SKAUTING I HARCERSTWO W SZCZEBRZESZYNIE 1915 - 1939
Materiały zebrał i opracował mgr inż. Jerzy Jóźwiakowski
dn. 10.IX.1939 r.
W życiu człowieka naprawdę są chwile szczęśliwe. Chwile, w których człowiek zapomina o wszystkim, a zajmie się tylko jedną myślą jedynym celem, do którgo dążymy. Bo czyż wolno człowiekowi wydzierać sobie z piersi najlepsze najszlachetniejsze uczucie? Uczucie , które jest kwitnieniem duszy? W imię jakich racji? By zyskać uznanie ludzi? Co za głupota!
I
teraz zabłysł ten dzień. Dzień, w którym wszystkie harcerki zostały powołane
do wspólnej pracy, dla dobra ogółu.
Było to po południu, z niecierpliwością czekałyśmy tej chwili, gdy staniemy do pracy ... i nadeszła. Z miotłami, łopatami, wiadrami poszłyśmy czyścić ulice naszego miasta. Czułyśmy w sobie dumę, że my napozór do niczego nie zdolne harcerki, my potrafimy pracować wytrwale i z pewnym rezultatem.
A nagrodą dla nas : to lśniące czystością ulice. Sprzątałyśmy z siłą, wolą i energią. Miło i wesoło biegł czas. Wszystko śmieje się w słońcu. Jasny błękit nieba, migotliwy rozgrzany tętnił spokojem i radością. Tak cicho, tak spokojnie. Dźwięczy wszystko dookoła. Z całą świadomością wczuwałyśmy się w tę cisze (choć ulice kipiały gwarem i tętniały życiem), a dążeniem naszym było : pracować wytrwale i solidnie. Te kilka godzin zdawały się być jedną chwilką. I pogoda sprzyjała. Mimo woli oko odrywało się od szarej wstążki szosy i śledziło przepiękny widok na miasto. Ponad konturami wierzyć strzelających w niebo i dachów spowitych w pasma mgły i dymów, niby złotą klamrą spiętych płynęło wielkie i potężne słońce gotujące się do zachodu. Jakiś niemy zachwyt wydzierał się z duszy na taki widok. Jakiś nie uchwytny lek cieniutką siecią omotywa serce. I rodzą się smętne przeczucia i człowiek drży ... a dlaczego przecież wykonał tak piękna pracę, która przyniosła tyle zadowolenia tyle radości.
Adela
Sierpińska zastęp I-szy
Z miotłami i grabiami na ramionach idziemy Ci służyć Ojczyzno. My harcerki powołane jesteśmy "bronić" naszego miasta od kurzu i brudu ulicznego. Choć nasze górnolotne myśli krążą nieustannie koło przenoszeniu ważnych wiadomości frontowych, koło najrozmaitszych bohaterstw, jakie tylko mogą mieścić się w marzeniu lecz nie przeszkadzają nam wywijać miotłą, z pod której wznoszą się obłoki pyłu. Po chwili za nami bieleje kawał szosy czyściutko zamiecionej. Naszej pracy towarzyszą żarciki i docinki poszczególnych przechodniów. Mówią że zajęłyśmy posady "stróżów ulicznych". Im gęściej sypią się dowcipy, tym energiczniej i ze swobodą czyścimy ulice. Czujemy bowiem w tem rzetelną pracę, w której niema ani krzty próżnych, a tak zaraźliwych marzeń, z którymi żyją setki Polaków, które do niczego nie prowadzą, a robią z człowieka bohatera i wielkiego patriotę tylko w mowie lub próżnym czekaniu. Ta praca dała nam możliwość spełnienia choć cząstkę obowiązku. Widzimy w niej odzwierciedlenie kart naszego prawa harcerskiego. W tej prostej, a łatwej pracy jest czyn, w którym nie ma laurów i wielkich poświęceń, lecz obowiązek obywatelkii narodu.
St. Wyrostkiewicz
Już od marca są różne zamieszki w kraju, ciągle słyszymy o wojnie. Mobilizacja już po trochu ogłoszona. Z kim się nie spotkać, to każdy się pyta czy nie ma wojny, krążą różne plotki, ale to tylko plotki. W tym czasie tworzą się różne organizacje, szkolą się w różnych kierunkach ażeby w razie wojny być pomocnym choć w części swojej ojczyźnie. Również i my harcerki nie możemy siedzieć tak bezczynnie i patrzeć się jak inni prracują.
Ponieważ są to wakacje drużyna jest rozwiązana, drużynowa nasza zrobiła zbiórkę alarmową. O godzinie 3-ej po południu zebrałyśmy się wszystkie u druhny Jaworskiej i zawiązała się "drużyna pogotowia". Na zbiórce uchwalono, że będziemy się zbierać o godzinie 4-tej po południu na placu "Sokoła", z miotłami, grabiami i motykami. Punkt 4-ta drużynowa robi zbiórkę, każda z harcerek pędzi do swego zastępu, aby jak najszybciej stanąć w szeregu, po gwizdku raport zdają zastępowe, po raporcie z narzędziami na ramieniu odmarsz do pracy. Idąc przez ulicę bardzo często spotykałyśmy się z ironicznymi uśmiechami ludzi. Z początku nas to raziło i nieraz każda z harcerek spuszczała głowę aby nie widzieć tych uśmiechów. A później nas to nie obchodziło, zamiatałyśmy ulice jak się patrzy! Uśmieszki ludzi jeszcze więcej nas pobudziły do pracy, przecież nie robimy tego tylko dla siebie, ale dla wszystkich. Każdy gdy będzie przechodzić przez ulicę, to na pewno przyjemniej mu iść po czystej zamiecionej ulicy, a nie po brudnej, zaśmieconej papierami. Przez to zamiatanie nie tylko było przyjemnie iść ale także mniej choróób się wytwarzało. Tak pracując pomogliśmy choć w części ludziom i ojszczyźnie. Mniej się roznosiły zarazki i mniej było chorób wszędzie. Pomogliśmy innym a zarazem jeszcze jeden dobry uczynek dodaliśmy do wielu innych.
M. Kalitówka
Wrzesień 1939 r.
Piękny nad wyraz wrzesień przyniósł nam wojnę, wojnę
tak straszliwa, że trudno ja ująć słowami. Nasze miasteczko Szczebrzeszyn
lezące na uboczu znalazło się od razu w ogniu i huku bomb lotniczych. Przez
ciche ulice przelewały się coraz to nowe fale uciekinierów i żołnierzy
wojska polskiego. Harcerki przy magistracie
gotowały kawę i rozdawały uciekinierom chleb oraz suchary. Lecz nie wszyscy
uciekli! Znalazły się i bohaterskie oddziały, które toczyły
beznadzieją walkę z przeważającym wrogiem. Odgłosy o
stoczonych bitwach pod Janowem i w okolicznych wioskach doszły do nas w postaci
rannych. W końcu września 1939 r. przywieziono partię kilkudziesięciu
rannych z pod Zwoli. Droga była straszna, warunki przwożenia okropne! To tez
nić dziwnego, że jeden z rannych zmarł w drodze. Był to porucznik Tadeusz
Witwicki. Na drugi dzień zmarł drugi porucznik Julian Nieć. Szpital był zupełnie
nie przygotowany na przyjęcie rannych. Nie było ani bielizny, ani sprzętu,
ani zapasów żywności. I tu dopiero obudziło się poczucie
wśród społeczeństwa szczebrzeszyńskiego. Jednego tylko dnia harcerki zebrały
56
Harcerki!
Zwracam się do Waszych ofiarnych serc z apelem, abyście wytrwały w dalszej pracy niesienia pomocy rannym. Pan doktor prosił jeszcze o dalsze dyżury w szpitalu celem utrzymania porządku i czystości na okres tygodnia lub dwu. Na skutek tego zarządzam następującą kolejność dyżurów :
12.X.1939 r. druhny Lipionko M. i Kapeć W., 13.X. 1939 r. druhny Poździk Cz. i Wyrostkiewicz St., 14.X.1939 r. Tałanda K. i Żebrowska M., 15.X.1939 r. druhny Pić J. i Kozłowska L., 16.X. 1939 r. Olczyk J. i Galant U., 17.X.l939 r. Prokop A. i Kotowska H.
Należy zgłaszać się na dyżury po południu o 14-tej. Jeżeli niektórym druhnom dogodniej jest rano, to mogą przychodzić w rannych godzinach. Mam nadzieję, że z honorem skończycie tak pięknie zaczętą przez Was pracę, a raczej samarytański obowiązek. Druhny, których nazwisk nie podałam mogą zgłaszać się na ochotnika.
Czuwaj! Zofia Sas-Jaworski
Październik 1939 r.
Opieka
w szpitalu jednak była niedostateczna bo w ciągu października zmarło
dwunastu rannych. W tym dwóch oficerów : major Żelazny Konrad i kapitan Lis -
Błoński Stanisław. Pochowano ich w jednej kwaterze, której uporządkowaniem
zajęły się harcerki. Mogiły z drewnianymi krzyżami przystrojono wieńcami, a na grobach wysadzono chryzantemy, których dostarczyła
ze swego ogródka dr Felicja Warchołowska.
Harcerki nosiły koszami, pociły się, ale na Dzień Zaduszny groby poległych
wyglądały porządnie i estetycznie.
Listopad 1939 .r.
Dnia 2 listopada w kancelarii szpitala odbyła się zbiórka. Dr Klukowski oraz opiekunka podziękowali sanitariuszkom za dokonaną pracę.
Dnia 11.XI. odbyło się uroczyste nabożeństwo w kościele parafialnym. Ołtarz był rzęsiście oświetlony, dzieci śpiewały w czasie mszy, a na zakończenie ks. Szydłowski zaintonował "Boże coś Polskę...". Opiekunka drużyny zawiadomiła harcerki wezwaniem takiej treści:
Harcerki!
Dzień święta narodowego uczcijmy czynem harcerskim. Zbiórka w kancelarii szpitala o godzinie 13-tej w mundurkach szkolnych i białych kołnierzykach. Każda harcerka niech przyniesie, co może i kawałek chleba, trochę owoców lub kwiatów, albo czego innego dla naszych żołnierzy, kartkę zniszczyć.
Czuwaj!
Zofia
Sas -Jaworska
Zbiórka udała się nadspodziewanie. Druhny Kalita M., Żebrowska M. i Tałanda przyniosły bułki i jabłka. Nadciągały inne, przynosząc : jabłka, parówki-bułki, kiełbasę, kwiaty. Były i konfitury. A druhna Zosia Michalska przyniosła 36 sztuk papierosów. W kancelarii harcerki krajały bułki, przyrządzały kanapki i układały je na drewnianych tacach. Kwiaty umieszczały w butelkach i słoikach. Gdy już wszystko było gotowe harcerki na czele z dr Klukowskim i opiekunką weszły na sale. Po przywitaniu zaczęły roznosić tace i rozdawać kwiaty. Wszczoł się miły gwar!. Z twarzy żołnierzy biło rozradowanie ... Jeden z rannych zabrał głos i podziękował w imieniu kolegów. Mówił, że są wzruszeni serdecznością i pamięcią o nich w dniu święta narodowego. Widocznie Polsce nie sądzone zginąć ... Słowa rwały mu się ze wzruszenia i łez. Dziewczynki płakały. Scena była ze wszechmłar rozrzewniająca ... Potem przemówiła opiekunka :
Kochani Rodacy!
Doprawdy zawstydzacie nas swoim podziękowaniem i wdzięcznością. To, co my robimy jest odrobinką tego, co chciałybyśmy uczynić dla Was, polskich żołnierzy. Niestety, ciężkie warunki wojenne nie pozwalają nam uczynić tego, co nakazuje sumienie i serce. Czymże jest nasza praca wobec tego, coście Wy dali? Waszak daliście swoją krew i cierpienia dla dobra naszej nieszczęśliwej Ojczyzny. Ratowaliście honor naszej armii, honor całego narodu. Dlatego kachamy Was i szanujemy, jako bohaterów! I wszystko cośmy zrobiły będzie za mało - za Wasz trud zapłaci Warn Bóg!
Ranny ucałował rękę opiekunki a ona pocałowała go w głowę, jak matka kochanego syna. Pielęgniarka siostra Makowska dokonała zdjęcia. Harcerki pożegnały się z rannymi i zadowolone rozeszły się, gwarząc i nawołując się między sobą.
To był ostatni
fragment harcerskiego życia naszej drużyny. Barbarzyńska wojna przerwała je
na dłuższy czas.