Z WIZYTA W ANGLII




"Pierwsze czterdziesci lat dostarczaja nam tekstu, reszta jest komentarzem."
- Artur Schopenhauer



Oho, i tu by sie zgadzalo. Nie tylko, ze jestem juz po czterdziestce, ale i mam ogromna chec na komentarz. Co nie znaczy, zebym znow miala sie czuc taka stara, przeciwnie chyba, bo jako zagorzaly domator i fotelowy odkrywca swiata, nagle mi cos odbilo i podjelam decyzje nieodwolalnie stanowcza, by po raz pierwszy od tych kilkunastu lat, gdy zyje w Europie Zachodniej odwiedzic Anglie, ktora jest od Francji tuz-tuz za kanalowa miedza, a do ktorej jakos nigdy nie bylo mi po drodze, no i tu wroce do aforyzmu - niczego, ale to niczego w tej podrozy nie odkrywalam, za to moge bez zbednego krygowania sie po swojemu te wycieczke skomentowac. Od razu zreszta sie zastrzegam, ze jest to komentarz robiony na zywo i wylacznie subiektywny. Zeby ktos potem nie mial do mnie pretensji, ze mu sie cos tam nie zgadzalo. "Tekstu" niech szuka sobie sam, tuptajac po Londynie albo niech przestudiuje przewodnik turystyczny. Ja komentuje, nic wiecej. :-)

Zreszta motywy mojej wycieczki byly raczej macierzynskie niz poznawcze jako, ze moj syn, Michal, studiuje w Kingston, uroczym, uniwersyteckim miasteczku obok Londynu, a zawszec silniejszy to motyw - matczyna tesknota od mlodzieniaszkowego glodu nowych wrazen i napedowej ciekawosci poznawania swiata. Bylam piec dni. Ani za duzo, ani za malo, by sie napatrzyc, nasluchac, wyrobic sobie jakas tam opinie o naszych wyspiarskich sasiadach. Moze sie myle, moze to bedzie plytkie, co powiem, ale stwierdzam: Anglia to "inny swiat"!

Zupelnie inna mentalnosc ludzi, styl zycia, organizacja pracy. Anglia ma swoja niepowtarzalna specyfike, specyfike oparta na zamierzchlej tradycji, kupe zwyczajow, regul, rytualow, ktore to grzecznie nazwalabym dziwactwem. I co jest najbardziej w tym wszystkim szokujace, to ta jakas niezrozumiala, nieprawdopodobnie uparta zawzietosc, by w pewnych sprawach zostawic wszystko jak bylo, nie zmienic niczego ani na jote. Anglia jest mumia dzisiejszego swiata! Trzymac sie wszystkiego, co bylo od wiekow, niewazne, czy madre to, czy zupelnie glupie, jakby sie bali jakichkolwiek zmian i nowosci. Wszystko konserwowac! Monarchie, lordowskie tytuly, stare budowle, odwieczne protokoly... Raz w zamierzchlych czasach wprowadzone w zycie ma zostac jak bylo. Absurdalnosci takiego podejscia na co dzien, by dac jakis przyklad, sama doswiadczylam dotkliwie, korzystajac z podlondynskiej kolei.

Takiego burdelu nie widzialam we Francji nawet w czasie dlugotrwalych strajkow SNCFu. Kiedy u nas pracownicy kolei strajkuja, chociaz minimum transportu jest zapewnione. Rozklad pociagow, choc liczebnie ograniczony, podany jest wszem i wobec i jest dosc scisle przestrzegany. W podlondynskiej komunikacji nic, ale to nic nie wiadomo. Ludzie lataja jak oglupiale barany z jednego peronu na drugi, zmieniaja pociagi na zasadzie - a moze chociaz ten ruszy, a moze zatrzyma sie na stacji, ktora mnie interesuje? Byc moze trafilam na jakies niefartowne dni tej "tradycyjnej kolei", takie jednak odnioslam wrazenie. Mimo, ze w oglupialym tlumie pelno ubranych na zolto "sluzbistow", na przyklad do sprawdzania biletow (drogich jak cholera!), ustawionych zaraz za kontrolnym automatycznym przejsciem, i oni bezradnie rozkladaja rece - cos tam sie stalo, gdzies tam sie zapchalo, ktorys z pociagow sie zepsul, tory sie wypaczyly i inne tego typu przypadlosci, ktore sprawiaja, ze teoretycznie mialo cos jechac, a nie jedzie. Jak sie naprawi to moze cos gdzies ruszy, wciaz nie wiadomo co i dokad. Radocha po pachy!

A jak juz ktorys pociag mial odjezdzac, pojawial sie zawiadowca stacji - taki najprawdziwszy! - uniformowany i z duzym lizakiem. Jezusie, jaka nostalgia mnie ogarnela! Zupelnie jak w naszej kochanej Polsce zaraz w powojennych czasach. Jakby nie bylo, corka kolejarza jestem, moze dlatego tak mnie wzielo. Naogladalam sie troche rodzinnych, jeszcze takich czarno- bialych zdjec i tu identiko. W koncu, fakt faktem, to Anglicy wymyslili kolej. Jak wybudowal im ten Stephenson pierwsza linie w 1825 roku, tak juz zostalo. Zmieniac, usprawniac - ostroznie, powolutku albo najlepiej wcale. Ale w deche!

Francuzi w takiej sytuacji zrobiliby pieklo. Kazdy by sie zzymal, klal, pieklil ile wlezie na takie olewanie, balagan i marnotrawstwo czasu, a Anglicy - rezygnacja i spokoj. I tak to zobaczylam przyslowiowa angielska flegme. Oj, nie na moje nerwy taka flegma, od razu Wam mowie. A oni, moze i remedium na tak zwariowane zycie wynalezli - i bylaby to wcale nieglupia ciekawostka, rzecz mala, a cieszy - a sa to mianowicie wszedobylskie rozdzwonione przenosne telefony.

Wszedzie dzwoni - w oszalalym biegu po londynskich dworcach, w barach, autobusach, w sklepach na ulicy - kazdy cos peroruje do sluchawki, nie przerywajac zagonionej rutyny codziennego zycia. W przedziale "pociagu do nikad", w ktorym sie nagle znalezlismy poza mna wszyscy pozostali pasazerowie wydzwaniali na prawo i lewo, dzwonienie malych aparacikow rozlegalo sie nieprzerwanie. Jeden taki, jak jakis spiker telewizyjny albo inny wazniak, to mial az dwa aparaty, mikrofon przytroczony do gorsu koszuli i sluchawki przy uszach, czym przebijal wszystkich pozostalych, bo konwersowal jednoczesnie z dwiema osobami, gorliwie robiac notatki na blankiecie biletu. Jeszcze takiego fachury nie widzialam - jak to podroze ksztalca!

No i trzeba przyznac, ze obsluga jest bardzo uprzejma. Jak juz ten ktorys z rzedu pociag wreszcie ruszyl, z kabiny dla maszynisty wyszedl kolejarz z zelaznym kluczem, ktorym otwieral wagon po wagonie, by bardzo uprzejmie, bardzo grzecznie, bardzo perswadujaco i bardzo szczerze przeprosic wszystkich pasazerow za kolejna niedogodnosc. Pocieszal przy okazji, ze za to pociag nie bedzie sie zatrzymywal nigdzie po drodze az na docelowej stacji. Dla mnie z Michalem bylo to wlasciwie male piwo, bo wysiedlismy tylko dwie stacje dalej niz nam pasowalo. Jak pasowalo to innym pasazerom, diabli wiedza, ale im z ich przyslowiowa angielska flegma zawsze latwiej, ja tam sie wkurzylam i to zdrowo, szczegolnie, ze po calodziennym zwiedzaniu nogi mi weszly, jak to sie mowi... gdzie, kazdy wie.

Za to bylismy, jak mowie, nad wyraz grzecznie przeproszeni - co kurcze, w dzisiejszych bezpardonowych czasach zawsze sie liczy - podnioslo mnie to na duchu, nie powiem. Gdyby nie sceptyczny i zlosliwy Michalek, ktory nie omieszkal skomentowac, ze byc moze ten facet, co to wlasnie przechodzi od pierwszego do ostatniego wagonu jest akurat maszynista naszego pociagu, bo w tym kraju wszystko mozliwe. Pociag do nikad i jeszcze bez maszynisty, to juz jednak lekka przesada. Odebralam te zjadliwe slowa troszke zjadliwego wobec Anglikow Michala jako ciezki angielski dowcip, nie ukrywam jednak, ze z ulga wysiadlam na peronie zaledwie dwie stacje dalej niz zamierzalismy wysiasc.

Jeszcze jedna rzecz bardzo mi sie podobala na Victoria Station. Zaganianym w oblednym przerzucaniu sie z peronu na peron pasazerom mili, grzeczni mlodzi ludzie oferowali reklamowe napitki. Obdarzali wszystkich, ktorzy sie nawineli pod reke jednorazowymi szklaneczkami z orzezwiajaco wygladajacym pomaranczowym napojem. Mialam wielka chec choc na chwile sie zatrzymac, bo w gebie mi zaschlo od tego morderczego biegu i stresujacej niepewnosci, czy uda nam sie jakos wrocic do domu. Na szczescie moj czujny synek ostrzegl mnie w sama pore - to napoj alkoholizowany, a ja niepijaca. Nawet dosc mocno alkoholizowany! A rozdawany na prawo i lewo. I we Francji sa najrozniejsze degustacje najrozniejszych napitkow, nigdy jednak serwowane tak niefrasobliwie. Poniewaz jestem z natury wyrozumiala dla ludzkiej slabosci, chociaz tutaj bardziej mozna mowic o komercjalnym nachalstwie, szybko usprawiedliwilam ten proceder - kazda obrona przed zbytnim stresem dobra, a w tak zwariowanych warunkach moze pomoc tylko albo tranksen 50 (jeden z silniejszych srodkow uspokajajacych), albo gleboka lufa. Aby, bron Boze, nie mieszac!

Pijanych w pestke, czesto bardzo mlodych ludzi, widzialam duzo. Tez pewnie przez te zaskorupiala tradycje, stres i pospiech. Punkt jedenasta, w kazdym pubie - bum! - koniec picia. Wszyscy cali w nerwach, ze zaraz zamkna, spiesza sie, co jest zupelnie zrozumiale, by zdazyc przed zamknieciem wypic swoje. Pic szybko i nerwowo, najlepszy sposob na zapicie paly. Totez te paly zapijaja. A potem sie szwendaja, igrajac ze smiercia po niemozliwej do pojecia lewopasmowej szosie. O wypadek nie trudno, tu nawet piesi, trzezwi jak gwizdek, nawet na pasach i przy zielonym swietle nie tyle przechodza, co wyrywnie uciekaja. Po kilkusekundowej zmianie swiatla kawalkada nerwowo czekajacych samochodow rusza z kopyta, pewnie zmiatajac w puch wszystkich spoznialskich dwunoznych. Oj, to nie to samo, co we Francji, gdzie nawet szurniety pijaczyna przechodzacy wcale nie na pasach, tylko tam, gdzie mu akurat wypadnie traktowany jest przez kierowcow jak swieta krowa. Kazdy przyhamuje z piskiem opon.

Londyn zwiedzalam na piechote. Po pierwszym dniu morderczego marszu - kurcze, tam wszyscy gonia, jakby sie palilo, nawet inwalidzi na super zautomatyzowanych inwalidzkich wozkach zasuwaja po chodniku, brawurowo lawirujac wsrod zabieganego tlumu chyba z predkoscia czterdziesci na godzine, czyli nieduzo wolniej niz ja na autostradzie moim Polo - zlecielismy wszystko, co sie dalo. Uwielbiam przesadzac, ale tu chyba bez przesady moge powiedziec, ze zrobilismy ponad trzydziesci kilometrow. Nawet jak przesadzam, bylo tego duzo za duzo, bo nie od kozery na drugi dzien czulam bol w kosciach i w miesniach, jakbym zleciala z dziesiatego pietra. Na drugi dzien, uzywajac calego rodzicielskiego autorytetu, przykazalam synkowi oprowadzac mnie wolniej i wybiorczo. Poskutkowalo, wieczorem czulam sie, jakbym spadla tylko z drugiego pietra.

Raz tylko wepchnelam na sile Michala do czerwonego londynskiego dwupietrusa. Racje jak zwykle mialam, bo zobaczylam pod samiusienki koniec dwudziestego wieku konduktora, ktory sprawdzal lub sprzedawal i kasowal bilety. Konduktor w epoce najwyzszych elektronicznych usprawnien - zywy relikt! Pamietacie polskie tramwaje w latach bodajze szescdziesiatych albo i wczesniej z konduktorem usadzonym przy drzwiach - bileciki, bileciki, prosze?! Potem, jak juz cale zwisajace winogronko wepchnelo sie do srodka, szarpal za linke dzwonka, dajac sygnal tramwajarzowi, ze moze ruszyc. O, rany, kiedy to bylo?! Dzisiaj automatyczne czujniki, metalowe zgryzaczki do taksowania biletow, a w takiej Anglii wszystko po staremu. Dobra, koncze ten temat, bo znow sie rozczule.

Za to wroce do poczatku. Jak to w dojrzalym wieku niczego sie nie odkrywa, a tylko raczej porownuje, weryfikuje. Mimo ze Londyn, bardzo, ale to bardzo mi sie spodobal, absolutnie niczym mnie nie zaskoczyl. Przyjechalam do Anglii z gotowym jakims tam o niej wyobrazeniem, wyobrazeniem wyrobionym, mysle, na podstawie przeczytanych ksiazek czy obejrzanych filmow. Chyba w koncu musze stwierdzic, ze wyobraznia zubaza. Wyobrazalam sobie Londyn dokladnie taki, jakim go zobaczylam. Zadnych niespodzianek, a szkoda.

Moze jedna rzecz, ktora mnie mimo wszystko zszokowala, to mlodzi ludzie z "metalowym tradzikiem". Nie powiem, widzialam w Paryzu, ktory w koncu nie jest az takim zasciankowym miastem, roznych swirow: czerwono i zielonowlosych z metalowymi koleczkami w nosie i gdzie indziej, na przyklad. Jednak ladnej, mlodej twarzy z nawbijanymi jeden przy drugim metalowymi szpikulcami w zyciu nie widzialam. Okropnosc, az mna rzucalo!

Zwiedzalam miasto na wariata, troche to dobrze, a troche _le. Odkrywalam coraz to piekniejsze budowle i jeszcze nie dochodzac, probowalam zgadywac, czy to kosciol, galeria, muzeum, teatr, szpital czy szkola - fajna zabawa! I tu ciekawostka: poza naprawde znanymi calemu swiatu londynskimi zabytkami, nie udalo mi sie trafic ani razu. Jedno mi sie tylko absolutnie zgodzilo - to ta az zgestniala atmosfera najstarszej historii. Zgoda, w Paryzu tez ja wyczuwam i zreszta uwielbiam. Nie jest ona jednak do tego stopnia intensywna, wszechobecna i az tak przejmujaca jak w Londynie. A przeciez, do diabla, z tego, co wiem, Londyn w czasie wojny byl mocno nalotami bombowymi poturbowany, podczas gdy Paryz nie doznal zadnego szwanku. Jak to ci Anglicy zrekonstruowali, by duch historii tego miasta pozostal nietkniety? Bo pozostal, czulam go wszedzie, na kazdym kroku.

Rozczarowalam sie co do dwoch slynnych londynskich atrakcji. Buckingham Palace nie zrobil na mnie oczekiwanego wrazenia. To juz duzo ladniejszy jest Krolewski Palac w Amsterdamie, nie wspominajac przeuroczego Krolewskiego Placu w Brukseli. A juz, ze w Hyde Parku nie bylo zadnego swirusa ktory, jak oczekiwalam, staje i gada swoje trzy po trzy do zgromadzonej gawiedzi, rozczarowalo mnie niepomiernie. Wszystkich swirusow, jak na zlosc, jakby wymiotlo, choc wracalam tam kilka razy. Nawet konni jezdzcy promenujacy sie z godnoscia wytoczonymi alejami i podazajacy za nimi "umyslni", by pospiesznie zebrac malownicze konskie nieczystosci nie byli w stanie mnie pocieszyc. I zle sie stalo, bo jak tylko jestem niepocieszona zaraz sie robie zlosliwa. Pomyslalo mi sie tak jakos - a moze te wszedobylskie kieszonkowe telefony, te nieustanne telefoniczne konwersacje wokol, to tylko taka zmylka - pogadal sobie sam z soba? Bo wszedzie i bez ustanku prowadzic telefoniczne rozmowy?! - jest tu cos z paranoi. Widocznie swirusy wylazly z Hyde Parku, by rozlezc sie po calym miescie i wyzywac sie w swirnietej gadce pod oslona modnych telefonow? Czy ja wiem, tez sposob.

Za to inna rzecz mnie podbudowala. Rzetelna, skrupulatna penologia Anglikow. Dla tych, co niekoniecznie zaraz wiedza, co to za dziwadlo, sama wyczytalam w slowniku, ze jest to nauka o genezie i funkcji kary. O, do diaska, tu mi zaimponowali! Na kazdym kroku wywieszka - przeskrobiesz cos tam, mandat tyle to a tyle. Dokladnie co do funta, ani funta mniej, ani wiecej. I scisle sprecyzowane rozroznienia. Na przyklad, za pomazanie lawki w pociagu 3 funty, za niepotrzebne wlaczenie alarmu 100. A policja angielska podobno bardzo, ale to bardzo sprawna. Totez taki, u ktorego cienko w portfelu na duza glupote sie nie wysili. Kazdy wariatem na swoja kieszen, uwazam to za cholernie sluszne, sprytne i sprawiedliwe. Zmyslne te Angliki, oj, zmyslne. ;-)

Tak ze policja angielska jest wspaniala. Czego nie mozna podobno powiedziec o angielskich strazakach. Kiedys tam spalilo im sie od zapomnianego w ktoryms z piecykow ciasta prawie pol miasta i od tamtej pory popadli w zdecydowana paranoje. "Non smoking" prawie wszedzie, kazdy budynek obwieszony tak wrazliwymi czujnikami na byle dymek, ze wlozenie dwoch plasterkow chleba do tostera grozi niechybnym wlaczeniem sie jazgotliwego przeciwpozarowego alarmu. A jak alarm, to przetrenowana zawczasu indywidualnie i grupowo sprawna ewakuacja. Podczas moich pieciu nocy w akademiku Michala, dwukrotnie sprawnie sie ewakuowalam w noc dzysta i chmurna, by czekac na strazakow, ktorzy po raz kolejny przyjada tylko po to, by stwierdzic, ze to przyslowiowy dym bez ognia. Ktos tam bezmyslnie i nieopatrznie przypalil papierosa pod czujnym czujnikiem. Za co oczywiscie poleci bezmyslnemu palaczowi kara, kara oczywiscie wyszczegolniona za takie wykroczenie czarno na bialym. Dobre chociaz i to, bo tak by sie okazalo, ze dzielni strazacy przyjechali zupelnie na marne.

Rozgadalam sie troche, a mam jeszcze chec dosypac kilka slow komentarza o Polonii w tym kraju. Bylam w POSK-u - Polskim Osrodku Sztuki i Kultury na King Street. Co przezylam, co sie napatrzylam, nasluchalam to moje. Tu musze od razu nadmienic, jako ze caly ten moj pobyt byl porownawczym odniesieniem do Francji, ze we Francji Polonia jako rzeczywiste skupienie Polakow faktycznie nie istnieje. Sa wprawdzie jakies stowarzyszenia, federacje, Instytut Polski, Biblioteka Polska, polskie koscioly (dwa albo trzy?), wiele zabytkow historycznych pozostajacych juz jedynie jako slad dawnej polskiej emigracji, no i cmentarz na Pere Lachaise, gdzie odpoczywaja w pokoju Polacy, ktorym przyszlo umrzec na francuskiej ziemi. To, co dzisiaj w przewodnikach figuruje jako polski oficjalny osrodek ma wprawdzie nazwe, adres, numer telefonu i faksa, natomiast jakas konkretna jego dzialalnosc jest albo zbyt malo widoczna, albo po prostu fikcyjna. Miedzy nami, obawiam sie, ze raczej to drugie.

Polonia w Anglii jest niesamowicie liczna, zywa, aktywna. Wyraznie widac gleboki rozdzial na stara, powojenna emigracje i emigracje mlodego pokolenia. Co jest jednak ciekawe, mlodzi ludzie, ktorzy przychodza, bezlitosnie krytykuja wapniakow, przestarzale struktury i formy ich dzialalnosci - jak wszedzie - natomiast przy wprowadzeniu nawet daleko idacych zmian maja przewodnia idee, jaka jest wzmocnienie Polonii, werbowanie dzieci i mlodziezy, a wszystko, by za wszelka cene podtrzymac polska tradycje, polski jezyk i chyba szczegolnie, wesprzec religie katolicka, jako ze przyszlo im zyc w protestanckim kraju.

Z tego, co sie wywiedzialam, a mozecie mi wierzyc, ze potrafie ciagnac za jezyk, stara Polonia wskutek nieodwracalnej kolei rzeczy wymiera. W porownaniu z powojennymi latami jest uszczuplona i bardzo oslabiona, wciaz jednak konfliktowa, wewnetrznie sklocona. Walcza ze soba o prestiz, moze w gre wchodza jakies pieniadze, faktem jest, ze opowiadano mi o wrecz dramatycznych potyczkach, o bezwzglednym odrzuceniu kogos, kto tam akurat nie pasowal lub wpychaniu na piedestal kogos, kto mial pieniadze i wplywy. Sluchajac ich, zzymalam sie w sobie w poczuciu niesmaku i przykrosci. Czy wszedzie, gdzie sa Polacy, musi byc nie przebierajaca w srodkach walka o wplywy, niszczaca rywalizacja i niska ludzka zawisc?...

Mlodzi Polacy maja zupelnie inna postawe. Aktywna, konstruktywna postawe: co zrobimy, to dla nas; ten sie liczy, kto naprawde dziala; nikt nam nic nie da, musimy wszystko, co chcemy zdobyc sami... Sluchajac ich, serce mi roslo, ze nawet na obczyznie mamy tak pelna inwencji i zdrowego rozsadku wspaniala i zywotna polska mlodziez. A jeszcze do tego mlodziez ktora, jak juz wspominalam, pragnie ze szczerym przekonaniem podtrzymac polska tradycje. By dac jakis przyklad.

Krzewienie tradycji, to miedzy innymi kontynuacja pieknej wychowawczej pracy polskiego harcerstwa. I tu sa mlodzi. Mlodzi harcerze, wyszkoleni przez doskonalych starej daty przewodnikow, z ktorych tak wielu juz niestety odeszlo, wkuwaja w czyn te prawie juz dwuwieczne i jak sie okazuje wciaz zywe, i atrakcyjne idee, co sprawia, ze harcerstwo w Anglii jest chyba najprezniejszym zwiazkiem na swiecie dzialajacym poza granicami kraju. Zwiazek Harcerstwa Polskiego z siedziba w Londynie liczy dziesiec tysiecy zrzeszonych, prowadzi prace wychowawcza na czterech kontynentach (np. miedzynarodowe zloty, obozy), w czternastu krajach, obejmuje siedem okregow ZHP, czternascie choragwi harcerek i harcerzy, szescdziesiat hufcow, z roku na rok zwieksza sie liczba zuchow. To doprawdy piekne i imponujace. Czy widac podobna preznosc tego przykladowego harcerstwa w kraju? Ot, ciekawostka.

Z innych ciekawostek. Przejrzalam sobie pobieznie "Polski Informator" wydawany przez "Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii". O rany, czego tam nie znalazlam! Czy wiecie, jakie sa najpopularniejsze uslugi oferowane Polakom przez Polakow? Juz wymieniam - z tych mniej typowych - jak turystyczne, transportowe czy wynajem mieszkan. A wiec: dentysci, doradcy prawni (jak sie procesowac z Anglikami, itp.), uslugi archiwalne (poszukiwania genealogiczne, itp.), najrozniejsze terapie medyczne, w tym wiele wygladajacych na zdecydowanie szarlatanskie oraz, co mnie uderzylo, cala masa najrozniejszych osrodkow dla osob starszych.

Tu znow az mi sie cisnie porownanie. We Francji tak zwana trzecia mlodosc, to ludzie dopiero po osiemdziesiatce, natomiast w Anglii jako osoby starsze traktowani sa ludzie juz od szescdziesieciu lat. Za to z drugiej strony, nigdy nie widzialam we Francji tylu pracujacych bardzo mlodych ludzi, pewnie szesnastolatkow, co w Anglii widzi sie na kazdym kroku. Niby we Francji szesnastolatek teoretycznie tez ma prawo pracowac, jednak jedynie za zgoda rodzicow, co w sumie sprawia pracodawcy tyle zachodu i wdeptuje go zaraz w tak gleboka biurokracje, ze praktycznie nie zawraca sobie glowy golowasem, czeka az przyjdzie do niego mlodzieniec pelnoletni. W Anglii widocznie z ta praca mlodocianych prosciej. Pozostaje jedynie pytanie - dobrze to czy zle?

A sam POSK? Ladny pieciopietrowy nowoczesny budynek polozony w swietnym punkcie Londynu, zbudowany, jak mi powiedziano, po prostu ze skladek polskich emigrantow. Polski Osrodek Sztuki i Kultury - to nie jest pusta nazwa bez pokrycia. Wszystko tam jest: najwieksza poza krajem biblioteka polska, teatr (akurat, gdy bylam, wystepowal Jan Pietrzak), kino, galeria artystyczna o bardzo wysokim poziomie, ksiegarnia, klub mlodziezowy, klub szachistow - to dla ducha. A dla ciala - pieknie wystrojone obrazami polskich malarzy, rycinami polskich miast lub pamiatkowymi zdjeciami (na jednym z nich np. Lech Walesa, na innym Pani Anders) restauracja w najlepszym stylu, kawiarnia i dyskoteka. To pewnie jeszcze nie wszystko, co udalo mi sie podpatrzyc, a juz i tak jest tego sporo.

Restauracja w POSK-u nazywa sie niepretensjonalnie, a swojsko - "Lowiczanka", bo sa tez inne rodzime restauracje, ktore juz sama nazwa okreslaja swoj charakter, jak na przyklad restauracja polska "Wodka" albo "Na zdrowie!". Niby tez jak najbardziej bezpretensjonalnie, ale zdecydowanie pod wzgledem skojarzen niezbyt ladnie.

W "Lowiczance" jest bardzo kameralnie, bardzo szykownie, troche drogo. Za to tradycyjne polskie potrawy typu: rosol, barszcz czerwony z pasztecikiem lub koldunami, pyzy nadziewane miesem (o rany, co za pyzy!), pierogi z najrozniejszym farszem, lacznie z niesmiertelnym schaboszczakiem, na deser prawdziwe polskie ciasta domowego wypieku - wszystko to jest naprawde przepyszne, elegancko podane, gorace i swieze, az mi slinka leci, bo straszny ze mnie lakomczuch. Mloda obsluga wprost przemila. Elegancki swiat.

Trafilismy troche nietypowo, bo byl to akurat tak zwany wieczor rosyjski. Dobra orkiestra z balalajka, stare romanse, nowe rosyjskie przeboje, podstarzala solistka bez efektu podrobiona na mloda dziewczyne, nie podobala mi sie wcale, bo byla raczej wrzeszczaca. Za to wegierski skrzypek na stale wspolpracujacy z POSKiem, ktory tej orkiestrze akompaniowal i wykonal kilka solowek - prawdziwy wirtuoz, oczarowal mnie kompletnie. A juz, jak widzac moj nieklamany zachwyt, zblizyl sie do naszego stolika, by grac specjalnie dla mnie, nie ukrywam, ze zrobilam sie mietka w nogach, prawdziwie dech mi zaparlo, a moje sentymentalne serce rwalo sie na strzepy. Az moj Michalek krecil sie niespokojnie - tak "rozgrzanej" matki pewnie jeszcze dotad nie widzial. ;-)

Poza naszym "polskim" dziesiecioosobowym stolikiem, na niezbyt wprawdzie zaludnionej sali, reszta to byli Rosjanie. Na ucho mi podszeptano, ze to ruska mafia, sama juz nie wiedzialam, czy smiac sie z tego powodu, czy plakac. Na wszelki wypadek wzielam poprawke na slabosc moich rodakow do sensacyjnych atrakcji, uwazalam jednak, by obserwowac ich stolik bardzo, bardzo dyskretnie.

Wodke w kazdym razie pili polska, naliczylam osiem butelek plus trzy szampany. Panowie ubrani w klasyczne garnitury z kamizelka oraz w ciezkie zlote zegarki. Trzymali sie raczej na dystans, na parkiet do tanczenia "Kalinki" wysylali jedynie swoje panie, ujmujac je od czasu do czasu kamerami najlepszych japonskich marek. Za to panie, by je, bron Boze, nie obrazic, byly nad miare zywiolowe, super ekstrawaganckie, roztanczone i rozspiewane. Szalaly na parkiecie, odnioslam wrazenie, by byc docenione przez swoich panow. Drugim moim wrazeniem, ze za te "zabawowosc" musialy byc dobrze oplacone.

Szczegolnie, gdy jedna z nich, cala ubrana w zarloczna czerwien tak opieta, ze kazda wypuklosc sie niebezpiecznie uwypuklala, a kazde zaglebienie jej ciala prowokacyjnie poglebialo, rozgrzana skocznym tancem co i rusz rezygnowala z jakiejs czesci garderoby. Gdy wychodzilismy skakala juz tylko w krotkich czerwonych szortach i jeszcze krotszym czerwonym staniczku. A "mafiozy" nic, tylko filmowali. Oj, potrafia sie ci Rosjanie nawet w Polskim Osrodku Sztuki i Kultury zabawic.

To tyle z co wiekszych ciekawostek. Zeby jakos zakonczyc, najlepiej zakonczyc jak tradycyjny dziennik telewizyjny, a wiec "meteo"! Angielska pogoda zrobila mi psikusa, bo prawie wcale nie chcialo padac, a juz naprawde mialam widac pecha, bo nawet na lekarstwo nie bylo przyslowiowej londynskiej mgly. Lazilam po Londynie glownie przy tak zwanym zachmurzeniu umiarkowanym. I tu bylo fajnie! Sloneczko wychodzilo na krociutka chwile, a tu juz dawaj, niemal wszyscy rozbieraja sie prawie do rosolu. Za moment chmurka, zimno wilgotne, przenikliwe - wszyscy wpychaja sie w swoje kurtki, a nawet welniane jesionki. Zaczelo kropic dosc niespodziewanie, oczom nie wierze, po chodnikach maszeruja barwne i wymyslne parasole. Krotko mowiac, pogoda kaprysna, wychodzac z domu trzeba byc przygotowanym na kazda okolicznosc - meczace. Ale dla Anglikow z ta ich angielska flegma - no problem! Oj, zebym ja tak potrafila. Od dzis pracuje nad swoim narwanym slowianskim charakterem. Zawsze by to byla niewymierzalna dla mnie korzysc z tej podrozy do Anglii, a przy okazji potwierdziloby sie raz jeszcze, ze jednak podroze ksztalca. :-)

Studia za granica tez ksztalca. Jeszcze rok i Michal wroci do Francji. Bardziej samodzielny, dojrzalszy. Pozna lepiej jezyk, inne (o rany, jakie inne!) warunki studiowania, zycia i pracy. Boje sie, ze Ojciec, pewnie rekompensujac swoje wlasne niespelnione marzenia, chetnie by wypchnal Michala zaraz potem na rok albo dwa do USA. Nooo, ale tam, to juz za chinskiego pana nie pojade go odwiedzic. Zreszta bardziej oczytana jestem w literaturze amerykanskiej niz angielskiej - to po kiego diabla?! Zostane przy swoich wyobrazeniach o tym kraju i... internetowych dyskusjach, oczywiscie.
;-)

z lbem pekajacym od wrazen, bardzo serdecznie,


(c) Magdalena Nawrocka
www.geocities.com/magdanawrocka 1
Hosted by www.Geocities.ws