1935 rok. OSTOJA – OKRES PRZEDWOJENNY
.....Dałabyś już spokój z karmieniem. Chłopak ma dwa lata, schudłaś jak szczypa, a on doi i doi. ..Tak Mama mówi, to dzisiaj koniec.
Babka obsypała Mamie piersi pieprzem, ukroiła kawałeczek razowego chleba, umoczyła w wodzie, następnie w cukrze, zawinęła z boku w nadołek mojej koszuli, przewiązała mocno nitką i krzyknęła - hajda na swoje...
Nie bardzo wiedziałem co to wszystko znaczy. Cysio BE, zadzwięczało mi w uszach jak wyrok dla skazańca. Zsunąłem sie z matczynych kolan, w koszulinie boso i wybiegłem na ulicę, bawić się pomiędzy żydowskie dzieci.
Była to druga co do wielkosci ulica miasta Szczebrzeszna - Frampolska, wyłożona cełą od rynku do samej figury Chmiela.
Miasteczko sławne na całym świecie z trudności wypowiadania - "w Szczebrzeszunie chrząszcz brzmi w trzcinie".
Jedną stroną jest ono oparte o rzekę Wieprz, drugą o rozpoczynającą się Wyżynę Roztoczańską. Wspaniałe krajobrazy.
Najwyższym punktem okolicy jest miejsce wiecznego spoczynku obywateli z kościókiem św. Leonarda. Dojść do tego miejsca można jedynie drogami biegnącymi wąwozami lessowymi.
W Czasie rozbiorów Polski, miasteczko było pod zaborem rosyjskim, wiec mieszkańcy jego to Polacy, Rosjanie i Żydzi. Różne są też budowle kultu religijnego: dwa kościoły rzymsko-katolickie, cerkiew prawosławna i bożnica. Obok Cerkwi, mogił popa Tracza z czarnym marmurowym pomnikiem w żelaznym ogrodzeniu. Żydzi swych zmarłych chowali na kirkucie, mieszczącym się na małym wzniesieniu przy ul. Cmentarnej. Po otrzymaniu wolności przez Polske po pierwszej wojnie światowej, ilość Rosjan zmniejszyła się do tego stopnia, że cerkiew stała się nieczynna. Ksiądz Cieślicki, proboszcz kościoła parafialnego, kazał dzwonnicę przy cerkwi rozebrćć do fundamentu.
Z Cerkwi zdjęto dach, a popa wraz z pomnikiem przeniesiono na cmentarz parafialny.
Ktoś jednak dopatrzył się nieścisłości i dalszą rozbiórkę cerkwi wstrzymano.
Od nowa zrobiono nowy dach i w miejsce blachy ocynkowanej dano papę.
Różne były na ten temat wypowiedzi, ale najbardziej niekorzystne pod adresem księdza proboszcza.
Z budowli znaczących, to dawne koszary kozackie przebudowane na Seminarium nauczycielskie, internat męski i żeński, szkoła podstawowa, szpital, sąd oraz ratusz.
Ratusz - zabudowa w kształcie czworokąta. Budynki wschodni i zachodni – jednopiętrowe. Budynki południowy i północny - parterowe.
Budynki te posiadały bramy wjazdowe. W budynku pónocnym były zlokalizowane pomieszczenia gospodarcze. Budynek wschodni ze względu na pochyłość terenu był na podwyższonym fundamencie. Wejście do niego umożliwiał na całej długości pomost z bali i pięcio stopniowe dębowe schody.
Z ciekawostek turystycznych to ruiny baszty (Zamczysko) przy ulicy Klasztornej, pozostałość po założycielach tego miasteczka.
Ludność miasteczka to ponad sześć tysięcy ludzi, w tym około trzy tysiące Żydow. Liczącą się Polską grupą byli ziemianie, posiadający znaczną ilość morgów ziemi ornej. Zatrudniali oni parobków i służbę domową. Ich przedstawiciele byli radnymi w Magistracie. Następną grupę stanowiła inteligencja: lekarze, aptekarz, sędziowie, adwokaci, księża. Byli to ludzie z wyższych sfer, gdzyż przeciętnego obywatela nie stać było na takie wykształcenie. Jeżeli nawet komuś z innej społecznej grupy udało się zdobyć wykształcenie, to był przez tą grupę ignorowany.
Największą grupą była grupa mieszczańska: urzędnicy, nauczyciele, rzemieślnicy, drobni handlarze oraz bogatsi rolnicy.
Najbardziej przebojową grupą byli Żydzi.
Ich były hurtownie, sklepy, wszelkiego radzaju warsztaty. Handlowali wszystkimi towarami, nawet kradzionymi. Kupowali owoce w sadach gdy drzewa kwitły, zborze na pniu, drzewo w lesie.
Ich były w całości, wzgdlędnie w części tartaki i młyny. Żyd był kowalem, tragarzem, fryzjerem, felczerem, dentystą, nosiwodą. Sklepy polskie można było policzyć na palcach jednej ręki.
Nie wytrzymywały żydowskiej konkurencji.
Na sześć piekarń, trzy były żydowskie.
Trzeba przyznać, że w piekarnictwie, Żydzi byli specjalistami.
Gdy parobek ukradł zboże u swojego gospodarza, to Żyd od niego kupił każdą ilość.
Gdy rodzina była znana Żydowi, to ze względu na rodowy autorytet można było otrzymać w jego sklepie kredyt nieograniczony i spłacać go ratami w dowolnym terminie.
Na pięć piwiarni dwie były polskie.
Żyd był właścicielem składu aptecznego.
W nowo wybudowanej hali targowej zajmowali trzy czwarte straganów handlowych.
Byli pająkiem olbrzymem, jak to pokazywał ówczesny plakat, z sześcio-ramienną gwiazdą na tułowiu, żerującym na polskim narodzie.
Jedynym przez nich określeniem Polaka było słowo "goj", określenie bardzo ubliżające.
Miastem rządził burmistrz mający do pomocy grupę radnych, sekretarza, kasjera i kilku poborców podatkowych.
Dla przestrzegania prawa i rozwiązywania kwestii spornych był sąd, rejent, komornik, policja i adwokaci.
Nad zdrowiem obywateli czuwała Kasa Chorych.
Raz do roku odbywały się komisyjne, sanitarne przeglądy posesji. W komisji uczestniczył również komendant straży pożarnej. Obiekty rażące swoim wyglądem, musiały być zlikwidowane.
Miasteczko w wodę pitną zaopatrywane było z pięciu studni głębinowych.
Ulice które miały utwardzoną nawierzchnię to: Zamojska, Klasztorna do szpitala, Frampolska do figury Chmiela, Kościelna i Zielona - po sto metrów obie.
Wiele ulic nie miało urzędowych nazw, jedynie określenia od mieszkańców, względnie przedmiotu znajdującego sie na tej ulicy. Ale wszystkie ulice były to drogi nieutwardzone.
Rynek miejski był również nie utwardzony, w kształcie kwadratu okalającego Ratusz.
Należy przyznać słuszność żydowskiemu powiedzeniu: "nasze kamienice – wasze ulice".
W zachodniej zabudowie rynku był tylko jeden budynek polski: dom parafialny, w północnej kolejny - Koszeli.
Po przeciwnej stronie kościoła farnego - ceglanka Jurczykowskich.
Polacy mieszkali tylko na obrzeżach miasta i dlatego nie mogli prowadzić konkurencji z Żydami.
W tej żydowskiej powodzi oazą dla polskiego handlu był Ratusz.
Areszt, potocznie zwany "kozą" znajdował się przy ulicy Zamojskiej, obok małej szkółki (szkoła podstawowa).
Ze wschodniej strony mieszkanie prywatne w którym mieszkał gość opikujący się panienkami lekkiego prowadzenia (dom publiczny). Długo to przedsiębiorstwo nie istniało z powodu małej rentowności.
Żydzi, choć tak bardzo zainteresowani handlem, z daleka byli od handlu wieprzowiną i jej przetworami. Zabraniała im tego ich religia. Nawet w swoich piwiarniach, krórych w mieście było kilka, korzystali z bufetu rzeźnika Polaka, który u nich z zakąskami kwaterował kątem.
Pomimo, że obowiązującą władzą była władza polska, jej ustawy i przepisy, Żydzi mieli dodatkową władzę, tzw. Gminę Żydowską, na której czele stał Rabin i zespół doradczy zwany Kachałem.
Święto żydowskie (szabas) zaczynało się w piątek wieczorem i kończyło w sobotę po obiedzie.
Żydzi byli narodem bardzo oszczędnym. Żyda nigdy nie spotkało się w restauracji lub pijanego na ulicy. Wódkę, tak zwaną pejsakówkę pili z malutkich srebrnych kieliszków.
Nowonarodzony Żyd musiał być obrzezany zgodnie z nakazem religijnym. Ale był też odłam Żydów, którzy nie świętowali w sobotę, jedli wieprzową kiełbasę i mięsne przetwory. To byli komuniści.
Bardzo często u Żydów były przypadki zawierania małżeństw w bliskiej rodzinie, dlatego bardzo dużo było kalek i psychicznie chorych. Nie spotykało się Żyda, który by żebrał. By do tego nie dopuścić, czuwała Gmina żydowska.
Powstały antysemickie organizacje które rozpowszechniały różnego typu ulotki o treści:"Bij Żyda". "Nie kupuj u Żyda". "Precz z Żydami".
Religia w szkołach też odbywała się osobno.
Było nawet takie opowiadanie: "Nauczycielka wezwała matkę Icka do szkoły, informując ją, że Icek przychodzi do szkoły brudny i śmierdzący. Żydówka na to: Pani nauczyciel, Icka nie trzeba wąchać. Icka trzeba uczyć".
W nowo wybudowanej hali ( targowej), na sto straganów, które były w czterech rzędach, jeden zajmowali Polacy. Sprzedawali w nich mięso i przetwory wieprzowe. Tam również gospodynie z okolicznych wiosek sprzedawały mleko, sery, masło w osełkach lub okopowe.
Najbardziej atrakcyjnym dniem tygodnia był wtorek. Dzień, w którym odbywał się jarmark. W tym dniu zjeżdżali do miasteczka handlarze z całej okolicy.
Nawet kino było żydowskie.
Do urzędów społecznych się nie pchali, ale starali się, aby wszystko od nich było uzależnione finansowo.
Przed lichwiarskimi cenami bronił konsumentów Państwowy Cennik, zmieniany co pół roku.
Warunki sanitarne sklepów sprawdzała raz w miesiącu Komisja Sanitarna, w której skład wchodził lekarz medycyny i komendant policji.
Ludność ulicy Klasztornej w pobliżu Dużego Młyna w wodę zaopatrywała się ze źródła wypływającego z Ganu.
Wodę ze studni pompowano ręcznie.
Figurę postawiono dla upamiętnienia choroby (cholera - morowe powietrze), które zdziesiątkowało mieszkańców miasteczka.
Ponieważ zabór rosyjski zabraniał nowego budownictwa wokół rynku, to w związku z tym były tu w dużej części budynki stare, drewniane, parterowe z podcieniami.
We wszystkich tych budynkach był zlokalizowany żydowski handel i usługi rzemieślnicze.
Burmistrz dla podniesienia dochodowości, zbędne pomieszczenia Ratusza oddał w dzierżawę.
Dlatego we wschodniej części budynku na parterze mieścił się zakład rymarski, dalej sklep spółdzielczy spożywczy, sklep konfekcyjny, sklep papierniczo-księgarski.
Piętro zajmowali urzędnicy magistratu oraz szwalnia bielizny damsko-męskiej.
Z południowej strony budynku mieścił się sklep spożywczy, restauracja, zakład produkcji sznurów i lin z włókna konopii i lnu, warsztat naprawy rowerów.
Z zachodniej strony na parterze było mieszkanie prywatne i klub, w którym zbierała się częściowo inteligencja Szczebrzeszyna oraz ludzi obytych ze światem.
Klub ten prowadził emerytowany pułkownik rezerwy wspólnie ze swoją gospodynią, którą pojął za żonę, aby uniknąć plotek.
Na piętrze mieściły się biura posterunku policji i prywatne mieszkanie komendanta.
Posiadali również religijną szkołę żydowską (Chasydów). Jej uczniowie nosili pejsy zawinięte wkoło uszu w ruloniki.
Znakiem do rozpoczęcia święta było uderzenie przez upoważnionego Żyda młotkiem drewnianym w drzwi sklepów. Żyd wypraszał klientów, sklep zamykał i od tej pory świętował.
Nie brał do ręki nawet pieniędzy. W piątek Żyd, bo Żydówka się nie liczyła (to był pół człowiek) odprawiał modły w domu okryty białym szalem w czarne pasy, założonym na czoło czarnym przedmiotem wielkości dwóch paczek zapałek zamocowanych tasiemką do czoła. Tasiemka dalej została nawinięta wzdłóż ręki i zawiązana przy dłoni.
W sobotni poranek Żyd wychodził na rynek i krzyczał jakieś hasło - było to wezwanie Żydów na modlitwę do bużnicy. Żydówki też szły na modlitwę, ale przebywały osobno w bocznych pomieszczeniach.
Przed wejsciem do bużnicy, Żydówki zanurzały rękę w naczyniu z wodą i delikatnie ocierały o suknie. Był to znak oczyszczenia.
Żydzi podczas świętowania nie rozpalali sami ognia pod kuchnią lub piecem. Było to religijnie niedozwolone. Robiła to za nich polska biedota. Czynność taka była odpłatna i to się nazywało "palenie w grubach".
Rzadko która Żydówka prała bieliznę. Robiły to za nich polskie praczki odpłatnie.
Starsze pokolenie Żydów, tak zwani Starozakonni byli bogaczami. Prowadzili oni hurtownie, zakłady przemysłowe, banki. Od nich uzależnione było życie finansowe miasta. To oni przez swoją Gminę wspierali biedotę żydowską.
Korzystali oni z uzdrowisk w Ciechocinku, Świdrze i innych miejscowościach.
Dużo zastrzeżeń do religii wnosiła młodzież żydowska. Pary małżeńskie kojarzyły rodziny bez uprzedniej zgody młodych. Były przypadki, że przyszli nowożeńcy poznawali się dopiero w dzień ślubu.
Młodzież męska bardziej była pilnowana i rygorystyczniej wychowywana przez starsze pokolenie niż dziewczęta. Dlatego polska kawalerka miała pole do popisu. Nawet były przypadki, że młodzież Żydowska przyjmowała wiarę katolicką, a to miało powiązanie z zawieraniem małżeństw.
Taką lub takiego świeżo upieczonego katolika nazywano "wychrztą".
Takie małżeństwa bardzo dobrze sobie żyły, z tym że zmieniały natychmiast miejsce zamieszkania. Nie spotkało się jednak w Szczebrzeszynie, by Polak przyjmował wiarę żydowską.
Miało się wrażenie, że Żydów nie interesowało życie publiczne. Nie brali udziału w wiecach czy wystąpieniach publicznych działaczy polskich. Niektórzy z nich mieszkali w Szczebrzeszynie z dziada pradziada, jednak w ich zachowaniu wyczuwało sie jakieś wyczekiwanie. Nie czuli się jak ludzie we własnym kraju.
To byli ludzie obcy.
Podział ten się spotęgował jeszcze bardziej po śmierci Marszałka Piłsudskiego.
To tworzyło dystans między dziećmi. W zasadzie Żydzi byli w pojęciu ogółu bruidasami, zawszonymi i na każdym kroku starali sie Polaka wykorzystać.
Mówiono również, że Żyd nie zjadł śniadania jeżeli w jakiś tam sposób nie wykorzystał Polaka.
Żydzi zajmowali trzy rzędy straganów i sprzedawali: wołowinę, wszelkie artykuły spożywcze, materiały bławatne, gotowe ubrania i kożuchy.
Na targowni przy ulicy Frampolskiej handlowano: końmi, wińmi, owocami i zbożem. Tak było z rana.
Koło południa handlujący zjeżdżali do miasta i ustawiali się wokół Ratusza. Gdy zabrakło miejsca ustawiano sie po wszystkich ulicach wokół Ratusza. Tyle było furmanek konnych, że z trudnością chodziło sie pieszo ulicami.
Koń który gryzł lub kopał, miał przywiązany do łba wiecheć słomy i to był znak że obok niego trzeba ostrożnie przechodzić.
Utrudniony był był przejazd ulicami. Z tego tytułu były kłótnie a nawet bójki.
W rynku różni rzemieślnicy i zawody reprezentowały swoje towary. Na specjalnych drewnianych stojakach wisiała uszyta różna odzież, którą prezentowali krawcy. Szewcy zachwalali wykonane przez siebie buty. Z przyjezdnych handlarzy, to szewcy z Tyszowiec. Przywozili oni buty z cholewami tak zwane tyszowiaki, były to buty na zimę. Do nich wkładało się nogi owinięte słomą, tak że największy mróz nogom nie zaszkodził. Przy takim stoisku był zaraz kowal, który specjalnymi podkówkami te buty okówał.
Sprzedawano też kożuchy z baraniej skóry o długim włosie męskie i damskie krótkowłose, haftowane we wzory różnokolorowymi nićmi. Kożuchy męskie posiadały obszerne kołnierze. Takie kożuchy kupowali ludzie z wiosek. Posiadanie takiego kożucha i butów świadczyło o zamożności gospodarza. Nawet mówiło się : - ”bogata panna bo na wiano ma kożuch, poduszkę z piór i puchową pierzynę”.
Mało się wtedy używało słowa rolnik. Na takich poslednich gospodarzy mówiono –chłop.
Przy tych wszystkich transakcjach handlowych zawzięcie klepano się w dłonie i w ten sposób ustalano ostateczną cenę towaru. Należy zaznaczyć, że świnie i krowy sprzedawano na oko a nie na wagę, a zboże na miarki. Ukoronowaniem handlowej tranzakcji był – LITKUP. Życzono sobie, aby nowo zakupiony towar z pożytkiem służył właścicielowi, przepijając gęsto wódką.
Taki sam proceder stosowano przy handlu końmi, z tym że konie przepędzano, zakładano do wozu, hamując koła wozu i zaglądając koniom w zęby.
W czasie Wielkiego Postu do wódki zamiast kiełbasy jedzono smażone na oleju śledzie które wspaniale przyrządzała Żydówka Hana.
Z tego powodu, w tym dniu dużo było pijaków. W swoim żywiole byli kieszonkowcy i różnego typu złodzieje. Zachęcano do gry w karty – czarna przegrywa, czerwona wygrywa. W cukierki – para
para nie para, w trzy naparstki z czarną kulką... Temu wszystkiemu towarzyszyła katarynka i na niej siedząca papuga lub morska świnka ciągnąca losy.
Korzystając z tak dużego zjazdu ludzi, Magistrat przekazywał różne informacje. Uderzano w duży bęben, co oznaczało – zbiórka ludzi wokół niego. Wtedy sekretarz Magistratu odczytywał różne zarządzenia i wiadomości. Był to dzień spotkań sąsiadów, znajomych, często rodzin z całej okolicy.
Trzeba wziąść pod uwagę że prawie połowa ludności nie umiała czytać i pisać. Pisanie listów i czytanie gazet było rzadkością. Pisaniem listów trudniły sie specjalne kobiety, które za taką usługę brały jajka, ser, śmietanę.
Radio było luksusem. W całym mieście było kilka radioodbiorników z głośnikiem i kilka na słuchawki kryształkowe. Może to i było dobre – naród miał lekką głowę i był pozbawiony stresów wielkiego świata...
Rozsiadano się na furmankach i z małych buteleczek rozlewano wódkę, wyjmowano jedzenie, śmiechom i żartom nie było końca. Miało to swoisty urok. Ten jarmarczny szum trwał do póżnej nocy, nim się to wszystko rozjechało.
Na drugi dzień rankiem chłopi zbierali nawóz, świnie z prośiętami raczyły sie resztkami rozrzuconej żywności. Jeszcze zeszło cały następny dzięń nim to wszystko doszło do normy.
Były też i ciemne strony tego okresu. W święta przy kościele, w dzień jarmarczny, przy hali były długie szeregi ludzi proszących o jałmużnę. Naród ubogi – tak zwane dziady. Chociaż i między nimi było dużo kombinatorów. Jedną taką zawodową dziadówkę za cmentarzem napadli bandyci, zabierając jej jedenaście tysięcy złotych srebrem – bo takie były wtedy monety. Dla orientacji podam, że morga ziemi w tym czasie kosztowała pięć złotych.
Rozboje za miastem były częstym zjawiskiem. Trafiały się też morderstwa. Zabito nawet listonosza, który odbierał pocztę z wagonu PKP na stacji w Szczebrzeszynie. Bułto okres kryzysowy. Bezrobocie.
Magistrat raz na tydzień wypłacał tym ludziom jakieś pieniądze – zapomogi – ale to wszystko były małe kwoty nie wystarczające na przeżycie rodziny.
Nie było przemysłu. Cukrownia Klemensów którą wybudował Ordynat Zamojski, zatrudniała przez cały rok niezbyt dużo ludzi, trochę więcej w kampanie, ale to już było coś. Ci co stale pracowali , tak zwane KUMOTRY, zarabiali nieżle.
Byli to dobrzy fachowcy, ale byli to i panowie.
Oni decydowali jakich ludzi przyjąć na kampanie cukrownicza do Cukrowni. Trzeba się było nisko kłaniać aby otrzymać pracę na te półtora miesiąca. Mieszkali oni na tak zwanej Osadzie w budynkach drewnianych – własność Cukrowni. Mieli oni prawo do przetrzymywania przez cały rok w fabrycznej oborze dwie krowy. Pastuchów do krów opłcała Cukrownia. To był ich przywilej.
Na terenie klemensowa była czteroklasowa szkoła powszechna.
Do wyższych klas dzieci pracowników były dowożone brekiem do Szczebrzeszyna. Cukrownia miała własną orkiestrę, mundury i dyrygenta. Przeważnie święta państwowe obchodzone były z wielką paradą. Charakterystycznym było to, że Cukrownia i budynki towarzyszące były wybudowane z kamienia – opoka – ciosanego na jeden wymiar. Tak samo wybudowany był młyn wodny napędzany turbiną w Szczebrzeszynie.
Obok Cukrowni była cegielnia z murowanym bardzo wysokim kominem, zatrudniającakilkanaście osób.
Na horyzoncie widoczna jest miejscowość Michalów z parkiem okalającym Pałac Zamoyskich. Hrabina prowadziła tam dla biednych i bezrobotnych kuchnię głodową.
Z południowej strony Szczebrzeszyna w odległości około trzech kilometrów jest stacja PKP Szczebrzeszyn oraz Fabryka Kalafonii i terpętyny. Fabrykę tą pobudował inżynier chemik Waligora. Przyjechał on na ten teren z Galicji.
Z tamtąd przywiózł sobie pracowników dla obsadzenia ważniejszych stanowisk i rozruchu fabryki. Pracowników tych potocznie w naszym środowisku zwano – Galicjakami. Inzynier Waligóra był pierwszym człowiekiem w naszy okolicy który w niedzielę przyjechał z całą rodziną do kościoła własnym samochodem. Były też dwa motocykle – Sokoły- własność pracowników Cukrowni.
Nadszedł rok 1939. Wiosną zazieleniły się pola i drzewa. Nastąpiła zmiana na stanowisku burmistrza. Został nim p. Franczak. Zaczęły się nowe porządki.
Naprawiano zgodnie z zarządzeniem płoty, bielono kominy na budynkach, zwożono materiał i rozpoczęto brukowanie placu wokół Ratusza. Był to twardy kamień brukarski. W rynku, wzdłuż ulicy Zamojskiej wykonwno dwa trawniki z rabatami z róż, przy których postawiono żelazne ławki i kosze na śmiecie.
Mimo tych pozytywnych zmian, starsi ludzie zaczęli dostrzegać jakieś niepokojące zjawiska na niebie, anomali w przyrodzie. Wyciągano różne pisma prorocze, przepowiednie Michaldy, porównywano, tłumaczono na swój sposób. Wzrastał strach i podniecenie w Narodzie. Aż w niedzielę, po sumie, odezwał się koło Ratusza miejski bęben.
Naród w okolicy był pobożny, w kościele było pełno wierzących, tak po nabożeństwie wszyscy szli pod Ratusz na wezwanie.
Na schodach Ratusza stał Burmistrz, witając zebranych i rozpoczął wiec. ..
Hitler chce korytarz, to znaczy chce odsunąc Polskę od morza. My na to nie pozwolimy. Jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Nie pozwolimy sobie odebrać nawet piędzi ziemi. Zrobił się krzyk – precz z Hitlerem. Podnoszono zaciśnięte pięści. Zobowiązano się zrobić zbiórkę pieniędzy na zakup : karabinów maszynowych, czołgów, samolotów, na dozbrojenie armii. Postanowiono zbierać złom dla przemysłu zbrojeniowego. Na zakończenie odśpiewano hymn Narodowy i ludzie bojowo nastawieni rozeszli się do domów.
W tym roku Swięto Trzeciego Maja obchodzone było bardzo uroczyście. W pochodzie brały udział szkoła Powszechna, Gimnazium, organizacjE: Sokół, Strzelecka, Rzemiosło i Kupcy.
Pochód po Mszy św. Zatrzymał się koło Ratusza, gdzie wysłuchano okolicznościowo-politycznego przemówienia jednego z nauczycieli – pana Bohuna, następnie skierował się na plac obok boiska sportowego – Sokół. Tam Burmistrz wmurował kamień węgielny pod budowę hali sportowej dla organizacji – Sokół. W tym pochodzie przygrywała orkiestra Cukrowni Klemsnsów.
Ostatnim świętem państwowym w wolnej ojczeżnie było święto Morza. W Cukrowni wykonano model okrętu wojennego, który przemieszczał sie na kołach. Załogę okrętu tworzyły dzieci w marynarskich mundurkach. Podczas wiecu otwrcie zaczęto mówić o wojnie z Niemcami. Na rynku spalono manekin Hitlera.
W połowie lipca nastąpił pobór rezerwistów do wojska. Rozpoczęły się na naszych terenach manewry wojskowe jednostek stacjonujących w Zamościu. Cieszyła ta Polska siła wojskowa. Przez miasto przechodziły różne oddziały wojskowe.
Sprzęt był całkiem nowy. Wszystka broń oksydowana. Pokrowce, kabury, siodła, kamasze, saperki z żółtej nowej skóry. Wszystko na medal. Atmosfera wśród ludzi była wspaniała.
W tych manewrach brała udział rezerwa naszego miasta, jak również kilku naszych chłopców było w służbie czynnej. Witano ich radośnie kwiatami.
Mimo tajemnicy wojskowej, rozeszła się wiadomość, że manewry zostały skrócone z powodu pogarszającej się sytuacji politycznej. Sąsiada syn Oleś wpadł się pożegnać z rodziną, gdyż ze swoją radiostacją wyjeżdżał na zachodnią granicę.
Z początkiem sierpnia zmobilizowani zostali oficerowie i podoficerowie rezerwy. Wszyscy chodzili w mundurach żegnając znajomych i rodziny. Z ulicy Trębackiej dwóch braci Złomańców szło do wojska z własnymi końmi. Szpital zaczął organizować szkolenie młodych pabienek na sanitariuszki. Zaczęto kopać schrony przeciw-lotnicze.
W mieście pojawiły się wojskowe patrole. Ich zadaniem było pilnowanie w mieście porządku społecznego i wyłapywanie niemieckich szpiegów. Patrole na karabinach miały pozakładane bagnety. Za cmentarzem był okopany karabin maszynowy, który miał bronić miasto przed atakami samolorów niemieckich.
W połowie sierpnia emocje wojenne opadły. Wszystko było do wojny przygotowane, a tu zapadła cisza.
Do Zamościa przyjechał jakiś minister. W defiladzie przed nim przemaszerował mały oddział wojska no i dzieci ze szkół. Nawet ze Szczebrzszyna starsze klasy mimo wakacji pojechały na to spotkanie. Społeczeństwo z rozczarowaniem przyjmowało polityczny przebieg toczących się spraw.
Byliśmy tak bojowo nastawieni i pewni zwycięstwa, a tu cisza.
Nadszedł dzień 1 września 1939 roku. Z samego rana dał o sobie znać miejski bęben. Urzędnik z Magistratu – garbaty Romcio Niedżwiecki ogłosił że Polska bez wypowiedzenia wojny została zaatakowana przez wojska niemieckie.
Zarzdzono by na każdej posesji był zgromadzony piach, w pojemnikach woda i sprzęt do szybkiego gaszenia pożarów. Szyby w oknach i oszklonych drzwiach miały być zabezpieczone przez naklejenie krzyżowo papierowych pasów. Miało to chronić przed odpryskami szkła. Straż pożarna pełniła całodobowe dyżury w swojej remizie strażckiej.
Z otwartego okna dentysty Sztrajchera słychać było zapowiedż radiową. Ogłaszam alarm lotniczy dla miasta Warszawy. To była już wojna.......