6 marzec  Lounag Prabang                                                                                                                             

Luang Prabang

Nie wiem jak oddać klimat tego miasta. Zaczarowane albo magiczne. W Luang Prabang odnoszę wrażenie że jestem w świecie wyświetlanym w zwolnionym tempie. W mieście jest ponad trzydzieści dość starych ale wciąż czynnych świątyń. Spaceruję po nich w jakimś nie pojętym transie, jak pijany. Wszystkie mi się podobają bez żadnych wyjątków. Jest tu doskonały klimat. Z nad rzeki rozpościera się bezmiar szumiącej dżungli, która porasta dalekie góry. Miasto nie posiada już tylu cech francuskich. Urodę domków z epoki protektoratu przyćmiewa piękno wszechobecnych budynków klasztornych których smukłe, strzeliste dachy piętrzą się jak fale. Każdy krok, każde spojrzenie przekonuje, że całe to miejsce jest jedną wielką szkołą buddyjską. Od rana do świtu ulice miasta przemierzają grupki mnichów w pomarańczowych togach, dzierżąc nieodłączne parasole. W ich wyglądzie ten jeden, zdaje się francuski wynalazek, odróżnia ich od kolegów sprzed 500 lat, którzy wydeptywali tu te same ścieżki.

Wszystkie świątynie są w zasadzie bardzo do siebie podobne, z pogodą w centrum dziedzińca i osiedlem mnichów na obrzeżach. Inaczej są ulokowane stupy oraz pomniki Buddy. Przeważnie wejścia do pagody – sanktuarium Buddy strzegą wielkie rzeźbione w drewnie smoki lub raczej są to węże wodne. Przednia ściana ozdobiona jest malowidłami przedstawiającymi życie Buddy – księcia Siddharty Gautamy. W środku panuje półmrok, zapach kadzidła, czasem kwiatów. Tam przybysza oczekuje smukła postać odlana z brązu lub nawet ze złota, zawsze w tej samej pozycji kwiatu Lotosu, zawsze z tym samym nieobecnym wyrazem twarzy. Człowiek który dwa i pół wieków temu w proch obrócił ludzkie marzenia o bogach, niebiosach i szczęśliwej nieśmiertelności, nie dając w zamian nic, prócz wizji pustego pejzażu. Najdziwniejsze jest że, jego trudna i skomplikowana nauka szybko znalazła posłuch wśród wielu uczonych, prostych, biednych i bogatych. Książę Siddharta, nieobecny ale powielony w setkach tysięcy pomników, setkach tysięcy zwoi i milionach wyznawców, przekonuje żeby zostawić siebie samego i udać się po prostu donikąd, gdzie nie ma absolutnie niczego. I wielu wyrusza w tę dziwną ascetyczną i pełną poświęcenia podróż. Ale czy mają jakieś gwarancje że kres tej drogi jest tym o czym przekonywał Siddartha ? Czy ta wizja świata, choć w zasadzie dość logiczna i prawdopodobna, ma większą rację bytu niż setki tysięcy innych jakie wynaleźli ludzie, ich prorocy i bogowie ? Niestety, aby dowiedzieć się czegoś konkretniejszego nam zwykłym śmiertelnikom, trzeba wciąż, osobiście przebyć Styks, Acheront, Lete, Kokystos oraz Flegeton i my wszyscy będziemy mieli ku temu okazję. A na razie, jak powiedział poeta: nasz świat dalej pędzi w żądzy, po metalowych drogach czasu co przeszedł i czasu co przyjdzie.

7 marzec

Po całodniowym spacerze po mieście, daję się namówić szefowi łodzi na wycieczkę rzeką do jaskiń i świątyń na drugim brzegu. Jest bardzo gorąco, więc nawet ta krótka 15 minutowa przejażdżka po rzece daje wielką ulgę. Jaskinia muzeum – jest również byłym sanktuarium, gdzie dawno temu ukryto cenne posągi Buddy, przed chciwą ręką agresorów z Chin, Wietnamu i Syjamu. Rzeczywistym dyrektorem i kustoszem tego muzeum, jest może 9 letni chłopiec z poczciwą procą u pasa. Po dotarciu na miejsce “ dyrektor” pyta mnie czy mam latarkę. Ja naturalnie nie mam, on naturalnie też nie ma, a jaskini – muzeum nie zaopatrzono w świece, choć zioną z niej egipskie ciemności. Oczywiście zaczyna się rozpaczliwe poszukiwanie świeczek w skalnych ścianach przy wejściu. Oczywiście mój przewodnik nawet nie chce słyszeć o powrocie do świątyni po świece. To zaledwie kilkadziesiąt metrów ale woli widać ganiać po całej okolicy i przeszukiwać krzewy, po to by znowu wracać i ponownie przeszukiwać skalną ścianę. W końcu wpada na genialny pomysł. W pierwszej sali znajduje się coś w rodzaju ołtarza, gdzie podczas odprawianych tu ceremonii, oświetla się posąg Buddy lampionami, wykonywanymi z papieru. Dyrektor zgarnia lampion i po prostu podpala go. Przez kilka godzin czyjeś pracowite ręce tworzyły ten lampion aby mógł wspierać skupienie medytujących pielgrzymów, a mój przewodnik po prostu gniecie go, wsadza go do puszki, podpala i ruszamy w drogę. Za taka profanacje w filmach typu “Mumia” zawsze przybysze giną w ciemnościach za sprawą złych duchów. Ponieważ papieru jest i tak niewiele pędzimy więc po stromych schodach wprost ku czeluści. Tam przez moment blask światła pada na oblicza posągów Buddy, które setki lat czekają na spotkanie z nieznajomym. Wyglądają trochę jak sarkofagi ( to są posągi stojącego Buddy ). Jednak takiemu gamoniowi jak ja nie dane jest nacieszyć się ich widokiem. Zgodnie z przewidywaniami puszka po farbie z płonącym papierem stała się gorąca i chłopak odrzucił ją z wrzaskiem. Zostajemy na dole w zupełnych ciemnościach. No to się nazwiedzałem.

 

Na mieście spotykam wcześnie poznanego mnicha Kham Laa, który właśnie idzie do kumpla i mówi żebym poszedł z nim. Idziemy więc do wielkiej świątyni przez oświetlony świecami Luang Prabang. W klasztorze kumpla, którego imię już zapominam, jest bardzo zabawnie. Chłopaki mieszkają w niewielkiej celi po 5 osób. Moje przybycie sprawia że pokój się zaludnia pomarańczowymi postaciami. Palimy moje fajki i gadamy o życiu mnicha. To że wielu moich nowych znajomych pali papierosy trochę mnie dziwiło jeszcze wczoraj. Przecież nie wolno. “No tak” brzmi odpowiedź “ Gdyby Ebo widział byłoby źle” Ebo czy też Edo to szef całej szkoły – zazwyczaj stary mnich. Tu natomiast są sami nowicjusze – to znaczy uczniowie szkoły. Mają jednak 77 nakazy to spełnienia ( mnich ma 227 ), między innymi zakaz palenia.

A oni na to “Nasze postanowienia możemy przecież odnawiać, a palenie to dobra rzecz. Kiedy palimy ( a czasem mamy tylko jednego papierosa ) wszyscy się tu grupujemy i możemy pogadać, pośmiać się albo podyskutować. To jak rytuał” Jak się dalej okazuje również zakaz spotykania dziewczyn ( kobiecie nie wolno nawet dotknąć mnicha ani nowicjusza ) nie jest aż tak skrupulatnie przestrzegany. Kham La wskazuje na wesołego kompana i mówi że ten, z powodu swej “murzyńskiej urody” ma wielkie powodzenie u dziewczyn. No i czasem przebiera się za cywila, rusza na miasto w tajemnicy i tańczy z dziewczynami na dancingu w hotelu do rana. Przez parę godzin wypalamy ze dwie paczki fajek i w celi robi się prawdziwie mistyczna zadyma. Nie wiele jeszcze wiem o buddyzmie więc kieruje rozmowę w tym kierunku. Kham La opowiada mi historię o duchach. W odwiecznej wędrówce dusz są przystanki. Przez kilkadziesiąt dni po śmierci ( zdaje się że 40 ), zanim nastąpi reinkarnacja, umarły może stać się duchem. “ Pamiętam jedną mniszkę “ mówi mój kolega “zginęła w wypadku samochodowym 2 lata temu. Niedługo potem medytowałem w świątyni kiedy zobaczyłem mniszkę przy ołtarzu. Była to ta sama mniszka która zginęła, ale nie miała stóp i unosiła się jakby nad ziemią. Przestraszyłem się i krzyknąłem. Ona odwróciła się zobaczyła mnie i wyskoczyła przez okienko, zupełnie jak tygrys. Oczywiście nikt mi uwierzył, nawet teraz, patrz moi koledzy się śmieją, ale niedaleko stąd żyje pewien stary mnich, który jest znawcą duchów. Opowiedziałem mu wszystko i on mi uwierzył, powiedział że naprawdę widziałem jej ducha”.

 

P>


Dalej

Hosted by www.Geocities.ws

1