Obudził mnie jakiś hałas. Rozejrzałem się dookała i
stwierdziłem, że znajduję się w zamkniętej ładowni. Żródłem hałasu było
działo armatnie, z którego strzelał co chwila jakiś kurdupel. Sprawdziłem
drzwi. No tak, zamknięte. Kiedy chciałem zagadnąć małego, ujrzałem
wycelowany w siebie pistolet.
-Nie tak nerwowo. Nazywam się Guybrush
Threepwood, a ty kim jesteś?
-Jestem złym piratem Bloodnose! - rozległ
się cienki głosik - Największym draniem. Jaki kiedykolwiek służył pod
sztandarem Króla śmierci.
-Ale dowcipniś.
-Nie żartuj. Do kogo
strzelasz z tej armaty?
-Łupy, łupy!
-Hej, kolego, nie mógłbyś na
chwilę pożyczyć mi tego działa? - zapytałem coraz bardzieju
rozbawiony.
Malec przeszył mnie wzrokiem. Zaraz, zaraz, ja go skąś
znam!
-Wally, nie poznajesz mnie? To ja Guybrush!
-Dzień dobry
panu.
-Jak udało ci się uciec z więzienia w lochach LeChucka?
Wally
opowiedział mi swoją smutną historię i o tym jak postanowił zostać złym
piratem. Chciał mnie przekonać, że to intratny interes i dał mi nawet
jakąś ulotkę.
-Co jest za tymi dzrzwiami? - zapytałem wskazując na
wyjście za moimi plecami.
-Aaa, tam jest skarbiec LeChucka. -
usłyszałem w odpowiedzi.
No, tak, a gdzie jest wyjście?
-Wally, nie
nadajesz się na pirata - stwierdziłem krótko.
-Ja się nie nadaję?
Ty...
-Pokaż jak jesteś zły i mnie zabij - powiedziałem dziarsko, choć
wcale tak się nie czułem.
Wyraz twarzy Wallyego drastycznie się
zmienił.
-Masz rację, nie mogę tego zrobić.
Wally zaczął łkać, a
mnie od razu poprawiło się samopoczucie.
Podniosłem upuszczony przez
Wallyego hak, a ze ściany zdjąłem wycior. Podszedłem do działa i
roztrzaskałem kilka atakujących łodzi. Teraz wyjrzałem za burtę. W wodzie
pływały kawałki napastników, a ja nie wdawając się w dyskusję z Murrayem,
połączyłem wycior z hakiem i wyciągnąłem pływające ramie razem z
szablą.
Jak się stąd wydostać? I wtedy wpadłem na genialny pomysł.
Szablą rozciąłem węzeł utrzymujący armatę w jednej pozycji. Teraz
wypaliłem z działa.
Błysnęło, huknęło i zaśmierdziało. Ha, jestem w
skarbcu. Teraz należało się wydostać z tonącego już okrętu. Podniosłem
leżącą na podłodze torbe i pierścień z diamentem. Wspaniały prezent dla
Elaine, pomyślałem.
Naciąłem szybkę w burcie diamentem i wpadająca do
wnętrza woda szybko uniosła mnie w górę. Byłem wolny!
Dopłynąłem do
brzegu, gdzie czekała na mnie Elaine.
-Guybrush? To ty? - usłyszałem na
powitanie.
Nie, skacowana meduza, pomyślałem.
-Pewnie, że ja!
Popatrz co dla ciebie mam - z triumfalnym uśmieszkiem podałem jej
pierścień - Czy wyjdziesz za mnie?
-Oczywiście najdroższy -
odpowiedziała Elaine i założyła pierścień na palec.
Całą tą romantyczną
chwilę przerwał Wally, który pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął coś
mówić o jakimś przeklętym pierścieniu.
No i stało się. Elaine
zamieniała się w złotą statuę. Byłem zrozpaczony, ale nie zrezygnowany.
Muszę cofnąć klątwę.
Podniosłem żarzący się kawałek drewienka i
swoje pierwsze kroki skierowałem na bagna.
Co za tajemnicze miejsce.
Znalazłem się nieopodal wraku jakiegoś statku, który teraz służył komuś
jako lokum. Już chciałem tam pójść, kiedy zatrzymał mnie Murray. Po
krótkiej wymianie zdań ruszyłem przed siebie.
Ale tutaj śmieci. Wśród
nich znalazłem paczkę kleju i szpilkę. W automacie ustawionym w rogu
zakupiłem paczkę gum do żucia, po czym pociągnąłem aligatora za język. Do
pomieszczenia została wciągnięta kapłanka voodoo, która wydała mi się
jakby znajoma. No ale nie czas teraz na odświeżanie starych znajomości.
Kapłanka wytłumaczyła mi działanie klątwy, a także w jaki sposób
odczarować Elaine. Otóż potrzebny był do tego drugi pierścień, który
podobno znajdował się na Blood Island. Nie znałem takiej wyspy, a moja
rozmówczyni też nie mogła mi pomóc. W pewnej chwili zeszliśmy na temat
złotego psągu, którym stała się Elaine i dopiero teraz zdałem sobie sprawę
jaką głupotę popełniłem zostawiając posąg na plaży. Kiedy udało mi się tam
dobiec, jakiś szkuner właśnie odpływał z moją ukochaną. No cóż, pozostało
mie rzucić się w wir przygody. Musiałem zdobyć załogę ii własny
statek.
Udałem się do miasta. Wszedłem na zaplecze teatru. Ależ tu
różnych magicznych przedmiotów. Wziąłem do ręki magiczną różdżkę i
zaczarowałem nią kapelusz. Udało się! Wyciągnąłem z kapelusza książkę i
schowałem do kieszeni. Przyjrzałem się bliżej płaszczowi wiszącemu na
wieszaku. Ależ właściciel miał łupież. Może się przyda? A fee! Toż to
jakieś obrzydlstwo! Teraz zacząłem przeszukiwać kieszenie płaszcza i
znalazłem tam rękawiczkę.Jeszcze tylko przyjrzałem się kufrowi, na którym
przylepione były naklejki pochodzące... z Blood Jsland. Musiałem znależć
właściciela kufra. Wszedłem na scenę teatru, gdzie akurat odbywała się
próba.
-Przepraszam - przerwałem recytację jednemu z aktorów - Czy nie
wie pan gdzie znajduje się Blood Island?
-Oh, młodzieńcze, byłem tam
wiele razy, ale sprawami moich podróży zajmuje się mój agent, Palido
Domingo. On powinien wiedzieć jak się tam dostać Pewnie leży teraz i opala
swój tyłek w klubie plażowym Brimstone.
Ładnie podziękowałem, po czym
czym prędzej skierowałem się na plaże. Niestety na plażę można było tylko
wejść posiadając kartę członkowską. No cóż, nikt nie powiedział, że życie
jest łatwe.
Teraz udałem się do zakładu fryzjerskiego, który prowadziło
trzech byłych piratów. Może oni zechcieli by zostać moją załogą? Tylko jak
ich przekonać?
Najpierw pozbyłem się jedynego klienta. Kiedy Haggis
odłożył grzebień, posypałem go robakami. Klient wyleciał w trybie
natychmiastowym. Teraz moja kolej.
Usiadłem wygodnie w fotelu, za
pomocą dzwigni uniosłem się trochę i strąciłem kamień przytrzymujący
strony książki. Haggis wyszedł poszukać innego kamienia, a ja uniosłem się
w fotelu pod sam sufit i wyciągnąłem tkwiące tam nożyczki. Kiedy wrócił
Haggis grzecznie zrezygnowałem ze strzyżenia i podszedłem do
Billa.
-Jak się masz stary piracie! - klepnąłem go w plecy, aż się
czymś zakrztusił. Pacnąłem go jeszcze raz i z jego gardła wyleciała
landrynka. Podniosłem ją i podszedłem do van Halgena.
Ten dostał ode
mnie po pysku znalezioną wcześniej rękawicą.
-Więc chcesz się
pojedynkować - odezwał się spokojnie - Wybierz broń.
Zamknąłem środkowe
pudełko i wskazałem na futerał.
-Może być banjo?
Byłem w tym dobry i
powtarzanie kawałków granych przez przeciwnika nie sprawiło mi
najmniejszych trudności.
Pirat chyba w końcu się zdenerwował, bo zaczął
dawać takiego czadu na swoim banjo, że Prusaki w bucie starego marynarza
to przy nim zespół popowy. Dobra, trzeba przerwać mu te popisy. Podniosłem
pistolet, strzeliłem i jego wiosło rozleciało się na drobniutkie
kawałeczki. Trochę się wściekał, ale w rezultacie postanowił zostać
pierwszym członkiem mojej załogi.
Miałem teraz nożyce, więc mogłem
wyciąć sobie drogę przez zarośnięte przejście. Przy okazji zabrałem
jednego kwiatka. Znalazłem się na niewielkiej polance.Uwaga węże,
przeczytałem. Jakie węże aaaaa...
I tak oto znalazłem się w żołądku
jakiegoś osobnika z tej pospolitej gałęzi gadów. Ale tu ciemno. O, coś
tutaj leży. Pozbierałem w zołądku węża kilka dziwnych przedmiotów, które
ten zdołał wcześniej skonsumować. Wrzuciłem wcześniej urwany kwiatek do
dzbanka i tak przyrządzony napój podałem wężowi.Biedak dostał skrętu
kiszek i natychmiast mnie wypluł, niestety tak nieszczęśliwie, że
znalazłem się w ruchomych piaskach. Trzeba wiać.
Przywiązałem kamien do
jednego z baloników i dmuchnąłem w niego. Super! Teraz urwałem żdżbło
trzciny i kolec jakiegoś ostrego krzewu. Miałem spluwę i amunicję, więc do
dzieła! Załadowałem trzcinkę kolcem i wydmuchnąłem pocisk prosto w
balonik. Uff, jestem uratowany.
Udałem się do restauracji kapitana
Białobrodego. Miałem rezerwację stolika, więc mogłem się rozgościć. Przez
chwilę porozmawiałem z kapitanem, który jak się okazało był członkiem
klubu plażowego, jednakże jakiś czas temu zgubił swoją kartę członkowską.
Nadgryzłem jedną z bułek, a robaki, które się w niej znajdowały wypuściłem
na pieczonego kurczaka. Wewnątrz była karta członkowska! Klepnąłem jeszcze
w ramie kościotrupa przy stole i wyjąłem mu z pleców nóż. Z parapetu
zabrałem miskę i wyciskarkę do ciastek. Kapitan Białobrody ma złoty ząb,
więc gdyby udało mi się go zdobyć przekonałbym Billa by został członkiem
mojej załogi.
Podarowałem kapitanowi landrynkę. Ha, ha, ząb się ułamał.
Teraz dałem mu gumę do żucia i kiedy ten robił balona, ja przekłułem go
szpilką. Ząb potoczył się po podłodze. Pożułem przez chwilę gumę i
umieściłem w niej ząb. Zaczerpnąłem trochę helu z balonika i ponownie
zacząłem żuć gumę z zębem. Udało mi się niepostrzeżenie wydostać ząb na
zewnątrz. Kapitan nic przy mnie nie znalazł, a ja po wyjściu przeszukałem
miską pobliskie błoto.
Zęba schowałem do kieszeni i pomaszerowałem z
nim do Billa, który po pokazaniu mu go, natychmiast zgodził się przyjąć
moją propozycję. Pozostał jeszcze Haggis.
Udałem się na polankę, gdzie
wcześniej stoczyłem pojedynek na banjo i podpiłowałem stojak, na którym
umieszczona była beczka z rumem. Teraz podpaliłem rozlany trunek. Ale
trachnęło! Zmierzyłem się z Higgisem w rzucaniu pniem i oczywiście
wygrałem. Załoga była w komplecie.
Teraz jeszcze jedna wycieczka na
polankę i za pomocą wyciskarki wyciąłem kawałek z pnia drugiego drzewa.
Kolejne kroki skierowałem ku zatoczce. Tam przy użyciu wyciętego
kawałka i kleju udało mi się naprawić łódkę. Powiosłowałem nią w kierunku
statku i niebawem przybiłem do jego burty. Odciąłem kawałek wystającej
deski i wgramoliłem się na pokład.
-Stać! Kim jesteś?! - usłyszałem po
chwili - Czego tu chcesz?
-Ja, no, ten, tego - chwila, chwila, przecież
ten zezol to małpa. Najprawdziwsza gadająca małpa.
Tak mnie
zamurowało, że nawet nie zauważyłem jak coś chwyciło mnie za ramiona i
zanurzyło w kotle ze smołą. Potem zostałem obsypany pierzem i wyglądałem
jak najprawdziwsza zjawa. Szybko wziąłem nogi za pas i udało mi się uciec
na suchy ląd. Chciałem pójść do Białobrodego, może ten wie czy można coś
poradzić na moje dziwne odzienie, ale staruszek wziął mnie chyba za
kogoś innego, a co się stało potem już nie pamiętam.
Obudziłem się w
garnku. Na zewnątrz toczyła się jakkaś rozmowa. A może raczej monolog. W
każdym razie siedząc dalej w garnku wyciągnąłem jedną z ksiązek i zacząłem
naśladować głos tej wielkiej małpy. Koniec końców, zostałem sam na sam z
tym olbrzymem, a jako że ten nie reagował zabrałem ze stołu mapę.
Wyszedłem przez okno, a do brzegu dopłynąłem na kawałku deski. Po drodze
było wesoło!
Teraz najwyższa już pora zacząć szukać mapy, która
wskazuje drogę na Blood Island. Poszedłem na plaże i pokazałem
chłopaczkowi kartę klubową, po czym rażno wkroczyłem na plażę.
-Ał, oj,
uh - wrzasnąłem - Ale ten piasek jest gorący!
Zabrałem z kosza trzy
ręczniki, po czym zanurzyłem je w wiadrze z zimną wodą. Teraz przeszedłem
bez problemu. Na plaży wygrzewał się Palido Domingo. Ale sprawa nie była
taka prosta. Koleś chciał się opalić i ani myślał o współpracy. Zabrałem
kubek z jego brzucha i poszedłem do miasta. Tam sprzedawał lemoniadę jakiś
kurdupel. Kupiłem jedną, ale cwaniak nalewał ją do kubka bez dna.
Podmieniłem więc kubek i zamówiłem jeszcze raz. Teraz przynajmniej się
napiłem, a mały odszedł obrażony, przy okazji zostawiając dzbanek.
Zabrałem go i tuż obok nabrałem do niego czerwonej farby. Wróciłem na
plażę, ustawiłem kubek bez dna na brzuchu Palido i nalałem do niego farby.
Ten uznał, że dość już tej opalenizny i przewrócił się na drugą stronę
wystawiając do słońca plecy a na nich... mapę! świetnie tylko jak ją teraz
zdobyć?
Podszedłem do chłopaka pilnującego plaży, zabrałem jeszcze
jeden ręcznik, zamoczyłem go i dałem nim po tyłku kolesiowi. Ale zaginał!
Stałem się posiadaczem olejku kucharskiego, który niezwłocznie wylałem na
plecy Palido. Teraz miałem także mapę.
Jeszcze raz poszedłem do miasta,
wszedłem na zaplecze teatru, a następnie na górę. Kierując się mapą
znalezioną na statku małp naciskałem odpowiednie przyciski, aż w końcu
światła wskazały miejsce ukrycia posągu Elaine. Zszedłem na dól i
nasmarowałem kule armatnie olejkiem. Niebawem teatr opustoszał, a ja
mogłem się wziąść za kopanie w miejscu, które wskazały reflektory.
Elaine!
Blood Island, przybywam!
Ciężkie jest życie żeglarza.
Już pierwszego dnia ograbiono nas z mapy, a zrobił to ten zadufany w sobie
żigolak, Rottingham. Zanim mogliśmy się z nim zmierzyć trzeba było
dokupywać nowe działa, a pieniądze na nie mogłem zdobyć tylko w jeden
sposób. Trzeba było przypomnieć sobie piracki fach. Przeciwnicy byli dosyć
łatwi do pokonania, musiałem się tylko nauczyć odpowiadać do rymu
przeciwnikowi. Kiedy już posiadałem najsilniejsze działa przyszła kolej na
Rottinghama. Ten łatwo się nie poddał, ale w końcu musiał uznać moją
wyższość i oddał mapę.
U wybrzeży Blood Island zaskoczył nas
sztorm. Statek rozbił się o brzeg, ale mnie i moim kamratom udało się
wyjść z tego cało. Teraz trzeba go jakoś naprawić, ale do tego potrzebna
jest smoła, której nie mamy. Na plaży leżała jakaś butelka, podniosłem ją
i otworzyłem, ale była pusta. Podczas gdy moja załoga dziarsko naprawiała
łajbę, ja postanowiłem przespacerować się po wyspie. Niedaleko plaży
leżała Elaine zaklęta w statuę, a kawałek dalej był cmentarz. Trochę się
tutaj rozejrzałem, ale z przydatnych rzeczy były tylko młotek i dłuto.
Przy budzie spał pies, ale mizernie mi wyglądał, więc poczęstowałem go
ciastkiem. Potem wyrwałem mu kawałek sierści. Przy cmentarzu zbudowany był
hotel, do którego teraz skierowałem swe kroki. W środku siedział tylko
skacowany barman i wiedżma, więc przy okazji poprosiłem ją aby mi
powróżyła.
-Pięć razy śmierć cię czeka! - zagrzmiała.
Kiedy już
zgromadziłem pięć kart, dałem sobie spokój z wróżbami. Zanim wyszedłem.
porozmawiałem jeszcze z barmanem i zabrałem poduszkę i książkę z
przepisami. Teraz pora pójść nad zatoczkę. Na gałęzi było jajko, więc
podłożyłem pod drzewo poduszkę i uderzyłem w nie młotkiem. Ha, jajecznicy
nie będzie!
Po dalszym zwiedzaniu wyspy zgromadziłem jeszcze paprykę,
która rosła przy wiatraku. Ponownie poszedłem do hotelu i wręczyłem
barmanowi jajko, paprykę i sierść psa. Ten wymieszał wszystko razem, napił
się i pozbył się wreszcie kaca. W podzięce zaproponował mi drinka, więc
nie chcąc być niegrzeczny nie odmówiłem. Lecz przed wypiciem dolałem doń
trochę mikstury, którą, udało mi się otworzyć dłutem.
Przytomność
odzyskałem, lecz wzroku chyba nie. Jak tu ciemno. Zaraz,
przecież...
-Ratunkuuu! - wrzasnąłem leżąć na dnie trumny.
Po chwili
nerwy opadły i zacząłem trzeżwo myśleć. Wydostałem się przy pomocy dłuta.
Przy okazji wyciągnąłem gwożdzie. Tu jest wyjście.
Łup.
-AAA!
Zombie! - nie to tylko Stan, który od moich poprzednich przygód nie
wychodził ze swojego domku.
Stan postanowił założyć towarzystwo
ubezpieczeniowe i jako pierwszy potencjalny klijent otrzymałem jego
wizytówkę.
Wróciłem do hotelu i jeszcze raz porozmawiałem z barmanem,
który wyjawił mi jak zostać pochowanym w jego rodzinnym grobowcu
.
Wszedłrm na piętro hotelu, a następnie do pierwszego pokoju. Tam
młotkiem wybiłem gwóżdż, który następnie podniosłem na korytarzu razem z
portretem. Drugie drzwi były zamknięte, ale poradziłem sobie z nimi przy
pomocy wizytówki. Otworzyłem łożko, które następnie przybiłem do podłogi
wszystkimi gwożdziami. Na łóżku bielały kości szkieletu trzymającego
książkę, którą zabrałem. Wyszedłem na korytarz i na dzwiach pierwszego
pokoju powiesiłem portret, po czym wszedłem ponownie do tego pokoju.
Wyjrzałem przez okienko w drzwiach, tak żeby zauważył mnie barman. Kiedy
już sobie poszedł, zszedłem na dół i przedstawiłem się jako jego daleki
krewny. Ten chcąc mnie sprawdzić zadał mi pytanie dotyczące jego rodziny,
na które bez problemu odpowiedziałem posługując się znalezioną przy
szkielecie książką. Zamówiłem jeszcze jednego drinka, do którego również
dolałem mikstury.
Przebudziłem się w rodzinnym grobowcu barmana.
Porozmawiałem z duchem panny młodej, która jak się okazało posiadała
poszukiwany przeze mnie pierścień, jednakże bez potrzebnego do
odczarowania Elaine diamentu. Po rozmowie podniosłem łom. W ścianie była
dziura, więc przez nią wyjrzałem. Za ścianą leżał sobie w ciepłym łóżeczku
odżwierny. Lampę z pokoju oddżwiernego wyciągnąłem za pomocą kościotrupiej
ręki i kleju. Teraz namówiłem Murraya, aby ten nastraszył naszego sąsiada,
co ten chętnie uczynił. Kazałem biedakowi otwożyć grobowiec w zamian za
obietnicę dalszego niestraszenia. Wyszedłem na zewnątrz i wkroczyłem do
nowo otwartego biura Stana. Polisę ubezpieczeniową wykupiłem za złotego
zęba.
Ponownie wróciłem do hotelu, gdzie podmieniłem barmanowi lusterko
na portret. W pokoiku na partzerze znalazłem jeszczeświadectwo mojego
zgonu, magnes, a kawałek sera wykroiłem przy pomocy dłuta.
Udałem się
do Stana, u którego za moją polisę dostałem sporą sumkę. Jeszcze raz
wróciłem do hotelu, na piętrze podważyłem łomem łożko, na którym leżał
kościotrup. Wyszedłem przed hotel i do stojącego tam kociołka wrzuciłem
ser. Z grobowca zabrałem jeszcze pierścień.
Dalsze zwiedzanie wyspy
zacząłem od wioski, z której zabrałem kubek, i blok toefu, w którym przy
pomocy drewnianego śrubokręta wyrzeżbiłem maskę. Założyłem ją na głowę i
tak ubrany wziąłem udział w uroczystości ku czci wulkanu. Jako, że
wszyscy postanowili coś podarować grzmiącej górze, ja postanowiłem nie być
gorszy i wrzuciłem kawałek sera. Tubylcom jednak chyba się to nie
spodobało, ale nie było czasu na kłótnie, bowiem coś spowodowało wybuch
wulkanu. Odszedłem obrażony ciągnąc na plaże kocioł ze stopionym serem
sprzed hotelu. Dałem go Haggisowi i zabrałem olejek.
Jeszcze raz
poszedłem do wiatraka, a do beczki z miodem dostałem się przy pomocy
parasolki. Nabrałem trochę miodu do słoika i poszedłem z nim na polanę.
Słoik postawiłem na pieńku i kiedy wleciały do niego świetliki przykryłem
go podziurawioną dłutem pokrywką. Teraz pora naprawić latarnię.
Nie
było to specjalnie trudne i bardzo szybko latarnia znów błyskała wesoło
ostrzegając przepływające statki.
Na plaży czekał przewożnik, który w
zamian za wręczenie mu kompasu zrobionego z namagnesowanej szpilki wbitej
w korek, który dodatkowo pływał w wodzie z morską wodą, zabrał mnie na
Skull Island. Tylko tam od przemytników mogłem uzyskać potrzebny mi
diament.
Na górze jakiś niedorajda nie potrafił spuścić mnie windą na
dół, więc z opresji musiałem ratować się przy pomocy parasolki.
Bezpiecznie wylądowałem na skalnej pólce, tuż obok pieczary
przemytników.
-Zagracie chłopcy w pokera? - zapytałem trzech kolesi
wewnątrz jaskini.
-A umiesz w to grać? - spytał jeden.
-Nie ale
szybko się uczę.
Nastąpiło rozdanie. Dostałem słabe karty, które rzecz
jasna podmieniłem na te z tarota. Potem zgasło światło, a ja pochwyciwszy
diament szybko uciekłem na zewnątrz. Po powrocie na Blood Island szybko
udałem się na polankę, ma której była Elaine, po czym przy pomocy olejku
zdjąłem jej z palca przekłęty pierścień. Nałożyłem jej nowy pierścień i
nareszcie moja ukochana przebudziła się z długiego klejnotowego
snu.
Niestety długo nie cieszyliśmy się sobą. Wredny LeChuck nas porwał
i teraz więził nie wiadomo gdzie. Ocknąłem się w jakiejś klatce, a przy
mnie stał LeChuck. Odbyliśmy długą męską rozmowę, ale wiele nie wskórałem
a na dodatek jeszcze to.
-Kurce blade - zakląłem jako
dziecko.
Wyszedłem z klatki i porozmawiałem z gościem przebranym za
psa. Zadałem mu kilka zagadek, a gdy nie odgadł mojego wieku, jako nagrodę
wybrałem kotwicę. Byłem mały, więc dużo mi było wolno i kilka razy
walnąłem kolesia w brzuch. Kiedy ten w końcu się zdenerwował , wyrwałem mu
z kostiumu kawałek futra.
Obok toczyła się fajna zabawa, jednakże
musiałem czekać w kolejce. Aby umilić sobie czas z foremki , kremu do
golenia i kotwicy zrobiłem ciasto. Podłożyłem je na kupkę podobnych i
czekałem na rezultat, a długo czekać nie musiałem. Miejsce raz, dwa się
zwolniło i zająłem pozycję ostrzeliwanego. Fajnie było!
Po skończeniu
zabawy, sprzedawcy lodów gwizdnąłem pieprz i zamówiłem zwykłego loda.
Posypałem go pieprzem, przyprawiłem futrem i kawałkiem ciasta i
skonsumowałem. No i już! Z powrotem byłem sobą.
Wsiadłem do kolejki. Z
pierwszej stacji zabrałem linę, z drugiej beczkę rumu, a z trzeciej po
zdmuchnięciu płomienia wyciągnąłem z lamby olej. Tak wyekwipowany
wysiadłem na ostatniej stacji i zabrałem się do roboty.
Małpie dałem do
łapy beczkę rumu. Do beczki doczepiłem linę polaną wcześniej olejem. Do
ręki wziąłem jeszcze pieprz i zszedłem na dół. Po chwili pojawił się
LeChuck. Zaczął coś ględzić, a ja w pewnym momencie sypnąłem mu pieprzem w
twarz.
-AAAPSIK!!! - kichnął obrzydliwiec.
To było jego ostatnie
kichnięcie, a ja w końcu mogłem się cieszyć Elaine.
Gothrek
