V.

Przejście z jednego świata do drugiego. — Matka Boska w Einsiedeln. — Powołanie Zwinglego. — Opał. — Geroldseck. — Stowarzyszenie naukowe. — Odpis biblii. — Zwingli i za­bobony. — Pierwszy opór przeciwko błędom. — Hedio. — Zwingli i legatowie papieía. Honory Rzymu. — Biskup Konstancji. — Simson i odpusty. — Stapƒer. — Dobroczynność Zwinglego. — Przyjaciele jego.

 

Było to w połowie dziewiątego wieku. Pewien niemiecki mnich, Meinrad von Hohenzollern, przybył w okolicę leżącą pomiędzy vierwaldstadzkiem i zurychskiem jeziorem, i tam sobie na lesistym pagórku pustelniczą zbudował chatkę. Świę­tego zabili zbójcy, a namiot krwią zbroczony stał odtąd pust­kami. Pod koniec wieku dziesiątego wybudowano na onem uświęconym miejscu klasztor i kościół na chwałę Najśw. Panny. O północy przed dniem poświęcenia modlił się biskup Kon­stancji z duchownymi swymi w onym kościele, aż tu naraz niewidzialne duchy w kaplicy niebiański zanuciły śpiew.

 

    251   

 

Wszyscy upadłszy na kolana ze zdumieniem go słuchali. Na­stępnego dnia zabiera się biskup do poświęcenia kaplicy, gdy w tym po trzykroć odzywa się głos wołający: „Stój, stój, bracie; już kaplicę poświęcił Bóg.” Chrystus sam, jako donosi podanie, w nocy ją poświęcił; aniołowie, apostołowie i Święci Pańscy śpiewali pieśni, i Najśw. Panna stała na ołtarzu jasna jak błyskawica. Papież Leon VIII. wydał bullę, w której surowo zakazał, aby nikt o prawdzie powyższej legendy wątpić się nie poważył. Od tego czasu mnóstwo pobożnych odbywało pielgrzymki do Matki Boskiej w Einsiedeln. Co do chwały miejsca tego, to w starożytności chyba jedynie Delfi i Efezus, a w naszych czasach jedynie Loretto możnaby przyrównać do Einsiedeln. Do tego szczególniejszego miejsca powołano r. 1516 Zwinglego za kaznodzieję i pro­boszcza.

Zwingli nie namyślał się długo. „Nie ambicja lub chci­wość, tylko sztuki Galów mię do zmiany miejsca skłoniły,” pisze Zwingli. Lecz i wyższe jeszcze względy za tym przema­wiały. Żyjąc w zaciszu i samotności mógł on tutaj poświęcać się rozmyślaniu i naukom, tym więcej iż parafia daleko była mniejsza. A znowu nastręczało mu to miejsce pielgrzymek dosyć sposobności do szerzenia prawdy chrześcijańskiej nawet i w strony odległe.

Zwolennicy ewangelicznego kazania w mieście Glarus pu­blicznie odejścia jego żałowali. Piotr Tschudi, jeden z naj­szlachetniejszych mężów kantonu rzekł: „Cóż mogło nas jeszcze spotkać gorszego, aniż żeśmy takiego człowieka utra­cili?” Parafianie jego, widząc iż się Zwingli w postanowieniu swem zachwiać nie da, pozostawili mu tytuł proboszcza Glaru i część jego dotychczasowych dochodów, tudzież zastrzegli mu swobodę powrotu, gdyby się do takowego namyślił.

Konrad von Rechberg, pochodzący ze starej szlacheckiej rodziny, był jednym z najbardziej zawołanych myśliwych w onej okolicy, do której się Zwingli wybierał. Konrad byt człowiekiem poważnym, otwartym, nie bojącym się nikogo; przy tym jednak trochę surowym. Na jednym z folwarków swych w Sihlthal hodował on konie dobrej rasy, które sobie we Włoszech sławę zjednały. Pan ten był opatem klasztoru Einsiedeln. Roszczenia Rzymu i dysputy teologiczne równie były mu wstrętne. Gdy razu jednego przy sposobności wizytacji klasztoru na niektóre rzeczy uwagę jego zwrócono, od­parł on krótko: „Tu ja jestem panem, wy możecie się wyno­sić!” Pewnego dnia rozmawiał Leon Juda z administratorem

 

    252   

 

klasztoru u stołu o niektórych trudniejszych kwestiach teolo­gicznych. W tym powstał opat i w myśliwski swój odezwał się sposób: „Precz mi z waszą dysputą. Ja powiadam jako Dawid: Zmiłuj się nade mną, Boże! według miłosierdzia twego, a nie wchodź w sąd z sługa swoim. — Więcej mi wie­dzieć nie potrzeba” l),

Administratorem   klasztoru   był   baron   Theobald   von Geroldseck,  mąż  pobożny i łagodnego serca,   tudzież wielki zwolennik nauk. Najprzedniejszym usiłowaniem jego było zgro­madzić w klasztorze jak  najwięcej  przyjaciół nauk, i z tego też   powodu   powołał  on   Zwinglego.     Pałając   żądza   wiedzy prosił   on   Zwinglego   o   podanie   wskazówek,   coby  najlepiej miał   czytać.     „Czytajcie   w   Piśmie   świętem,”   odpowiedział Zwingli,   „a  dla  lepszego   zrozumienia   Pisma   weźmijcie   do ręki dzieła Hieronima.  Ja spodziewam  się jednak, iż za nie­długo nie będą już chrześcijanie cenić ani Hieronima ani ża­dnego    innego Doktora,  ale jedynie  słowo Boże  powszechne zjedna sobie  znaczenie”2).    Wkrótce się też pokazało, jakie Geroldseck  w   wierze  robił   postępy.     Pewnemu   klasztorowi zakonnic,   zostawającemu  pod zwierzchnictwem  opactwa  Ein­siedeln, udzielił  on pozwolenie  do czytania Pisma w języku krajowym.    W  kilka lat  później  wybrał  się   Geroldseck   do Zwinglego do Zurychu i z nim razem poległ potem na polu walki pod Kappel.    Wkrótce ścisła zapanowała przyjaźń nie tylko miedzy Zwinglim i Geroldseckiem, lecz także kapelanem Zink,  tudzież zacnym Oechslinem,   Łukaszem  i  innymi  mie­szkańcami opactwa.    Pilni ci i wszelkim stronniczym zatargom obcy  mężowie  wspólnie  czytywali  Pismo   święte,   Ojców  ko­ścioła, tudzież klasyczne  dzieła starożytności jako  też pisma odnowicieli nauk. Nieraz nawet i zamiejscowi przyjaciele w kółku tym brali udział. Razu jednego przybył Kapito do Einsiedeln. Dwaj dawni przyjaciele z  Bazylei  oglądali znakomitości kla­sztoru,   podziwiali   dziką  jego   okolicę,' rozmawiali   o  Piśmie świętem i wolę Bożą poznać sobie życzyli.    W jednym zdaniu obydwa się zgadzali, a mianowicie,  iż papież rzymski konie­cznie musi upaść!    Wtenczas był Kapito odważniejszym,  niż później.

W onym zaciszu, gdzie Zwinglemu nie brakło spokoju, czasu, ani książek i przyjaciół, tam pomnażała się wiara i znajomość jego. W maju r. 1517 podjął się Zwingli pracy,

 

1) Wirz, Kirch. Gesch. III. 363.

2) Zwinglii Opp. I. 273.

 

    253   

 

która niemałą przyniosła mu korzyść wewnętrzną. Jako nie­gdyś królowie Izraela własnoręcznie zakon Boży odpisywali, tak i Zwingli wziął się do odpisania listów apostoła Pawła. Wtenczas istniały tylko wydania Nowego Testamentu nie­zgrabne co do formy, Zwingli zaś chciał mieć taki egzem­plarz, któryby wszędzie z sobą nosił l). Listów tych, jako też innych ksiąg Nowego Testamentu, tudzież i kilku starego testamentu wyuczył się na pamięć. Serce jego coraz więcej się ze słowem Bożena spajało. Zwingli nie ograniczał się do uznania takowego, owszem sam życie swoje według zasad jego urządzał. Dusza jego coraz więcej na drogę chrześcijaństwa wstępowała; a tak wypełniło się zadanie, dla którego do onego zacisza powołany został. Wprawdzie cała obfitość chrześcijańskiego życia w Zurychu dopiero duszę jego przejęła, ale i w Einsiedeln nie małe już zrobił on postępy w poświę­ceniu serca. W Glarus brał on jeszcze bez namysłu udział we wszystkich świeckich rozrywkach, w Einsiedeln atoli już usiłuje się serce swoje zachować czystym od wszelkiej światowości i plamy grzechu. Coraz bardziej zgłębia się on w poznanie duchownych potrzeb swego narodu, i drogi Boga co do osoby swojej pojmować zaczyna.

Inny jeszcze był cel, dla którego go Opatrzność Boska do Einsiedeln powołała. Trzeba było jeszcze z bliska poznać i przy­patrzyć się nadużyciom kościoła. W klasztorze przechowywano starannie obraz Najś. Panny, któremu siłę czynienia cudów przypisywano. Nad bramą opactwa stało napisano: „Tu można zupełnego odpuszczenia grzechów dostąpić!” Mnóstwo też tam ze wszystkich dzielnic chrześcijaństwa przybywało pielgrzymów, pragnących pielgrzymką swą powyższej dostąpić łaski. W święta Panny Maryi bywał kościół, opactwo i cała nawet okolica po­bożnymi pielgrzymami szczelnie zapełniona. Najbardziej zaś w wielkie święto „poświecenia kościoła przez aniołów” niezli­czone tłumy ludu miasteczko Einsiedeln zalewały. Niezliczone szeregi mężczyzn i kobiet wspinały się wzgórę ku kościołowi, stojącemu na pagórku; wszyscy trzymali w ręku różańce i zma­wiali modlitwy, lub pieśni nabożne śpiewali. Cale mnóstwo to gar­nęło się do kościoła, mniemając, że tam bliżej są Boga, niż gdziekolwiek indziej.

Co do poznania nadużyć papiestwa miał dla Zwinglego pobyt w Einsiedeln to same znaczenie, co dla Lutra jego podróż do Rzymu. W Einsiedeln ukończyło się wychowanie jego na

 

1) Rękopis ten istnieje jeszcze w bibliotece Zurycha.

 

    254   

 

reformatora kościoła. Bóg jest j e dyn e m źródłem zbawienia, i jest nim wszędzie, o tym przekonał się Zwingli w Einsiedeln, i obie prawdy te stały się zasadniczymi artykułami teologii jego. Powaga serca jego objawiała się i na zewnątrz. Przekonawszy się o wielkości upadku tym mężniej przeciwko niemu wystąpić postanowił. Zwingli ani na chwilę nie zachwiał się między obowiązkiem sumienia i własną korzyścią, owszem mężnie i skutecznymi słowy na zabobony ludu uderzał. „Nie mniemajcie,” — tak kazał Zwingli, — „jakoby Bóg więcej w tyra kościele, niż na któremkolwiek innem miejscu świata stworzonego się znajdował. Gdziekolwiek mieszkacie, Bóg wszędzie jest wam bliskim i słyszy prośby wasze tak, jak tu w tym kościele Panny Maryi. Albóż to zbytnimi uczynkami, dalekimi pielgrzymkami, darami, obrazkami lub wzywaniem Panny Marii i innych Świętych zbawienia dostąpicie? Cóż znaczy wielomówność wasza i modlitwy wasze — cóż pomogą piękne kaptury i ogolone głowy, cóż suknie fałdziste i długie, tudzież muły objuczone złotem ? Bóg na serce patrzy, a serce nasze daleko jest od Boga” 1).

Lecz nie o zwalczenie zabobonu chodziło tylko Zwinglemu; tu innemu trzeba było zadosyć uczynić pragnieniu, a mianowicie pojednaniu serca z Bogiem, czego wielu obecnych pielgrzymów na tym miejscu szukało. A dla tego wołał Zwingli do ludu, jako niegdyś Jan Chrzciciel na puszczy, że Chrystus jest on baranek Boży, który gładzi grzechy świata. „ Chrystus został ofiarowany na krzyżu, onci jest barankiem i ofiarą, która aż na wieki stała się okupem za grzechy wszystkich wierzących”2). Tak Zwingli kroczył naprzód. Gdy w najbardziej uwielbianej świątyni Szwajcarii słowa te się odzywały, to w ten sam dzień już sztandar oporu przeciwko Rzymowi ponad wszystkie wzno­sił się góry. Fundamenta ich zadrżały od tajemniczego wstrząśnienia, które reformacją zapowiadało.

Powyższe słowa wymownego kaznodziei powszechne wśród słuchaczów budziły zdumienie. Jedni odeszli natychmiast pełni będąc trwogi, inni znowu wahali się między wiarą ojców i nauką, która sercom ich pokój zwiastowała. Wielu ich na­wróciło się do Jezusa, o którego dobroci im opowiadano. Ci zabrali z sobą na powrót świece, które w ofierze dla Najś. Panny przynieśli. Mnóstwo pielgrzymów, powróciwszy do domu, opowiadali domownikom swoim, co słyszeli w Einsiedeln: że

 

1) Zwinglii Opp. I 236.

2) Zwinglii Opp. I. 263.

 

    255   

 

Chrystus jedyny zbawia człowieka i czyni to wszędzie. Całe tłumy pielgrzymów, usłyszawszy to ze zdumieniem, po­wracały przed ukończeniem pielgrzymki na zad do domu. Liczba modlących się do Maryi z każdym dniem się zmniejszała. Do­chody Zwinglego i Geroldsecka ograniczały się wprawdzie zgoła wyłącznie do darów pielgrzymów, ale mężny on świadek prawdy Bożej wolał, co do siebie żyć w ubóstwie, byle tylko dusze ludzkie na wewnątrz się wzbogacały.

W Zielone Świątki r. 1518 znajdował się pomiędzy słu­chaczami Zwinglego uczony mąż imieniem Kacper Hedio. Był on Doktorem teologii w Bazylei i odznaczał się dobrocią serca, tudzież nadzwyczajną dobroczynnością. Zwingli kazał na tekst o „powietrzem ruszonym,” gdzie stoi napisano, iż „Syn człowieczy ma moc na ziemi odpuszczać grzechy” (Luk. 5, 24). Słowo to zupełnie było stosowne do wzruszenia serc ludu, zgromadzonego w świątyni Marii. To też kazanie Zwinglego wzruszyło, porywało i zachwycało słuchaczów, a między nimi szczególnie bazylejskiego Doktora. W długie lata później wspominał on jeszcze o nim z podziwianiem. „Ach cóż to była za mowa,” rzekł Hedio, „piękna, głęboka, pełna powagi, zupełna, idąca do serca i ewangeliczna; prawie w ten sposób chyba dawni nauczyciele kościoła kazali.” Od tego czasu poko­chał on i podziwiał Zwinglego. Chętnie byłby go odwiedził i uczucia serca swego przed nim wynurzył. Przez dłuższy czas chodził nawet ze wszystkich stron naokoło opactwa, ale jakaś prawie zabobonna skromność i lękliwość nie pozwoliła mu zbli­żyć się do niego. Wsiadł więc na koń i wyjechał powoli z Ein­siedeln, często jeszcze oglądając się po za siebie na miejsce, w którym taki klejnot się znajdował, tudzież bolejąc w duszy, iż sam tam pozostać nie może.

Tak więc kazał Zwingli; wprawdzie nie tak potężnie, jak Luter, owszem z nieco większym umiarkowaniem, ale przy tym nie mniej skutecznie. Zwingli nie naglił tak naprzód, jako reformator Saksonii, nie sprawiał tyle złej krwi, owszem wszy­stkiego się po wewnętrznej sile prawdy spodziewał. Nawet w obejściu z naczelnikami kościoła równej przestrzegał on ostrożności. Nie występował przeciwko nim od razu jako nie­przyjaciel, ale przez długi czas zostawał im przyjacielem. Ci znowu nie nacierali nań już przez wzgląd na naukę i talenta jego, tudzież i dla tego, ponieważ co do politycznych spraw stał po stronie papieża, a nareszcie i przez wzgląd na moralny wpływ, jaki człowiek taki w kraju republikańskim na umysły narodu wywierać musiał.

 

   256   

 

I w rzeczy samej sprzykrzyła się kilkoma kantonom słu­żba papieska; chciano ją porzucić. Legatowie papieża tuszyli sobie, iż uda im się jeden lub drugi z nich pozyskać i nadal, byle tylko serce Zwinglego pensjami i honorami, jak się im to co do Erazma udało, sprawie papieża zjednali. Enniusz i Pucci przychodzili często do Einsiedeln; stąd bowiem bliżej i łatwiej dały się rokowania z demokratycznymi kantonami prowadzić. Zwingli atoli za nic w świecie prawdy Ewangelii papieżowi poświęcić nie chciał, owszem bronił takowej, gdzie tylko do tego nadarzyła się sposobność. Znany nam już Schinner, w któ­rego diecezji wtenczas rozerwanie panowało, sam bawił przez niejaki czas w Einsiedeln. „Całe papiestwo na złych wznosi się podstawach,” powiadał Zwingli. „Weźmijcie się do usunięcia błędów nauki i istniejących nadużyć, bo inaczej one same z wielkim trzaskiem upadną”1).

Z równą otwartością odzywał się Zwingli do legata Pucci. Po cztery kroć do tej samej rzeczy powracając, rzekł on do niego: „Ja z pomocą Bożą Ewangelia głosić nie przestanę, a kazanie to wstrząśnie podwalinami Rzymu.” Następnie tłu­maczył on legatowi; jakim sposobem kościół ocalić należy. Pucci wszystko przyrzekał, ale niczego nie dotrzymał. Zwingli oświa­dczył mu, iż płacy papieskiej nadal pobierać nie chce. Legat atoli prosił go o zatrzymanie jej i nadal, a Zwingli nie chcąc na zewnątrz z głową kościoła zarywać, zgodził się na to, iż ją jeszcze przez trzy lata pobierać będzie. „Ale ja prawdy Bożej dla tych pieniędzy ani o jedno słówko nie ukrócę”2). Tro­skliwy Pucci postarał się o to, iż Zwinglego kapelanem papieża zamianowano, przez co utorował mu drogę do nowych zaszczytów w kościele. Rzym usiłował się zastraszyć Lutra pogromami, Zwinglego zaś zjednać sobie dowodami łaski. Na Lutra rzucił bullę klątwy, a na Zwinglego sypał honory i złoto. Te dwie różne od siebie drogi do jednego prowadzić miały celu, a mia­nowicie do zamknięcia odważnych ust, które na przekór papieżowi w Niemczech i Szwajcarii słowo Boże opowiadały. Ostatnia z powyższych dróg niezawodnie więcej chytrości zdra­dzała, ale szczęście ani jednej ani drugiej nie sprzyjało. Wolność ducha kaznodziejów prawdy Bożej ani zemstą ani dowodami łaski złamać się nie dała.

Inny prałat Szwajcarii, a mianowicie biskup kostnieki Hugo von Landenberg, budził w sercu Zwinglego nadzieję.

 

1) Zwinglii Opp. II. 7.

2) Zwinglii Opp. I. 365.

 

   257   

 

Z jego rozkazu miała odbyć się powszechna wizytacja kościołów. Lecz serce Landenberga nie znało stałości, owszem ulegało wpływowi wikarego Fabra, a bardziej jeszcze wpływowi pewnej podłej kobiety, która nim rządziła. Niekiedy zdawało się, jakoby Landenberg cenił trochę Ewangelią, ale za chwilę znowu kaznodziejów jej buntownikami nazywał. Był on jednym z tych mężów — a liczba ich wewnątrz kościoła nie jest małą — którzy wyżej cenią prawdę niż błąd, ale jednak bardziej błędu niż prawdy szanują, a na końcu przeciwko tym występują, z któ­rymiby wespół walczyć powinni. Zwingli odniósł się do niego, ale na próżno. Musiał on to samo zrobić spostrzeżenie i prze­konać się, iż nadaremną jest u naczelników kościoła szukać pomocy, tudzież iż tylko wierne nauczanie słowa Bożego do odnowienia kościoła doprowadzić może. Za niedługo nastręczyła się do tego sposobność.

Wyżynami świętego Gottarda, drogą, którą w spadzistych, między Włochami i Szwajcarią wznoszących się skałach mo­zolnie wykowano, posuwał się w sierpniu roku 1518 jakiś mnich Franciszkanin w stronę Szwajcarii. Wyszedłszy z pe­wnego klasztoru ziemi włoskiej wiózł on z sobą odpusty papieskie, aby je poczciwym chrześcijanom szwajcarskich kan­tonów za dobre pieniądze sprzedawał. Za panowania dwóch ostatnich papieżów powiódł się niepospolicie powyższy interes i haniebny handel odpustami wsławił poniekąd imię naszego bohatera. Razem z nim szło przez odwieczne śniegi i lody wspomnionych wyżyn kilku towarzyszów jego, którzy mu dla zachwalania towaru byli potrzebni. Koło dzikich alpejskich strumieni, z których się wody rzek Renu, Reuss, Aary, Rodanu, Ticino i innych ściekają, posuwała się powoli chciwa ona i nę­dznie na zewnątrz wyglądająca drużyna. Była to niby garstka awanturników, która się w drogę wybrała, aby poczciwym mieszkańcom ubogiej Helwecji ostatni wyłudzić grosz. Simson — takie było imię Franciszkanina — przybył z orszakiem swym najprzód do kantonu Uri i tam rozpoczął swój handel. Tu z ubogimi wieśniakami sprawa nie trwała długo. Stąd udał się do kantonu Szwy c, w którym i Zwingli się znajdował. Tam miało przyjść do starcia między onymi sługami dwóch bardzo od siebie różnych panów. „Ja wszystkie grzechy od­puszczam,” wołał włoski mnich, niby Tecel Szwajcarii. „Mocy mojej niebo i piekło jest oddane; ja zasługi Jezusa Chrystusa sprzedawani, i sprzedawani każdemu, kto za nie taksę odpustu gotówką zapłaci.”

Słowa te doszły uszu Zwinglego;   serce jego rozpaliło

 

    258   

 

się gniewem. Potężnemi więc z ambony odezwał się słowy. „Je­zus Chrystus, Syn Boży, powiedział: Pójdźcie do mnie wszy­scy, którzyście spracowani i obciążeni, a Ja wam sprawię odpoczynienie. (Mat. 11, 28). A zatem ogromne jest to bła­zeństwo i bluźnierstwo nieopisane, gdy kto przeciwnie powiada: Bież do Rzymu i kup sobie odpustową kartę; daj tyle a tyle na rzecz mnichów, i tyle zanieś duchownym; a gdy to uczynisz, to ci potem dam rozgrzeszenie. Nie tak; ale Jezus Chrystus jest jedyną ofiarą za grzechy, on jedynym jest okupem i jedyną drogą”1).

W całym kantonie Szwyc uważano Simsona za zwodziciela i rzezimieszka. Stąd udał się on do Zug, a więc tym razem nie przyszło jeszcze między onymi dwoma przeciwnikami do starcia.

Prawie gdy Simson kanton Szwyc opuścił, popadł pewien dziwnie utalentowany obywatel imieniem Stapfer, który później został sekretarzem rządu, razem z rodziną swoją w wielkie ubóstwo i nędzę. „Ach, ja nie wiem,” napisał on do Zwinglego, „jakbym mój i dzieci moich głód zaspokoił.” Zwingli umiał dawać, równie jako Rzym umiał brać; zawsze był on gotów do pełnienia dobrych uczynków, równie jak do walczenia przeciwko tym, którzy od takowych zbawienia duszy się spo­dziewali. Obficie wspierał on na każdy dzień Stapfera. Nie szukając dla siebie chwały napisał on do niego: „Dobroczynność wyświadcza Bóg, albowiem On budzi do niej i zamiar i przed­sięwzięcie i czyn. Co sprawiedliwy dobrego czyni, to przezeń czyni siłą swoją Bóg.” To też Stapfer przez całe życie mu tego nie zapomniał, a gdy w cztery lata później stawszy się sekretarzem rządu kantonu Szwyc wyższe uczuł w duszy swojej potrzeby, napisał on do Zwinglego: „Ponieważeś ziemskie moje potrzeby załatwił, dla tego więcej jeszcze od ciebie się spodziewam, a zwłaszcza, abyś i duchowny głód mój zaspokoił.”

Liczba przyjaciół Zwinglego coraz większą się stawała. Nie tylko w Glarus, Bazylei i Szwyc spokrewnione znajdowały się dusze; w Uri należał do nich sekretarz stanu, Schmidt, w Zug Kollin, Müller i Werner Steiner, dawniejszy jego towarzysz broni z pod Marignano; w Lucernie byli nimi Ksylotekt i Kilchmeyer, w Biel Wittembach, i wielu innych po innych miejscach kraju. Ale najściślejszym przyjacielem jego był Oswald Mykoniusz, który opuściwszy r. 1516 Bazyleę został rektorem przy kapitulnej szkole w Zurychu. W mieście tym nie było wtenczas

 

1) Zwinglii Opp. I. 222.

 

    259    

 

ani uczonych ani też wyższych szkół. Oswald postanowił sobie w porozumieniu z innymi rozumnymi mężami, a szczególnie z notariuszem papieskim Utingerem, za zadanie, aby ludność miasta Zurycha oświecić i wprowadzić ją do świątyni staro­żytnych nauk. Równocześnie stawał Oswald w obronie nieomylnej prawdy Pisma świętego, dowodząc słuchaczom swym, iż gdyby papież lub cesarz wydali rozkaz jaki, sprzeciwiający się Ewan­gelii, to należałoby słuchać jedynie Boga, który wyżej cesarza i papieża stoi.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1