COURSE OF MONKEY ISLAND

Obudził mnie jakiś hałas. Rozejrzałem się dookała i stwierdziłem, że znajduję się w zamkniętej ładowni. Żródłem hałasu było działo armatnie, z którego strzelał co chwila jakiś kurdupel. Sprawdziłem drzwi. No tak, zamknięte. Kiedy chciałem zagadnąć małego, ujrzałem wycelowany w siebie pistolet.
-Nie tak nerwowo. Nazywam się Guybrush Threepwood, a ty kim jesteś?
-Jestem złym piratem Bloodnose! - rozległ się cienki głosik - Największym draniem. Jaki kiedykolwiek służył pod sztandarem Króla śmierci.
-Ale dowcipniś.
-Nie żartuj. Do kogo strzelasz z tej armaty?
-Łupy, łupy!
-Hej, kolego, nie mógłbyś na chwilę pożyczyć mi tego działa? - zapytałem coraz bardzieju rozbawiony.
Malec przeszył mnie wzrokiem. Zaraz, zaraz, ja go skąś znam!
-Wally, nie poznajesz mnie? To ja Guybrush!
-Dzień dobry panu.
-Jak udało ci się uciec z więzienia w lochach LeChucka?
Wally opowiedział mi swoją smutną historię i o tym jak postanowił zostać złym piratem. Chciał mnie przekonać, że to intratny interes i dał mi nawet jakąś ulotkę.
-Co jest za tymi dzrzwiami? - zapytałem wskazując na wyjście za moimi plecami.
-Aaa, tam jest skarbiec LeChucka. - usłyszałem w odpowiedzi.
No, tak, a gdzie jest wyjście?
-Wally, nie nadajesz się na pirata - stwierdziłem krótko.
-Ja się nie nadaję? Ty...
-Pokaż jak jesteś zły i mnie zabij - powiedziałem dziarsko, choć wcale tak się nie czułem.
Wyraz twarzy Wally’ego drastycznie się zmienił.
-Masz rację, nie mogę tego zrobić.
Wally zaczął łkać, a mnie od razu poprawiło się samopoczucie.
Podniosłem upuszczony przez Wally’ego hak, a ze ściany zdjąłem wycior. Podszedłem do działa i roztrzaskałem kilka atakujących łodzi. Teraz wyjrzałem za burtę. W wodzie pływały kawałki napastników, a ja nie wdawając się w dyskusję z Murrayem, połączyłem wycior z hakiem i wyciągnąłem pływające ramie razem z szablą.
Jak się stąd wydostać? I wtedy wpadłem na genialny pomysł. Szablą rozciąłem węzeł utrzymujący armatę w jednej pozycji. Teraz wypaliłem z działa.
Błysnęło, huknęło i zaśmierdziało. Ha, jestem w skarbcu. Teraz należało się wydostać z tonącego już okrętu. Podniosłem leżącą na podłodze torbe i pierścień z diamentem. Wspaniały prezent dla Elaine, pomyślałem.
Naciąłem szybkę w burcie diamentem i wpadająca do wnętrza woda szybko uniosła mnie w górę. Byłem wolny!
Dopłynąłem do brzegu, gdzie czekała na mnie Elaine.
-Guybrush? To ty? - usłyszałem na powitanie.
Nie, skacowana meduza, pomyślałem.
-Pewnie, że ja! Popatrz co dla ciebie mam - z triumfalnym uśmieszkiem podałem jej pierścień - Czy wyjdziesz za mnie?
-Oczywiście najdroższy - odpowiedziała Elaine i założyła pierścień na palec.
Całą tą romantyczną chwilę przerwał Wally, który pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął coś mówić o jakimś przeklętym pierścieniu.
No i stało się. Elaine zamieniała się w złotą statuę. Byłem zrozpaczony, ale nie zrezygnowany. Muszę cofnąć klątwę.

Podniosłem żarzący się kawałek drewienka i swoje pierwsze kroki skierowałem na bagna.
Co za tajemnicze miejsce. Znalazłem się nieopodal wraku jakiegoś statku, który teraz służył komuś jako lokum. Już chciałem tam pójść, kiedy zatrzymał mnie Murray. Po krótkiej wymianie zdań ruszyłem przed siebie.
Ale tutaj śmieci. Wśród nich znalazłem paczkę kleju i szpilkę. W automacie ustawionym w rogu zakupiłem paczkę gum do żucia, po czym pociągnąłem aligatora za język. Do pomieszczenia została wciągnięta kapłanka voodoo, która wydała mi się jakby znajoma. No ale nie czas teraz na odświeżanie starych znajomości. Kapłanka wytłumaczyła mi działanie klątwy, a także w jaki sposób odczarować Elaine. Otóż potrzebny był do tego drugi pierścień, który podobno znajdował się na Blood Island. Nie znałem takiej wyspy, a moja rozmówczyni też nie mogła mi pomóc. W pewnej chwili zeszliśmy na temat złotego psągu, którym stała się Elaine i dopiero teraz zdałem sobie sprawę jaką głupotę popełniłem zostawiając posąg na plaży. Kiedy udało mi się tam dobiec, jakiś szkuner właśnie odpływał z moją ukochaną. No cóż, pozostało mie rzucić się w wir przygody. Musiałem zdobyć załogę ii własny statek.
Udałem się do miasta. Wszedłem na zaplecze teatru. Ależ tu różnych magicznych przedmiotów. Wziąłem do ręki magiczną różdżkę i zaczarowałem nią kapelusz. Udało się! Wyciągnąłem z kapelusza książkę i schowałem do kieszeni. Przyjrzałem się bliżej płaszczowi wiszącemu na wieszaku. Ależ właściciel miał łupież. Może się przyda? A fee! Toż to jakieś obrzydlstwo! Teraz zacząłem przeszukiwać kieszenie płaszcza i znalazłem tam rękawiczkę.Jeszcze tylko przyjrzałem się kufrowi, na którym przylepione były naklejki pochodzące... z Blood Jsland. Musiałem znależć właściciela kufra. Wszedłem na scenę teatru, gdzie akurat odbywała się próba.
-Przepraszam - przerwałem recytację jednemu z aktorów - Czy nie wie pan gdzie znajduje się Blood Island?
-Oh, młodzieńcze, byłem tam wiele razy, ale sprawami moich podróży zajmuje się mój agent, Palido Domingo. On powinien wiedzieć jak się tam dostać Pewnie leży teraz i opala swój tyłek w klubie plażowym Brimstone.
Ładnie podziękowałem, po czym czym prędzej skierowałem się na plaże. Niestety na plażę można było tylko wejść posiadając kartę członkowską. No cóż, nikt nie powiedział, że życie jest łatwe.
Teraz udałem się do zakładu fryzjerskiego, który prowadziło trzech byłych piratów. Może oni zechcieli by zostać moją załogą? Tylko jak ich przekonać?
Najpierw pozbyłem się jedynego klienta. Kiedy Haggis odłożył grzebień, posypałem go robakami. Klient wyleciał w trybie natychmiastowym. Teraz moja kolej.
Usiadłem wygodnie w fotelu, za pomocą dzwigni uniosłem się trochę i strąciłem kamień przytrzymujący strony książki. Haggis wyszedł poszukać innego kamienia, a ja uniosłem się w fotelu pod sam sufit i wyciągnąłem tkwiące tam nożyczki. Kiedy wrócił Haggis grzecznie zrezygnowałem ze strzyżenia i podszedłem do Billa.
-Jak się masz stary piracie! - klepnąłem go w plecy, aż się czymś zakrztusił. Pacnąłem go jeszcze raz i z jego gardła wyleciała landrynka. Podniosłem ją i podszedłem do van Halgena.
Ten dostał ode mnie po pysku znalezioną wcześniej rękawicą.
-Więc chcesz się pojedynkować - odezwał się spokojnie - Wybierz broń.
Zamknąłem środkowe pudełko i wskazałem na futerał.
-Może być banjo?
Byłem w tym dobry i powtarzanie kawałków granych przez przeciwnika nie sprawiło mi najmniejszych trudności.
Pirat chyba w końcu się zdenerwował, bo zaczął dawać takiego czadu na swoim banjo, że „Prusaki w bucie starego marynarza” to przy nim zespół popowy. Dobra, trzeba przerwać mu te popisy. Podniosłem pistolet, strzeliłem i jego wiosło rozleciało się na drobniutkie kawałeczki. Trochę się wściekał, ale w rezultacie postanowił zostać pierwszym członkiem mojej załogi.
Miałem teraz nożyce, więc mogłem wyciąć sobie drogę przez zarośnięte przejście. Przy okazji zabrałem jednego kwiatka. Znalazłem się na niewielkiej polance.Uwaga węże, przeczytałem. Jakie węże aaaaa...
I tak oto znalazłem się w żołądku jakiegoś osobnika z tej pospolitej gałęzi gadów. Ale tu ciemno. O, coś tutaj leży. Pozbierałem w zołądku węża kilka dziwnych przedmiotów, które ten zdołał wcześniej skonsumować. Wrzuciłem wcześniej urwany kwiatek do dzbanka i tak przyrządzony napój podałem wężowi.Biedak dostał skrętu kiszek i natychmiast mnie wypluł, niestety tak nieszczęśliwie, że znalazłem się w ruchomych piaskach. Trzeba wiać.
Przywiązałem kamien do jednego z baloników i dmuchnąłem w niego. Super! Teraz urwałem żdżbło trzciny i kolec jakiegoś ostrego krzewu. Miałem spluwę i amunicję, więc do dzieła! Załadowałem trzcinkę kolcem i wydmuchnąłem pocisk prosto w balonik. Uff, jestem uratowany.
Udałem się do restauracji kapitana Białobrodego. Miałem rezerwację stolika, więc mogłem się rozgościć. Przez chwilę porozmawiałem z kapitanem, który jak się okazało był członkiem klubu plażowego, jednakże jakiś czas temu zgubił swoją kartę członkowską. Nadgryzłem jedną z bułek, a robaki, które się w niej znajdowały wypuściłem na pieczonego kurczaka. Wewnątrz była karta członkowska! Klepnąłem jeszcze w ramie kościotrupa przy stole i wyjąłem mu z pleców nóż. Z parapetu zabrałem miskę i wyciskarkę do ciastek. Kapitan Białobrody ma złoty ząb, więc gdyby udało mi się go zdobyć przekonałbym Billa by został członkiem mojej załogi.
Podarowałem kapitanowi landrynkę. Ha, ha, ząb się ułamał. Teraz dałem mu gumę do żucia i kiedy ten robił balona, ja przekłułem go szpilką. Ząb potoczył się po podłodze. Pożułem przez chwilę gumę i umieściłem w niej ząb. Zaczerpnąłem trochę helu z balonika i ponownie zacząłem żuć gumę z zębem. Udało mi się niepostrzeżenie wydostać ząb na zewnątrz. Kapitan nic przy mnie nie znalazł, a ja po wyjściu przeszukałem miską pobliskie błoto.
Zęba schowałem do kieszeni i pomaszerowałem z nim do Billa, który po pokazaniu mu go, natychmiast zgodził się przyjąć moją propozycję. Pozostał jeszcze Haggis.
Udałem się na polankę, gdzie wcześniej stoczyłem pojedynek na banjo i podpiłowałem stojak, na którym umieszczona była beczka z rumem. Teraz podpaliłem rozlany trunek. Ale trachnęło! Zmierzyłem się z Higgisem w rzucaniu pniem i oczywiście wygrałem. Załoga była w komplecie.
Teraz jeszcze jedna wycieczka na polankę i za pomocą wyciskarki wyciąłem kawałek z pnia drugiego drzewa.
Kolejne kroki skierowałem ku zatoczce. Tam przy użyciu wyciętego kawałka i kleju udało mi się naprawić łódkę. Powiosłowałem nią w kierunku statku i niebawem przybiłem do jego burty. Odciąłem kawałek wystającej deski i wgramoliłem się na pokład.
-Stać! Kim jesteś?! - usłyszałem po chwili - Czego tu chcesz?
-Ja, no, ten, tego - chwila, chwila, przecież ten zezol to małpa. Najprawdziwsza gadająca małpa.
Tak mnie zamurowało, że nawet nie zauważyłem jak coś chwyciło mnie za ramiona i zanurzyło w kotle ze smołą. Potem zostałem obsypany pierzem i wyglądałem jak najprawdziwsza zjawa. Szybko wziąłem nogi za pas i udało mi się uciec na suchy ląd. Chciałem pójść do Białobrodego, może ten wie czy można coś poradzić na moje dziwne „odzienie”, ale staruszek wziął mnie chyba za kogoś innego, a co się stało potem już nie pamiętam.
Obudziłem się w garnku. Na zewnątrz toczyła się jakkaś rozmowa. A może raczej monolog. W każdym razie siedząc dalej w garnku wyciągnąłem jedną z ksiązek i zacząłem naśladować głos tej wielkiej małpy. Koniec końców, zostałem sam na sam z tym olbrzymem, a jako że ten nie reagował zabrałem ze stołu mapę. Wyszedłem przez okno, a do brzegu dopłynąłem na kawałku deski. Po drodze było wesoło!
Teraz najwyższa już pora zacząć szukać mapy, która wskazuje drogę na Blood Island. Poszedłem na plaże i pokazałem chłopaczkowi kartę klubową, po czym rażno wkroczyłem na plażę.
-Ał, oj, uh - wrzasnąłem - Ale ten piasek jest gorący!
Zabrałem z kosza trzy ręczniki, po czym zanurzyłem je w wiadrze z zimną wodą. Teraz przeszedłem bez problemu. Na plaży wygrzewał się Palido Domingo. Ale sprawa nie była taka prosta. Koleś chciał się opalić i ani myślał o współpracy. Zabrałem kubek z jego brzucha i poszedłem do miasta. Tam sprzedawał lemoniadę jakiś kurdupel. Kupiłem jedną, ale cwaniak nalewał ją do kubka bez dna. Podmieniłem więc kubek i zamówiłem jeszcze raz. Teraz przynajmniej się napiłem, a mały odszedł obrażony, przy okazji zostawiając dzbanek. Zabrałem go i tuż obok nabrałem do niego czerwonej farby. Wróciłem na plażę, ustawiłem kubek bez dna na brzuchu Palido i nalałem do niego farby. Ten uznał, że dość już tej opalenizny i przewrócił się na drugą stronę wystawiając do słońca plecy a na nich... mapę! świetnie tylko jak ją teraz zdobyć?
Podszedłem do chłopaka pilnującego plaży, zabrałem jeszcze jeden ręcznik, zamoczyłem go i dałem nim po tyłku kolesiowi. Ale zaginał! Stałem się posiadaczem olejku kucharskiego, który niezwłocznie wylałem na plecy Palido. Teraz miałem także mapę.
Jeszcze raz poszedłem do miasta, wszedłem na zaplecze teatru, a następnie na górę. Kierując się mapą znalezioną na statku małp naciskałem odpowiednie przyciski, aż w końcu światła wskazały miejsce ukrycia posągu Elaine. Zszedłem na dól i nasmarowałem kule armatnie olejkiem. Niebawem teatr opustoszał, a ja mogłem się wziąść za kopanie w miejscu, które wskazały reflektory. Elaine!
Blood Island, przybywam!

Ciężkie jest życie żeglarza. Już pierwszego dnia ograbiono nas z mapy, a zrobił to ten zadufany w sobie żigolak, Rottingham. Zanim mogliśmy się z nim zmierzyć trzeba było dokupywać nowe działa, a pieniądze na nie mogłem zdobyć tylko w jeden sposób. Trzeba było przypomnieć sobie piracki fach. Przeciwnicy byli dosyć łatwi do pokonania, musiałem się tylko nauczyć odpowiadać do rymu przeciwnikowi. Kiedy już posiadałem najsilniejsze działa przyszła kolej na Rottinghama. Ten łatwo się nie poddał, ale w końcu musiał uznać moją wyższość i oddał mapę.

U wybrzeży Blood Island zaskoczył nas sztorm. Statek rozbił się o brzeg, ale mnie i moim kamratom udało się wyjść z tego cało. Teraz trzeba go jakoś naprawić, ale do tego potrzebna jest smoła, której nie mamy. Na plaży leżała jakaś butelka, podniosłem ją i otworzyłem, ale była pusta. Podczas gdy moja załoga dziarsko naprawiała łajbę, ja postanowiłem przespacerować się po wyspie. Niedaleko plaży leżała Elaine zaklęta w statuę, a kawałek dalej był cmentarz. Trochę się tutaj rozejrzałem, ale z przydatnych rzeczy były tylko młotek i dłuto. Przy budzie spał pies, ale mizernie mi wyglądał, więc poczęstowałem go ciastkiem. Potem wyrwałem mu kawałek sierści. Przy cmentarzu zbudowany był hotel, do którego teraz skierowałem swe kroki. W środku siedział tylko skacowany barman i wiedżma, więc przy okazji poprosiłem ją aby mi powróżyła.
-Pięć razy śmierć cię czeka! - zagrzmiała.
Kiedy już zgromadziłem pięć kart, dałem sobie spokój z wróżbami. Zanim wyszedłem. porozmawiałem jeszcze z barmanem i zabrałem poduszkę i książkę z przepisami. Teraz pora pójść nad zatoczkę. Na gałęzi było jajko, więc podłożyłem pod drzewo poduszkę i uderzyłem w nie młotkiem. Ha, jajecznicy nie będzie!
Po dalszym zwiedzaniu wyspy zgromadziłem jeszcze paprykę, która rosła przy wiatraku. Ponownie poszedłem do hotelu i wręczyłem barmanowi jajko, paprykę i sierść psa. Ten wymieszał wszystko razem, napił się i pozbył się wreszcie kaca. W podzięce zaproponował mi drinka, więc nie chcąc być niegrzeczny nie odmówiłem. Lecz przed wypiciem dolałem doń trochę mikstury, którą, udało mi się otworzyć dłutem.
Przytomność odzyskałem, lecz wzroku chyba nie. Jak tu ciemno. Zaraz, przecież...
-Ratunkuuu! - wrzasnąłem leżąć na dnie trumny.
Po chwili nerwy opadły i zacząłem trzeżwo myśleć. Wydostałem się przy pomocy dłuta. Przy okazji wyciągnąłem gwożdzie. Tu jest wyjście.
Łup.
-AAA! Zombie! - nie to tylko Stan, który od moich poprzednich przygód nie wychodził ze swojego „domku”.
Stan postanowił założyć towarzystwo ubezpieczeniowe i jako pierwszy potencjalny klijent otrzymałem jego wizytówkę.
Wróciłem do hotelu i jeszcze raz porozmawiałem z barmanem, który wyjawił mi jak zostać pochowanym w jego rodzinnym grobowcu .
Wszedłrm na piętro hotelu, a następnie do pierwszego pokoju. Tam młotkiem wybiłem gwóżdż, który następnie podniosłem na korytarzu razem z portretem. Drugie drzwi były zamknięte, ale poradziłem sobie z nimi przy pomocy wizytówki. Otworzyłem łożko, które następnie przybiłem do podłogi wszystkimi gwożdziami. Na łóżku bielały kości szkieletu trzymającego książkę, którą zabrałem. Wyszedłem na korytarz i na dzwiach pierwszego pokoju powiesiłem portret, po czym wszedłem ponownie do tego pokoju. Wyjrzałem przez okienko w drzwiach, tak żeby zauważył mnie barman. Kiedy już sobie poszedł, zszedłem na dół i przedstawiłem się jako jego daleki krewny. Ten chcąc mnie sprawdzić zadał mi pytanie dotyczące jego rodziny, na które bez problemu odpowiedziałem posługując się znalezioną przy szkielecie książką. Zamówiłem jeszcze jednego drinka, do którego również dolałem mikstury.
Przebudziłem się w rodzinnym grobowcu barmana. Porozmawiałem z duchem panny młodej, która jak się okazało posiadała poszukiwany przeze mnie pierścień, jednakże bez potrzebnego do odczarowania Elaine diamentu. Po rozmowie podniosłem łom. W ścianie była dziura, więc przez nią wyjrzałem. Za ścianą leżał sobie w ciepłym łóżeczku odżwierny. Lampę z pokoju oddżwiernego wyciągnąłem za pomocą kościotrupiej ręki i kleju. Teraz namówiłem Murraya, aby ten nastraszył naszego sąsiada, co ten chętnie uczynił. Kazałem biedakowi otwożyć grobowiec w zamian za obietnicę dalszego niestraszenia. Wyszedłem na zewnątrz i wkroczyłem do nowo otwartego biura Stana. Polisę ubezpieczeniową wykupiłem za złotego zęba.
Ponownie wróciłem do hotelu, gdzie podmieniłem barmanowi lusterko na portret. W pokoiku na partzerze znalazłem jeszczeświadectwo mojego zgonu, magnes, a kawałek sera wykroiłem przy pomocy dłuta.
Udałem się do Stana, u którego za moją polisę dostałem sporą sumkę. Jeszcze raz wróciłem do hotelu, na piętrze podważyłem łomem łożko, na którym leżał kościotrup. Wyszedłem przed hotel i do stojącego tam kociołka wrzuciłem ser. Z grobowca zabrałem jeszcze pierścień.
Dalsze zwiedzanie wyspy zacząłem od wioski, z której zabrałem kubek, i blok toefu, w którym przy pomocy drewnianego śrubokręta wyrzeżbiłem maskę. Założyłem ją na głowę i tak „ubrany” wziąłem udział w uroczystości ku czci wulkanu. Jako, że wszyscy postanowili coś podarować grzmiącej górze, ja postanowiłem nie być gorszy i wrzuciłem kawałek sera. Tubylcom jednak chyba się to nie spodobało, ale nie było czasu na kłótnie, bowiem coś spowodowało wybuch wulkanu. Odszedłem obrażony ciągnąc na plaże kocioł ze stopionym serem sprzed hotelu. Dałem go Haggisowi i zabrałem olejek.
Jeszcze raz poszedłem do wiatraka, a do beczki z miodem dostałem się przy pomocy parasolki. Nabrałem trochę miodu do słoika i poszedłem z nim na polanę. Słoik postawiłem na pieńku i kiedy wleciały do niego świetliki przykryłem go podziurawioną dłutem pokrywką. Teraz pora naprawić latarnię.
Nie było to specjalnie trudne i bardzo szybko latarnia znów błyskała wesoło ostrzegając przepływające statki.
Na plaży czekał przewożnik, który w zamian za wręczenie mu kompasu zrobionego z namagnesowanej szpilki wbitej w korek, który dodatkowo pływał w wodzie z morską wodą, zabrał mnie na Skull Island. Tylko tam od przemytników mogłem uzyskać potrzebny mi diament.
Na górze jakiś niedorajda nie potrafił spuścić mnie windą na dół, więc z opresji musiałem ratować się przy pomocy parasolki. Bezpiecznie wylądowałem na skalnej pólce, tuż obok pieczary przemytników.
-Zagracie chłopcy w pokera? - zapytałem trzech kolesi wewnątrz jaskini.
-A umiesz w to grać? - spytał jeden.
-Nie ale szybko się uczę.
Nastąpiło rozdanie. Dostałem słabe karty, które rzecz jasna podmieniłem na te z tarota. Potem zgasło światło, a ja pochwyciwszy diament szybko uciekłem na zewnątrz. Po powrocie na Blood Island szybko udałem się na polankę, ma której była Elaine, po czym przy pomocy olejku zdjąłem jej z palca przekłęty pierścień. Nałożyłem jej nowy pierścień i nareszcie moja ukochana przebudziła się z długiego „klejnotowego” snu.
Niestety długo nie cieszyliśmy się sobą. Wredny LeChuck nas porwał i teraz więził nie wiadomo gdzie. Ocknąłem się w jakiejś klatce, a przy mnie stał LeChuck. Odbyliśmy długą męską rozmowę, ale wiele nie wskórałem a na dodatek jeszcze to.
-Kurce blade - zakląłem jako dziecko.
Wyszedłem z klatki i porozmawiałem z gościem przebranym za psa. Zadałem mu kilka zagadek, a gdy nie odgadł mojego wieku, jako nagrodę wybrałem kotwicę. Byłem mały, więc dużo mi było wolno i kilka razy walnąłem kolesia w brzuch. Kiedy ten w końcu się zdenerwował , wyrwałem mu z kostiumu kawałek futra.
Obok toczyła się fajna zabawa, jednakże musiałem czekać w kolejce. Aby umilić sobie czas z foremki , kremu do golenia i kotwicy zrobiłem ciasto. Podłożyłem je na kupkę podobnych i czekałem na rezultat, a długo czekać nie musiałem. Miejsce raz, dwa się zwolniło i zająłem pozycję ostrzeliwanego. Fajnie było!
Po skończeniu zabawy, sprzedawcy lodów gwizdnąłem pieprz i zamówiłem zwykłego loda. Posypałem go pieprzem, przyprawiłem futrem i kawałkiem ciasta i skonsumowałem. No i już! Z powrotem byłem sobą.
Wsiadłem do kolejki. Z pierwszej stacji zabrałem linę, z drugiej beczkę rumu, a z trzeciej po zdmuchnięciu płomienia wyciągnąłem z lamby olej. Tak wyekwipowany wysiadłem na ostatniej stacji i zabrałem się do roboty.
Małpie dałem do łapy beczkę rumu. Do beczki doczepiłem linę polaną wcześniej olejem. Do ręki wziąłem jeszcze pieprz i zszedłem na dół. Po chwili pojawił się LeChuck. Zaczął coś ględzić, a ja w pewnym momencie sypnąłem mu pieprzem w twarz.
-AAAPSIK!!! - kichnął obrzydliwiec.
To było jego ostatnie kichnięcie, a ja w końcu mogłem się cieszyć Elaine.

Gothrek


Hosted by www.Geocities.ws

1