PIJANY SWIAT




"Byl alkoholikiem i w tej namietnosci wypowiadal sie bez reszty."
- Emil Zegadlowicz



Mlody chlopak na jednej z grup dyskusyjnych poruszyl problem zagrozenia alkoholizmem szczegolnie wsrod mlodziezy, czesto uderzajacego ludzi nawet na wysokim intelektualnym poziomie. Z gorycza mowil o piciu jako juz utrwalonym stylu zycia zarowno wsrod gnojkow, jak i ludzi doroslych. Trudno sobie wyobrazic na przyklad spotkanie towarzyskie bez picia. Czy to bedzie gra w karty, potancowka, chrzciny czy stypa - wszedzie chlanie! Ten model nie tylko sie utrwala, ale i rozprzestrzenia. Pijany swiat. Alkoholizm siega po coraz to nowe ofiary. Tak strasznie dzis latwo znalezc "uzasadnienie", "usprawiedliwienie" dla picia, trudniej natomiast ograniczyc je lub z nim skonczyc. Szczegolnie tym slabszym, oczywiscie, ale skad wiedziec, ze jestes tym slabszym, bardziej poddatnym, ze latwiej i szybciej od innych wpadniesz w alkoholowa pulapke?

Mlodzieniec, bardzo slusznie zreszta, sam poczul sie juz powaznie zagrozony, wymienil wszystkie okolicznosci, w ktorych siega po butelke, najwyrazniej zdawal sobie sprawe jak latwo i szybko mozna sie od tego swinstwa uzaleznic. Opowiedzial nam o swoich udanych, czesciej nieudanych wlasnych probach kontroli nad piciem. Zakonczyl swoja wypowiedz sympatycznym pozdrowieniem skierowanym szczegolnie pod adresem osob niepijacych.

Odpowiedzialam na te wypowiedz - wyznanie mlodego czlowieka, nie moglam i nie chcialam udawac, ze nic do mnie nie dotarlo. Zbyt bolesny to dla mnie samej problem. Zacznelam od tego, co ogolnie mysle o problemie alkoholizmu, potem dodalam dosyc drastyczny komentarz, niestety z wlasnego, osobistego doswiadczenia. Henri Frederic Amiel powiedzial: "Nie wyleczy sie chorego, ktory nie wierzy w swoja chorobe." Cholernie mocno tyczy to wlasnie alkoholikow czy wszystkich innych chorych od czegokolwiek uzaleznionych.

Wiedza jest zasobem wiadomosci zdobytych dzieki uczeniu sie. Ladunek, bagaz - statyczny, bierny. Tylko tyle, kropka. Swiadomosc jest stanem psychicznym. To zdolnosc zdawania sobie sprawy w kategoriach pojeciowych (uogolnienie) z tego, co jest przedmiotem postrzegania i doznan. Jest to jakby przetworzenie, obrobka naplywajacych danych. Swiadomosc "organizuje" dane dostarczane jej przez zmysly, pamiec, dzieki czemu mozemy sie umiejscowic w czasie i przestrzeni oraz wobec otaczajacej nas rzeczywistosci. Jest rozeznaniem co do naszego istnienia, naszych czynow i zewnetrznego swiata. Tyle teoria.

Wezmy wiec alkoholika. Alkoholik "wie" najczesciej o szkodliwosci picia. Moze byc nawet zupelnie niezle obryty w teorii: znac kryteria alkoholizmu, miec rozeznanie w symptomach tej choroby, jej stadiach, a nawet pulapkach. I co z tego? Wie, ale pije. Bo nie bierze sobie tej wiedzy do siebie i swego stanu. Sa moze tacy, ktorzy maja problem, ale nie on, a w kazdym razie - jeszcze nie! Taki, co nie widzi problemu, nie bedzie probowal go rozwiazac. Alkoholicy znani sa wlasnie z tego, ze bronia sie przed "swiadomoscia" moze nie tyle rekami i nogami co ucieczka, ktora w ich przypadku jest coraz uporczywszym zapijaniem paly. Zeby nie myslec, zeby nie oceniac, zeby niby wiedziec, ale bez bycia swiadomym. A taki uciekinier od siebie samego jest bez szans.

"Swiadomy" alkoholik przetrawil docierajace do niego dane: i coraz bardziej drastyczne reakcje wlasnego organizmu, i obserwacje pijacego otoczenia, i to, co trabia madralinscy lekarze. Pokombinowal, rzucil okiem na dotychczasowe zycie, zastanowil sie nad tym, co go czeka. Dokonal wartosciowania, oceny - uznal swoj problem. Wie, ze jest alkoholikiem i ma do wyboru: albo kontynuowac, kontynuowac az do fatalnego konca, albo cos z tym zrobic. Juz duzo zrobil - obudzil swiadomosc! Jest to pierwszy, faktycznie najwazniejszy krok na drodze walki z nalogiem - dopiero teraz ma szanse.

Mlody czlowiek, ktory zainicjowal ten trudny temat, oczywiscie pewnie nawet nie wiedzial, ze ta jego tak szczera wypowiedz bardzo mnie poruszyla, a to jego pozdrowienie trafilo prosto do mnie. Dlaczego? Bo od ilu to juz lat? - bedzie dziewiec - jak siedze przed komputerem, saczac rdzo-zerna coca- cole, ktora zastapila szklaneczki juz od bardzo wczesnego wieczora az do kompletnego zamroczenia - szklaneczki niezmordowanie napelniane czerwonym winkiem, lubilam tez rozowe, nie powiem, a jako ze mieszkam we Francji napitku tego duzy wybor i nie przesadzony dostatek.

Czytelnicy moich felietonow, znaja moja historie i wiedza jak przez dziesiec dlugich lat borykalam sie z depresja. Z depresja i... z alkoholem. W tym cholerstwie nie wiesz, co pierwsze, gdzie poczatek, gdzie koniec. Pijesz, bo jestes w depresji? A moze jestes w depresji, bo pijesz?

Ja tankowalam zdrowo. Najpierw w towarzystwie, tu wszyscy chleja - normalka. Pozniej moje "towarzyskie picie" coraz gorzej przechodzilo, bo zamiast stawac sie po poprawnym literku zabawowa jak wszyscy, mnie bralo na smutki i czarna desperacje, sama zaczelam rozumiec, ze psuje innym radoche. Zaczelam wiec pic w samotnosci, a krotko potem nie tylko juz w samotnosci, ale i w ukryciu. Baba po trzydziestce, niby kochajaca matka dwojki najwspanialszych dzieci, a moczymorda straszliwa, przyczajona. Ladny obrazek, nieprawdaz?

Tak to wspominam w "Krzywym zwierciadle":
"A ja sie leczylam, realizowalam dziesiatki recept, przyjmowalam serie zastrzykow, robilam najrozniejsze badania, analizy. Z jakim skutkiem? Od jednej depresji do drugiej i kolejny model leczenia i nastepne rendez-vous. A zawsze tez bylo pod reka lekarstwo na wlasny rachunek, na domowy uzytek. Wyrob stanowczo juz nie farmaceutyczny. Mowa oczywiscie o winku, moim wiernym kompanie i wspolniku. Wino podrzedne, byle jakie, za to w ilosciach przerazajaco obfitych. Porcyjka wina, ktore uspokaja, rozluznia, dodaje odwagi, otuchy, niekiedy ulatwi placz. Pewnie to znasz. Wspomaga towarzysko, skraca beznadziejnie puste wieczory, pozwala zasnac i gleboko spac. Jest oczywiscie i druga strona medalu, a tej pewnie nie znasz, bo skad?
Alkohol, ktory prowokuje agresje, zaostrza pretensje i zale, powoduje rozdraznienie, niepokoj. Nie znasz tego, to sluchaj dalej jak problemy i kompleksy wyolbrzymia, poglebia jeszcze rozpacz, poczucie samotnosci, zagubienia i co jest chyba najgorsze, staje sie zrodlem wstydu, poczucia winy, jak rowniez zamroczonej lecz dokuczliwej swiadomosci daleko posunietej autodestrukcji. Juz od tego samego mozna sie zapic na smierc. "

Tak trwalo lata, szybko i ostro posuwalam sie w procesie. Wszyscy leczacy mnie specjalisci orzekali zgodnie - alkoholiczka! Proponowali, a raczej szantazowali wszyciem esperalu czy jakiegos innego tam straszaka, stanowczo odmawialam, nie przyjmujac do wiadomosci ich diagnozy. Wreszcie uwierzylam. Gdy zaczely sie objawy tak typowe jak koniecznosc porannego klina, bez ktorego nie bylo nawet mowy, by normalnie myslec i zyc, gdy budzilam sie polprzytomna, roztrzesiona i moim pierwszym rozrusznikiem stawala sie wypijana gdzies w zamknietym sraczu butelka piwa, powiedzialam sobie koniec ze mna - depresja depresja, a ewidentny alkoholizm swoja droga. Naga, brutalna prawda.

Wielka Opatrznosc czuwala nade mna. Ta Opatrznosc, ktora dala mi dwojke tak bardzo kochanych i kochajacych mnie dzieci. Tym razem byla to piecioletnia Dorotka, ktora znalazla mnie pijana, mysle, ze w stanie komatycznym. Nie tylko, ze przeciwstawila sie uzasadnionej agresji swojego wlasnego ojca, ktory wsciekly na zone - pijaczke chcial rozniesc ja na strzepy, na pewno przerazona tak brutalna, trudna do wyobrazenia sytyacja, zajela sie mna z cala opiekunczoscia i miloscia, na jaka bylo ja stac. A stac ja bylo na bardzo duzo, bo ta jej reakcja zawazyla o wszystkim - o calym naszym dalszym, czyli dotychczasowym zyciu. Pamietam, ze mnie poila, karmila, jako ze pijac nigdy nic nie jadlam, czytala mi swoje najukochansze historyjki, mowila o swojej dla mnie milosci... Jeszcze dzisiaj czuje gule wzruszenia, gdy o tym pomysle.

I to byl ostatni raz, gdy tknelam alkohol. Wlasnie wtedy, gdy tulilam do siebie przerazone i kochane dziecko, powiedzialam sobie raz na zawsze - koniec, basta! Na drugi dzien wstalam, jakbym nigdy w zyciu nie pila, nie miewala obrzydliwych objawow wrednego kaca. Zadnych lekarzy, odwykow, srodkow uspokajajacych, kroplowek i tego calego medycznego cyrku - nic! Zadnych tez symptomow braku alkoholu we krwi, a zaprawialam przeciez codziennie i to sporo, i to od wielu lat. Zadnych skojarzen, przymusu czy ciagot do chocby kropli - nic! Cud boski - enigma.

Zaczelam nowe zycie bez alkoholu, pozostajac we wlasnej swiadomosci - byla alkoholiczka. Pamietam, ze najbardziej sie balam, zeby przez nieuwage w towarzyskim zamieszaniu nie chwycic za czyjas szklanke wypelniona alkoholem albo ze jakis pijany "dowcipnis" przemyci mi alkohol do mojej coli czy lodow, co zreszta faktycznie mialo miejsce i gdyby nie moj trzezwy obserwacyjny zmysl, moglam wpasc w takie dowcipniaste, pijackie sidla. To prawda, ze ci pijacy nie lubia za bardzo tych, co sie wylamali. A ja, jako ta "alkoholiczka", balam sie nawet kropli, ktora moze ruszyc ten diabelski mlyn od nowa.

Zycia w towarzystwie, w towarzystwie wedlug mnie pijacym coraz wiecej i zdecydowanie ponad miare, musialam sie nauczyc jakby od poczatku. Ale to tez przyszlo mi dosc gladko i teraz czesto sie zdarza, ze na roznych naszych spotkaniach znow jestem tak zwana dusza towarzystwa, intonujac i wkladajac cala dusze w nasze mlodziencze, co tu duzo mowic, pijackie spiewki - ja, jedyna posrod calego grona mocno zawianych, ktora nie tknela nawet kropli.

Wszedzie i zewszad otoczona jestem alkoholem. Duzo przyjmujemy, nie mam najmniejszego problemu serwujac wino do obiadu, napelniajac puste kieliszki, nawet na jote mnie to nie rusza. Rusza mnie natomiast sytuacja, gdy widze, ze ktos pije nie dla przyjemnosci picia, dla weselszego spedzenia czasu w towarzystwie, lecz pije, bo go cos boli, bo chce zapomniec, bo zapija problem. O tak, wtedy wracaja moje koszmarne wspomnienia mojego koszmarnego picia i czuje sie bardzo, ale to bardzo zle. I takiego picia innych - picia na umor - unikam.

I jeszcze jedno, co chce tu powiedziec. Mlody czlowiek usilowal postawic sobie autodiagnoze, stwierdzic obiektywnie, rzeczowo - czy i na ile jest juz uzalezniony? Wlasnie co do takiej autodiagnozy podchodzilabym bardzo sceptycznie. Mnie stawiali diagnoze psychiatrzy, a wiec, jakby nie bylo specjalisci. I co sie okazalo? Ze ta ich madralinska diagnoza, to jedno wielkie byle co.

Niedawno obejrzalam telewizyjny bulwersujacy program wlasnie o alkoholizmie wsrod kobiet. Statystyki, problem picia w ukryciu, sposoby leczenia i koniecznej psychoterapii. Rozdziawilam gebe, chlonac kazde slowo - przeciez mowili o mnie. Na zakonczenie programu prowadzacy poprosil o podsumowanie jakiegos profesora, w kazdym razie na pewno jednego z wiekszych madralinskich. Zadal mu nastepujace pytanie - A co pan powie, panie profesorze, gdy zglosi sie do pana alkoholiczka i powie panu, ze przestala pic sama z siebie, bez pomocy medycyny? - Nawet sie dlugo nie zastanawial, ten tytulowany, i trzepnal zdecydowanie - Powiem o niej, ze albo nie byla alkoholiczka, albo pije nadal w ukryciu.

Jezusie, ale mna rzucilo! A ja?! Przeciez diagnoza byla twarda jak drut, a i symptomy wierniutkie co do joty, a wyszlam z tego gowna sama i to w dodatku najzupelniej bezbolesnie, a nie pije tez przeciez w ukryciu... No chyba bym go strzelila w morde za takie byle co gadane publicznie i na pewniaka - glupi bufon, konowal jeden! A to mnie wnerwil. Szkoda, ze mnie nie zaprosili na to dyskusyjne forum.

Dobrze, ze mnie nie zaprosili i ze nie dalam w morde temu "specjaliscie". Racje mial. A uswiadomil mnie o tym moj ostatni psychiatra, ktorego raz nienawidze, a raz uwielbiam i do ktorego mam pelne zaufanie. Opowiadam mu ostatnio co i jak i az sie trzese z oburzenia, ze takie banialuki gada sie w programie telewizyjnym, kiedy ja jestem przeciez zywym przykladem, ze mozna samemu, ze wystarczy betonowa decyzja, silna wola, konsekwencja i tego typu rozne psychiczne duperele, a moj psychiatra na to, ze sie myle, ze niestety mylili sie w diagnozie jego koledzy. Mialam bardzo powazne problemy z alkoholem, ale nigdy nie bylam alkoholiczka. Gdybym nia byla, nie wyszlabym z tego sama. U alkoholika nastepuje bardzo gleboka zmiana calej struktury psycho-fizycznej i niestety bez srodkow wspomagajacych i bez dlugoterminowej psychoterapii wyciagnac sie z nalogu nie da.

Totez wiedzac to wszystko, zwrocilam sie do mego rozmowcy jakos w te slowa: z tego, co widze, tez nie jestes alkoholikiem. Jeszcze nie! Jeszcze potrafisz skonczyc z tym sam. Abys tylko chcial! Abys mi uwierzyl, ze zycie bez picia staje sie nie tylko prawdziwsze, ale tez stanowczo latwiejsze.

I jeszcze a propos niektorych kretynskich psychiatrow. Na tego, co mnie szantazowal wszyciem esperalu - bo inaczej do swojej prywatnej kliniki (!), drogiej jak cholera, nawiasem mowiac, nastepnym razem wcale mnie nie przyjmie - bylam cholernie zawzieta. Kiedy minely juz jakies cztery lata, gdy przestalam trunkowac, specjalnie pojechalam do glupka, by mu sie pokazac - trzezwa jak gwizdek bez jego zasranego esperalu. Nie wiem, co mnie motywowalo, chyba szuszotana w tej klinice opinia, ze Polacy to z definicji moczymordy, moze chcialam mu udowodnic, ze niekoniecznie?

Opowiedzialam mu co i jak i tylko jednym sie troche w moich oczach zrehabilitowal, bo otworzyl gebe w najwyzszym niedowierzaniu, a potem przyznal mi konfidencjonalnie - jakby w nagrode - ze wobec alkoholizmu medycyna jest faktycznie bezsilna, lekarzom udaje sie wyciagnac z gorzalkowania tylko mizerne piec procent. Prawdziwe uzdrowienia, to wlasnie takie "samoistne" jak moje. Tu mi zaczal sie zwierzac, jaka to on darzy sympatia Polakow, od wielu lat ma polska gosposie w swojej nadzianej willi, itp. Bliski byl prawie zaproponowania mi pracy w klinice - cos jakby salowa, szybko go osadzilam, ze mam znacznie wyzsze ambicje, a co.

Potem sie zastanowil i liczyc zaczyna - To juz cztery lata jak pani nie trunkuje, jeszcze jeden roczek i mozna sprobowac. Po jakichs pieciu latach mechanizm uzaleznienia wygasa. Tu mnie wkurzyl tak, ze az mnie z krzesla poderwalo. - Panie doktorze drogi - wale prosto z mostu - takie rady to moze pan dawac swoim pacjentom, ciezko bulacym za wszycie sobie tego panskiego esperalu! - Zupelnie nie lapal, o co sie tak rzucam, nie widzial problemu, wiec mu wyjasnilam dosadnie i dosyc drastycznie.

- Sluchaj pan, gdybym sie dzisiaj dowiedziala, ze na sto procent umre, powiedzmy, za trzy tygodnie, wtedy BYC MOZE tak, wtedy byc moze, bym sie pokusila, by na rozluzniajacym rauszu zejsc z tego swiata. Smiertelna maligna, pijacka maligna to nawet troche podobne. Nigdy nie bede miala na szczescie takiej pewnosci, bo nikt jej nie ma i wciaz podkreslam mocno problematyczne - byc moze! Bo moze akurat przyjdzie mi ochota zlozyc raczki do Bozi ze swiadomoscia krysztalowa jak krysztal, tez tak moze sie zdarzyc? Natomiast moge panu powiedziec z absolutnym przekonaniem jedno - zycia z alkoholem, czy bedzie ono trwalo dwa, piec czy moze jeszcze piecdziesiat lat - nie biore w ogole pod uwage. Albo zycie, albo alkohol! Trzeba wybrac. I ja juz tego nieodwracalnego wyboru dokonalam.

Nie wiem, czy cos z tego zrozumial, bo mial mine zszokowanego szympansa. Za to nie wzial naleznosci za konsultacje, co u takiego dorobkiewicza na biednych pijaczkach i narkomanach musialo byc poswieceniem nie lada, a, i jeszcze przy pozegnaniu poderwal dupsko z fotela, by szarmancko - po polsku, rzec mozna, z szacunkiem pocalowac mnie w reke. Z jego gabinetu wyszlam dumna jak paw, taka ze mnie cholera. ;-) Za siebie dumna, za moja moralna nad tym pretensjonalnym patafianem przewage, dumna za wszystkich alkoholikow porywajacych sie na rzecz tak trudna, jaka jest zerwanie z nalogiem.

Na zakonczenie pozdrawilam mojego rozmowce w najserdeczniejszych slowach, jakie potrafilam znalezc, zyczac mu jak najszybszego podjecia wyzwalajacej, betonowej decyzji. Tu go zapewnilam, podobnie jak wszystkich, ktorzy borykaja sie z alkoholowym problemem - jesli macie jakiekolwiek pytania czy watpliwosci, walcie do mnie jak w dym! Bardzo poruszyla mnie szczerosc tego chlopca, szczerosc, ktora do najlatwiejszych nie nalezy. To wlasnie ona zdopingowala mnie do powyzszego swiadectwa, a prawde mowiac, zrobilam to publicznie i tak otwarcie po raz pierwszy. I wcale nie zaluje. Dumna jestem z siebie, ze polozylam temu alkoholowemu pieklu kres, ale najwazniejsze, ze dumne sa ze mnie i wreszcie szczesliwe moje dzieci.


(c) Magdalena Nawrocka
www.geocities.com/magdanawrocka 1
Hosted by www.Geocities.ws