| 8 marzec � | � � |
�
Mieszkam w sali zbiorowej z 20 Japończykami. Wcale nie s� zorganizowani. W większości to samotni turyści. Stereotyp japońskich wycieczek pstrykających zdjęcia może sprawdza si� w znanych muzeach Europy ale nie tu w Azji, gdzie s� jakby w domu. Wcale nie biegaj� z aparatami jak ich zachodni koledzy, nie maj� kompleksu reportera i jak na naród który wyprodukowa� te wszystkie Nikony, Minolty i Canony, to akurat najmniej chyba właśnie oni nosz� tego żelastwa. Nie traktuj� tego świata a� tak egzotycznie i z rezerw�, ale potrafi� si� w nim znakomicie znaleźć. Często widziałem japońskie dziewczyny jak staj� si� niemal przyjaciółkami lokalnych rodzin i ulubienicami małych dzieci, których tutaj jest pełno. Nawet młody fotograf Xai ze wzruszeniem opowiada� mi o swoich przyjaciółkach Japonkach, które czasem do niego jeszcze napisz�. W końcu zaznajamiam si� z sąsiadk�, która jest z jakiej� wyspy na południu Japonii ( nazw� oczywiście zapomniałem równie szybko jak usłyszałem ) Moja sąsiadka jest po prostu niebotycznie piękna. Subtelne, delikatne rysy i czarujący uśmiech, melodyjny głos. Jest ju� 3 miesiąc w samodzielnej podróży ( Chiny, Wietnam, Kambodża ). Dowiaduje si� że jedzie na południe i od razu oddaje jej wszystkie wydruki z Passplanet, dotyczące tych miejsc, cho� wcale nie wiem czy sam tam nie pojad�. Strasznie mnie oczarowała. Od dawna jednak staram si� przyjrze� Japońskim turyst�, którzy w pewien sposób mnie fascynuj�. Oni i Koreańczycy s� jedynymi Azjatami turystami na świecie. Jednymi którzy tak jak biali zbudowali swój własny dobrobyt może nawet bardziej jeszcze zwariowany ni� Europejczycy czy Amerykanie. Większość tejże młodzieży to ludzie którzy ju� nie studiuj�. Porzucili prac�, bo nie dostaliby takiego urlopu, i postanowili uszczknąć nieco spokoju i beztroski. Taka jest moja sąsiadka, ale pokazuje na grup� i mówi że tylko 2 osoby tutaj to studenci, reszta te� rzuciła prac�. Japończyków w tej części Azji jest wielu. Na pozór to tacy sami turyści jak reszta, a jednak tak nie jest. S� bardzo twardzi, znacznie bardziej ni� ja i inni biali. Potrafi� sobie wszystkiego odmawia�, nie jadaj� prawie w restauracjach, tylko chodz� na targ, nie pij� dużo piwa, a raczej tani� whisky, śpi� w najtańszych hotelach, w ogóle raczej w salach zbiorowych ni� w pokojach. Przez ten cały czas w Luang Prabang, kiedy spacerowałem po mieście, prawie w ogóle ich nie spotykałem. Widuje ich jedynie na altanie guesthausu jak siedz� i czytaj� książki lub rozmawiaj�. Po trochu zaczynam ju� pojmowa� jak oni mogli w 1942 iść jak nóż przez masło przez Chiny, Singapur, Indochiny, Tajlandi� i Birm�. Prawie zawsze odwiedzaj� te same miejsca, najbardziej rozpowszechnione wśród turystów. Mówi� im że jad� do Sanyabuli, a oni otwieraj� szeroko oczy jakbym si� wybiera� na koniec świata. � Gdzie to jest ?, Przecie� nic tam chyba nie ma ? W moim przewodniku nic o tym nie pisz� ! Po co tam jecha� ?� No właśnie � myśl� � troch� wida� brakuje im odrobin� indywidualizmu.Spaceruje troch� po mieście, odwiedzając te świątynie w których dotychczas nie byłem. Nagle zaczyna pada� deszcz, id� do położonej malowniczo pomiędzy Mekongiem a małą rzeczk� Khan, świątyni Wat Xieng Thong gdzie mieszka Kham La. W świątyni na drugim brzegu rzeki mnisi na częś� deszczu zaczynaj� gra� na wielkich kotłach. Wat Xieng Thong jednocześnie świątyni� i muzeum. Sim czyli jakbyśmy powiedzieli właściwa świątynia jest jedn� z najstarsz
ych w tym mieście. Zbudowana w 1560, w przeciwieństwie do reszty klasztorów, uniknęła zniszczenia w 1887 podczas chińskiego najazdu. Podobno wódz Chińczyków pobiera� tu nauki i ów sentyment do “starej budy� j� uratowa�. Obecnie świątynia ta stanowi najbardziej okazały przykład budowli religijnej w Luang Phraabang. Głęboko pochylone dachy z szczerbcami złotych iglic pośrodku miały chroni� to sanktuarium Buddy przed złymi duchami spadającymi z nieba. Złe duchy gościły jednak często w tej krainie, cho� faktycznie nie spadły z niebios Za simem znajduj� si� dużo mniej okazałe i nieco na szybkiego chyba zbudowane budynki klasztorne, zamieszkiwane przez załog� Wat � mnichów i nowicjuszy. Cela Kham Laa jest znacznie wygodniejsza ni� jego kumpla gdzie byliśmy wczoraj. Mieszka tu tylko 3 mnichów no i maj� nawet łóżka. Oglądam podręczniki szkolne. Poniewa� każdy taki klasztor jest zarazem szkołą średni� oprócz wiedzy mistycznej, mnisi ucz� si� tu te� tego wszystkiego , czego ucz� szkoły świeckie. Bior� pełn� zagadkowych postaci książk� od historii i rozpoznaje w niej jedynie jednego człowieka � Ho Shi Minha. Kham La pokazuje mi inn� i mówi “Ta jest bardzo dobra� Czarna obwoluta i mały format przypomina książeczk� do nabożeństwa. Angielskojęzyczne eleganckie wydanie “Perspektywy rozwoju komunizmu w Związku Radzieckim� Moskwa 1981. Mówi� � to zła książka, 10 lat później nie było ju� żadnych perspektyw� “Wiem, wiem� odpowiada � Ale pomaga mi uczy� si� angielskiego� . Na zewnątrz zaczęła si� ulewa. Patrz� z werandy na pusty dziedziniec świątyni, na który wybiega właśnie jeden z mnichów z wyciągniętymi ku niebu ramionami, jakby chcia� zgarnąć jak najwięcej tego deszczu dla siebie. Gdybym tylko mia� teraz aparat i zrobi� zdjęcie ! Niestety nie podziel� si� z nikim ju� tym widokiem. Siadam na schodach werandy i słucham tego deszczu. Nagle robi mi si� dziwnie smutno. Nie wiem dlaczego, jakby co� mi pękło w środku. Jakbym tęskni� za czym� czego obecność mog� jedynie odczuwa�, a czego nie jestem w stanie sobie wyobrazi� ani pojąć.�
9 marzec
Dzisiaj jest jaki� festiwal religijny, wiem bo mówi� mi o tym Kham Laa. Rankiem główn� ulic� miasta wędruje legion młodych mnichów. Id� wszyscy śpiewa� hymny dla Buddy. Nigdy jeszcze nie widziałem ich a� tylu. Zabawnie to wszystko wygląda, maszerujący niczym żołnierze mnisi w swoich pomarańczowych płaszczach, z czarnymi parasolami i dziecinnymi twarzami a wokół nich niczym natrętne muchy biegaj� zachodni turyści z wielkimi Canonami i Nikonami i mierz� do nich w ogromnym po�
piechu. Oni te� s� zaskoczeni takim widokiem, obok mnie, jaka� blondynka nie wytrzymuje i mówi do przyjaciółki że leci po aparat. Ja oczywiście te� zapomniałem swojego ale jestem za leniwy na takie bieganie. Idąc dalej spotykam samego Kham Laa który namawia mnie abym poszed� z nimi do świątyni i wziął udzia� w sesji.. Migam si� jak mog�, bo prawd� mówiąc w ogóle mi si� nie chce. Nie chce jednak wyjść na ignoranta. Przednia ściana tej świątyni ozdobiona jest scenami z życia Buddy ale ja nic z nich nie rozumiem. Kham Laa opowiada mi dwie,i sam przyznaje że na razie te� wszystkich nie zna. Jak będzie mnichem to pozna. Wchodzimy do środka. Mnichów jest od groma. Jestem jedynym nie pomarańczowym gościem i czuj� si� głupio. Cofam si� więc na koniec. Mnisi siedząc po turecku zaczynaj� intonowa� swoj� pieśń. Siedz� sobie i śpiewaj� w starożytnym języku Pali przy blasku świec, a ja czuj� si� jak na tureckim kazaniu. Potem zalega cisza i przemow� rozpoczyna Ebo ( czy te� Edo). Po zakończeniu, pytam Kham Laa czy było to co� w rodzaju kazania. Nie, nic w tym stylu. Ebo mówi� kto ostatnio nie posprząta� pokoju, kto nie opiekowa� si� ogrodem, kto za to będzie mia� dodatkowe warty ( mnisi nocami wystawiaj� warty ze względu na spore ilości cennych posągów w świątyniach ),kto nie będzie móg� pojecha� do domu w najbliższy weekend itd. P>