Polska strona Keane » fani

Keane - Berlin Tempodrom - 15.11.2006

Relacja z Berlina – prawie na gorąco ;)

Na wstępie z góry przepraszam za ewentualny lekko histeryczny ton mojej opowieści, ale koncert Keane sprawił, że poczułam się jak zupełna małolata wariująca na punkcie idoli. Nie jest to do końca złe uczucie, przynajmniej odrywa na jakiś czas od niezbyt kolorowej codzienności :D Jeśli kogoś nie interesują wstępy, to nie muszę chyba tłumaczyć do czego służy suwak po prawej stronie ekranu :P

Wyprawa

Do Berlina wyjechałam w poniedziałek raniutko. Sześć godzin jazdy daje się we znaki, zwłaszcza gdy w wagonie jest trochę gorąco. Nie przykręciliśmy ogrzewania, bo jedna babka cały czas smarkała, więc pozostali pasażerowie nie mieli serca bardziej jej wyziębić.
W przedziale jechał ze mną chłopak w typie Tima – gęste ciemne włosy, zarościk, ładne oczy z długaśnymi rzęsami. Nawet miał płaszczyk w jodełkę prawie jak Tim. Trudno się więc dziwić, że Kasia dyskretnie (przynajmniej w zamierzeniach) zerkała co chwila w kierunku tego osobnika. Na szczęście chłopak większość drogi spał i (mam nadzieję!) nie zauważył, że gapię się na niego, jak przysłowiowe ciele na malowane wrota. Kiedy dojeżdżaliśmy do Hauptbahnhof w Berlinie i zbieraliśmy się do wyjścia, chłopak rozbroił mnie grzecznie pytając czy pomóc mi zdjąć torbę z półki. Powiedziałam, że sobie poradzę, a w duchu pomyślałam, że ta uprzejmość z jego strony również była bardzo w typie pana R-O :D

Pierwszego dnia mojego pobytu w Berlinie lało i wiało ale mimo to poszłam na spacer zaliczając z wierzchu największe atrakcje miasta. Spacer z Potsdamer Platz na Alexander Platz i z powrotem to kawałek drogi, więc jak wróciłam, tylko padłam na łóżko wyraźnie czując w nogach przebyte kilometry. Następnego dnia zaliczyłam kolejne atrakcje w tym kilka galerii sztuki, gdzie podziwiałam dzieła największych artystów w historii. W dzień koncertu wstałam już podekscytowana ale jeszcze zdołałam zaliczyć jedną ciekawą galerię. Gdy już kierowałam się w stronę wyjścia dostałam smsa o treści „hej, jesteśmy w kawiarni pod Tempodromem. Do zobaczenia!”

Wpadłam w lekką delirkę. Niemal wybiegłam z galerii i popędziłam w stronę stacji kolejki. Dziwne zjawisko, miałam wrażenie że droga złośliwie się wydłuża i że nigdy nie dojdę do tej stacji. Zziajana wpadłam na peron a tu kolejka dziwnie długo nie nadjeżdżała. Jakoś jednak dotarłam do hotelu, żeby coś przegryźć, przebrać się i wyszykować. Ręce mi się trzęsły i dostałam napadu nerwicy natręctw objawiającej się notorycznym sprawdzaniem czy mam bilet, czy aparat na pewno działa, czy wzięłam pieniądze itd. Wreszcie, tuż przed 14:00 wybiegłam z hotelu. Do Tempodromu miałam na szczęście dwa kroki piechotką.

Przed koncertem

Gdy doszłam do Tempodromu trochę się zdziwiłam – nikogo tu nie było. Zastanawiałam się czy nie wrócić do hotelu ale najpierw postanowiłam obejść cały obiekt, by wyczaić gdzie są tylne wejścia. Tak na wszelki wypadek. Szłam chodniczkiem z niewinną minką, że niby ja tu tylko tak sobie przechodzę… Minęłam wielkie samochody, z których rozładowano sprzęt, minęłam małą grupkę kobitek stojących z boku a wtedy doleciały do moich uszu strzępki rozmowy, z których wyłowiłam imię „Tom”. Zatrzymałam się, chwilkę czaiłam się walcząc z wrodzoną nieśmiałością a potem podeszłam i zapytałam czy one są na koncert Keane. Powiedziały, że tak, no i okazało się, że to dziewczyny z forum a wśród nich Alice, z naszego forum.
Przyłączyłam się więc do nich i słuchałam opowieści o poprzednich koncertach Keane. Alice częstowała nas ciastkami, ale kolejny napad nerwicy nie pozwolił mi ich zjeść, bo a nuż się zadławię, albo dostanę czkawki, albo będzie mi się chciało pić, a jak się napiję to będę musiała szukać toalety… no wiecie… ;)

Zapytałam dziewczyn czy chłopaki są już w hali a one wyjaśniły, że jeszcze nie, bo jakiś czas temu odjechał stąd autokar, prawdopodobnie zabrać ich z hotelu. Stałyśmy więc sobie gadając, dziewczyny pogryzały ciastka gdy wtem padło „Jedzie autokar!” Nadgryzione ciasteczka poleciały w krzaki, w ruch poszły plasterki do odświeżania oddechu :D
Autokar zaparkował pod Tempodromem a my szybciutko podreptałyśmy w jego kierunku. Otworzyły się drzwiczki i ze środka wyszło piękne, podługowate stworzenie w płaszczyku w jodełkę i zabawnej czapeczce. „Witam. Tak wcześnie jesteście” – powiedział Tim (w tym momencie Kasia zaczęła zamieniać się w galaretkę). Po chwili pojawił się również Tom w wielkich, przeciwsłonecznych okularach i ciemnym, dwurzędowym płaszczu. Przez głowę przebiegło mi „ależ on szczupły!”.

Uwaga na marginesie: jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że Tom jest gruby, to naśmieję mu się w twarz. Te głupoty biorą się stąd, że ktoś albo nie widział Toma i nie wie co mówi, albo gada bzdury z czystej złośliwości. Tom jest wysoki i szczupły. Koniec kropka!

Wracając do relacji, zapytałyśmy grzecznie czy coś nam podpiszą i czy będzie można zrobić sobie z nimi zdjęcie. Pewnie, tylko szybko bo muszą iść na próbę. Nastąpiła więc krótka sesja fotograficzna (dzięki jeszcze raz Alice!) i rozdawanie autografów. Tim kompletnie rozbroił mnie tym, że podziękował mi za wspólne zdjęcie (w mojej głowie: „człowieku, ty mi dziękujesz?!”). Potem stanęłam skromniutko obok Toma a on totalnie mnie zaskoczył dość mocno obejmując mnie ramieniem. (Tym samym mój proces przemiany w galaretkę dobiegł końca) ;)
Pozostałe dziewczyny chyba też były mocno zauroczone. Jednej tak się trzęsły ręce, że nie mogła koleżance zrobić zdjęcia z Tomem i musiał ją wyręczyć ich ochroniarz :D

Tim i Tom poszli na soundcheck a my spytałyśmy ich ochroniarza czy będzie też Richard. „Richard zaraz będzie” – padło w odpowiedzi – „Dlatego tu ciągle jestem, żebyście ich nie rozerwały na strzępki”.
Pomyślałam sobie, że w stanie w jakim byłyśmy raczej nie stanowiłyśmy dużego zagrożenia ;)

Niestety zagadałyśmy się a Rich zajechał innym samochodem pod samo wejście i przemknął za naszymi plecami. Zorientowałyśmy się, że to on, kiedy znikał w czeluściach Tempodromu. Okazało się, że przyjechał osobno, bo wracał z jakiegoś wywiadu dla radia.
No cóż, trochę zabrakło do pełni szczęścia.

Po krótkim ale jakże ekscytującym spotkaniu z Timem i Tomem pomarudziłyśmy jeszcze przez chwilę przy bocznym wejściu a potem poszłyśmy pod główne drzwi. Tutaj nadal nie było żadnych fanów. Alice rozłożyła Gazetę Wyborczą, żebyśmy nie musiały siedzieć na betonie i częstowała nas dalej ciastkami oraz żelowymi miśkami Haribo, które wywołały zabawne skojarzenia, bo przecież symbolem Berlina jest niedźwiedź. Powoli pojawiali się kolejni fani, czy raczej fanki, bo dziewczyny były jednak w przewadze. Wokół rozbrzmiewały różne języki, niemiecki, polski, węgierski ale na wieść o tym, że kilka minut wcześniej można było zaczepić chłopaków, z międzynarodowych gardeł wydobywał się ten sam jęk zawodu. ;)
Te kilka godzin siedzenia pod Tempodromem minęło mi zadziwiająco szybko, zapewne ze względu na miłe towarzystwo. Gadaliśmy właściwie na jeden temat, nasłuchałam się wiec opowieści o koncertach, kto w jaki sposób odkrył Keane i dlaczego ten zespół go urzekł. Przekonałam się, że nie jestem jedyną nawiedzoną osobą a nawet byłam pod wrażeniem detali, dat, faktów, cytatów jakie padały.

Zjawiła się Ewa, kolejna forumowiczka, z koleżanką. Zapytały nas o spotkanie z chłopakami oraz gdzie stoi ich autokar i poszły sobie zobaczyć to miejsce. W końcu miały numerowane miejsca, więc nie musiały kurczowo trzymać się drzwi, jak my. Niestety tylko przez ten krótki moment widziałam się z Ewą. Szkoda.

Zaczynało się powoli ściemniać, ale było w miarę ciepło i przyjemnie. Napływało też coraz więcej osób i zaczęły się formować kolejki pod drzwiami, a wejść było chyba ze cztery, czy pięć. My też już nie mogłyśmy wysiedzieć, więc stałyśmy nerwowo przebierając nogami i co trochę zerkając na zegarki. Ja znowu dostałam napadu paranoi, gdyż zaglądając przez szklane drzwi do wnętrza Tempodromu, widziałam schody prowadzące w górę i w dół. Co chwila pytałam biedne koleżanki (które chyba w tym momencie miały mnie już serdecznie dosyć) czy na pewno mamy zbiegać schodami w dół, żeby dostać się na arenę. W mojej rozgorączkowanej główce tłukły się paranoiczne myśli, że zamiast pod scenę pobiegnę do jakiejś piwnicy i nie będę umiała stamtąd wyjść Lol

We wnętrzu kręciło się już coraz więcej osób z obsługi oraz VIPów. Wywieszono standardowe ostrzeżenia, że podczas koncertu będą używane światła laserowe i stroboskopowe, co może spowodować napad epilepsji. Pojawiła się też informacja o tym, że koncert będzie nagrywany kamerami dla celów MTV i DVD oraz nieszczęsna kartka z zakazem uwieczniania koncertu przy pomocy aparatów, kamer i telefonów komórkowych. Jak tylko ten zakaz się pojawił, stojący pod drzwiami fani, jak na komendę, zaczęli chować aparaty i telefony do różnych dziwnych miejsc: do butów, za paski od spodni a dziewczyny za staniki. Lol Większość ludzi miała miniaturowy sprzęt, a mój aparat, chociaż cyfrowy, nie jest wcale taki mały i ma wystający obiektyw. Wyjęłam go z torby, bo mogą przeszukiwać i włożyłam do wewnętrznej kieszeni kurtki ale wystawał, więc w desperacji wsunęłam go do obszernego rękawa, pod pachę, mając nadzieję, że w fałdach materiału nie zostanie wymacany w razie kontroli osobistej.

Wreszcie zjawił się pan z kluczami i otworzył drzwi. O dziwo przy wejściu nikt mnie nie przeszukiwał. Pobiegłam w stronę sceny ale tu zatrzymał mnie ochroniarz i chociaż mój bilet został już raz sprawdzony, facet przez dobrą chwilę wpatrywał się w niego, jakby nie wiem co tam było napisane. Kiedy mnie puścił, nie miałam już szans zajęcia miejsca obok nowopoznanych znajomych, ale i tak wylądowałam na barierce tuż przed stanowiskiem Tima, co oczywiście w pełni mnie usatysfakcjonowało :D

Koncert

Zająwszy strategiczną pozycję ;) mogłam się spokojnie rozdziać, rozlokować i obejrzeć wnętrze hali, która z zewnątrz wygląda znacznie okazalej niż w środku. Trzeba było trochę jeszcze poczekać, aż wejdzie większość ludzi. Sprzęt Keane był zasłonięty ciemnymi płachtami, a na froncie stały instrumenty the Long Winters. Ten chyba dość mało znany zespół został ciepło przywitany przez publiczność. Muzycy ze Seattle w USA (co nie omieszkali wspomnieć chyba z pięć razy podczas występu) okazali się niezwykle sympatycznymi, dowcipnymi facetami, ale ich piosenki nie specjalnie przypadły mi do gustu. W pewnym momencie wokalista zasiadł za klawiszami co wywołało pewien szumek na sali.
„Wiem, teraz będę grał na pianinie” – zaśmiał się – „Za chwilę zobaczycie na tej scenie prawdziwego pianistę, ale jak mówią, nie ma fałszywych nut w jazzie” :D

Muzycy the Long Winters są nieźli, ale mieli wyraźne problemy techniczne. Tutaj można było przekonać się jak ważni są techniczni i inżynierowie dźwięku, pracujący nad brzmieniem zespołu. W występie the Long Winters wyraźnie szwankował poziom głośności instrumentów. Perkusja była zdecydowanie za mocna, raz nie słyszałam zupełnie gitary, to znowu nie dolatywały do mnie dźwięki klawiszy, a po chwili klawisze były tak głośno, że zagłuszały wokal.
The Long Winters pożegnali nas komplementami, że fani Keane są najlepszą publicznością przed jaką grali. Naprawdę milutcy ludzie :)

Nastąpiło szybkie wynoszenie instrumentów, zwijanie kabli, odsłuchów, zamiatanie sceny. Odsłonięto instrumenty Keane. Przede mną na scenie Geoff – techniczny Tima, ustawiał jego dwa laptopy, podskakiwał sprawdzając czy się nie chwieją, sprawdzał klawisze, nawet stołeczek poprawiał. Inni techniczni dokonywali przeglądu pozostałych instrumentów – perkusji, pianina i gitary Toma oraz jego mikrofonów. Wszystko odbyło się cichutko, co umożliwił bezprzewodowy system jakiego używają Keane. My nie słyszeliśmy dźwięków, ale techniczni słyszeli je w swoich słuchawkach.

Keane

Przygasły światła, rozległy się wrzaski, piski i oklaski, na scenę wyszedł Tim i zaczął grać the Iron Sea. Po chwili dołączyli Richard i Tom wzbudzając kompletne szaleństwo. Tom przebiegł od jednego końca sceny do drugiego, pokręcił się na środku a potem podbiegł do pianina i zagrał w końcówce utworu. Koncert rozpoczął się na dobre.

Dźwięk był fantastyczny, odpowiednio wypoziomowane instrumenty i wokal, wszystko brzmiało czysto i równo, po prostu idealnie. Tom był w doskonałej formie, biegał po całej scenie, gestami podkreślał linijki tekstu, znakomicie nawiązał kontakt z publicznością, której niezwykle żywiołowa reakcja była chyba dość miłym zaskoczeniem. Wszyscy ludzie wokół mnie śpiewali wszystkie piosenki, klaskali, poruszali się w takt muzyki, a na galeriach powstawali z miejsc i tańczyli. Gromkie oklaski i okrzyki entuzjazmu poruszyły nawet fotoreporterów i kamerzystów, którzy przemykali między barierką odgradzającą fanów a sceną. Atmosfera była naprawdę świetna.

Z mojej prawej strony były stopnie, po których Tom schodził do publiczności. Kiedy pierwszy raz zszedł, stanął tuż koło mnie i nawet wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jego marynarki, ale pomyślałam sobie, że nie będę taką świńtuchą i nie będę go obmacywać :P
Zabawnie to wyglądało, bo fanki przed którymi wspiął się na barierkę niemal dotykały nosami jego paska od spodni, więc czerwone jak cegły chichotały zażenowane. ;)

Przebiegając przed pierwszym rzędem Tom nie podawał ręki fanom a nawet dość zgrabnie wyślizgiwał się z zasięgu wyciągniętych w jego kierunku rąk :P
Schodził do publiczności chyba ze trzy razy, bo jak sam stwierdził, „czas poznać bliżej berlińską publicznośc” :D

Zwróciłam uwagę z jaką sprawnością techniczni zmieniali układ instrumentów na scenie. Szybciutko wysuwali na środek pianino Toma, albo przesuwali klawisze Tima, potem równie szybko usuwali chwilowo nieużywany instrument na tył sceny.

W pewnym momencie Tom wziął do rąk gitarę, na środek wyjechał keyboard Tima a Richard wyszedł zza swojej perkusji i usiadł na stołeczku na froncie z grzechotką i tamburinem. To był jedyny moment, kiedy mogłam zrobić zdjęcie Richowi, bo kiedy siedział za swoim zestawem, zasłaniał mi go wielki talerz perkusyjny. Stojąc z gitarą Tom zaśmiał się „Wiem, myślicie co do cholery Keane robią z gitarą?!” Potem kazał nam głośno śpiewać żebyśmy zagłuszyli jego kiepskie granie. Fałszywa skromność! :P
Nie omieszkał też ponabijać się trochę z Richarda. „To jedyny moment w czasie koncertu, kiedy Richard nie chowa się za swoją perkusją” – powiedział – „Nie wiem czy wiecie, ale Richard umie mówić płynnie po niemiecku”. Po czym zaczął namawiać Richa, żeby coś powiedział, a z sali wrzeszczano „dawaj Richard!”. Rich tylko szczerzył zęby w uśmiechu, kręcąc głową, po czym stwierdził, że Tim też umie mówić po niemiecku. „Tim też mówi płynnie po niemiecku?” – zdziwił się Tom – „Ilu nowych rzeczy można się dowiedzieć!”
Cała sala chichotała na tę wymianę zdań.

Bardzo ucieszyłam się z Broken Toy, bo tej piosenki nie miałam okazji słyszeć w wersji na żywo. Zdziwiłam się, że melodię „bazową” gra na pianinie Tom. Tim z kolei w tym utworze skakał od CP-70 do klawiszy stojących w drugą stronę, co wyglądało dość niesamowicie i śpiewał nie tylko chórki w refrenie ale też to wysokie, rzewne zawodzenia w końcowej fazie piosenki.

Kiedy między piosenkami publiczność uciszyła się czekając na to, co powie Tom, on stwierdził „nie musicie być cicho, możecie sobie pokrzyczeć”. :D

Kiedy zeszli ze sceny, publiczność wrzeszczała i klaskała, wiedząc że nie mogą nas tak zostawić bez bisów. Oczywiście wrócili i uraczyli nas ostatnią porcją muzyki. Potem był już tylko wspólny ukłon i zniknęli za kulisami.

Po koncercie

Wyszłam z sali lekko oszołomiona i troszkę ogłuszona. Przy barku z napojami spotkałam Alice i Girly. Zgodnie stwierdziłyśmy, że koncert był rewelacyjny. Razem poszłyśmy do bocznego wyjścia czekać jeszcze na chłopaków. Liczyłam, że tym razem uda mi się zdobyć autograf Richa.

Przy wyjściu stał spory tłumek, jakieś 50 osób. Ochroniarze kazali nam się ustawić z poprzek chodnika za barierkami, które specjalnie ustawili. Trzeba było dość długo poczekać. Przyglądałam się jak ładują sprzęt Keane do ogromnych ciężarówek. Ich autokar czekał zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Zwróciłam uwagę na gościa w wełnianej czapce na głowie, który wydał mi się znajomy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to Colin – menadżer trasy. Widziałam też głównego menadżera – Adama.
Ciężarówki zostały zapakowane i jedna z nich z niesamowitą precyzją, niemal ocierając się o nasze nosy, wykręciła tyłem by wjechać w głąb Tempodromu. Pewnie zaparkowali tam na noc.
Małym busikiem przejechali koło nas the Long Winters. Za kierownicą wokalista, uchylił sobie okienko i pomachał nam na pożegnanie. :)

Wyszedł jakiś niemiecki ochroniarz i zapowiedział że jak zespół wyjdzie to mamy się nie pchać i szybko podawać coś do podpisu, bo oni nie mają dużo czasu. Najpierw wyszedł Tom. Tym razem podsunęłam tzw. Tour Book, który kupiłam na stoisku z badziewiem reklamowym. Niestety wtedy już padła mi bateria w aparacie więc nie mogłam robić więcej zdjęć. Chłopcy byli na tyle mili również po koncercie, że robili sobie zdjęcia z każdym, kto o to poprosił. Ludzie dawali Tomowi jakieś prezenty na co on: „To dla mnie? Bardzo dziękuję”. Kiedy podszedł do mnie, stojące przede mną dziewczyny powiedziały „Hello z Portugalii”
„Przyjechałyście z Portugalii?” – zdziwił się a wtedy z tyłu odezwały się głosy „I z Ukrainy!” więc i ja dodałam „I z Polski”. Tom wyglądał na dosyć zaskoczonego :D

Potem wyszli Tim i Richard. Tim zapytał „Podobał się wam koncert?” Wszyscy odpowiedzieli z entuzjazmem, że bardzo. „Dziękuję, że przyszliście” – powiedział i powtarzał to jeszcze kilkakrotnie, dziękując też z osobna każdemu kto podsuwał mu coś do podpisu, a jak został bez pisaka, to grzecznie zapytał kogoś „Czy mogę pożyczyć twojego długopisu?” Kompletnie mnie tą swoją uprzejmością rozbroił.

Richard śmiał się i gadał jak nakręcony. Przesympatyczny facet. Ludzie wciskali mu rzeczy i długopisy do podpisu a on nadawał „Mam pełno długopisów. Kradnę wszystkim długopisy! Czyje to pisaki?”. Ja też mu podałam swój pisak ale od razu mi oddał. Podpisał mi Tour Book a potem jeszcze udało mi się ponownie do niego podejść, by podpisał okładkę UTIS, którą Tom i Tim podpisali mi przed koncertem. Fani ciągle prosili go o zdjęcia a on w końcu zaczął mówić „Dobrze, ale to będzie ostatnie. No, to już naprawdę ostatnie. Nie, to już definitywnie ostatnie, bo w końcu stracę wiarygodność! Przestaniecie mi wierzyć, bo powiedziałem, że tamto będzie ostatnie a ciągle się fotografuję!” Lol

Potem jeszcze Tim tylko zapytał „Czy kogoś pominąłem? Nie? To dobranoc”
I zniknęli w autokarze.

Było coś koło pierwszej w nocy, w głowie mi huczało, mój kręgosłup skrzypiał i trzeszczał a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wiedziałam, że gdzieś w kawiarni w Tempodromie jest Ewa z koleżanką, ale w stanie, w którym byłam nie nadawałam się do rozmowy, więc powlekłam się do hotelu.

Bywałam na różnych koncertach rozmaitych zespołów, czekałam po koncertach na muzyków, ale do tej pory udało mi się najwyżej zdobyć autograf czy zdjęcie jednego człowieka z całego zespołu, bo reszta tajemniczo się ulotniła. Zdarzyło się też, że w ogóle nie wyszli do fanów, albo mieli 30 min na autografy, spóźnili się 15 min a była taka kolejka, że się nie dopchałam (grrr! Muse na festiwalu Reading!). Stąd też moja, być może nadmierna, ekscytacja z powodu tego, że tak idealnie wszystko ułożyło mi się na koncercie Keane.

Moje zdjęcia

 
« z powrotem do głównej strony
Hosted by www.Geocities.ws

1