Wspomnienia z piaskownicy
Dzis rano w czasie porannej kapieli popatrzylem na termometr, bo woda w moim pojeciu byla chlodna i miala "tylko" 31C, podczas kiedy ja lubie 33C jaka jest normalnie po poludniu. Wode ogrzewam sloncem i zona stale sie dziwi ze ja mam jeszcze podlaczone ogrzewanie, bo "zima" sie skonczyla i w ciagu dnia jest ponad 30 C w cieniu. Poniewaz ona kapie sie w basenie przewaznie tylko w czasie weekendu, a ja 3 razy dziennie, wiec dlaczego nie mam miec wody w temperaturze jaka mi sprawia przyjemnosc ?
To mi przypomnialo niedawna wymiane opinii z moja towarzyszka zabaw w piaskownicy w Brzuchowicach, kiedy dopiero co skonczylismy raczkowac, a ktora twierdzi ze temperatura wody powyzej 26 C nie jest zdrowa. Poniewaz moja lekarka Malgosia mieszkajaca od "wiekow" w sasiedniej miejscowosci nigdy nie miala ujemnego zdania na temat temperatury wody w basenie a stare kosci potrzebuja ciepla, wiec w dalszym ciagu roszkoszuje sie temperatura wody, ktora pobudza wspomnienia, bo basen uwazam za swoja "swiatynie dumania". Jest spokoj; w ciagu dnia po kanale, ktory jest na koncu ogrodu, przeplywaja rozne jachty zaglowe i mototrowe, w okresie zimowym jest pelno ptakow - nasza czesc wyspy nazywa sie "ptasia" i wszystkie ulice maja nazwy roznych egzotycznych ptakow - nazwa naszej ulicy pochodzi od mewy zyjacej w skalach Szkocji. Wieczorem, jak juz nikt nie kosi trawy, jest spokojnie i mozna sobie podumac.
Nie wiem czemu dzis pomyslalem o naszym nardowym snobizmie, ze wyroby zagraniczne sa lepsze. To mi przypomnialo opowiadanie jak to przed wojna do najlepszego szewca warszawy Sikory przyszedl, juz nie pamietam czy to byl hr. Potocki, czy ksiaze Lubomirski w nowych butach do jazdy konnej, jakie przywiozl z Londynu i prezentujac je Sikorze zapytal: dlaczego trzeba przywozic buty z Londynu, zamiast je dac zrobic w Warszawie. Sikora obejrzal te buty i spytal czy moze je zobaczyc "od srodka". Otrzymawszy zgode po, ogladnieciu i ku przerazniu ich wlasciciela, wzial swoj bardzo ostry noz i rozprul podszewke buta i po jej odsunieciu pokazal swoj podpis. To byly buty jego roboty wyslane do Anglii zeby pozniej jako angielskie wrocily do Polski. Zreszta podobna historia byla z polska welna, ktora po otrzymaniu angielskich znakow fabrycznych wracala do kraju jako angielska, bo szanujacy sie gementleman musial miec ubrania zrobione tylko "z angielskiego materialu" i nosic melonik tez produkowany w Anglii.
W polowie lat siedemdziesiatych zaczalem dosc czesto odwiedzac stary kraj i znajoma ktorej maz byl jednym z najlepiej ubranych ludzi w Warszawie, polecila mi krawca, ktorego pracownia znajdowala sie w sasiednim domu na ul. Nowogrodzkiej. Byl starszym panem, szyl dobrze, ale jak sie okazalo po pewnym czasie -"bez polotu".
Poczatkowo przywozilem materialy kupowane na Orchard Street na Manhattanie, ale pozniej mi doradzono ze lepsze i tansze sa polskie materialy i zaczalem je kupowac w Warszawie i po prawie kazdej wizycie byl nowy garnitur w szafie. Staralem sie dostac do Zareby, ale on nie przyjmowal nowych klientow, a ja nie mialem i tak czasu na czekanie, bo pobyty byly krotkie. Buty robil mi Sikora, ale to chyba juz byl syn wyzej opisanego, a moze mial to samo nazwisko.
Pare lat pozniej bedac w stalych kontaktach handlowych z Polfa Tarchomin poznalem tam Prof. Jerzego Lube, ktory zawsze mial doskonale skrojone garnitury, wiec jak juz minal okres "oficjalnosci" zapytalem go kto mu szyje. Powiedzial mi ze p. Komorowski, do ktorego mnie zaprowadzil. Zamowilem u niego ubranie z kamizelka. Cena byla podwojna, jak u poprzedniego krawca, ale w poronaniu do naszych cen, to bylo "okazja". Ubranie bylo doskonale zrobione, niestety material byl jak na nasze warunki za cieply, tak ze niewiele razy mialem go na sobie i potem poszedl do "duchowienstwa", jak wiele innych moich ubran ze smokingiem wlacznie.
Podczas mego nastepnego pobytu w Warszawie dowiedzialem sie ze p. Komorowski zmarl, ale profesor zaprowadzil mnie do swego nowego mlodego krawca majacego pracownie niedaleko jego mieszkania na Starym Miescie. Pan Jozef Blonski, pospolicie zwany w domowym zargonie "Jozio" okazal sie najlepszym krawcem i pozostalem mu wierny do dzis, zamawiajac nawet spodnie listownie.
Nie wiem ile ubran i spodni zrobil Pan Jozio dla mnie, pasierba, ktorego jego czeladnik zmierzyl w czasie swego pobytu na Greenpoint'cie. Zrobil tez ubranie bratu, ktory jako typowy naukowiec niewiele zwraca na to uwagi, ale Jozia ubranie bylo przez szereg lat "pokazowym" w ktorym wsytepowal na wielu uroczystosciach. Ja mialem na pewno od niego ponad 30 ubran i wiekszosc z nich z dwiema parami spodni, mowiac szczerze nie wiem po co, bo nigdy ich nie znosilem i przy tej ilosci, wiele ubran zostalo "dziewiczych" lub prawie dziewiczych, choc do biura nigdy nie chodzilem czesciej w tym samym ubraniu jak raz na dwa miesiace - sporo wowczas podrozowalem - wiec czasy kiedy nosilo sie "od swieta" zeby potem po penym czasie zostalo "zdegradowane" na "do biura" i z czasem skonczyc na "do piwnicy" do ktorej trzeba bylo chodzi zeby rozbijac bryly wegla, bo byly zbyt duze zeby wchodzily do pieca.
Czas "elegacji, ku rozpaczy mojej polowicy, jak i wiele innych "czasow" naleza do przeszlosci. Mieszkajac na Florydzie w subtropikalnym klimacie chodzi sie wylacznie w szortach i sportowej koszuli. Dlugie spodnie wklada sie tylko w ciagu kilku chlodniejszych dni w roku, albo na oficjalne uroczystosci, jak odwiedziny w domu przedpogrzebowym, co w naszej "Poczekalni Pana Boga" jest czynnoscia dosc czesto, albo do teatru, na koncert lub oficjalne obiady.
Poniewaz niestety po przejsciu na emeryture "wyroslem" i zadne z moich poprzednich ubran na mnie "nie wchodza", wiec powoli sie ich pozbywam, zeby miec wiecej miejsca w szafie.
9 maja 2002 |