V.

Wittenberga. — Melanchton. — Jego wesele. — Katarzyna. —Domowe pożycie.  — Dobroczynność.  — Dobroć.    Chrystus i nauki starożytności.  — Praca. — Miłość do nauk, — Jego matka. — Rozruch studentów.

 

Podczas gdy w onem wiecznem mieście tak wielkie oży­wienie umysłów panowało, przedstawiała Wittenberga obraz daleko spokojniejszego i cichszego życia. Melanchton szerzył tam łagodną ale jasną na około siebie światłość. Piętnaścieset, aż do dwóch tysięcy słuchaczów gromadziło się niekiedy u nóg jego. Młodzież ta pochodziła z Niemiec, Anglii, Niderlandów, Francji; Włoch, Węgier, ba nawet i z Grecji Melanehton liczył lat 24 i nie był duchownym. We wszystkich domach miasta Wittenbergi należał uczony ten i uprzejmy profesor do nader mile widzianych gości. Inne wszechnice, a szczególnie Ingolstadt, pragnęły pozyskać go dla siebie. Wittenberscy przyjaciele jego życzyli sobie, aby się ożenił; spodziewali się bowiem, iż potem łatwiej go wpośród siebie przytrzymają. Luter życzył przyjacielowi swemu rodzinnego ogniska, mimo to odmówił jednak wszelkiego wdawania się w tę sprawę, którą potem zajęli się inni. Młody Doktor odwiedzał często dom burmistrza, imieniem Krapp, który do najdawniejszych rodzin Wittenbergi należał. Córka burmistrza, Katarzyna, odznaczała się łagodnością i dobrocią serca. Radzono tedy Melanchtonowi, aby się o jej rękę oświadczył. Ale on zanadto zajęty był ksią­żkami i o podobne nie troszczył się rzeczy. Autorowie greccy

 

    91   

 

i Nowy testament najmilsze jego stanowili zajęcie. Melanchton opierał się przez dłuższy czas życzeniom swych przyjaciół, ale na końcu i zgodził się. W imieniu jego odnośne poczyniono kroki, i Katarzyna została mu żoną. Młody małżonek przyjął ją. z oziębłością 1), i rzekł z westchnieniem: „Tak to chciał Bóg. Na szkodę nauk i przyjemności moich poddałem się woli przy­jaciół” 2). Umiał on atoli cenić dobre przymioty Katarzyny. „Umysł jej i wychowanie nie mogłoby zaiste być lepsze. Bóg mi to prawicą swoja poświadczy! Ona lepszego małżonka jest godną”! 3) Ostateczny zamiar do kroku tego powziął Melanchton w sierpniu; dnia 25. września odbyły się zaręczyny, i pod ko­niec listopada wesele. Sędziwy Jan Luter był także na niem z żoną i córkami obecny, a wielu uczonych i znakomitych mężów wzięło w niem udział.

Jako się młoda mężatka przychylnością serca odznaczała, tak z drugiej strony małżonek był oziębłym. Wobec najmniej­szego pozoru jakiego niebezpieczeństwa okazywała się niezmier­nie troskliwą i lękliwa. Ilekroć Melanchton miał zamiar podjąć krok jaki, mogący narazić go na nieprzyjemności, to Katarzyna nalegała nań prośbami, aby go zaniechał. „Ja musiałem pod­dać się jej słabości, taki to już nasz los!” powiada Melanchton, Do niejednego zaprawdę sprzeniewierzenia się kościołowi tą na świecie przychodziło koleją! Może też za wpływem Kata­rzyny wytworzyła się w duszy Melanchtona owa lękliwość i brak stanowczości, które mu nieraz zarzucano. Była ona niemniej dobra matka, jako czułą małżonką. O biednych troskliwie pa­miętała. „O Boże, nie opuść mię w sędziwości mojej, gdy włos mój pobieleje,” — tak wzdychała często ta lękliwa i bogo­bojna dusza. Czułe serce małżonki oddziałało powoli i na męża. Melanchton poznał słodycze domowego ogniska i cieszył się niemi. Usposobienie jego było jakby do nich stworzone. Nigdzie nie czuł się tak szczęśliwym, jak koło swej Kasi i swych dzieci. Pewien Francuz, będący w podróży, zastał je­dnego razu słynnego nauczyciela Germanii, jako tenże jedną ręką kołysał dziecię, a w drugiej trzymał książkę, — i cofnął się z zdumienia. Ale to bynajmniej nie zmieszało Melanchtona, który owszem z całym duszy swej spokojem i zapałem tłu­maczył mu znaczenie, jakie przed obliczem Bożem mają dzieci. Podróżny wyznał potem, iż wychodząc z domu Melanchtona. więcej wiedział, niż gdy do niego wstępował.

 

1) Corp. Reform. I. 211.

2) Cop. Ref. I. 265.

3) Corp, Reform. I. 212.

 

    92   

 

Małżeństwem Melanchtona znalazła sprawa reformacyi przytułek domowego ogniska. Odtąd istniała w Wittenberdze rodzina, której dom dla wszystkich ludzi, onemu nowemu prą­dowi życia sprzyjających, zawsze stał otworem. Nie mały też był napływ obcych. W rozlicznych rzeczach szukano rady Melanchtona, który zgoła nikomu niczego odmówić nie umiał 1). Gdzie o jakie wsparcie się rozchodziło, tam młody profesor zawsze gotów był w cichości nieść pomoc. Gdy pieniędzy nie było, to sam cichaczem swój srebrny serwis poniósł do kupca. Chętnie i potrzebne ofiarował sprzęty, byle tylko biednym dopomódz. Niepodobieństwem byłoby dla Melanchtona, po­wiada przyjaciel jego Camerarius, załatwiać swoje i rodziny swojej potrzeby, gdyby łaska Boża nie była mu nieraz w cicho­ści dostarczyła środków do tego potrzebnych. Niepospolitą była jego dobroć. Melanchton miał zbiór starych złotych i srebrnych monet, odznaczających się rzadkością postaci i napisów. Pe­wnego dnia pokazał takowe jakiemuś przybylcowi. „Weźmijcie sobie jedną, która się wam najlepiej podoba,” rzekł Melanch­ton. Gość odparł na to, że mu się wszystkie podobają. „Nieskromna ta odpowiedź nieprzyjemnie mię dotknęła,” opo­wiada Filip, „ale jednak mu je wszystkie darowałem” 2).

Z pism Melanchtona wieje pewna woń starożytności, która nie przeszkadza im rozszerzać słodkiej wonności Chrystu­sowej, i oraz nieopisanym napełnia je wdziękiem. W każdym liście jego do przyjaciół napotykamy wzmianki o Homerze, Platonie, Ciceronie i Pliniuszu, bez wszelkiego nastręczające się wymusu; ale przytem wszystkiem jest Chrystus sercu jego Panem i Bogiem. Razu jednego prosił go Spalatin o wykład `wyroku Chrystusowego: „Beze mnie nic uczynić nie możecie.” (Jan. 15. 5.). Melanchton kazał mu odnieść się do Lutra. „Dla czegóż miałbym ja w obliczu Roscyusza występować?” rzekł Filip, a następnie te dodał słowa: „Wyrok ten znaczy, abyśmy się tak w Chrystusa zagłębili, iżbyśmy już sami z wła­snej siły swej nie działali, ale iżby w nas działał Chrystus. „Jako boska natura Chrystusa połączyła się z człowieczeństwem, tak i człowiek powinien przez wiarę połączyć się z Chrystusem.”

Porządek życia tego znakomitego uczonego był następujący. Za niedługo po wieczerzy kładł się spać. O 2. lub 3. po północy wstawszy natychmiast brał się do pracy. Najlepsze dzieła swe w porannych wypracował on godzinach. Rękopisy

 

1) Camerar. vita Melanchtonis. 40.

2) Camerar. vita Melancht. 43.

 

    93   

 

jego leżały zwyczajnie na stole; każdy, kto wchodził lub wy­chodził, mógł czytać takowe. Niektóre mu nawet skradziono. Ilekroć kilku przyjaciół do siebie zaprosił, to zazwyczaj przed obiadem wzywał jednego lub drugiego do odczytania jakiej rozprawy, napisanej bądź prozą, bądź wierszem. W drodze towarzyszyło mu zawsze kilku mężczyzn, z którymi w uczoną i przyjemną wdawał się pogadankę. Jeżli przypadkowo ucichła rozmowa, to musieli mu przyjaciele z kolei cytować ustępy z dzieł starożytnych wieszczów. Miał on także żyłkę do ironii, którą atoli nadzwyczajna jego uprzejmość osładzała. „Melanch­ton kłuje i przycina, ale nikomu krzywdy nie wyrządzi” — taki był sąd jego o sobie.

Jedyną namiętnością jego była nauka. Rozszerzanie wia­domości było mu celem jego życia. Pierwsze miejsce zajmowało u niego Pismo święte, potem dopiero następowały dzieła po­gańskich autorów. „Ja o niczem innym nie myślę, jako o obro­nie nauk,” pisze Melanchton. „My powinniśmy przykładem zachęcać młodzież do podziwiania ich, aby przez miłość do nauk takowymi się zajmowała, a nie dla tego, iż się z nich spodziewa korzyści! Gdzie duchowego oświecenia niema, tam upada wiara, moralność, boskie i ludzkie sprawy, słowem tam wszystko upada. Im człowiek jest lepszym, tem gorliwiej się naukami zajmuje, ponieważ ma to przekonanie, iż ciemnota najniebezpieczniejszą jest zarazą” 1).

W krótki czas po ślubie wybrał się Melanchton w towa­rzystwie Cameraryusza i innych przyjaciół do matki swojej do miasteczka Bretten. Ujrzawszy rodzinne swe miasto, zsiadł z konia i padłszy na kolana dziękował Bogu, że mu miejsce to znowu oglądać pozwolił. Małgorzata ujrzawszy syna swego, o mało że nie zemdlała z radości. Życzeniem jej było, aby pozostał w Bretten. Oraz gorąco go prosiła, aby wierze ojców swoich pozostał wiernym. Melanchton z nadzwyczajną tłuma­czył się delikatnością, aby sumienia matki nie zranił. Bolesna było mu rozstać się z nią, a ilekroć mu jaki podróżny o rodzinnym miasteczku przyniósł wiadomość, to zawsze rozradowało się serce jego tak, jakby mu znowu wesołe dni dzieciństwa powróciły. — Oto obraz domowego i prywatnego pożycia onego wielkiego reformatora, jakim był Melanchton.

O tymże czasie doznał pewnego razu spokój domowego pożycia, jako też i naukowa działalność Melanchtona nie miłej przerwy z powodu rozruchu w Wittenberdze. Studenci

 

1) Corp. Ref. I. 207. List z dnia 22. lipca 1520.

 

    94   

 

rozpoczęli spór z mieszczanami. Rektor uniwersytetu zachował się dosyć niedołężnie. Można wyobrazić sobie smętek i zgryzotę Melanchtona, patrzącego na te zaburzenia, które młodzież po­święcająca się naukom wywołała. Luter pełen był oburzenia. Ani na myśl nie przyszło mu, drogą fałszywej łagodności dążyć do pozyskania wzburzonych umysłów. W duszy swojej bolał on nad osławieniem, które z powodu powyższych zaburzeń wszechnicy wittenberskiej groziło. Dla tego wstąpił na ambonę i ostre przeciwko buntownikom powiedział kazanie, w którym na obowiązki i prawa świeckiej zwierzchności wskazać nie omie­szkał. Słowa jego wywołały ogromne rozdrażnienie umysłów. „Szatan nie znalazł przystępu do nas z zewnątrz,” rzekł Luter, „a dla tego na wewnątrz szkodzić nam zamierza. Ja nie lękam się szatana, ale gniewu Bożego się boję, ponieważ nie przy­jęliśmy słowa jego tak, jakośmy byli powinni. W przeciągu ostatnich trzech lat po trzykroć w wielkim byłem niebezpie­czeństwie: 1518 w Augsburgu, 1519 w Lipsku, a teraz w Wit­tenberdze. Nie rozumem lub bronią stajemy się uczestnikami Chrystusa, ale jedynie przez modlitwę pokorną i niezachwianą wiarę. Módlmyż się tedy wespół, aby duch ciemności z tej małej iskry wielkiego nie wzniecił pożaru” 1).

 

1) Luth. Epp. I. 467.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1