Po godzinie dupa boli mnie niesamowicie. Posterunek na granicy prowincji to wielka ulga. Śmieszni policjanci w koreańskich kurtach ( ala Wietnam War ), ładownicami z jednym nabojem do rewolweru, sprawdzają całą ciężarówkę i przeszukują bagaże. Prowincja Sanyabuli to jeden wielki szlak przemytu którym płynie do Tajlandii nie tyle opium co drzewo tekowe. Pytają się mnie o coś, domyślam się że o cel mojej wizyty w tej okolicy, więc odpowiadam jedynym słowem jakie mam na tą okoliczność : “saan” – słoń. Po prostu jadę zobaczyć słonie i na dowód moich słów, pokazuje ciężki jak granat teleobiektyw od Zenita ( który się zepsuł ).
Po 5 godzinach męczarni jest koniec drogi. Wszyscy wysiadają i widzę wspaniałe góry w aureolach chmur które zalegają poniżej szczytów. To jest prowincja Sanyabuli. Odgradza się ona jednak rwącym wartko Mekongiem,który dopiero teraz wygląda, tak jak według mnie powinien wyglądać. Wielk
ie pędzące zwały brunatnej wody.Chwile potem na otwartej i przeciążonej, długiej łodzi forsuję rzekę wraz z resztą pasażerów. Na drugim brzegu oceniam swój wygląd jako dostateczny. Co prawda wyglądam jakbym spędził wiosnę w okopach Verdun ale myślałem że będzie gorzej. Jakimś podobnym do żuka pojazdem jadę dalej. Tutaj zamiast drogi jest przecinka przez dżungle więc teraz gdy tak leje, ta przecinka zaczyna powoli płynąć. Co jakiś czas ciężaróweczka grzęźnie w błocie i trzeba zeskakiwać by ją wspomagać siłą mięśni. Już teraz nie wyglądam tak dostatecznie.
Sanyabuli zaczyna się ciągnąć jak z nić z rękawa. Z przerażoną miną śledzę to miasto z naczepy pojazdu. Puste ponure ulice, które wykonano jedynie buldożerem. Małe drewniane domki wyglądają jakby zapadały się w ziemi na tym deszczu i błoto. Całe miasto jakby pokryte błotem, zbudowane na błocie i taplające się w nim całą wieczność. Dookoła góry i dżungla co jakiś czas wpełzająca pomiędzy domy, wyrastająca na placach, przy drodze, zupełnie jakby była na swoim terenie. Wszystko to przypomina raczej pionierską osadę poszukiwaczy złota na Alasce jakie widuje się na filmach o dzikim Zachodzie. Samochodzik zatrzymuje się przed jakimś domkiem – no tak mój guesthouse – jedyny w mieście. Stoję przez chwilę przed otwartymi drzwiami i nawołuje. Odpowiada mi cisza. Wchodzę do środka, pusto, przechodzę przez hol, kuchnia – żywej duszy. Wchodzę schodami na górę, wszystkie pokoje pozamykane na kłódki. Siadam przy schludnie urządzonym stoliku jaki służy zapewne gościom do pogawędek wieczornych. Jestem przygnębiony, już na rzece zwątpiłem czy ktokolwiek oprócz mnie zechciał tu przyjechać ale pusty hotel , w którym jest się jedynym gościem uświadamia mi że mimo wszystko miałem złudzenia. W taki deszcz człowiek w takim miejscu czuje się jak w domu gdzie wszyscy niedawno umarli pozostawiając po sobie w postaci mebli, krzeseł, więcej pustki, niż gdyby ich w ogóle tu nie było.
W końcu znajduję gospodynię kilka domów dalej, dostaje pokoik z moskitierą i zasypiam kamiennym snem w którym znajduję zupełne zapomnienie. Kiedy się budzę nie wiem gdzie jestem, dopiero monotonny szmer deszczu odpowiada mi na to pytanie : W Sanyabuli, jestem w najbardziej zabitym dechami miejscu na świecie ! Nawet kosmici tu cholera nie przyjeżdżają.
11 marzec
Strasznie nadal pada i w taka pogodę wszystkiego się odechciewa. Idę na targ,który jest w miarę blisko. Wygląda fatalnie, całe masy kucających kobiet,po kostki w błocie sprzedają warzywa, owoce, ropuchy, ryby i kury. Bezskutecznie próbuje znaleźć pieczywo. Idę do restauracji, nikt nie mówi tam żadnym ludzkim językiem. Wskazuje na hieroglify na tablicy i liczę na zupę. Dostaje kawę. Dopiero za trzecim razem udaje mi się zamówić jakiś obiad, ale jest po prostu obrzydliwy. Mięso jest albo jaszczurki albo jakiegoś innego gada. Nie daje się gryźć i ciągnie się jak guma do żucia. W dodatku całą kohorta czarnych much z których każda gotowa jest na samobójstwo byle tylko siedzieć tam gdzie nie powinna. Ohyda, z obiadu nici. Spacer po tym mieście jest przygnębiający nie tyle ze względu na pogodę ale raczej na świadomość totalnego wyobcowania. Wszędzie gdzie się pojawię odprowadzają mnie dziwaczne spojrzenia. Czuję się jak koczkodan. Nawet nie wiedziałem że będzie mi tak brakować jakiejś innej białej gęby i że sam tak bardzo będę odczuwał własną inność. Trzecią złą rzeczą tutaj jest rozmiar tego miasta. Podobno mieszka tu 60.000 ludzi więc to nie żadna metropolia, jednak ktoś zaprojektował te pociągnięte buldożerem drogi, chyba na pożytek wielkiego lotniska. Z mojego hotelu do przystanku “autobusowego” jest ok. 6 km. Jedynym sposobem poruszania się tu są 3 zdezelowane tuk –tuki.
Dopiero pod wieczór moja sytuacja się znacznie poprawia. Okazuje się że nie jestem jedynym lokatorem guesthousu. Mieszka tu jeszcze pewien laotański inżynier nadzorujący replantację dżungli. Studiował w Czechosłowacji i na Ukrainie. Dobrze mówi też po angielsku. Gadamy cały wieczór o losach Laosu. Mój rozmówca był dzieckiem kiedy wybuchłą wojna w Wietnamie ale pamięta jeszcze bombardowania. Pechowo dla Laosu, wojna w Wietnamie odbiła się tu tragicznie. Amerykanie zdecydowali się bowiem bombardować szlaki komunikacyjne Północnego Wietnamu również w Laosie. Pobili przy tym dość przygnębiający rekord, zrzucając ok. 2 miliony ton bomb na te niewielkie tereny Równiny Dzbanów, co przekracza cały tonaż bomb jakie spadły na Europe podczas II Wojny Światowej. A przecież legły w gruzach setki miast,w tym zupełnie Drezno i Warszawa. Mój znajomy nie może się nadziwić europejskiej namiętności do wojowania. “Buddyści są inni, znacznie bardziej lubią żyć w pokoju” dodaje. Pozornie się z nim zgadzam zwłaszcza że chodzi tu o krzywdy jakich doznał ten kraj z białej ręki. Zdanie to może odnosić się jakoś jeszcze do Laosu, który zazwyczaj padał ofiarą cudzych najazdów, ale reszta nie jest ni w ząb zgodna z prawdą. Pewnie że odizolowane dżunglą i rwącymi rzekami, błotami w porach deszczy i szaleństwem Monsumu, krainy tej części Azji nie mogły z taką prostotą prowadzić tak radośnie wojen, jak to dzięki bogatszej infrastrukturze czyniliśmy w Europie. Ale wystarczy się przyjrzeć historii imperium Khmerów, którego potęga wyrosła na podbojach, przypomnieć sobie brutalne i siejące postrach wyprawy Birmańczyków którzy spalili wiele buddyjskich miast ( w tym Ajutię dawna stolicę Syjamu ), czy też sam Syjam, który dla głupiego odwetu spalił doszczętnie Vientiane, łącznie z świątyniami tego samego wszak kultu. A przecież na czele tych krwawych najazdów zawsze stali władcy oficjalnie wyznający i praktykujący tradycję buddyjską. A sam Pol Pot – rekordzista w dziedzinie likwidacji i upodlenia własnego narodu. Słynny budowniczy piramid z czaszek ludzkich i twórca Pól Śmierci, czyż nie był wysoce wykształconym i poważanym wcześniej mnichem buddyjskim? Czyż on i jego czerwona maoistowska banda tak szybko zupełnie zapomnieli o tysiącletniej tradycji ? Nie ma doskonałych systemów i doskonałych narodów. Ludzie są ludźmi, bez względu na rasę czy wyznanie, we wszystkich drzemią te same namiętności : władza, forsa, sława !
P>