Z WIZYTA W ANGLII
"Pierwsze czterdziesci lat dostarczaja nam tekstu, reszta
jest komentarzem."
- Artur Schopenhauer
Oho, i tu by sie zgadzalo. Nie tylko, ze jestem juz po
czterdziestce, ale i mam ogromna chec na komentarz. Co nie
znaczy, zebym znow miala sie czuc taka stara, przeciwnie chyba,
bo jako zagorzaly domator i fotelowy odkrywca swiata, nagle mi
cos odbilo i podjelam decyzje nieodwolalnie stanowcza, by po
raz pierwszy od tych kilkunastu lat, gdy zyje w Europie
Zachodniej odwiedzic Anglie, ktora jest od Francji tuz-tuz za
kanalowa miedza, a do ktorej jakos nigdy nie bylo mi po drodze,
no i tu wroce do aforyzmu - niczego, ale to niczego w tej
podrozy nie odkrywalam, za to moge bez zbednego krygowania sie
po swojemu te wycieczke skomentowac. Od razu zreszta sie
zastrzegam, ze jest to komentarz robiony na zywo i wylacznie
subiektywny. Zeby ktos potem nie mial do mnie pretensji, ze mu
sie cos tam nie zgadzalo. "Tekstu" niech szuka sobie sam,
tuptajac po Londynie albo niech przestudiuje przewodnik
turystyczny. Ja komentuje, nic wiecej. :-)
Zreszta motywy mojej wycieczki byly raczej macierzynskie
niz poznawcze jako, ze moj syn, Michal, studiuje w Kingston,
uroczym, uniwersyteckim miasteczku obok Londynu, a zawszec
silniejszy to motyw - matczyna tesknota od mlodzieniaszkowego
glodu nowych wrazen i napedowej ciekawosci poznawania swiata.
Bylam piec dni. Ani za duzo, ani za malo, by sie napatrzyc,
nasluchac, wyrobic sobie jakas tam opinie o naszych
wyspiarskich sasiadach. Moze sie myle, moze to bedzie plytkie,
co powiem, ale stwierdzam: Anglia to "inny swiat"!
Zupelnie inna mentalnosc ludzi, styl zycia, organizacja
pracy. Anglia ma swoja niepowtarzalna specyfike, specyfike
oparta na zamierzchlej tradycji, kupe zwyczajow, regul,
rytualow, ktore to grzecznie nazwalabym dziwactwem. I co jest
najbardziej w tym wszystkim szokujace, to ta jakas
niezrozumiala, nieprawdopodobnie uparta zawzietosc, by w
pewnych sprawach zostawic wszystko jak bylo, nie zmienic
niczego ani na jote. Anglia jest mumia dzisiejszego swiata!
Trzymac sie wszystkiego, co bylo od wiekow, niewazne, czy madre
to, czy zupelnie glupie, jakby sie bali jakichkolwiek zmian i
nowosci. Wszystko konserwowac! Monarchie, lordowskie tytuly,
stare budowle, odwieczne protokoly... Raz w zamierzchlych
czasach wprowadzone w zycie ma zostac jak bylo. Absurdalnosci
takiego podejscia na co dzien, by dac jakis przyklad, sama
doswiadczylam dotkliwie, korzystajac z podlondynskiej kolei.
Takiego burdelu nie widzialam we Francji nawet w czasie
dlugotrwalych strajkow SNCFu. Kiedy u nas pracownicy kolei
strajkuja, chociaz minimum transportu jest zapewnione. Rozklad
pociagow, choc liczebnie ograniczony, podany jest wszem i wobec
i jest dosc scisle przestrzegany. W podlondynskiej komunikacji
nic, ale to nic nie wiadomo. Ludzie lataja jak oglupiale barany
z jednego peronu na drugi, zmieniaja pociagi na zasadzie - a
moze chociaz ten ruszy, a moze zatrzyma sie na stacji, ktora
mnie interesuje? Byc moze trafilam na jakies niefartowne dni
tej "tradycyjnej kolei", takie jednak odnioslam wrazenie. Mimo,
ze w oglupialym tlumie pelno ubranych na zolto "sluzbistow", na
przyklad do sprawdzania biletow (drogich jak cholera!),
ustawionych zaraz za kontrolnym automatycznym przejsciem, i oni
bezradnie rozkladaja rece - cos tam sie stalo, gdzies tam sie
zapchalo, ktorys z pociagow sie zepsul, tory sie wypaczyly i
inne tego typu przypadlosci, ktore sprawiaja, ze teoretycznie
mialo cos jechac, a nie jedzie. Jak sie naprawi to moze cos
gdzies ruszy, wciaz nie wiadomo co i dokad. Radocha po pachy!
A jak juz ktorys pociag mial odjezdzac, pojawial sie
zawiadowca stacji - taki najprawdziwszy! - uniformowany i z
duzym lizakiem. Jezusie, jaka nostalgia mnie ogarnela! Zupelnie
jak w naszej kochanej Polsce zaraz w powojennych czasach. Jakby
nie bylo, corka kolejarza jestem, moze dlatego tak mnie wzielo.
Naogladalam sie troche rodzinnych, jeszcze takich czarno-
bialych zdjec i tu identiko. W koncu, fakt faktem, to Anglicy
wymyslili kolej. Jak wybudowal im ten Stephenson pierwsza linie
w 1825 roku, tak juz zostalo. Zmieniac, usprawniac - ostroznie,
powolutku albo najlepiej wcale. Ale w deche!
Francuzi w takiej sytuacji zrobiliby pieklo. Kazdy by sie
zzymal, klal, pieklil ile wlezie na takie olewanie, balagan i
marnotrawstwo czasu, a Anglicy - rezygnacja i spokoj. I tak to
zobaczylam przyslowiowa angielska flegme. Oj, nie na moje nerwy
taka flegma, od razu Wam mowie. A oni, moze i remedium na tak
zwariowane zycie wynalezli - i bylaby to wcale nieglupia
ciekawostka, rzecz mala, a cieszy - a sa to mianowicie
wszedobylskie rozdzwonione przenosne telefony.
Wszedzie dzwoni - w oszalalym biegu po londynskich
dworcach, w barach, autobusach, w sklepach na ulicy - kazdy cos
peroruje do sluchawki, nie przerywajac zagonionej rutyny
codziennego zycia. W przedziale "pociagu do nikad", w ktorym
sie nagle znalezlismy poza mna wszyscy pozostali pasazerowie
wydzwaniali na prawo i lewo, dzwonienie malych aparacikow
rozlegalo sie nieprzerwanie. Jeden taki, jak jakis spiker
telewizyjny albo inny wazniak, to mial az dwa aparaty, mikrofon
przytroczony do gorsu koszuli i sluchawki przy uszach, czym
przebijal wszystkich pozostalych, bo konwersowal jednoczesnie z
dwiema osobami, gorliwie robiac notatki na blankiecie biletu.
Jeszcze takiego fachury nie widzialam - jak to podroze
ksztalca!
No i trzeba przyznac, ze obsluga jest bardzo uprzejma. Jak
juz ten ktorys z rzedu pociag wreszcie ruszyl, z kabiny dla
maszynisty wyszedl kolejarz z zelaznym kluczem, ktorym otwieral
wagon po wagonie, by bardzo uprzejmie, bardzo grzecznie, bardzo
perswadujaco i bardzo szczerze przeprosic wszystkich pasazerow
za kolejna niedogodnosc. Pocieszal przy okazji, ze za to pociag
nie bedzie sie zatrzymywal nigdzie po drodze az na docelowej
stacji. Dla mnie z Michalem bylo to wlasciwie male piwo, bo
wysiedlismy tylko dwie stacje dalej niz nam pasowalo. Jak
pasowalo to innym pasazerom, diabli wiedza, ale im z ich
przyslowiowa angielska flegma zawsze latwiej, ja tam sie
wkurzylam i to zdrowo, szczegolnie, ze po calodziennym
zwiedzaniu nogi mi weszly, jak to sie mowi... gdzie, kazdy wie.
Za to bylismy, jak mowie, nad wyraz grzecznie przeproszeni
- co kurcze, w dzisiejszych bezpardonowych czasach zawsze sie
liczy - podnioslo mnie to na duchu, nie powiem. Gdyby nie
sceptyczny i zlosliwy Michalek, ktory nie omieszkal
skomentowac, ze byc moze ten facet, co to wlasnie przechodzi od
pierwszego do ostatniego wagonu jest akurat maszynista naszego
pociagu, bo w tym kraju wszystko mozliwe. Pociag do nikad i
jeszcze bez maszynisty, to juz jednak lekka przesada. Odebralam
te zjadliwe slowa troszke zjadliwego wobec Anglikow Michala
jako ciezki angielski dowcip, nie ukrywam jednak, ze z ulga
wysiadlam na peronie zaledwie dwie stacje dalej niz
zamierzalismy wysiasc.
Jeszcze jedna rzecz bardzo mi sie podobala na Victoria
Station. Zaganianym w oblednym przerzucaniu sie z peronu na
peron pasazerom mili, grzeczni mlodzi ludzie oferowali
reklamowe napitki. Obdarzali wszystkich, ktorzy sie nawineli
pod reke jednorazowymi szklaneczkami z orzezwiajaco
wygladajacym pomaranczowym napojem. Mialam wielka chec choc na
chwile sie zatrzymac, bo w gebie mi zaschlo od tego morderczego
biegu i stresujacej niepewnosci, czy uda nam sie jakos wrocic
do domu. Na szczescie moj czujny synek ostrzegl mnie w sama
pore - to napoj alkoholizowany, a ja niepijaca. Nawet dosc
mocno alkoholizowany! A rozdawany na prawo i lewo. I we Francji
sa najrozniejsze degustacje najrozniejszych napitkow, nigdy
jednak serwowane tak niefrasobliwie. Poniewaz jestem z natury
wyrozumiala dla ludzkiej slabosci, chociaz tutaj bardziej mozna
mowic o komercjalnym nachalstwie, szybko usprawiedliwilam ten
proceder - kazda obrona przed zbytnim stresem dobra, a w tak
zwariowanych warunkach moze pomoc tylko albo tranksen 50 (jeden
z silniejszych srodkow uspokajajacych), albo gleboka lufa. Aby,
bron Boze, nie mieszac!
Pijanych w pestke, czesto bardzo mlodych ludzi, widzialam
duzo. Tez pewnie przez te zaskorupiala tradycje, stres i
pospiech. Punkt jedenasta, w kazdym pubie - bum! - koniec
picia. Wszyscy cali w nerwach, ze zaraz zamkna, spiesza sie, co
jest zupelnie zrozumiale, by zdazyc przed zamknieciem wypic
swoje. Pic szybko i nerwowo, najlepszy sposob na zapicie paly.
Totez te paly zapijaja. A potem sie szwendaja, igrajac ze
smiercia po niemozliwej do pojecia lewopasmowej szosie. O
wypadek nie trudno, tu nawet piesi, trzezwi jak gwizdek, nawet
na pasach i przy zielonym swietle nie tyle przechodza, co
wyrywnie uciekaja. Po kilkusekundowej zmianie swiatla kawalkada
nerwowo czekajacych samochodow rusza z kopyta, pewnie zmiatajac
w puch wszystkich spoznialskich dwunoznych. Oj, to nie to samo,
co we Francji, gdzie nawet szurniety pijaczyna przechodzacy
wcale nie na pasach, tylko tam, gdzie mu akurat wypadnie
traktowany jest przez kierowcow jak swieta krowa. Kazdy
przyhamuje z piskiem opon.
Londyn zwiedzalam na piechote. Po pierwszym dniu
morderczego marszu - kurcze, tam wszyscy gonia, jakby sie
palilo, nawet inwalidzi na super zautomatyzowanych inwalidzkich
wozkach zasuwaja po chodniku, brawurowo lawirujac wsrod
zabieganego tlumu chyba z predkoscia czterdziesci na godzine,
czyli nieduzo wolniej niz ja na autostradzie moim Polo -
zlecielismy wszystko, co sie dalo. Uwielbiam przesadzac, ale tu
chyba bez przesady moge powiedziec, ze zrobilismy ponad
trzydziesci kilometrow. Nawet jak przesadzam, bylo tego duzo za
duzo, bo nie od kozery na drugi dzien czulam bol w kosciach i w
miesniach, jakbym zleciala z dziesiatego pietra. Na drugi
dzien, uzywajac calego rodzicielskiego autorytetu, przykazalam
synkowi oprowadzac mnie wolniej i wybiorczo. Poskutkowalo,
wieczorem czulam sie, jakbym spadla tylko z drugiego pietra.
Raz tylko wepchnelam na sile Michala do czerwonego
londynskiego dwupietrusa. Racje jak zwykle mialam, bo
zobaczylam pod samiusienki koniec dwudziestego wieku
konduktora, ktory sprawdzal lub sprzedawal i kasowal bilety.
Konduktor w epoce najwyzszych elektronicznych usprawnien - zywy
relikt! Pamietacie polskie tramwaje w latach bodajze
szescdziesiatych albo i wczesniej z konduktorem usadzonym przy
drzwiach - bileciki, bileciki, prosze?! Potem, jak juz cale
zwisajace winogronko wepchnelo sie do srodka, szarpal za linke
dzwonka, dajac sygnal tramwajarzowi, ze moze ruszyc. O, rany,
kiedy to bylo?! Dzisiaj automatyczne czujniki, metalowe
zgryzaczki do taksowania biletow, a w takiej Anglii wszystko po
staremu. Dobra, koncze ten temat, bo znow sie rozczule.
Za to wroce do poczatku. Jak to w dojrzalym wieku niczego
sie nie odkrywa, a tylko raczej porownuje, weryfikuje. Mimo ze
Londyn, bardzo, ale to bardzo mi sie spodobal, absolutnie
niczym mnie nie zaskoczyl. Przyjechalam do Anglii z gotowym
jakims tam o niej wyobrazeniem, wyobrazeniem wyrobionym, mysle,
na podstawie przeczytanych ksiazek czy obejrzanych filmow.
Chyba w koncu musze stwierdzic, ze wyobraznia zubaza.
Wyobrazalam sobie Londyn dokladnie taki, jakim go zobaczylam.
Zadnych niespodzianek, a szkoda.
Moze jedna rzecz, ktora mnie mimo wszystko zszokowala, to
mlodzi ludzie z "metalowym tradzikiem". Nie powiem, widzialam w
Paryzu, ktory w koncu nie jest az takim zasciankowym miastem,
roznych swirow: czerwono i zielonowlosych z metalowymi
koleczkami w nosie i gdzie indziej, na przyklad. Jednak ladnej,
mlodej twarzy z nawbijanymi jeden przy drugim metalowymi
szpikulcami w zyciu nie widzialam. Okropnosc, az mna rzucalo!
Zwiedzalam miasto na wariata, troche to dobrze, a troche
_le. Odkrywalam coraz to piekniejsze budowle i jeszcze nie
dochodzac, probowalam zgadywac, czy to kosciol, galeria,
muzeum, teatr, szpital czy szkola - fajna zabawa! I tu
ciekawostka: poza naprawde znanymi calemu swiatu londynskimi
zabytkami, nie udalo mi sie trafic ani razu. Jedno mi sie tylko
absolutnie zgodzilo - to ta az zgestniala atmosfera najstarszej
historii. Zgoda, w Paryzu tez ja wyczuwam i zreszta uwielbiam.
Nie jest ona jednak do tego stopnia intensywna, wszechobecna i
az tak przejmujaca jak w Londynie. A przeciez, do diabla, z
tego, co wiem, Londyn w czasie wojny byl mocno nalotami
bombowymi poturbowany, podczas gdy Paryz nie doznal zadnego
szwanku. Jak to ci Anglicy zrekonstruowali, by duch historii
tego miasta pozostal nietkniety? Bo pozostal, czulam go
wszedzie, na kazdym kroku.
Rozczarowalam sie co do dwoch slynnych londynskich
atrakcji. Buckingham Palace nie zrobil na mnie oczekiwanego
wrazenia. To juz duzo ladniejszy jest Krolewski Palac w
Amsterdamie, nie wspominajac przeuroczego Krolewskiego Placu w
Brukseli. A juz, ze w Hyde Parku nie bylo zadnego swirusa
ktory, jak oczekiwalam, staje i gada swoje trzy po trzy do
zgromadzonej gawiedzi, rozczarowalo mnie niepomiernie.
Wszystkich swirusow, jak na zlosc, jakby wymiotlo, choc
wracalam tam kilka razy. Nawet konni jezdzcy promenujacy sie z
godnoscia wytoczonymi alejami i podazajacy za nimi "umyslni",
by pospiesznie zebrac malownicze konskie nieczystosci nie byli
w stanie mnie pocieszyc. I zle sie stalo, bo jak tylko jestem
niepocieszona zaraz sie robie zlosliwa. Pomyslalo mi sie tak
jakos - a moze te wszedobylskie kieszonkowe telefony, te
nieustanne telefoniczne konwersacje wokol, to tylko taka zmylka
- pogadal sobie sam z soba? Bo wszedzie i bez ustanku prowadzic
telefoniczne rozmowy?! - jest tu cos z paranoi. Widocznie
swirusy wylazly z Hyde Parku, by rozlezc sie po calym miescie i
wyzywac sie w swirnietej gadce pod oslona modnych telefonow?
Czy ja wiem, tez sposob.
Za to inna rzecz mnie podbudowala. Rzetelna, skrupulatna
penologia Anglikow. Dla tych, co niekoniecznie zaraz wiedza, co
to za dziwadlo, sama wyczytalam w slowniku, ze jest to nauka o
genezie i funkcji kary. O, do diaska, tu mi zaimponowali! Na
kazdym kroku wywieszka - przeskrobiesz cos tam, mandat tyle to
a tyle. Dokladnie co do funta, ani funta mniej, ani wiecej. I
scisle sprecyzowane rozroznienia. Na przyklad, za pomazanie
lawki w pociagu 3 funty, za niepotrzebne wlaczenie alarmu 100.
A policja angielska podobno bardzo, ale to bardzo sprawna.
Totez taki, u ktorego cienko w portfelu na duza glupote sie nie
wysili. Kazdy wariatem na swoja kieszen, uwazam to za cholernie
sluszne, sprytne i sprawiedliwe. Zmyslne te Angliki, oj,
zmyslne. ;-)
Tak ze policja angielska jest wspaniala. Czego nie mozna
podobno powiedziec o angielskich strazakach. Kiedys tam spalilo
im sie od zapomnianego w ktoryms z piecykow ciasta prawie pol
miasta i od tamtej pory popadli w zdecydowana paranoje. "Non
smoking" prawie wszedzie, kazdy budynek obwieszony tak
wrazliwymi czujnikami na byle dymek, ze wlozenie dwoch
plasterkow chleba do tostera grozi niechybnym wlaczeniem sie
jazgotliwego przeciwpozarowego alarmu. A jak alarm, to
przetrenowana zawczasu indywidualnie i grupowo sprawna
ewakuacja. Podczas moich pieciu nocy w akademiku Michala,
dwukrotnie sprawnie sie ewakuowalam w noc dzysta i chmurna, by
czekac na strazakow, ktorzy po raz kolejny przyjada tylko po
to, by stwierdzic, ze to przyslowiowy dym bez ognia. Ktos tam
bezmyslnie i nieopatrznie przypalil papierosa pod czujnym
czujnikiem. Za co oczywiscie poleci bezmyslnemu palaczowi kara,
kara oczywiscie wyszczegolniona za takie wykroczenie czarno na
bialym. Dobre chociaz i to, bo tak by sie okazalo, ze dzielni
strazacy przyjechali zupelnie na marne.
Rozgadalam sie troche, a mam jeszcze chec dosypac kilka
slow komentarza o Polonii w tym kraju. Bylam w POSK-u - Polskim
Osrodku Sztuki i Kultury na King Street. Co przezylam, co sie
napatrzylam, nasluchalam to moje. Tu musze od razu nadmienic,
jako ze caly ten moj pobyt byl porownawczym odniesieniem do
Francji, ze we Francji Polonia jako rzeczywiste skupienie
Polakow faktycznie nie istnieje. Sa wprawdzie jakies
stowarzyszenia, federacje, Instytut Polski, Biblioteka Polska,
polskie koscioly (dwa albo trzy?), wiele zabytkow historycznych
pozostajacych juz jedynie jako slad dawnej polskiej emigracji,
no i cmentarz na Pere Lachaise, gdzie odpoczywaja w pokoju
Polacy, ktorym przyszlo umrzec na francuskiej ziemi. To, co
dzisiaj w przewodnikach figuruje jako polski oficjalny osrodek
ma wprawdzie nazwe, adres, numer telefonu i faksa, natomiast
jakas konkretna jego dzialalnosc jest albo zbyt malo widoczna,
albo po prostu fikcyjna. Miedzy nami, obawiam sie, ze raczej to
drugie.
Polonia w Anglii jest niesamowicie liczna, zywa, aktywna.
Wyraznie widac gleboki rozdzial na stara, powojenna emigracje i
emigracje mlodego pokolenia. Co jest jednak ciekawe, mlodzi
ludzie, ktorzy przychodza, bezlitosnie krytykuja wapniakow,
przestarzale struktury i formy ich dzialalnosci - jak wszedzie
- natomiast przy wprowadzeniu nawet daleko idacych zmian maja
przewodnia idee, jaka jest wzmocnienie Polonii, werbowanie
dzieci i mlodziezy, a wszystko, by za wszelka cene podtrzymac
polska tradycje, polski jezyk i chyba szczegolnie, wesprzec
religie katolicka, jako ze przyszlo im zyc w protestanckim
kraju.
Z tego, co sie wywiedzialam, a mozecie mi wierzyc, ze
potrafie ciagnac za jezyk, stara Polonia wskutek nieodwracalnej
kolei rzeczy wymiera. W porownaniu z powojennymi latami jest
uszczuplona i bardzo oslabiona, wciaz jednak konfliktowa,
wewnetrznie sklocona. Walcza ze soba o prestiz, moze w gre
wchodza jakies pieniadze, faktem jest, ze opowiadano mi o wrecz
dramatycznych potyczkach, o bezwzglednym odrzuceniu kogos, kto
tam akurat nie pasowal lub wpychaniu na piedestal kogos, kto
mial pieniadze i wplywy. Sluchajac ich, zzymalam sie w sobie w
poczuciu niesmaku i przykrosci. Czy wszedzie, gdzie sa Polacy,
musi byc nie przebierajaca w srodkach walka o wplywy, niszczaca
rywalizacja i niska ludzka zawisc?...
Mlodzi Polacy maja zupelnie inna postawe. Aktywna,
konstruktywna postawe: co zrobimy, to dla nas; ten sie liczy,
kto naprawde dziala; nikt nam nic nie da, musimy wszystko, co
chcemy zdobyc sami... Sluchajac ich, serce mi roslo, ze nawet
na obczyznie mamy tak pelna inwencji i zdrowego rozsadku
wspaniala i zywotna polska mlodziez. A jeszcze do tego mlodziez
ktora, jak juz wspominalam, pragnie ze szczerym przekonaniem
podtrzymac polska tradycje. By dac jakis przyklad.
Krzewienie tradycji, to miedzy innymi kontynuacja pieknej
wychowawczej pracy polskiego harcerstwa. I tu sa mlodzi. Mlodzi
harcerze, wyszkoleni przez doskonalych starej daty
przewodnikow, z ktorych tak wielu juz niestety odeszlo, wkuwaja
w czyn te prawie juz dwuwieczne i jak sie okazuje wciaz zywe, i
atrakcyjne idee, co sprawia, ze harcerstwo w Anglii jest chyba
najprezniejszym zwiazkiem na swiecie dzialajacym poza granicami
kraju. Zwiazek Harcerstwa Polskiego z siedziba w Londynie liczy
dziesiec tysiecy zrzeszonych, prowadzi prace wychowawcza na
czterech kontynentach (np. miedzynarodowe zloty, obozy), w
czternastu krajach, obejmuje siedem okregow ZHP, czternascie
choragwi harcerek i harcerzy, szescdziesiat hufcow, z roku na
rok zwieksza sie liczba zuchow. To doprawdy piekne i
imponujace. Czy widac podobna preznosc tego przykladowego
harcerstwa w kraju? Ot, ciekawostka.
Z innych ciekawostek. Przejrzalam sobie pobieznie "Polski
Informator" wydawany przez "Zjednoczenie Polskie w Wielkiej
Brytanii". O rany, czego tam nie znalazlam! Czy wiecie, jakie
sa najpopularniejsze uslugi oferowane Polakom przez Polakow?
Juz wymieniam - z tych mniej typowych - jak turystyczne,
transportowe czy wynajem mieszkan. A wiec: dentysci, doradcy
prawni (jak sie procesowac z Anglikami, itp.), uslugi
archiwalne (poszukiwania genealogiczne, itp.), najrozniejsze
terapie medyczne, w tym wiele wygladajacych na zdecydowanie
szarlatanskie oraz, co mnie uderzylo, cala masa najrozniejszych
osrodkow dla osob starszych.
Tu znow az mi sie cisnie porownanie. We Francji tak zwana
trzecia mlodosc, to ludzie dopiero po osiemdziesiatce,
natomiast w Anglii jako osoby starsze traktowani sa ludzie juz
od szescdziesieciu lat. Za to z drugiej strony, nigdy nie
widzialam we Francji tylu pracujacych bardzo mlodych ludzi,
pewnie szesnastolatkow, co w Anglii widzi sie na kazdym kroku.
Niby we Francji szesnastolatek teoretycznie tez ma prawo
pracowac, jednak jedynie za zgoda rodzicow, co w sumie sprawia
pracodawcy tyle zachodu i wdeptuje go zaraz w tak gleboka
biurokracje, ze praktycznie nie zawraca sobie glowy golowasem,
czeka az przyjdzie do niego mlodzieniec pelnoletni. W Anglii
widocznie z ta praca mlodocianych prosciej. Pozostaje jedynie
pytanie - dobrze to czy zle?
A sam POSK? Ladny pieciopietrowy nowoczesny budynek
polozony w swietnym punkcie Londynu, zbudowany, jak mi
powiedziano, po prostu ze skladek polskich emigrantow. Polski
Osrodek Sztuki i Kultury - to nie jest pusta nazwa bez
pokrycia. Wszystko tam jest: najwieksza poza krajem biblioteka
polska, teatr (akurat, gdy bylam, wystepowal Jan Pietrzak),
kino, galeria artystyczna o bardzo wysokim poziomie,
ksiegarnia, klub mlodziezowy, klub szachistow - to dla ducha. A
dla ciala - pieknie wystrojone obrazami polskich malarzy,
rycinami polskich miast lub pamiatkowymi zdjeciami (na jednym z
nich np. Lech Walesa, na innym Pani Anders) restauracja w
najlepszym stylu, kawiarnia i dyskoteka. To pewnie jeszcze nie
wszystko, co udalo mi sie podpatrzyc, a juz i tak jest tego
sporo.
Restauracja w POSK-u nazywa sie niepretensjonalnie, a
swojsko - "Lowiczanka", bo sa tez inne rodzime restauracje,
ktore juz sama nazwa okreslaja swoj charakter, jak na przyklad
restauracja polska "Wodka" albo "Na zdrowie!". Niby tez jak
najbardziej bezpretensjonalnie, ale zdecydowanie pod wzgledem
skojarzen niezbyt ladnie.
W "Lowiczance" jest bardzo kameralnie, bardzo szykownie,
troche drogo. Za to tradycyjne polskie potrawy typu: rosol,
barszcz czerwony z pasztecikiem lub koldunami, pyzy nadziewane
miesem (o rany, co za pyzy!), pierogi z najrozniejszym farszem,
lacznie z niesmiertelnym schaboszczakiem, na deser prawdziwe
polskie ciasta domowego wypieku - wszystko to jest naprawde
przepyszne, elegancko podane, gorace i swieze, az mi slinka
leci, bo straszny ze mnie lakomczuch. Mloda obsluga wprost
przemila. Elegancki swiat.
Trafilismy troche nietypowo, bo byl to akurat tak zwany
wieczor rosyjski. Dobra orkiestra z balalajka, stare romanse,
nowe rosyjskie przeboje, podstarzala solistka bez efektu
podrobiona na mloda dziewczyne, nie podobala mi sie wcale, bo
byla raczej wrzeszczaca. Za to wegierski skrzypek na stale
wspolpracujacy z POSKiem, ktory tej orkiestrze akompaniowal i
wykonal kilka solowek - prawdziwy wirtuoz, oczarowal mnie
kompletnie. A juz, jak widzac moj nieklamany zachwyt, zblizyl
sie do naszego stolika, by grac specjalnie dla mnie, nie
ukrywam, ze zrobilam sie mietka w nogach, prawdziwie dech mi
zaparlo, a moje sentymentalne serce rwalo sie na strzepy. Az
moj Michalek krecil sie niespokojnie - tak "rozgrzanej" matki
pewnie jeszcze dotad nie widzial. ;-)
Poza naszym "polskim" dziesiecioosobowym stolikiem, na
niezbyt wprawdzie zaludnionej sali, reszta to byli Rosjanie. Na
ucho mi podszeptano, ze to ruska mafia, sama juz nie
wiedzialam, czy smiac sie z tego powodu, czy plakac. Na wszelki
wypadek wzielam poprawke na slabosc moich rodakow do
sensacyjnych atrakcji, uwazalam jednak, by obserwowac ich
stolik bardzo, bardzo dyskretnie.
Wodke w kazdym razie pili polska, naliczylam osiem butelek
plus trzy szampany. Panowie ubrani w klasyczne garnitury z
kamizelka oraz w ciezkie zlote zegarki. Trzymali sie raczej na
dystans, na parkiet do tanczenia "Kalinki" wysylali jedynie
swoje panie, ujmujac je od czasu do czasu kamerami najlepszych
japonskich marek. Za to panie, by je, bron Boze, nie obrazic,
byly nad miare zywiolowe, super ekstrawaganckie, roztanczone i
rozspiewane. Szalaly na parkiecie, odnioslam wrazenie, by byc
docenione przez swoich panow. Drugim moim wrazeniem, ze za te
"zabawowosc" musialy byc dobrze oplacone.
Szczegolnie, gdy jedna z nich, cala ubrana w zarloczna
czerwien tak opieta, ze kazda wypuklosc sie niebezpiecznie
uwypuklala, a kazde zaglebienie jej ciala prowokacyjnie
poglebialo, rozgrzana skocznym tancem co i rusz rezygnowala z
jakiejs czesci garderoby. Gdy wychodzilismy skakala juz tylko w
krotkich czerwonych szortach i jeszcze krotszym czerwonym
staniczku. A "mafiozy" nic, tylko filmowali. Oj, potrafia sie
ci Rosjanie nawet w Polskim Osrodku Sztuki i Kultury zabawic.
To tyle z co wiekszych ciekawostek. Zeby jakos zakonczyc,
najlepiej zakonczyc jak tradycyjny dziennik telewizyjny, a wiec
"meteo"! Angielska pogoda zrobila mi psikusa, bo prawie wcale
nie chcialo padac, a juz naprawde mialam widac pecha, bo nawet
na lekarstwo nie bylo przyslowiowej londynskiej mgly. Lazilam
po Londynie glownie przy tak zwanym zachmurzeniu umiarkowanym.
I tu bylo fajnie! Sloneczko wychodzilo na krociutka chwile, a
tu juz dawaj, niemal wszyscy rozbieraja sie prawie do rosolu.
Za moment chmurka, zimno wilgotne, przenikliwe - wszyscy
wpychaja sie w swoje kurtki, a nawet welniane jesionki. Zaczelo
kropic dosc niespodziewanie, oczom nie wierze, po chodnikach
maszeruja barwne i wymyslne parasole. Krotko mowiac, pogoda
kaprysna, wychodzac z domu trzeba byc przygotowanym na kazda
okolicznosc - meczace. Ale dla Anglikow z ta ich angielska
flegma - no problem! Oj, zebym ja tak potrafila. Od dzis
pracuje nad swoim narwanym slowianskim charakterem. Zawsze by
to byla niewymierzalna dla mnie korzysc z tej podrozy do
Anglii, a przy okazji potwierdziloby sie raz jeszcze, ze jednak
podroze ksztalca. :-)
Studia za granica tez ksztalca. Jeszcze rok i Michal wroci
do Francji. Bardziej samodzielny, dojrzalszy. Pozna lepiej
jezyk, inne (o rany, jakie inne!) warunki studiowania, zycia i
pracy. Boje sie, ze Ojciec, pewnie rekompensujac swoje wlasne
niespelnione marzenia, chetnie by wypchnal Michala zaraz potem
na rok albo dwa do USA. Nooo, ale tam, to juz za chinskiego
pana nie pojade go odwiedzic. Zreszta bardziej oczytana jestem
w literaturze amerykanskiej niz angielskiej - to po kiego
diabla?! Zostane przy swoich wyobrazeniach o tym kraju i...
internetowych dyskusjach, oczywiscie.
;-)
z lbem pekajacym od wrazen, bardzo serdecznie,
(c) Magdalena Nawrocka
www.geocities.com/magdanawrocka