X.

 

Stanowisko wobec księcia elektora. — Rada udzielona kapłanowi. — Książe Jerzy. — Luter na dworze. — Obiad na dworze. — Wieczorek u Emsera.

 

                   Tę samą odwagą, jaką wobec najzaraźliwszych chorób bywał przejęty, zachowywał Luter i wobec wielkich i dostojników tego świata. Książę elektor wielkie okazywał zadowolenie z usiłowań jeneralnego wikarego, który niemało w Niederlandach zebrał relikwij. Luter doniósł o tem Spalatinowi. Zadziwiająca to rzecz, ono zbieranie relikwij na przededniu reformacyi; tak mało było reformatorom wiadomą, jak daleko naprzód postąpić mieli. Książę elektor poczuwał się do wdzięczności wobec jeneralnego wikarego; za jedyną atoli odpowiednią jemu nagrodę uważał on wyniesienie Staupitza na stolicę biskupią. Luter jednakowoż dowiedziawszy się o powyższym zamiarze od Spalatina, odradzał krok takowy. „Twemu księciu elektorowi,”  pisze on do niego „podoba się wiele rzeczy, które nie podobają się Bogu. Co do świeckich spraw ma on zapewne

 

*) Epp. I. p. 42. z dnia 26. paźdz. 1516.

 

— 171 —

 

wielkie doświadczenie, lecz co się dotyczy Boga i zbawienia dusz ludzkich, toć on i rajca jego Pfeffinger siedmiorako są ciemni. Nie mówię tego poza plecami jako oszczerca; owszem donieś im o tem, ja jestem gotów toż samo przy pierwszej nadarzającej się sposobności powiedzieć im w oczy. Dla czegóż chcecie rzucić człowieka tego we wszystek wir i zamęt trosk i kłopotów, jakie na każdym ciążą biskupie”  *).

                   Książę nie pogniewał się nad otwartością Lutra. „Książę,” pisze do niego Spalatin, „wspomina często i z wielkim szacunkiem o tobie.”  Fryderyk posłał mnichowi sztukę delikatnego sukna na sprawienie nowego habitu. „Za nadto byłoby delikatne,” napisał Luter, „gdyby to nie był dar księcia. Ja nie jestem

godnym, aby ktokolwiek, do tego jeszcze książę, a to tak wielki książę na mnie sobie wspomniał. Ci, którzy o mnie najgorsze rzeczy myślą, największą mi zaiste przysługę wyświadczają**). Podziękuj księciu za jego łaskę, lecz ja nie chcę, abyś mię ty, lub kto inny chwalił, bo ludzka chwała próżna jest; jedynie

Boża chwała, ta jest prawdziwa.”

                   Zacny ksiądz nie chciał ograniczyć się do pełnienia duchownej służby na dworze, owszem chętnie byłby stał się pożytecznym i ludowi, lecz, jak to zawsze wielu ludzi czyni, takim tylko sposobem, któryby nikomu nie ubliżył, nikogo nie drażnił, owszem powszechne budził zadowolenie. „Wskaż mi,” pisze on do Lutra, „jaką książkę, którąbym na język niemiecki przełożył; lecz musi to być dzieło powszechnie lubiane i pożyteczne.”

                   Luter odpisał mu: „Powszechnie lubiane i pożyteczne! Taka prośba przechodzi me siły. Rzeczy zbawienne najmniej często znajdują upodobania. Bo cóż jest więcej zbawienne, niż Jezus Chrystus! A jednak dla wielu ich jest on wonnością na śmierć. Ty chcesz tylko tym stać się pożytecznym, którzy miłują dobre. W takim razie odezwij się głosem Chrystusowym, i z pewnością staniesz się przyjemnym i pożytecznym, lecz tylko dla małej ich liczby, albowiem w tym kraju wilków są baranki rzadkością***).              Mimo to polecił Luter przyjacielowi swemu do przetłumaczenia kazania dominikanina Taulera. „Ani w łacińskim, ani w niemieckim języku nie napotkałem dotąd zdrowszej od tej i do Ewangelii więcej zbliżonej teologii. Skosztuj jej a obacz, jak

 

*) Multa placent principi tuo, quae deo displicent Luth. Epp. I. 25.

**) Ii mihi maxime prosunt, qui mei pessime meminerint Luth. Epp. p. 45.

***) Quo sunt aliqua salabriora, eo minus placent. Luth. Epp. p. 46.

 

— 172 —

 

dobry jest Pan, lecz dopiero, jeźliś skosztował i poznał, jak gorzkie jest wszystko, co od nas pochodzi”  *).        W biegu roku 1517 przyszedł Luter w styczność z księciem saskim, Jerzym. Dom saski miał naonczas dwóch naczel     ników. Dwaj książęta Ernest i Albert, któryclh w wieku chło   pięcym niejaki Kunz von Kauffungen z altenburskiego zamku uprowadził, stali się na mocy traktatu, podpisanego w Lipsku,           założycielami dwóch domów, odnoszących do nich nazwy swoje. Książę elektor Fryderyk, syn Ernesta, był naonczas głową ernestyńskiego, kuzyn jego, książę Jerzy, głowią albertyńskiego rodu. Drezno i Lipsk należały do tegoż ostatniego księcia,           który mieszkał z dworem swym w Lipsku. Matka jego Sidonia była córką czeskiego króla Jerzego Podiebrada, i walka, która się od czasów Husa na ziemi czeskiej przeciwko Rzymowi to czyła, nie pozostała bez wpływu na umysł saskiego księcia, który nieraz wyraził życzenie reformy kościoła. Powiadano o nim, że już takową z mlekiem macierzyńskiem wpoił do                     siebie, że z urodzenia jest wrogiem kleru**). Rozlicznym on też sposobem dokuczał biskupom, opatom, kanonikom kapitalnym i mnichom, za którymi nieraz kuzyn jego, elektor, ujmować się musiał. Należało więc spodziewać się, iż książę Jerzystanie się najgorliwszym zwolennikiem reformacji. Natomiast o nabożnym Fryderyku, który u grobu świętego przypiął sobie ostrogi Gottfryda, tudzież opasał się mieczem tego oswobodziciela Jerozolimy i w sposób dawniejszych pobożnych rycerzy ślubował stać w obronie kościoła — o tym należało przypuszczać, że stanie się najgorliwszym szermierzem za sprawą Rzymu. Lecz gdzie o sprawę Ewangelii się rozchodzi, tam wszystkie nieraz ludzkie przypuszczenia oka:zują się mylne.

                   Stało się prawie przeciwnie. Księciu Jerzemu byłoby nieza                   wodnie bardzo milą rzeczą widzieć upokorzenie kościoła i sług jego, tudzież dokuczać biskupom, którzy przepychem dworów swych daleko zaciemniali dwór samego księcia. Lecz naukę ewangeliczną do serca swego przyjąć, przez nią przed Bogiem się upokorzyć, i poznać w sobie grzesznika pełnego win i niezdolnego do osiągnięcia zbawienia jako jedynie przez łaskę — to zupełnie inną było rzeczą. Innych byłby om chętnie reformował, lecz samego siebie zreformować, do tego najmniejszej nie czuł on skłonności. Biskupa mogunckiego chętnie byłby zmusił kontentować się jednem tylko biskupstwem i nie chować w stajni swej więcej od czternastu koni, jakto sam nieraz                

 

*) Quam amarum est, quidquid nos sumus. Ibidl.

**) Luth. Opp. W. XXII. p. 1849.

 

— 173 —

 

powtarzał*), ale skoro ujrzał, że ktoś inny, a nie on, jako reformator występuje, że prosty mnich dzieło to podjął, że reformacya znajduje wzięcie wśród ludu, to dumny ten króla husyckiego wnuk przechylił się na stronę Rzymu i został najzawziętszym wrogiem reformy, której pierwotnie sprzyjać się zdawał.

                   W lipcu r. 1517 zażądał książę Jerzy od Staupitza, by przysłał na dwór jego jakiego uczonego i wymownego kaznodzieję. Staupitz wysłał Lutra, polecając go jako człowieka niepospolitej nauki i nieposzlakowanego życia. Książę wezwał go, aby w dzień Jakoba powiedział kazanie w zamkowej kaplicy

w Dreźnie.

                   Tegoż to dnia wybrał się książę z całym swym dworem do kościoła, chcąc słuchać także, choćby tylko raz, kazania tego wittenberskiego kaznodziei. To też Luter chętnie skorzystał ze sposobności, by w tak świetnem zgromadzeniu wydać świadectwo prawdzie. Powiedział kazanie na tekst ewangelii onegóż

dnia: „(Mateusz. 20., 20—23). Tedy przystąpiła do niego matka synów Zebedyuszowych....”  Mówił o nierozsądnych prośbach i życzeniach ludzkich, dalej o pewności zbawienia, dowodząc przy tem, iż ci, którzy słowa Bożego w wierze słuchają, prawdziwymi są i do żywota wiecznego przeznaczonymi uczniami

Jezusowymi. Potem mówił o przeznaczeniu do zbawienia i wykazał, jako nauka ta, gdy ją w związku z dziełem Chrystusa Pana pojmujemy, trwogę przerażonego sumienia zażegnać jest w stanie, tak iż człowiek nie ucieka więcej ani szuka przed Bogiem świętym schronienia, lecz owszem dawszy się zwabić głosem łaski jego, pod jego opieką szuka odpoczynku. Na końcu opowiedział jeszcze pewne podobieństwo o trzech pannach, wysnuwając z niego budujące nauki.

                   Słowo prawdy wywarło na umysły słuchaczów głębokie wrażenie; między nimi były dwie osoby, które słów wittenberskiego mnicha z szczególniejszą słuchały uwagą. Jedną z nich była pewna pani odznaczająca się na zewnątrz statecznością i powagą. Należała ona do orszaku dworu. W całej postaci jej malowało się głębokie wzruszenie. Pani ta była ochmistrzynią dworu księżnej i nazywała się „pani von der

Saale.”  Drugą osobą był pewien Licenciat prawa kanonicznego, sekretarz i radca przy dworze księcia Jerzego, imieniem Hieronym Emser, mąż wielkich zdolności i nauki, który chętnie po obu byłby stał stronach. W Rzymie pragnął on uchodzić

 

*) Lutheri Opp. ibidem.

 

— 174 —

 

za obrońcę papieztwa, w Niemczech zaś błyszczeć między ówczesnymi uczonymi. Niepospolitemi odznaczając się zdolnościami ducha posiadał on nader namiętny i porywczy charakter. W nadwornej kaplicy drezdeńskiej spotkali się po raz pierwszy z sobą Luter i Emser, którzy w przyszłości niejednokrotnie zmierzyli się z sobą.

                   Przygotowano obiad, rodzina księcia razem z urzędnikami dworu zasiadła do stołu. W krotce przyszła rozmowa na kazanie, które słyszeli: „Jakże podobało się wam kazanie?”  odezwał się książę do pani von der Saale. „Spokojnie bym umierała, gdybym jeszcze choć jedno takie kazanie słyszeć mogła,”  odpowiedziała zagadnięta. „Ja,”  odparł Jerzy gniewliwie, „nie mało dałbym pieniędzy, gdybym go nigdy nie był słyszał; takie mowy sprawiają tylko, że ludzie spokojnie grzeszą.”

                   Gdy pan zdanie swoje wynurzył, poszli nuż za nim i dworacy, dawając głośne niezadowolenia swego wyrazy. Każdy miał coś do powiedzenia. Niektórzy mniemali, że przytaczając podobieństwo o trzech pannach miał Luter niezaprzeczenie na myśli trzy nadworne damy; ta uwaga wielkie budziła zajęcie. Strojono sobie żarciki o tych trzech wittenberskich panienkach, które to niby zakonnik wittenberski publicznie chciał oznaczyć*). „To jakiś nieuk, ten mnich,”  twierdzili jedni; „to pyszałek,”  uważali inni. Każdy umiał coś o kazaniu powiedzieć, przekręcając treść jego według własnego upodobania. Prawda Boża trafiła na dwór, który do przyjęcia jej nie był jeszcze sposobny; wszyscy zadawali jej gwałt, każdy

według swego sposobu. Lecz gdy słowo Boże do wielu stało się kamieniem obrażenie, to dla ochmistrzyni stało się opoką powstania. W miesiąc po tem zdarzeniu rozchorowawszy się uchwyciła ona z całą ufnością łaskę Pana naszego i umarła w wierze tej spokojnie**).

                   Nawet i sam książę, zdaje się, nie nadaremno słyszał świadectwo prawdy. Albowiem mimo wszystek opór, który za życia swego stawiał reformacyi, w godzinie śmierci wyznał jednakowoż, że nadzieję swą jedynie w zasługach Jezusa Chrystusa pokłada.

                   Nie było w tein nic nadzwyczajnego, że Emser w imieniu pana swego zaprosił Lutra na wieczorek. Luter odmówił, lecz Emser uparłszy się, przynęcił go do tego. Luter spodziewał

 

*) Has tres postea in aula principis a me notatas garrierunt Lutheri Epp. I. 85.

**) Keith, życie Lutra. p. 32.

 

— 175 —

 

się zastać tam kilku przyjaciół, lecz niebawem spostrzegł, że mu sidła zastawiono*). Pewien lipski magister sztuk wy    zwolonych i kilku księży Dominikanów znajdowało się w domu książęcego sekretarza. Magister, człowiek próżnego umysłu i niesprzyjający Lutrowi, zaczął do niego przemawiać uprzej                   mie i z pewnein przymileniem, ale w krotce wybuchł porywczo i najechał na Lutra z wielkim hałasem**). Wszczęła się sprzeczka. „Rozchodziło się,”  pisze Luter, „o subtelności Aristotelesa i Tomasza”  ***). W końcu wezwał Luter magistra, aby z pomocą wszystkiej nauki zwolenników Tomasza określił mu, co to znaczy „wypełnić przykazania Boże.”  Magister usiłował się w ten sposób z fatalnego położenia swego wywinąć, iż  nadstawiwszy dłoń zawołał: „Zapłać mi najprzód za lekcyą, da pastum.”  Postąpił sobie, nie jakby z gośćmi ale jakby z uczniami miał do czynienia i istny wykład naukowy rozpocząć zamierzał. Ta naiwna odpowiedź magistra wywołała powszechny     śmiech; zaczem się wszyscy rozeszli do domu.

                   Podczas tej zabawy podsłuchiwał pewien Dominikanin pode drzwiami. Czuł on nie małą chętkę wystąpić z ukrycia i plunąć Lutrowi w twarz †); powstrzymał się jednak i później sam się z tem przechwalał. Emser był mocno z tej sporki swych gości uradowany, jako też i z tego, że sam uchodził za bezstronnego. Później nie omieszkał on usilnie się uniewiniać wobec Lutra, iż wieczorek ten tak nader był ożywiony ††) Luter powrócił do Wittenbergi.

 

*) Inter medias me insidias conjectum. Lutheri Ep. I. 85.

**) In me acriter et clamose invectus est. Ibid.

***) Super Aristotelis et Thomae nugis. Ibid.

†) Ne prodiret et in faciem meam spueret. Ibid.

††) Enixe sese excusavit. Ibid.

 

–––––––––– • ––––––––––

 

Wróć     Dalej

 

 

Hosted by www.Geocities.ws

1