IX.

Prierio. — Sposób Rzymu. Rozmowa. — Sposób reformacji. — Odpowiedź dana Prieriemu. Słowo, papież i kościół. Hochstraten. — Zakonnicy. — Odpowiedz Lutra. Eck. Szkoła. Obeliski. Przekonanie Lutra. Asteryski. Zerwanie.

 

Już powstał przeciwko Lutrowi przeciwnik potężniejszy od Tecla. Rzym zabrał głos w tej sprawie. Z wnętrza mu­rów świętego pałacu odezwała się odpowiedź na sprawę Lutra. Leon X. nie miał wprawdzie ochoty zajmować się teologią. „To jedynie między mnichami zwada,” powiedział papież, „naj­lepiej nie wmieszać się w nią.” Innego znów razu odezwał się tai : „Zdania te napisał jakiś obżarty i opiły Niemiec, inaczej będzie on mówił, gdy wytrzeźwieje.”

Pewien Dominikanin rzymski, imieniem Sylvester Mazolini de Prierio czyli Prierias, był mistrzem świętego pałacu. Do niego należał oraz urząd cenzora. Z powołania urzędu swego zaznajomił się Prierias pierwszy we Włoszech z treścią zdań saskiego mnicha.

Cenzor rzymski — i tezy Lutra! Szczególniejsze to spotkanie! Wolność słowa, swoboda badania prawdy, wolność wyznania spotkała się w Rzymie prawie z tą władzą, która jedna jedyna mieni się być w posiadaniu ducha, która przy­właszcza sobie moc w miarę własnego upodobania otwierać lub zamykać usta chrześciaństwa. Wolność chrześciańska, która dzieci Boże płodzi, i tyraństwo papiezkie, które niewolników Rzymu wytwarza, te dwie rzeczy żyją z sobą w ustawicznej wojnie; a walka ta wyobraża się w pierwszych dniach reformacyi w spotkaniu się z sobą Lutra i kardynała Prierio.

Cenzor rzymski i jeneralny przeor dominikańskiego zakonu, do którego należało oceniać, co chrześciaństwo powiedzieć lub zamilczeć, wiedzieć lub niewiedzieć powinno, pospieszył teraz wygotować na tezy Lutra odpowiedź, którą Leonowi X. po­święcił. W odpowiedzi tej odzywał się Prierio z pewną pogardą o niemieckich mnichach, żartując sobie z pewną dumną, Rzy­mianom właściwą, pewnością siebie z Lutra, azali też istotnie ten Marcin ma nos ze spiżu lub czoło z żelaza, iżby go rozbić nie było możebną! Potem rozwodząc się nad tezami Lutra w formie dialogu czyli rozmowy, zbywa go naodmian to szyderstwami, to obelgami, to znowu groźbami.

 

— 249 —

 

Walka tocząca się między wittemberskim Augustyaninem i Dominikaninem rzymskim odnosiła się do zasadniczych myśli reformy, rozchodziło się bowiem o kwestyą, która to właściwie powaga jest dla chrześciaństwa jedynie nieomylną? System kle­rykalizmu opiewa według przedstawienia jednego z najmniej zawisłych organów jego w następujący sposób*);

Słowo Pisma św. martwe jest, jeźli nie przystąpi do niego duch wykładu, który jedynie otwiera zakryte myśli jego. Ducha tego nie mają wszyscy chrześcianie, ale tylko kościół, tj. duchowieństwo. Zuchwalstwem byłoby utrzymywać, iż ten, który kościołowi obiecał, iż zostanie z nim aż do skończenia świata, miałby go wydać i pozostawić na pastwę obłędu. Powie ktoś, że nauka i urządzenie kościoła nie są, więcej takie, jakie w Piśmie św. są opisane. To jest prawda, lecz zmiana ta jest tylko pozorną, bo ogranicza się do formy, nie dotyka zasię treści. Co więcej, zmiana ta jest postępem. Ożywiająca siła ducha Bożego urzeczywistniła, co w Piśmie św. tylko jako myśl się znajdowało; ona wprowadziła pierwsze zarysy słowa Bożego w życie, wykończyła, co było tylko planem, i wykonała dzieło, którego w Piśmie św. ledwie pierwsze zarysy są nakreślone. Po­winniśmy tedy myśli Pisma św. tłumaczyć tak, jak to ustano­wił kościół przez Ducha Świętego kierowany.” Na tera miejscu dzielą się, co do nauk swych, katoliccy nauczyciele na dwa obozy. „Sobory powszechne,” utrzymywał Gerson a z nim wielka liczba innych nauczycieli, „są zastępstwem kościoła.” „Papież,” po­wiadali inni, a między nimi Prierio. Jest samodzierzcą ducha wykładu, a nikomu nie jest wolno, rozumieć nauki Pisma św. inaczej, aniżeli według ustanowienia papieża rzymskiego.”

Naukę tę postanowił mistrz świętego pałacu naprzeciwko powstawającej reformacyi. O władzy kościoła i papieża wypo­wiedział on zdania, nad ktoremi nawet najzuchwalsi pochlebcy Rzymu byliby się zarumienili. Zaraz na wstępie do dzieła swego mówi Prierio tak: „Kto nie opiera się na nauce rzym­skiego kościoła i rzymskiego papieża, jako jedynem, nieomylnem źródle wiary, z którego Pismo św. nabiera dopiero znaczenia i mocy, ten jest kacerzem.”

Następnie zabiera się do udowodnienia, że zdania Lutra są fałszywe. Czyni to Prierio w formie dialogu, w którym Luter i Sylvester z sobą rozprawiają. Myśli saskiego zakonnika są dla cenzora rzymskiego zupełnie nowe. Widać ztąd, iż Prierio nie ma najmniejszego wyrozumienia ani dla uczuć

*) J. Gerson, propositiones de sensu literali S. Scripturae. Opp. tom I.

 

— 250 —

 

serca Lutra, ani też dla powodów jego działania. Z tego też powodu bierze on do ocenienia Lutra miarę z lokajów rzymskich. „Mój kochany Lutrze,” pisze Prierio, „gdyby papież, pan nasz, dał ci jakie tłuste biskupstwo, i zupełny odpust celem poprawienia twego kościoła, tobyś z pewnością wystąpił łago­dniej i wspierałbyś sprawę odpustów, która teraz potępiasz! Włoch ten, dumny z delikatności swych obyczajów, używa nie­kiedy najgrubszych wyrazów: „Psy kąszą,” pisze on do Lutra, „ojciec twój z pewnością był psem.” Kończąc rozprawę swą dziwuje się Dominikanin ten sam nad sobą, jak sobie tak da­lece mógł ubliżyć, zapuściwszy się w rozprawę z nieposłusznym mnichem, i pokazuje przeciwnikowi swemu niebezpieczny ząb inkwizytora. „Kościół rzymski ma w osobie papieża ramię naj­wyższej swej duchownej i świeckiej władzy; ma tedy moc zmusić odszczepieńców do posłuszeństwa za pomocą świeckiego ramienia i nie potrzebuje odpowiadać szaleńcom dowodami.”

Słowa te, ręką dostojnika kuryi rzymskiej napisane, by­najmniej nie były dwuznaczne; mimo to nie zdołały one za­chwiać odwagę Lutra. Owszem Luter przypuszczał, lub przynaj­mniej udawał, jakoby przypuszczał, iż powyższa rozprawa nie pochodzi z pióra Prieriego, lecz że napisał ją chyba Ulryk von Hutten lub który inny ze współpracowników „listów obskurantów.” Publicznie uważał on brednie te owocem satyrycznej żyłki któregoś z powyższych autorów, napisanym chyba w tym celu, by serce Lutra podniecić przeciwko Prieriemu*). Nie mogło być życzeniem jego, aby dwór papiezki przeciwko niemu wystąpił. Po krótkiej atoli chwili milczenia musiały powątpiwania jego ustąpić, jeźli w ogóle kiedy żywił takowe. Luter wziął się do dzieła, i po dwu dniach była odpowiedź jego gotowa**).

Biblia była szkolą reformatora, ona to też rozpoczęła reformacyą. Luter nie potrzebował dla wiary swej świadectw kościoła. Wiara jego płynęła z biblii; ona pochodziła 2 we­wnątrz, a nie z zewnątrz. Luter mocno był o tem przekonany, że nauka Ewangelii niezachwianie na Bożem opiera się słowie, a dla tego każda inna zewnętrzna powaga była dlań zbyteczną. Przez to osobiste wewnętrzne doświadczenie Lutra otwierała się kościołowi przyszłość zupełnie nowa. Ona żywa krynica, wytryskująca dla duszy Lutra, miała stać sig strumieniem, którego wodą krzepią się narody.

 

*) Convenit, inter nos esse personatum aliquem Sylrestrum ex obscuris viris, qui taritas ineptias in hominem infert ad provocaudum me erga eum. Epp. I. p. 87. z dnia 14 stycznia.

**) Tom. I. Witt. lat. p. 170.

 

— 251 —

 

Dla zrozumienia słowa Bożego potrzebna jest pomoc Ducha Świętego. To twierdził kościół, i o tyle zgadza się on z prawdą. Błąd jego zasię zależy w tem, iż posiadanie tego Ducha Świętego uważał wyłącznym przywilejem pewnej, jednej, ściśle określonej kasty, usiłując się ograniczyć wpływ jego wyłącznie do jednego zgromadzenia, jednego kolegium, jednego miasta, ba nawet wyłącznie jednej Izby. „Wiatr, gdzie chce wieje,” powiedział Syn Boży o Duchu Bożym; a na innem znów miejscu: „I będą wszyscy wyuczeni od Boga” (Jan. 6. 45). Skażenie kościoła, ambicyą papieży, namiętności sobo­rów, waśnie duchowieństwa i przepych, z jakim występywali prałaci, wszystko to razem przyczyniło się do wydalenia Ducha Świętego, tego Ducha pokory i pokoju, z pomieszkań ducho­wnych. Duch ten, opuściwszy zgromadzenia wysokomyślnych i pałace książąt kościoła, cofnął się do grona prostaczków i duchownych skromnego serca. Opuścił hierarchią panującą, która lud biedny deptała nogami, katując go nieraz aż do krwi, opuścił dumne i ciemne duchowieństwo, którego naczel­nicy znali się wprawdzie na władaniu mieczem, ale ducho­wnego oręża słowa Bożego nie znali zupełnie, i zjednał sobie mieszkanie już to w łonie wzgardzonych sekt, już to w sercach mężów nauki. Obłok światy ulotnił się z wnętrza wspaniałych bazylik i przepysznych kościołów katedralnych, i spuścił się na miejsca tajemne, w których skromni mieszkali ludzie, lub też na skromne izdebki uczonych, te ciche świadki su­miennej ich pracy. Przez miłość bogactwa i świeckiego zna­czenia spodlił się kościół i poniżył się w oczach narodów przez nikczemne szachrajstwo, które na miejscu nauki Bożej postanowił. Kościół sprzedawał zbawienie dusz, by przez to napełnić skarbnice, które znowu rozpusta i lubieżność wypró­żniały. Znikł już szacunek kościoła, a świadectwo jego nie miał o więcej znaczenia w oczach ludzi rozsądnych. Ci, wzgar­dziwszy powagą, która aż do takiego spodliła się stopnia, po­wrócili znowu z radością do słowa Bożego i nieomylnych wy­roków jego. Słowo Boże stało się im wśród powszechnego zamętu jedyna bezpieczną ucieczką.

Wszystko zatem było przygotowane. Z powszechnym za­pałem powitano odważny on krok, którym Luter zmienił punkt, służący sercu człowieczemu do oparcia się, potężna ręką prze­nosząc takowy z wnętrza murów Watykanu na opokę słowa Bożego To postanowił sobie Luter za żądanie przy wystosowaniu odpowiedzi do Prieriego.

 

— 252 —

 

Nie poruszywszy nawet zasad, które Prierio na wstępie rozprawy swej wypowiedział, pisze Luter tak: „I ja chcę we­dług przykładu twego postanowić kilka zasadniczych zdań.”

„Pierwszem niechaj będzie słowo apostoła Pawła: „Ale choćbyśmy i my, albo anioł z nieba opowiadał wam Ewangelią mimo tę, którąśmy wam opowiadali, niech będzie przeklęty (Gal. 1. 8.)”

Drugiem niech będzie słowo Augustyna, powiedziane do Hieronyma: „Tylko jedynie kanonicznym księgom Pisma św. wyświadczam tę cześć, iż w nieomylność ich mocno wierzę. Względem wszystkich innych pism nie wierzę w to, co one mówią, jeźli do uwierzenia im nie mam innych powodów, jako tylko tę okoliczność, iż tak mówią.

Silną ręką postanowił Luter najgłówniejsze zasady reformacyi: „Słowo Boże, całe słowo Boże, nie innego jedno słowo Boże!” „ Jeźli zasady te prawie zrozumiesz, ” pisze Luter dalej, „to od razu poznasz, że wszystkie wywody twoje z gruntu są obalone, albowiem coá ty przytoczył, były to tylko słowa i zdania św. Tomasza.” Przechodząc do zdań i zasad przeciwnika swego wyznał Luter otwarcie, iż według jego zdania papież i sobory pomylić się mogą. Gani też pochlebstwa rzymskich dworaków, którzy papieżowi duchowną i świecką przy­pisują władzę, i wypowiada zdanie swe, według którego ko­ściół uosobniony jest jedynie w Chrystusie, a zastępczym tylko sposobem w soborach. Co do domysłów Prieriego, to temi Luter odprawił go słowy: „Ty sądzisz według samego siebie. Gdybym biskupem chciał zostać, to zaprawdę nie mówiłbym rzeczy, które w uszach waszych tak nieprzyjemnie brzmią. Albo czyż myślisz, iż ja nie wiem, jako w Rzymie do bi­skupstw i probostw przyjść można? Azaż dzieci rzymskie nie śpiewają po wszystkich ulicach znanej onej piosnki: „Rzym się teraz bardzo spodlił” *). — Śpiewki takie były w Rzymie przed wyborem ostatniego papieża bardzo rozpowszechnione. Luter atoli odzywa się o Leonie z wielkiem poszanowaniem: „Mamy w nim niby Daniela wśród Babylonu, niewinność jego naraziła go już nieraz na niebezpieczeństwo życia.” Na końcu odpowiada jeszcze Luter na groźby Prieriego: „Ty powiadasz, że papież jest oraz papieżem i cesarzem, i że mocą swego świeckiego ramienia stracić mię może. — Czy pragniesz krwi ludzkiej? Ja powiadam ci, że twoje przechwałki i groźby mię nie

*) Quando hanc pueri in omnibus plateis urbia cantant: Denique nunc facta est . . . foedissima Roma. Luth. Opp. lat. I. p. 183.

 

— 253 —

 

trwożą. Choćbym ja zginął, to zawsze żyje Chrystus, który moim i was wszystkich jest panem. Amen.”

Tym sposobem postawił Luter silną ręką na miejscu oł­tarza papiestwa ołtarz jedynie świętego i jedynie nieomylnego słowa Bożego, przed którym każde kolano ugiąć się powinno. Luter oświadczył się gotowym złożyć na ołtarzu tym życie swoje w ofierze.

Prierio wydał odprawę przeciwko oświadczeniom Lutra, a w krotce jeszcze i trzecią księgę „o jurydycznej i nieza­przeczonej prawdzie rzymskiego kościoła.” Odnosząc się do prawa kościelnego powiedział między innemi w księdze tej Prierio (ks. 3. roz. 12), że choćby papież wszystkie narody zabrał z sobą i do djabła je uprowadził, to jednak nikt nie śmiałby go sądzić za to ani zrzucić go z tronu! Nareszcie sam papież ujrzał się już zmuszonym, nakazać jemu milczenie.

W krotce atoli wystąpił w szranki przeciwko Lutrowi nowy przeciwnik, także Dominikanin, Jakób Hochstraten, inkwi­zytor koloński. znany nam już z walki, którą przeciwko Reuchlinowi i zwolennikom nauk podjął. Ten sam Hochstraten nie mało oburzył się na zuchwałość Lutra. Azaż duch zakonniczy, ten duch ciemnoty i fanatyzmu, nie miał powstać przeciwko mężowi, który prawie nań śmiertelny wymierzył cios? Gdy pierwotna prawda Ewangelii zacierać się i niknąć poczęła, to wtenczas powstały zakony. Odtąd rosły takowe, a w miarę wzrostu ich mno­żyły się błędy. Powstało narzędzie, które je obalić miało; ale nie spróbowawszy walki nie zamyślali znakomici szermierze ci ustępować pola. Póki Luter żył, walczyli przeciwko niemu zakonnicy. W inkwizytorze Hochstraten widzimy walkę tę niby uosobnioną. Hochstraten i Luter — co to za kontrast! Po jednej stronie wolny i silny chrześcianin, po drugiej wściekły niewolnik zakonniczych zabobonów! Hochstraten wścieka się i zżyma i podniósłszy krzyk domaga się śmierci kacerza. Płomieniami niechaj zwycięża Rzym. To byłoby zdradą stanu wobec kościoła, gdyby przebrzydły kacerz ten jeszcze jedną godzinę dłużej żyć miał. Budujcież stos na spalenie jego! ” W niejednym kraju zastosowano się od razu do takich morder­czych podszeptów; a oto, jako w pierwszych wiekach kościoła, tak znowu słało się i teraz! Ze stosów i płomieni odzywały się głosy wydawające świadectwo za prawdą. Lecz co do osoby Lutra, to nadaremno wzywano ognia i miecza; anioł Pański stał u boku jego i bronił go.

Luter napisał krótką ale siarczystą odpowiedź: „Idźże sobie,” powiada on na końcu, „szalony morderco, co krwi bratniej

 

— 254 —

 

pragniesz! Tego ja sobie z całego serca życzę, abyś ty nigdy nie nazwał mię wierzącym chrześcianinem, ale zawsze tylko kacerzem. Rozumieszże mię, człowiecze krwi chciwy, ty wrogu prawdy? A jeźli szalona wściekłość twoja zamierza podjąć nieco przeciwko mnie, to postąp sobie ostrożnie; wybierz do tego chwilę stosowną. Wie bowiem Bóg, co moim jest zamiarem, gdy dni życia mego przedłuża. Da Bóg, że nadzieja i oczeki­wanie moje nie zawiodą mię” *). Hochstraten milczał już odtąd.

Dotkliwszy atoli jeszcze miał ugodzić reformatora cios. Dok­tor Eck, słynny on nauczyciel w mieście Ingolstadt. i wybawca przyjaciela Lutrowego, Urbana Regiusza, dostał do rąk swych tezy Lutra. Nie pochwalał on wprawdzie nadużyć kościoła, ale będąc doktorem nauk scholastycznych, a nie zaś nauczycielem Pisma św., znał się Eck daleko lepiej na zdaniach scholastyków, aniżeli na naukach Pisma św. Prierio wystąpił w obronie Rzymu, Hochstraten w obronie kościoła, Eck stanął w obronie teologii. System nauki, panujący już od pięciu set lat wśród chrześciaństwa, nie myślał ustąpić za pierwszym zamachem reformatora, owszem wyobraziciele jego podnieśli się wespół, ufni w własne swe siły, tudzież pałając żądzą zgniecenia człowieka, który od­ważył się okazać im lekceważenie. Eck i Luter, mądrość szkoły i nauka słowa Bożego, nieraz jeszcze w życiu wystąpili i stanęli przeciwko sobie. A wtenczas prawie rozpoczął się on bój.

Eck upatrywał w niektórych twierdzeniach Lutra błędy, a nie mamy powodu wątpić o szczerości jego przekonań. Eck bronił zdania scholastyków z tym samym prawie zapałem, z jakim bronił Luter naukę słowa Bożego. Może i bolesną było to dlań, że naprzeciwko dawnemu przyjacielowi swemu wystąpić musiał; ze sposobu atoli, jakim przeciwko niemu występuje, przebija się pewna popędliwość i zazdrość, która się serce jego powodowało.

Uwagi swe, przeciwko tezom Lutra zwrócone, nazwał Eck Obeliskami. Dla zachowania pozoru nie wydal Eck dzieła swego do publiczności, lecz doniósł o niem poufnie przełożonemu swemu, biskupowi miasta Eichstädt. Niebawem atoli znalazły się obeliski wszędzie rozpowszechnione; mniejsza już o to, czy uczynił to biskup, czyli też Doktor sam. Jeden egzemplarz dostał się do rąk pewnego przyjaciela Lutra, kaznodziei w mieście Nürnberg, imieniem Link, który takowy natychmiast przesłał na ręce reformatora. Eck był dla Lutra daleko niebezpieczniejszym wrogiem od Tecla, Prieriego i Hochstratena;

 

*) Luth. Opp. Leipz. XVII. p. 140.

 

255

 

dzieło jego odznaczało się daleko większą bystrością i nauką od pism tamtych mężów. Eck odzywał z pewną satyryczną litością o „słabym” przeciwniku swym, wiedząc o tem dobrze, iż taka szydercza litość daleko bardziej serce człowieka rani, aniżeli sam gniew. Nie omieszkał on też podstępnym dać poznać sposobem, jako zdania Lutra czeską w sobie zawierają truciznę, jako pachną czeszczyzną, i temi to podstępnemi wskazówkami po­trafił on zwalić na głowę Lutra całe brzemię nienawiści i po­gardy, jaką w Niemczech przeciwko Husowi i czeskim kacerzom żywiono.

Złośliwy ton pisma tego napełnił serce Lutra gniewem, ale co więcej go bolało, to była ta okoliczność, że pismo to napisał dawniejszy jego przyjaciel. Obrona prawdy wymagała bolesnej ofiary, bo ofiary przyjaźni. Luter wynurzył żal serca swego w pewnym liście, pisanym do Egrana, proboszcza w mieście Zwickau. „Nazywają mię w obeliskach” pisze Luter, „jadowitym człowiekiem, czechem, kacerzem, burzycielem, szaleńcem i zuchwalcem” — nie pomnąc już innych pomniejszych obelg, jako to: „ospały, głupi, człowiek bez nauki i bluźnierca przeciwko papieżowi i t. p., które pomijam. Najpodlejsze obelgi miota na mnie to pismo. A przecież autorem dzieła tego jest mąż znakomity, pełen ducha i nauki, sprytu i wiedzy, i co mię najbardziej boli, człowiek połączony ze mną więzami przyjaźni, którąśmy, nie dawno temu, z sobą zawarli. Jest nim Jan Eck, Doktor teologii i kanclerz w mieście Ingolstadt, mąż słynący z prac swoich. Gdyby mi zamiary szatana znane nie były, to musiałbym zdumieć się nad wściekłością, z jaką mąż ten młodą i milą przyjaźń naszą wniwecz obrócił, nie uwiadomiwszy mię o tem poprzednio, nie napisawszy mi przedtem ani słowa”*).

Serce mu się krwawiło, lecz nie utracił dla tego otuchy. Luter stroił się do boju. „Raduj się bracie!” powiada on do Egrana, który także dużo od pewnego wroga swego ucierpiał, „raduj się i niech wszystkie te latające listki nie zastraszą cię. Im więcej przeciwnicy moi szaleją, tem dalej idę ja naprzód. Ja zapamiętywani tego, co za mną jest, niechaj oni sobie to oszczekują, a do tego się śpieszę, co przede mną jest, aby potem i te rzeczy oszczekiwali.”

Czuł to Eck, jak podle sobie postąpił, i dla tego usiłował się usprawiedliwić krok swój w liście do Karlstadta, w którym odzywał się o Lutrze jako o „wspólnym ich przyjacielu.” Całą winę zwalił Eck na biskupa miasta Eichstädt. oświadczając oraz, że na jego wezwanie pracę tę wygotował; gdyby bowiem

 

*) Luth. Ep. I. p. 100.

 

— 256 —

 

sam był obeliski swe wydał, to niezawodnie więcej byłby okazał względów dla przyjaznych swych do Lutra stosunków. Wyraził także życzenie, aby Luter nie występował publicznie przeciwko niemu, ale lepiej zwrócił oręże swe przeciwko teologom frank­furckim. Profesor ingolstadzki sam pierwszy zadał cios; a teraz, stojąc naprzeciwko przeciwnikowi, którego nierozważnie zaczepił, uczuł on w sercu pewna trwogą na myśl o sile tego człowieka. Chętnie byłby tedy cofnął się z placu boju, ale już było za późno.

Wszystkie te grzeczne słówka nie wywarty na Lutra ża­dnego wrażenia; jednakowoż chciał on sprawę te pominąć mil­czeniem. „Chciałem,” powiada Luter o sobie, „w cierpliwości połknąć ten piekielny kołacz”*). Lecz przyjaciele jego, innego będąc zdania, nalegali nań i wymogli na nim, że na „Obeliski” odpowiedział „Asteryskami,” powodując się, co do nazwy tej, pewnym zwrotem językowym. Płowemu kolorowi zardzewiałego oszczepu (obelos = oszczep) ingolstadzkiego doktora przeciw­stawił Luter jasność niebieskich gwiazd (astron = gwiazda). W dziele tem okazał Luter więcej względów dla nowego tego przeciwnika swego, aniźli to wobec poprzedzających był uczynił; mimo to przebija jednak na każdem miejscu głęboka serca jego uraza.

Luter wykazał, jako w chaosie obelisków niema prawie żadnych nauk Pisma św., ani ojców kościoła lub ustaw ko­ścielnych, ale jako wszystkie owszem zdania Ecka tchną duchem scholastycyzmu i nie zawierają nic innego, jedno same domysły i próżne marzenia, słowem same takie rzeczy, przeciwko któ­rym Luter wystąpił. Autor wyraża żal swój nad pisarzem obe­lisków i oburzenie nad sprawa jego. Na tem miejscu wyznaje znowu zasadę, która w odpowiedzi do Prieriego postanowił, że „papież jest człowiekiem i może się pomylić, Bóg zaś jest prawdą nieomylną.” Następnie używa Luter względem doktora pewnego „argumentura ad hominem” i powiada tak: „Bezwsty­dnie postępuje sobie, kto w filozofii Arystotelesa uczy czegoś, co z pism autora tego udowodnić się nie da. Na to się ze mną zgodzisz. Jakże daleko bezwstydniej postępuje sobie taki zu­chwalec, który w kościele wobec chrześcian twierdzi niecoś, czego Chrystus Pan nie uczył**). Gdzież bowiem stoi w biblii napisano, że skarb zasług Chrystusowych złożony został w ręce papieża?”

Na końcu dodał Luter następującą uwagę: „Jeźli złośliwym

 

*) Volui tamen hanc offam Cerbero dignam absorbore patientia. Ibid.

**) Asterisci. Opp. lat. L p. 145. etc.

 

— 257 —

 

sposobem czeskie kacerstwo mi zarzucają, to ja obelgę tę dla imienia Chrystusowego cierpliwie zniosę. Ja żyję tu na słynnej wszechnicy, w poważanem mieście, w znacznem bi­skupstwie, w potężnem księstwie, gdzie wszyscy ludzie są pra­wowierni, a najmniej by zaciętego cierpiano kacerza.” Asterysków nie ogłosił Luter drukiem, udzielił takowych jedynie kilku przyjaciołom; drukiem wyszły Asteryski dopiero później*).

To zerwanie przyjaźni miedzy doktorami wittenberskiej i ingolstadzkiej wszechnicy nie pozostało w Niemczech bez wrażenia. Obydwaj mieli wspólnych przyjaciół, a w gronie tychże został, jako się zdaje, mianowicie Scheurl przez krok ten do żywego zaniepokojony; on to bowiem dołożył się do nawiązania przyjaznych stosunków między Lutrem i Eckiem. Scheurl ży­czył sobie, aby poprawa kościoła w obrębie całego kraju nie­mieckiego, a to przez najznakomitszych członków jego, prze­prowadzoną została, a oto! z góry występują już przeciwko sobie dwaj najznakomitsi mężowie czasu swego. Luter posta­nowił nowe zdania, Eck wystąpił w obronie starych! Jakiegóż tu trzeba było obawiać się rozerwania! Azaż obydwaj nie skupią około siebie wielkiej liczby zwolenników, azaż mia­łyby się utworzyć i stanąć wewnątrz państwa dwa obozy sobie przeciwne ?

Scheurl usiłował się pojednać Lutra z Eckiem. Luter oświadczył się gotowym zapomnieć o wszystkiem, co między nimi zaszło; kochał bowiem ducha i podziwiał naukę męża onego. Pismo dawnego przyjaciela obudziło w sercu jego więcej żalu, aniźli goryczy. „Jam gotów do wojny i do pokoju, lecz ja wybieram pokój. Zrób ty tedy, co zrobić możesz. Ubolewaj nad tem, że djabeł rzucił między nas to zarzewie waśni, i ciesz się z tego, że je Chrystus w miłosierdziu swem zagasił.” Luter sam napisał o tymże czasie do Ecka nader uprzejmy list; lecz Eck nie dal nań żadnej odpowiedzi, ani się też ustnie w niczem nie odezwał**). Pojednanie nie dało się już przeprowadzić; walka stawała się coraz zaciętszą; duma i nieprzejednany umysł Ecka zerwały w krotce ostatnie nitki coraz bardziej upadającej przyjaźni.

 

*) Quum privatis dederim Asteriscos meos, non fitei respondendi necessitas. Luth. Epp. I. p. 126.

**) Quod ad me attinet, scripsi ad eum ipsum has ut yides amicissimas et plenas litteras humanitate ad eum. Nihil neque litterarum neque verborum me participem fecit. List do Scheurla z dnia 15. czerwca 1518. Epp. I. p. 125.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

Hosted by www.Geocities.ws

1