II
Gdy się obudziłem, był
zmrok w pokoju. Ojciec siedział już ubrany przy stole i pił herbatę, maczając
w niej sucharki z lukrem. Miał na sobie nowe jeszcze, czarne ubranie z
angielskiego sukna, które sprawił sobie ostatniego lata. Krawat jego był
trochę niedbale zawiązany.
Widząc, że nie śpię, rzekł z miłym uśmiechem w swojej
przybladłej od choroby twarzy: – Ucieszyłem się serdecznie, żeś przyjechał,
Józefie. Co za niespodzianka! Czuję się tu tak samotny. Nie można się co
prawda w mojej sytuacji uskarżać, przeszedłem już gorsze rzeczy i gdyby
chcieć wyciągnąć facit ze wszystkich pozycyj... Ale mniejsza o to. Wyobraź
sobie, podano mi tu zaraz pierwszego dnia wspaniały filet de boeuf z grzybkami.
Była to piekielna sztuka mięsa, Józefie. Ostrzegam cię najusilniej – gdyby
ci kiedykolwiek miano podać filet de boeuf... Jeszcze czuję ogień w brzuchu.
I diarea za diareą... Nie mogłem sobie całkiem dać rady. Ale muszę ci oznajmić
nowinę – ciągnął dalej. – Nie śmiej się, wynająłem tu lokal na sklep. Tak
jest. I gratuluję sobie tego pomysłu. Nudziłem się, wiesz, serdecznie.
Nie masz wyobrażenia, co za nudy tu panują. A tak, mam przynajmniej przyjemne
zajęcie. Nie wyobrażaj sobie znów żadnych wspaniałości. Skądże znowu. Daleko
skromniejszy lokal niż nasz dawny magazyn. Po prostu buda w porównaniu
z tamtym. U nas w mieście wstydziłbym się takiego straganu, ale tutaj,
gdzieśmy tyle musieli popuścić z naszych pretensyj – nieprawdaż, Józefie?...
– Zaśmiał się boleśnie. – I tak się jakoś żyje. – Zrobiło mi się przykro.
Wstydziłem się zmieszania ojca, który spostrzegł, że użył niewłaściwego
wyrazu.
– Widzę, żeś śpiący – rzekł po chwili. – Prześpij
się jeszcze trochę, a potem odwiedzisz mnie w sklepie – nieprawdaż? Właśnie
tam śpieszę, żeby zobaczyć jak interesy idą. Nie masz pojęcia jak trudno
było o kredyt, z jakim niedowierzaniem odnoszą się tu do starych kupców,
do kupców z poważną przeszłością... Przypominasz sobie lokal optyka na
rynku? Otóż zaraz obok jest nasz sklep. Szyldu jeszcze nie ma, ale i tak
trafisz. Trudno się omylić.
– Czy ojciec wychodzi bez palta? – zapytałem z niepokojem.
– Zapomniano mi je zapakować – wyobraź sobie – nie
znalazłem go w kufrze, ale zupełnie mi go nie brak. Ten łagodny klimat,
ta słodka aura!...
– Niech ojciec weźmie moje palto – nalegałem – proszę
koniecznie wziąć. – Ale ojciec już wkładał kapelusz. Kiwnął mi ręką i wysunął
się z pokoju.
Nie, nie byłem już śpiący. Czułem się wypoczęty...
i głodny. Z przyjemnością przypomniałem sobie bufet zastawiony ciastkami.
Ubierałem się, myśląc, jak sobie dogodzę na rozmaitych rodzajach tych przysmaków.
Pierwszeństwo zamierzałem dać kruchemu ciastu z jabłkami, nie zapominając
o świetnym biszkopcie nadziewanym łupką pomarańczową, który tam widziałem.
Stanąłem przed lustrem, aby zawiązać krawat, ale powierzchnia jego, jak
zwierciadło sferyczne, zataiła gdzieś w głębi mój obraz, wirując mętną
tonią. Nadaremnie regulowałem oddalenie, podchodząc, cofając się – ze srebrnej
płynnej mgły nie chciało wyłonić się żadne odbicie. Muszę kazać dać inne
lustro – pomyślałem sobie i wyszedłem z pokoju.
Na korytarzu było całkiem ciemno. Wrażenie solennej ciszy potęgowała
jeszcze nikła lampa gazowa, płonąca niebieskawym płomykiem na zakręcie.
W tym labiryncie drzwi, framug i zakamarków trudno mi było przypomnieć
sobie wejście do restauracji. Wyjdę na miasto – pomyślałem z nagłym postanowieniem.
– Zjem gdzieś na mieście. Znajdę tam chyba jakąś dobrą cukiernię.
Owiało mnie za bramą ciężkie, wilgotne i słodkie
powietrze tego szczególnego klimatu. Chroniczna szarość aury zeszła jeszcze
o kilka odcieni głębiej. Był to jakby dzień widziany przez kir żałobny.
Nie mogłem nasycić oczu aksamitną, soczystą czarnością
najciemniejszych partyj, gamą zgaszonych szarości, pluszowych popiołów,
przebiegającą pasażami stłumionych tonów, złamanych dławikiem klawiszy
– ten nokturn pejzażu. Obfite i fałdziste powietrze obłopotało mi twarz
miękką płachtą. Miało w sobie mdłą słodycz odstałej deszczówki.
Znowu ten powracający sam w siebie szum czarnych
lasów, głuche akordy, wzburzające przestworza już poza skalą słyszalności!
Byłem na tylnym dziedzińcu Sanatorium. Obejrzałem się na wysokie mury tej
oficyny głównego budynku załamanego w podkowę. Wszystkie okna zamknięte
były na czarne okiennice. Sanatorium spało głęboko. Minąłem bramę w żelaznych
sztachetach. Obok niej stała buda psa – niezwykłych rozmiarów – opuszczona.
Znów wchłonął mnie i przytulił czarny las, w którego ciemnościach szedłem
omackiem, jakby z zamkniętymi oczyma, na cichym igliwiu. Gdy się trochę
rozwidniło, zarysowały się między drzewami kontury domów. Jeszcze kilka
kroków i byłem na obszernym placu miejskim.
Dziwne, mylące podobieństwo do rynku naszego miasta rodzinnego! Jak
podobne są w samej rzeczy wszystkie rynki na świecie! Niemal te same domy
i sklepy!
Chodniki były prawie puste. Żałobny i późny półbrzask
nieokreślonej pory prószył z nieba o niezdefiniowanej szarości. Czytałem
z łatwością wszystkie afisze i szyldy, a jednak nie byłem zdziwiony, gdyby
mi powiedziano, że to noc głęboka! Tylko niektóre sklepy były otwarte.
Inne miały na wpół zasunięte żaluzje, zamykano je pośpiesznie. Tęgie i
bujne powietrze, powietrze upojne i bogate pochłaniało miejscami część
widoku, zmywało jak mokra gąbka parę domów, latarnię, kawałek szyldu. Chwilami
trudno było unieść powieki, zapadające przez dziwne niedbalstwo czy senność.
Zacząłem szukać sklepu optyka, o którym wspomniał ojciec. Mówił mi o tym,
jak o czymś mi znanym, odwoływał się jakby do mojej znajomości lokalnych
stosunków. Czy nie wiedział, że byłem tu pierwszy raz? Bez wątpienia plątało
mu się w głowie. Ale czegóż można było oczekiwać od ojca na wpół tylko
rzeczywistego, żyjącego życiem tak warunkowym, relatywnym, ograniczonym
tylu zastrzeżeniami! Trudno zataić, że trzeba było dużo dobrej woli, ażeby
przyznać mu pewien rodzaj egzystencji. Był to godny politowania surogat
życia zawisły od powszechnej pobłażliwości, od tego „consensus omnium”,
z którego czerpał swe nikłe soki. Jasnym było, że tylko dzięki solidarnemu
patrzeniu przez palce, zbiorowemu przymykaniu oczu na oczywiste i rażące
niedomogi tego stanu rzeczy mógł się utrzymać przez chwilę w tkance rzeczywistości
ten żałosny pozór życia. Najlżejsza opozycja mogła go zachwiać, najsłabszy
podmuch sceptycyzmu obalić. Czy Sanatorium Doktora Gotarda mogło mu zapewnić
tę cieplarnianą atmosferę życzliwej tolerancji, ochronić od zimnych podmuchów
trzeźwości i krytycyzmu? Należało się dziwić, że przy tym zagrożonym, zakwestionowanym
stanie rzeczy ojciec potrafił jeszcze zachować tak znakomitą postawę.
Ucieszyłem się, ujrzawszy okno wystawowe cukierni
zapełnione babkami i tortami. Mój apetyt odżył. Otworzyłem szklane drzwi
z tablicą „lody” i wszedłem do ciemnego lokalu. Pachniało tam kawą i wanilią.
Z głębi sklepu wyszła panienka z twarzą zamazaną zmierzchem i przyjęła
zamówienie. Nareszcie po tak długim czasie mogłem raz posilić się do syta
świetnymi pączkami, które maczałem w kawie. W ciemności, obtańczony wirującymi
arabeskami zmierzchu, pochłaniałem wciąż nowe ciastka, czując, jak wirowanie
ciemności wciska się pod powieki, opanowuje cichaczem me wnętrze swym ciepłym
pulsowaniem, milionowym rojowiskiem delikatnych dotknięć. Wreszcie już
tylko prostokąt okna świecił szarą plamą w zupełnej ciemności. Nadaremnie
stukałem łyżeczką w płytę stołu. Nikt nie zjawiał się, aby przyjąć należytość
za posiłek. Zostawiłem monetę srebrną na stole i wyszedłem na ulicę. W
księgarni obok świeciło się jeszcze. Subiekci zajęci byli sortowaniem książek.
Zapytałem o sklep ojca. To właśnie drugi lokal obok nas – objaśnili mnie.
Usłużny chłopak podbiegł nawet do drzwi, ażeby mi pokazać. Portal był szklany,
okno wystawowe jeszcze niegotowe, zasłonięte szarym papierem. Już ode drzwi
zauważyłem ze zdziwieniem, że sklep był pełny kupujących. Mój ojciec stał
za ladą i sumował, śliniąc wciąż ołówek, pozycje długiego rachunku. Pan,
dla którego przygotowywano ten rachunek, pochylony nad ladą posuwał palcem
wskazującym za każdą dodaną cyfrą, licząc półgłosem. Reszta gości przyglądała
się w milczeniu. Mój ojciec rzucił na mnie spojrzenie znad okularów i rzekł
przytrzymując pozycję, na której się zatrzymał: – Jest tu jakiś list dla
ciebie, leży na biurku między papierami – i znów pogrążył się w liczeniu.
Subiekci tymczasem odkładali kupione towary. Zawijali je w papier, obwiązywali
sznurkami. Regały były tylko częściowo wypełnione suknem. Większa część
była jeszcze pusta.
– Dlaczego ojciec nie siada sobie? – zapytałem cicho,
wszedłszy za ladę. – Wcale ojciec nie uważa na siebie, będąc tak chorym.
– Podniósł wzbraniająco dłoń, jak gdyby oddalał moje perswazje, i nie przestawał
rachować. Miał wygląd bardzo mizerny. Leżało jak na dłoni, że tylko sztuczne
podniecenie, gorączkowa czynność podtrzymuje jego siły, oddala jeszcze
chwilę zupełnego załamania.
Poszukałem na biurku. Był to raczej pakiet niż list.
Przed kilkoma dniami pisałem do księgarni w sprawie pewnej książki pornograficznej
i oto posyłano mi ją tu, już znaleziono mój adres, a raczej adres ojca,
który zaledwie otworzył sobie sklep bez szyldu i firmy. W istocie zdumiewająca
organizacja wywiadu, godna podziwu sprawność ekspedycji! I ten niezwykły
pośpiech!
– Możesz sobie przeczytać z tyłu w kontuarze – rzekł ojciec, posyłając
mi niezadowolone spojrzenie – widzisz sam, że tu nie ma miejsca.
Kontuar za sklepem był jeszcze pusty. Przez szklane
drzwi wpadało tam nieco światła ze sklepu. Na ścianach wisiały palta subiektów.
Otworzyłem list i zacząłem czytać w słabym świetle ode drzwi.
Donoszono mi, że książki żądanej nie było niestety
na składzie. Wszczęto poszukiwania za nią, ale nie uprzedzając wyniku,
pozwala sobie firma przesłać mi tymczasem nieobowiązująco pewien artykuł,
dla którego przewidywano moje niewątpliwe zainteresowanie. Następował teraz
zawiły opis składanego refraktora astronomicznego, o wielkiej sile świetlnej
i rozlicznych zaletach. Zaciekawiony, wydobyłem z koperty ten instrument
zrobiony z czarnej ceraty, lub sztywnego płótna złożonego w płaską harmonijkę.
Miałem zawsze słabość do teleskopów. Zacząłem rozkładać wielokrotnie złożony
płaszcz instrumentu. Usztywniony cienkimi pręcikami rozbudowywał mi się
pod rękami ogromny miech dalekowidza, wyciągający na długość całego pokoju
swą pustą budę, labirynt czarnych komór, długi kompleks ciemni optycznych
wsuniętych w siebie do połowy. Było to coś na kształt długiego auta z lakowego
płótna, jakiś rekwizyt teatralny imitujący w lekkim materiale papieru i
sztywnego drelichu masywność rzeczywistości. Spojrzałem w czarny lejek
okularu i ujrzałem w głębi zaledwie majaczące zarysy podwórzowej fasady
Sanatorium. Zaciekawiony, wsunąłem się głębiej w tylną komorę aparatu.
Śledziłem teraz w polu widzenia lunety pokojówkę idącą półciemnym korytarzem
Sanatorium z tacą w ręku. Odwróciła się i uśmiechnęła. – Czy ona mnie widzi?
– pomyślałem sobie. Nieodparta senność przysłaniała mi mgłą oczy. Siedziałem
właściwie w tylnej komorze lunety jakby w limuzynie wozu. Lekkie poruszenie
dźwigni i oto aparat zaczął szeleścić łopotem papierowego motyla i uczułem,
że porusza się wraz ze mną i skręca ku drzwiom.
Jak wielka czarna gąsienica wyjechała luneta do
oświetlonego sklepu – wieloczłonkowy kadłub, ogromny papierowy karakon
z imitacją dwóch latarń na przedzie. Kupujący stłoczyli się, cofając przed
tym ślepym smokiem papierowym, subiekci otworzyli szeroko drzwi na ulicę
i wyjechałem powoli tym papierowym autem, wśród szpaleru gości odprowadzających
zgorszonym spojrzeniem ten w istocie skandaliczny wyjazd.
III
Tak żyje się w tym mieście
i czas upływa. Większą część dnia przesypia się, i to nie tylko w łóżku.
Nie, nie jest się zbyt wybrednym na tym punkcie. W każdym miejscu i o każdej
porze dnia gotów jest człowiek uciąć sobie tutaj smaczną drzemkę. Z głową
opartą o stolik restauracji, w dorożce, a nawet na stojączkę po drodze,
w sieni jakiegoś domu, do którego wpada się na chwilę, ażeby ulec na moment
nieodpartej potrzebie snu.
Budząc się, zamroczeni jeszcze i chwiejni, ciągniemy
dalej przerwaną rozmowę, kontynuujemy uciążliwą drogę, toczymy naprzód
zawiłą sprawę bez początku i końca. Skutkiem tego gubią się kędyś po drodze
mimochodem całe interwały czasu, tracimy kontrolę nad ciągłością dnia i
w końcu przestajemy na nią nalegać, rezygnujemy bez żalu ze szkieletu nieprzerwanej
chronologii, do której bacznego nadzorowania przywykliśmy ongiś z nałogu
i z troskliwej dyscypliny codziennej. Dawno poświęciliśmy tę nieustanną
gotowość do złożenia rachunku z przebytego czasu, tę skrupulatność w wyliczaniu
się co do grosza z zużytych godzin – dumę i ambicję naszej ekonomiki. Z
tych kardynalnych cnót, w których nie znaliśmy ongiś wahania ani uchybienia
– kapitulowaliśmy dawno.
Parę przykładów niechaj posłuży za ilustrację tego
stanu rzeczy. O jakiejś porze dnia czy nocy – ledwo widoczna niuansa nieba
odróżnia te pory – budzę się przy balustradzie mostku prowadzącego do Sanatorium.
Jest zmierzch. Musiałem, zmorzony sennością, długo bezwiednie wędrować
po mieście, nim dowlokłem się, śmiertelnie zmęczony, do tego mostku. Nie
mogę powiedzieć, czy w drodze tej towarzyszył mi cały czas Dr Gotard, który
stoi teraz przede mną, kończąc jakiś długi wywód wyprowadzaniem ostatecznych
wniosków. Porwany własną wymową, bierze mnie nawet pod ramię i pociąga
za sobą. Idę z nim i nim jeszcze przekroczyliśmy dudniące deski mostku,
już śpię na nowo. Przez zamknięte powieki widzę niejasno wnikliwą gestykulację
Doktora, uśmiech w głębi jego czarnej brody i staram się na darmo pojąć
ten kapitalny chwyt logiczny, ten ostateczny atut, którym na szczycie swej
argumentacji, nieruchomiejąc z rozłożonymi rękami, triumfuje. Nie wiem
jak długo jeszcze idziemy tak obok siebie pogrążeni w rozmowie pełnej nieporozumień,
gdy w pewnej chwili ocykam się zupełnie, Doktora Gotarda już nie ma, jest
całkiem ciemno, ale to tylko dlatego, że trzymam oczy zamknięte. Otwieram
je i jestem w łóżku, w moim pokoju, do którego nie wiem jakim dostałem
się sposobem.
Jeszcze drastyczniejszy przykład:
Wchodzę w obiadowej porze do restauracji na mieście,
w bezładny gwar i zamęt jedzących. I kogóż spotykam tu na środku sali przed
stołem uginającym się od potraw? Ojca. Wszystkie oczy skierowane na niego,
a on błyszcząc brylantową szpilką, niezwykle ożywiony, rozanielony do ekstazy,
przechyla się z afektacją na wszystkie strony w wylewnej rozmowie z całą
salą od razu. Ze sztuczną brawurą, na którą patrzeć nie mogę bez najwyższego
niepokoju, zamawia wciąż nowe potrawy, które piętrzą się stosami na stole.
Z lubością gromadzi je dookoła siebie, chociaż nie uporał się jeszcze z
pierwszym daniem. Mlaskając językiem, żując i mówiąc jednocześnie, markuje
on gestami, mimiką najwyższe ukontentowanie tą biesiadą, wodzi wielbiącym
wzrokiem za panem Adasiem, kelnerem, któremu z rozkochanym uśmiechem rzuca
wciąż nowe zlecenia. I gdy kelner, wiejąc serwetą, biegnie je spełnić,
ojciec apeluje błagalnym gestem do wszystkich, bierze wszystkich na świadków
nieodpartego czaru tego Ganimeda.
– Nieoceniony chłopak – woła z błogim uśmiechem,
przymykając oczy – anielski chłopak! Przyznacie panowie, że jest czarujący!
Wycofuję się z sali pełen niesmaku, nie zauważony
przez ojca. Gdyby był umyślnie dla reklamy nastawiony przez zarząd hotelu
dla animowania gości, nie mógłby bardziej prowokująco i ostentacyjnie się
zachowywać. Z głową ćmiącą się od senności zataczam się ulicami, zdążając
do domu. Na skrzynce pocztowej opieram chwilę głowę i robię sobie krótką
sjestę. Wreszcie domacuję się w ciemności bramy Sanatorium i wchodzę. W
pokoju jest ciemno. Przekręcam kontakt, ale elektryczność nie funkcjonuje.
Od okna wieje zimnem. Łóżko skrzypi w ciemności. Ojciec podnosi znad pościeli
głowę i mówi: - Ach, Józefie, Józefie! Leżę tu już od dwóch dni bez żadnej
opieki, dzwonki są przerwane, nikt do mnie nie zagląda, a własny syn opuszcza
mnie, ciężko chorego człowieka, i włóczy się za dziewczętami po mieście.
Popatrz, jak mi serce wali.
Jak to pogodzić? Czy ojciec siedzi w restauracji,
ogarnięty niezdrową ambicją żarłoczności, czy leży w swoim pokoju, ciężko
chory? Czy jest dwóch ojców? Nic podobnego. Wszystkiemu winien jest prędki
rozpad czasu, nie nadzorowanego nieustanną czujnością.
Wiemy wszyscy, że ten niezdyscyplinowany żywioł
trzyma się jedynie od biedy w pewnych ryzach dzięki nieustannej uprawie,
pieczołowitej troskliwości, starannej regulacji i korygowania jego wybryków.
Pozbawiony tej opieki, skłania się natychmiast do przekroczeń, do dzikich
aberracji, do płatania nieobliczalnych figlów, do bezkształtnego błaznowania.
Coraz wyraźniej zarysowuje się inkongruencja naszych indywidualnych czasów.
Czas mego ojca i mój własny czas już do siebie nie przystawały.
Nawiasem mówiąc, zarzut rozwiązłości obyczajów uczyniony
mi przez ojca jest bezpodstawną insynuacją. Nie zbliżyłem się jeszcze tu
do żadnej dziewczyny. Zataczając się jak pijany od jednego snu do drugiego,
ledwo zwracam uwagę w trzeźwiejszych chwilach na tutejszą płeć piękną.
Zresztą chroniczny zmrok na ulicach nie pozwala
nawet dokładnie rozróżniać twarzy. Co jedynie zdołałem zauważyć, jako młody
człowiek mający jeszcze na tym polu bądź co bądź pewne zainteresowania
– to osobliwy chód tych panienek.
Jest to chód w nieubłaganie prostej linii, nie liczący
się z żadnymi przeszkodami, posłuszny tylko jakiemuś wewnętrznemu rytmowi,
jakiemuś prawu, które odwijają one jak z kłębka w nić prostolinijnego truchciku,
pełnego akuratności i odmierzonej gracji.
Każda nosi w sobie jakieś inne, indywidualne prawidło,
jak nakręconą sprężynkę.
Gdy tak idą prosto przed siebie wpatrzone w to prawidło,
pełne skupienia i powagi, wydaje się, że przejęte są jedną tylko troską,
aby nie uronić nic z niego, nie zmylić trudnej reguły, nie zboczyć od niej
ani na milimetr. I wtedy jasnym się staje, że to, co z taką uwagą i przejęciem
niosą nad sobą, nie jest niczym innym, jak jakąś idee fixe własnej doskonałości,
która przez moc ich przekonania staje się niemal rzeczywistością. Jest
to jakaś antycypacja powzięta na własne ryzyko, bez żadnej poręki, dogmat
nietykalny, wyniesiony ponad wszelką wątpliwość.
Jakich mankamentów i usterek, jakich nosków perkatych
lub spłaszczonych, jakich piegów i pryszczy nie przemycają z brawurą pod
flagą tej fikcji! Nie ma takiej brzydoty i pospolitości, której by wzlot
tej wiary nie porywał ze sobą w to fikcyjne niebo doskonałości.
Pod sankcją tej wiary ciało pięknieje wyraźnie,
a nogi, kształtne istotnie i elastyczne nogi w nieskazitelnym obuwiu, mówią
swym chodem, eksplikują skwapliwie płynnym, połyskliwym monologiem stąpania
bogactwo tej idei, którą zamknięta twarz przez dumę przemilcza. Ręce trzymają
w kieszeniach swych krótkich, obcisłych żakiecików. W kawiarni i w teatrze
zakładają nogi wysoko odsłonięte do kolan i milczą nimi wymownie. Tyle
mimochodem tylko o jednej z osobliwości miasta. Wspomniałem już o czarnej
wegetacji tutejszej. Na uwagę zasługuje zwłaszcza pewien gatunek czarnej
paproci, której ogromne pęki zdobią flakony w każdym tutejszym mieszkaniu
i w każdym lokalu publicznym. Jest to niemal żałobny symbol, funebryczny
herb tego miasta.
IV
Stosunki w Sanatorium
stają się z dniem każdym nieznośniejsze. Trudno zaprzeczyć, że wpadliśmy
po prostu w pułapkę. Od chwili mego przyjazdu, w której przed przybyłym
rozsnuto pewne pozory gościnnej zapobiegliwości – zarząd Sanatorium nie
zadaje sobie najmniejszego trudu, żeby nam choćby zostawić złudzenie jakiejś
opieki. Jesteśmy po prostu zdani na siebie samych. Nikt nie troszczy się
o nasze potrzeby. Od dawna stwierdziłem, że przewody dzwonków elektrycznych
urywają się zaraz nad drzwiami i nigdzie nie prowadzą. Służby nie widać.
Korytarze pogrążone są dzień i noc w ciemności i ciszy. Mam silne przekonanie,
że jesteśmy jedynymi gośćmi w tym Sanatorium i że tajemnicze i dyskretne
miny, z jakimi pokojówka zaciska drzwi pokojów, wchodząc lub wychodząc,
są po prostu mistyfikacją.
Miałbym niekiedy ochotę otworzyć po kolei szeroko
drzwi tych pokojów, i zostawić je tak na oścież otwarte, żeby zdemaskować
tę niecną intrygę, w którą nas wplątano.
A jednak nie jestem całkiem pewny mych podejrzeń.
Czasami późno w nocy widzę Dra Gotarda w korytarzu, jak śpieszy gdzieś
w białym płaszczu operacyjnym ze szprycą lewatywy w ręku, popędzany przez
pokojówkę. Trudno go wtedy zatrzymać w pośpiechu i przyprzeć do muru zdecydowanym
pytaniem.
Gdyby nie restauracja i cukiernia w mieście, można
by umrzeć z głodu. Dotychczas nie mogłem się doprosić drugiego łóżka. O
świeżej pościeli nie ma mowy. Trzeba przyznać, że powszechne rozprężenie
obyczajów kulturalnych nie oszczędziło i nas samych.
Wejść do łóżka w ubraniu i w butach było dla mnie
zawsze, jako dla człowieka cywilizowanego, rzeczą po prostu nie do pomyślenia.
A teraz przychodzę późno do domu, pijany od senności, w pokoju półmrok,
firanki u okna wzdęte od zimnego tchu. Bezprzytomny walę się na łóżko i
zagrzebuję w pierzyny. Śpię tak przez całe nieregularne przestrzenie czasu,
dni, czy tygodnie, podróżując przez puste krajobrazy snu, ciągle w drodze,
ciągle na stromych gościńcach respiracji, raz zjeżdżając lekko i elastycznie
z łagodnych pochyłości, to znowu pnąc się z trudem na prostopadłą ścianę
chrapania. Dosięgłszy szczytu, obejmuję ogromne widnokręgi tej skalistej
i głuchej pustyni snu. O jakiejś porze, w niewiadomym punkcie, gdzieś na
raptownym skręcie chrapania, budzę się na wpół przytomny i czuję w nogach
ciało ojca. Leży tam zwinięty w kłębek, mały, jak kociak. Zasypiam znowu
z otwartymi ustami i cała ogromna panorama górzystego krajobrazu przesuwa
się mimo mnie falisto i majestatycznie.
W sklepie rozwija ojciec pełną ożywienia czynność,
przeprowadza transakcje, wytęża całą swoją swadę dla przekonania klientów.
Policzki jego są zarumienione od ożywienia, oczy błyszczą. W sanatorium
leży ciężko chory, jak w ostatnich tygodniach w domu. Trudno zataić, że
proces szybkim krokiem zbliża się do fatalnego końca. Słabym głosem mówi
do mnie: - Powinieneś częściej zachodzić do sklepu, Józefie. Subiekci nas
okradają. Widzisz przecież, że nie mogę już sprostać zadaniu. Leżę tu od
tygodni chory, a sklep marnuje się, zdany na łaskę losu. Czy nie było jakiejś
poczty z domu?
Zaczynam żałować całej tej imprezy. Trudno to nazwać
szczęśliwym pomysłem, żeśmy, uwiedzeni szumną reklamą, wysłali tu ojca.
Cofnięty czas... w samej rzeczy, pięknie to brzmi, ale czymże okazuje się
w istocie? Czy dostaje się tu pełnowartościowy, rzetelny czas, czas niejako
ze świeżego postawu odwinięty, pachnący nowością i farbą? Wprost przeciwnie.
Jest to do cna zużyty, znoszony przez ludzi czas, czas przeżarty i dziurawy
w wielu miejscach, przeźroczysty jak sito.
Nic dziwnego, toż jest to czas niejako zwymiotowany
– proszę mnie dobrze zrozumieć – czas z drugiej ręki. Pożal się Boże!...
Przy tym cała ta wysoce niewłaściwa manipulacja
z czasem. Te zdrożne konszachty, zakradanie się od tyłu w jego mechanizm,
ryzykowne paluszkowanie koło jego drażliwych tajemnic! Niekiedy chciałoby
się uderzyć w stół i zawołać na całe gardło: - Dość tego, wara wam od czasu,
czas jest nietykalny, czasu nie wolno prowokować! Czy nie dość wam przestrzeni?
Przestrzeń jest dla człowieka, w przestrzeni możecie bujać do woli, koziołkować,
przewracać się, skakać z gwiazdy na gwiazdę. Ale przez miłość boską nie
tykać czasu!
Z drugiej strony, czy można żądać ode mnie, żebym
sam wypowiedział umowę Doktorowi Gotardowi? Jakakolwiek jest ta nędzna
egzystencja ojca, ale widzę go bądź co bądź, jestem z nim razem, mówię
z nim... Właściwie winienem Doktorowi Gotardowi nieskończoną wdzięczność.
Kilkakrotnie chciałem się z nim otwarcie rozmówić.
Ale Doktór Gotard jest nieuchwytny. – Właśnie poszedł do sali restauracyjnej
– oznajmia mi pokojówka. Kieruję się tam, gdy dogania mnie ona, ażeby powiedzieć,
że się pomyliła, Dr Gotard jest w sali operacyjnej. Śpieszę na piętro,
zastanawiając się, jakie operacje mogą tu być przeprowadzane, wchodzę do
przedsionka i w samej rzeczy każą mi czekać. Dr Gotard wyjdzie za chwilkę,
właśnie skończył operację, myje ręce. Widzę go niemal, małego, kroczącego
wielkimi krokami, w rozwianym płaszczu spieszącego przez szereg sal szpitalnych.
Po chwili cóż się okazuje? Doktora Gotarda wcale tu nie było, od lat nie
przeprowadzono tu żadnej operacji. Doktór Gotard śpi w swoim pokoju, a
jego czarna broda sterczy zadarta w powietrze. Pokój zapełnia się chrapaniem,
jak kłębami chmur, które rosną, piętrzą się, podnoszą na swym skłębieniu
Doktora Gotarda wraz z jego łóżkiem coraz wyżej i wyżej – wielkie patetyczne
wniebowstąpienie na falach chrapania i wzdętej pościeli.
Dzieją się tu jeszcze dziwniejsze rzeczy, rzeczy, które zatajam przed
samym sobą, rzeczy fantastyczne wprost przez swą absurdalność. Ile razy
wychodzę z pokoju, wydaje mi się, że ktoś szybko oddala się spod drzwi
i skręca w boczny korytarz. Albo ktoś idzie przede mną, nie odwracając
się. To nie jest pielęgniarka. Wiem, kto to jest! – Mamo! – wołam drżącym
ze wzburzenia głosem i matka odwraca twarz i patrzy na mnie przez chwilę
z błagalnym uśmiechem. Gdzież jestem? Co się tu dzieje? W jaką matnię wplątałem
się?
V
Nie wiem, czy jest to
wpływ późnej pory roku, ale dni poważnieją coraz bardziej w barwie, mroczą
się i ciemnieją. Jest tak, jakby patrzyło się na świat przez całkiem czarne
okulary.
Cały krajobraz jest jakby dnem ogromnego akwarium
– z bladego atramentu. Drzewa, ludzie i domy zlewają się w czarne sylwetki,
falujące jak rośliny podwodne na tle tej atramentowej toni.
W pobliżu Sanatorium roi się od czarnych psów. Różnej
wielkości i kształtu przebiegają nisko w zmierzchu wszystkie drogi i ścieżki,
wciągnięte w swoje psie sprawy, ciche, pełne napięcia i uwagi.
Przelatują po dwa, po trzy z wyciągniętymi czujnymi
szyjami, uszy spiczasto nastawione, z żałosnym tonem cichego skomlenia,
które się mimo woli wydziera z krtani, sygnalizując najwyższe wzburzenie.
Zaprzątnięte swoimi sprawami, pełne pośpiechu, zawsze w drodze, zawsze
pochłonięte niezrozumiałym celem – ledwo zwracają uwagę na przechodnia.
Czasem tylko łypną ku niemu oczyma w locie i wtedy z tego zeza, czarnego
i mądrego, wyziera wściekłość hamowana w swych zapędach jedynie brakiem
czasu. Czasami nawet, dając folgę swej złości, podbiegną do nogi z pochyloną
głową i ze złowróżbnym warczeniem, ale tylko po to, by w połowie drogi
poniechać zamiaru i polecieć dalej w wielkich psich pląsach.
Na tę plagę psów nie ma rady, ale po co u licha
zarząd Sanatorium trzyma na łańcuchu ogromnego wilczura, straszliwą bestię,
prawdziwego wilkołaka o demonicznej wprost dzikości?
Ciarki przechodzą mnie, ile razy mijam jego budę,
przy której stoi unieruchomiony na krótkim łańcuchu, z nastroszonym dziko
kołnierzem kudłów dookoła głowy, wąsaty, szczeciniasty i brodaty, z maszynerią
potężnej paszczy pełnej kłów. Nie szczeka wcale, tylko jego dzika twarz
staje się na widok człowieka jeszcze straszniejsza, rysy drętwieją w wyraz
bezdennej wściekłości i, podnosząc powoli straszną mordę, zanosi się w
cichej konwulsji całkiem niskim, żarliwym, z głębi nienawiści wydobytym
wyciem, w którym brzmi żałość i rozpacz bezsilności.
Mój ojciec przechodzi z obojętnością obok tej bestii,
gdy razem wychodzimy z Sanatorium. Co do mnie, to jestem za każdym razem
wstrząśnięty do głębi tą żywiołową manifestacją bezsilnej nienawiści. Przerastam
teraz o dwie głowy ojca, który mały i chudy drepce obok mnie swym drobnym
starczym kroczkiem.
Już zbliżając się do rynku widzimy ruch niezwykły.
Tłumy ludzi przebiegają ulice. Dochodzą nas nieprawdopodobne wieści o wtargnięciu
nieprzyjacielskiej armii do miasta.
Wśród powszechnej konsternacji ludzie podają sobie
alarmujące i sprzeczne wiadomości. Trudno to pojąć. Wojna nie poprzedzona
pociągnięciem dyplomatycznym? Wojna wśród błogiego spokoju, nie zakłóconego
żadnym konfliktem? Wojna z kim i o co? Informują nas, że inwazja nieprzyjacielskiej
armii ośmieliła partię malkontentów w tym mieście, którzy wylegli na ulice
z bronią w ręku, terroryzując spokojnych mieszkańców. Ujrzeliśmy w samej
rzeczy grupę tych zamachowców, w czarnych cywilnych ubraniach z białymi
rzemieniami skrzyżowanymi na piersi, posuwających się w milczeniu z pochylonymi
karabinami. Tłum cofał się przed nimi, tłoczył na chodniki, a oni szli
posyłając spod cylindrów ironiczne ciemne spojrzenia, spojrzenia, w których
malowało się poczucie przewagi, błysk złośliwego ubawienia i jakieś porozumiewawcze
mruganie, jak gdyby powstrzymywali parsknięcie śmiechu demaskujące całą
tę mistyfikację. Niektórzy z nich zostają rozpoznani przez tłum, ale wesoły
okrzyk tłumiony jest przez grozę pochylonych luf. Mijają nas, nie zaczepiwszy
nikogo. Znowu wszystkie ulice przelewają się trwożnym, ponuro milczącym
tłumem. Głuchy gwar płynie nad miastem. Wydaje się, że z daleka słychać
turkot artylerii, dudnienie jaszczyków. – Muszę przedostać się do sklepu
– mówi ojciec blady, lecz zdeterminowany. – Nie potrzebujesz mi towarzyszyć;
będziesz mi tylko przeszkadzał – dodaje – wracaj do Sanatorium. – Głos
tchórzostwa doradza mi być posłusznym. Widzę jak ojciec wciska się w zwartą
ścianę tłumu i tracę go z oczu.
Bocznymi uliczkami przekradam się w pośpiechu w
górę miasta. Zdaję sobie sprawę, że na tych skromnych drogach uda mi się
obejść w półkolu śródmieście zamknięte natłokiem ludzkim.
Tam, w górnej części miasta tłum był rzadszy, wreszcie
znikł zupełnie. Szedłem spokojnie pustymi ulicami do parku miejskiego.
Paliły się tam latarnie ciemnym niebieskawym płomykiem, jak żałobne asfodele.
Każda obtańczona była rojem chrabąszczy, ciężkich jak kule, niesionych
ukośnym, bocznym lotem wibrujących skrzydeł. Niektóre opadłe gramoliły
się na piasku niedołężnie, z wypukłym grzbietem, zgarbione twardymi pokrywami,
pod które próbowały złożyć rozpostarte delikatne błony skrzydeł. Po trawnikach
i ścieżkach spacerowali przechodnie, pogrążeni w beztroskich rozmowach.
Ostatnie drzewa zwieszają się nad podwórzami domów leżących nisko w dole
i przypartych do muru parkowego. Wędrowałem wzdłuż tego muru, który od
mojej strony sięga zaledwie do piersi, ale na zewnątrz opada ku poziomowi
podwórzy wysokimi na piętro szkarpami. W pewnym miejscu podchodziła spomiędzy
podwórzy rampa z ubitej ziemi aż do wysokości muru. Przekroczyłem z łatwością
barierę i wąską tą groblą przecisnąłem się pomiędzy stłoczonymi zabudowaniami
domów na ulicę. Moje obliczenia wsparte znakomitą intuicją przestrzenną
były trafne. Znajdowałem się niemal na wprost budynku sanatoryjnego, którego
oficyna bieleje niewyraźnie w czarnej oprawie drzew. Wchodzę jak zwykle
od tyłu przez podwórze, przez bramę w żelaznym ogrodzeniu i widzę już z
daleka psa na jego posterunku. Jak zawsze przechodzi mnie dreszcz awersji
na ten widok. Chcę go minąć czym prędzej, by nie słyszeć tego z głębi serca
dobytego jęku nienawiści, gdy ku memu przerażeniu, nie wierząc oczom własnym,
widzę jak oddala się w podskokach od budy, nie uwiązany, biegnie dookoła
podwórza z głuchym, jakby z beczki dobytym szczekaniem, chcąc odciąć mi
odwrót.
Zdrętwiały ze zgrozy cofam się w przeciwległy, najdalszy
kąt podwórza i instynktownie szukając jakiegoś ukrycia, chronię się do
małej altanki tam stojącej, z całym przeświadczeniem daremności moich wysiłków.
Kudłata bestia zbliża się w podskokach i oto morda jego jest już u wejścia
altanki i zamyka mnie w pułapce. Ledwo żywy ze strachu miarkuję, że rozwinął
on całą długość łańcucha, który wlókł za sobą przez podwórze, i że sama
altanka jest już poza zasięgiem jego zębów. Zmaltretowany, zmiażdżony zgrozą,
ledwo odczuwam jakąś ulgę. Słaniając się na nogach, bliski zemdlenia podnoszę
oczy. Nigdy nie widziałem go z tak bliska i dopiero teraz opadają mi łuski
z oczu. Jak wielka jest moc uprzedzenia! Jak potężna jest sugestia strachu!
Co za zaślepienie! Toż to był człowiek. Człowiek na łańcuchu, którego w
upraszczającym, metaforycznym, ryczałtowym skrócie brałem niepojętym sposobem
za psa. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Był to pies – niezawodnie, ale w
postaci ludzkiej. Jakość psa jest jakością wewnętrzną i może się manifestować
równie dobrze w postaci ludzkiej, jak zwierzęcej. Ten, który stał przede
mną w otworze altany z paszczą niejako na wywrót odwiniętą, ze wszystkimi
zębami wyszczerzonymi w strasznym warczeniu – był mężczyzną średniego wzrostu,
z czarnym zarostem. Twarz żółta, koścista, oczy czarne, złe i nieszczęśliwe.
Sądząc z czarnego ubrania, z cywilizowanej formy brody – można by go wziąć
za inteligenta, za uczonego. Mógłby to być starszy nieudany brat Doktora
Gotarda. Ale ten pierwszy pozór mylił. Jego wielkie powalane klejem ręce,
dwie brutalne i cyniczne bruzdy dookoła nosa gubiące się w brodzie, poziome
ordynarne zmarszczki na niskim czole rozwiewały prędko to pierwsze złudzenie.
Był to raczej introligator, krzykacz, mówca wiecowy i partyjnik – człowiek
gwałtowny, o ciemnych wybuchowych namiętnościach. I tam właśnie, w tych
czeluściach pasji, w tym konwulsyjnym zjeżeniu wszystkich fibrów, w tej
furii szaleńczej wściekle oszczekującej koniec skierowanego doń kija –
był on stuprocentowym psem.
Jeślibym przelazł przez tylną barierę altanki –
myślę sobie – uszedłbym w zupełności z zasięgi jego wściekłości i mógłbym
boczną ścieżką dojść do bramy Sanatorium. Już przerzucam nogi przez poręcz,
gdy nagle zatrzymuję się w połowie ruchu. Czuję, że byłoby zbyt okrutne
odejść po prostu i zostawić go tak z jego bezradną wściekłością wyprowadzoną
ze wszystkich granic. Wyobrażam sobie jego straszne rozczarowanie, ból
nieludzki, gdyby mnie widział uchodzącego z pułapki, oddalającego się raz
na zawsze. Zostaję. Podchodzę doń i mówię naturalnym, spokojnym głosem:
– Niech się pan uspokoi, ja pana odczepię.
Na to twarz jego posiekana drgawkami, wzburzona
wibracją warczenia całkuje się, wygładza i z głębi wynurza się oblicze
niemal zupełnie ludzkie. Podchodzę bez obawy i odczepiam sprzączkę na jego
karku. Idziemy teraz obok siebie. Introligator jest w porządnym czarnym
ubraniu, ale bosy. Próbuję nawiązać z nim rozmowę, ale z jego ust wychodzi
tylko niezrozumiały bełkot. Tylko w oczach, w tych czarnych wymownych oczach
czytam dziki entuzjazm przywiązania, sympatii, który mnie zdejmuje grozą.
Chwilami potyka się o kamień, o grudę ziemi i wtedy wskutek wstrząśnięcia
twarz jego natychmiast łamie się, rozpada, przerażenie wynurza się do połowy,
gotowe do skoku, a tuż za nim wściekłość, czekająca tylko na moment, ażeby
znów zmienić tę twarz w kłębowisko syczących żmij. Przywołuję go wtedy
do porządku szorstkim koleżeńskim upomnieniem. Klepię go nawet po plecach.
I czasami próbuje się na jego twarzy uformować zdziwiony, podejrzliwy,
nie dowierzający sobie uśmiech. Ach! jak mi ciąży ta straszna przyjaźń.
Jak mnie przeraża ta niesamowita sympatia. Jak pozbyć się tego człowieka
kroczącego obok mnie i uwisłego okiem, całą żarliwością swej psiej duszy
na mojej twarzy. Nie wolno mi jednak zdradzać mego zniecierpliwienia. Wyciągam
portfel i mówię rzeczowym tonem: – Potrzeba wam pewnie pieniędzy, mogę
wam z przyjemnością pożyczyć – ale na ten widok twarz jego nabiera tak
strasznej dzikości, że chowam czym prędzej pugilares. I jeszcze czas długi
nie może się uspokoić i opanować rysów, które wciąż wykrzywia konwulsja
wycia. Nie, tego dłużej nie zniosę. Wszystko raczej niż to. Sprawy już
i tak powikłały się, splątały beznadziejnie. Nad miastem widzę łunę pożaru.
Ojciec gdzieś w ogniu rewolucji w płonącym sklepie, Doktór Gotard nieosiągalny
i w dodatku niepojęte pojawienie się matki incognito, w jakiejś tajemnej
misji! Są to ogniwa jakiejś wielkiej niezrozumiałej intrygi zaciskającej
się dookoła mej osoby. Uciekać, uciekać stąd. Gdziekolwiek. Zrzucić z siebie
tę okropną przyjaźń, tego cuchnącego psem introligatora, który mnie nie
spuszcza z oka. Stoimy przed bramą Sanatorium. – Proszę pana do mego pokoju
– mówię z uprzejmym gestem. Cywilizowane ruchy fascynują go, usypiają jego
dzikość. Puszczam go przed sobą do pokoju. Sadzam go na krześle.
– Pójdę do restauracji przynieść koniaku – mówię.
Na to zrywa się z przerażeniem, chcąc mi towarzyszyć.
Uspokajam jego popłoch z łagodną stanowczością.
– Pan będzie siedział, pan będzie czekał spokojnie
– mówię doń głębokim, wibrującym głosem, na którego dnie brzmi ukrywany
strach. Siada z niepewnym uśmiechem.
Wychodzę i idę powoli korytarzem, potem schodami
na dół, korytarzem do wyjścia, przekraczam bramę, przemierzam podwórze,
zatrzaskuję za sobą żelazną furtkę i teraz zaczynam biec bez tchu, z bijącym
sercem, z walącymi skroniami ciemną aleją wiodącą do dworca kolejowego.
W głowie piętrzą mi się obrazy, jeden straszliwszy
od drugiego. Niecierpliwość potwora, jego przerażenie, rozpacz, gdy pozna,
że jest oszukany. Powrót furii, recydywa wściekłości wybuchająca z niepohamowaną
siłą. Powrót mego ojca do Sanatorium, jego nic nie przeczuwające pukanie
do drzwi i niespodziane twarzą w twarz ze straszliwą bestią.
Szczęście, że ojciec już w gruncie rzeczy nie żyje,
że go to właściwie nie dosięga – myślę z ulgą i widzę już przed sobą czarny
ciąg wagonów kolejowych stojących u wyjazdu.
Siadam do jednego z nich i pociąg jakby czekał na
to, rusza z miejsca powoli, bez gwizdu.
W oknie jeszcze raz przesuwa się i obraca powoli
ta ogromna misa horyzontu, nalana ciemnymi szumiącymi lasami, wśród których
bieleją mury Sanatorium. Żegnaj ojcze, żegnaj miasto, którego już nie zobaczę.
Od tego czasu jadę, jadę
wciąż, zadomowiłem się niejako na kolei i tolerują mnie tam wałęsającego
się z wagonu do wagonu. Ogromne, jak pokoje, wozy pełne są śmiecia i słomy,
przeciągi przewiercają je na wskroś w szare bezbarwne dni.
Moje ubranie podarło się, postrzępiło. Podarowano
mi znoszony mundur kolejarza. Twarz mam obwiązaną brudną szmatą wskutek
spuchniętego policzka. Siedzę w słomie i drzemię, a gdy jestem głodny,
staję w korytarzu przed przedziałami drugiej klasy i śpiewam. I wrzucają
mi drobne monety do mojej konduktorskiej czapki, do czarnej czapki kolejarza
z oddartym daszkiem.