Moja berlińska przygoda... – opowiada Ewa
Po czteromiesięcznym oczekiwaniu na koncert, po całym tym okresie niepewności związanym z Tomem, w końcu dotarłam do Berlina a było to w środę 15 listopada 2006 roku!
Na Hauptbahnhof znalazłam się razem z moją koleżanką w dniu koncertu około drugiej popołudniu. Przed stacją ponownie przewertowałyśmy mapę miasta i wyruszyłyśmy na zwiedzanie. Pogoda była piękna, właściwie wymarzona na tego typu wyprawę. Dopiero po dwóch godzinach zdecydowałyśmy się na odpoczynek tuż przy fontannie Neptunbrunnen (tak chyba ona się nazywa) i tam właśnie dostałam smsa od Kasi, pisała, że są pod drzwiami Tempodromu i że udało im się złapać Toma i Tima na soundchecku. Nie ukrywam, poczułam zazdrość ;-)
Grubo po 16-tej skierowałyśmy się w stronę sali koncertowej. Po godzinie szybkiego marszu przed naszymi oczami wyłonił się w końcu podświetlony gmach Tempodromu, wtedy chyba dopiero uświadomiłam sobie, że już niedługo spełni się to o czym marzyłam tak długo, czyli obejrzę koncert na żywo! Przed spotkaniem z dziewczynami testowałyśmy jeszcze aparat, co nas ostatecznie utwierdziło w przekonaniu, że może być ciężko jeśli chodzi o robienie zdjęć w trakcie koncertu. Nasze obawy niestety się potwierdziły :-(

Pod drzwiami hali znalazłyśmy się po 17-tej. Z grupki stojących osób wyłoniłam wzrokiem Kasię i Alicję. Kasia opowiedziała nam o spotkaniu z chłopkami i wskazała gdzie to się wszystko wydarzyło, więc ruszyłyśmy, obiecując jednocześnie, że wrócimy. Niestety nie wróciłyśmy. Sądziłam, że będzie jeszcze okazja do spotkania, ale nie było. Żałuję i jeszcze raz żałuję :-(
Kiedy emocje odbierają rozum...
Po kilku chwilach byłyśmy już za Tempodromem, pierwsze co zobaczyłyśmy po dotarciu na miejsce to porozstawiane wozy koncertowe i Toma! a następnie Tima, tak nam się przynajmniej wtedy wydawało, ale było ciemno i daleko więc nie dam sobie już dzisiaj za to ręki uciąć. W każdym razie to wszystko zmotywowało nas do czekania na dalsze wydarzenia. Siedząc wymyślałyśmy sobie różne głupie sytuacje, w jakich mogłybyśmy się znaleźć, na przykład, że zaraz podejdą do nas chłopaki i zapytają czy chcemy od nich autografy, bo tak tu siedzimy już długo i chyba już musiałyśmy zmarznąć:-) albo jakby to było jakbyśmy podeszły i z wrażenia mowę by nam odjęło a Tom próbowałaby nas naprowadzić o co nam właściwie chodzi dopytując, czy może chodzi o to, żeby coś podpisał? a może chcemy wspólne zdjęcie? a może szklankę wody? i tym podobne mądre rzeczy;-) I tak nam mijał czas... aż w końcu pod jednym z wozów zebrała się większa grupka osób, i raźno ruszyła w naszym kierunku! w pierwszym momencie pomyślałyśmy, że wśród nich są chłopaki, więc zaczęłyśmy panikować, ja w strachu zdołałam tylko powiedzieć, że jakby co to do nikogo nie podchodzę i w ogóle się nie ruszam i nie odzywam, głowę podniosłam dopiero w momencie, kiedy ktoś przekładał nogę przez murek tuż obok mnie, spojrzałam w górę i zobaczyłam „tomowe” oczy i twarz pokrytą zarostem! po chwili odwróciłam się i zlustrowałam oddalający się „obiekt” i przyczynę mojego niedoszłego zawału. Zobaczyłam wysokiego faceta, z identycznymi włosami jak Tom, butami z czubkiem, na dodatek poruszał się tanecznym krokiem! tylko ubranie było trochę nietypowe, takie obszerne i pomarańczowe. I zaraz mój „obiekt” znalazł się wraz z ekipą za drzwiami kawiarni Tempodromu. To nie był rzecz jasna Tom, ale trzeba znaleźć się w takiej sytuacji, żeby wiedzieć jakie emocje dochodzą do głosu, jaka adrenalina się wyzwala. Dodatkowo zmyliła mnie jeszcze jakaś dziewczyna, która weszła do tej kawiarni a potem wyszła i z jakimś skrawkiem papieru podskakiwała do góry ciesząc się jak głupia. O co chodziło, nie wiem? Ostatecznie żartując sobie, że Tom dla niepoznaki wozi ze sobą w trasę sobowtóra albo brata ;-) udałyśmy się na plac pod halę...
Przygoda z lampą grzewczą...
Przed Tempodromem znalazłyśmy się ponownie około 19-ej, ale było już tak tłoczno, że o przepchaniu się pod drzwi, gdzie stały dziewczyny nie było już mowy, groziło to linczem ;-)
Na placu dodatkowo przeżyłam koszmar. Tuż przed ustawieniem się w kolejce do wejścia wrzuciłam śmiecie do stojącej opodal lampy grzewczej, która przypominała do złudzenia kosz i kiedy się zorientowałam co zrobiłam to ogranęła mnie taka panika, że wszystko zaraz wybuchnie, że opuściło mnie zupełnie racjonalne myślenie, dopiero widok innych równie rozgraniętych osób jak ja pchających różne rzeczy w to samo miejsce zdołał mnie trochę uspokoić. Trochę ;-)
Zanim weszłyśmy do Tempodromu musiałyśmy się wytłumaczyć z tego co miałyśmy w torbach, aparatu nie znaleźli, ale nasza woda wydała im się podejrzana i kazali nam wszystko powyrzucać. Potem już tylko musiałyśmy swoje odstać w kolejce do szatni, i do toalety, i jeszcze ponownie przejść przez sprawdzanie biletów przed wejściem na salę i już mogłyśmy zajmować nasze miejsca ;-)
Ojej, Tom ma nóżki jak „patyczki”...
Po wejściu do naszego sektora miałyśmy miłą niespodziankę, okazało się, że nasz 7 rząd jest 1, czyli tuż przy balustradzie! Po chwili na scenie pojawił się zespół The Long Winters. Nie potrafię wiele powiedzieć na ich temat, bo już tak bardzo czekałam na Keane, że nie mogłam się skupić na tym co grali (trudna jest rola, zespołów supportujących). W trakcie ich grania powoli zbierali się ludzie, obserwowałyśmy ich z góry, pod nami było też stanowisko nagrywania, na monitorach mogłyśmy śledzić to co się działo na scenie. Kiedy członkowie zespołu The Long Winters pożegnali się gorąco z publicznością, rozpoczęło się ustawianie, zamiatanie itd. i w końcu na scenę wkroczył Tim, było w tym wejściu coś teatralnego i monumentalnego, rozbrzmiało „The Iron Sea” a Tim znalazł się w wąskim kolorowym strumieniu światła. Piękny widok! to jednak wydało mi się chwilą bo zaraz usłyszałam pierwsze takty „Put It Behind You” i zobaczyłam Toma a następnie Richarda. I ruszyło. Wszystko działo się jak w kalejdoskopie, Tom rzadko kiedy przystawał, schowany za zestaw perkusyjny Richard dawał o sobie znać mocnymi uderzeniami a ręce Tima unosiły się co i raz znad klawiatury. Z natłoku wrażeń najbardziej pamiętam dialog dotyczący znajomości języka niemieckiego, i piękny taki trochę onieśmielony uśmiech Richarda, i przejście Tima z jednego instrumentu na drugi w „Broken Toy”, to „przejście” wywołało we mnie takie zaskoczenie, jakbym nagle zobaczyła Tim połykającego ogień ;-) Koncert trwał, a po mojej głowie kołatały się myśli typu „czemu Tim się nie odzywa?” (nie wiem skąd mi się to wzięło), „ojej, ale Tom ma nóżki jak patyczki”, „jeden utwór, drugi..., i zaraz będzie koniec :-(„. I koniec nadszedł. Po ostatnich akordach „Bedshaped” publiczność odpuściła, ucichły oklaski i sala zaczęła powoli pustoszeć.
Kiedy mnie opuściły siły witalne...
Po koncercie czułam się jakby mnie ktoś przekuł szpilą i upuścił ze mnie wszystkie siły witalne, wiedziałam, że tym razem nie dotrę jedbak do chłopaków :-(
Wysłałam Kasi informację gdzie jesteśmy, jednak jak było do przewidzenia Kasia stała przed tylnym wyjściem. Po północy do kawiarni w Tempodromie dołączyła do nas Alicja oraz jej dwie znajome. Dziewczyny pokazały nam zdjęcia i autografy, było na co popatrzeć. Dochodziła 1-a kiedy postanowiłyśmy się zebrać i ruszyć wspólnie na dworzec, drogę pokonałyśmy na piechotkę, a co;-), zajęła nam ona około dwóch godzin, raz też udało nam się lekko zbłądzić...
