LWOWSKIE wspomnienia -
częsć.I
| Na początku 1944 roku ojciec doszedł do wniosku że zachodni alianci nie bedą się sprzeciwiać sowieckim planom zagarnięcia wschodnich połaci Rzeczpospolitej i że Lwów stanie się częścią sowieckiego imperium. Ponieważ nie mieliśmy zamiaru witać "wyzwolicieli" we Lwowie i zostać znowu obywatelami sowieckimi - wówczas nie było mowy o repatriacji - więc postanowiliśmy wyjechać do Kongresówki. Stryj mieszkał wówczas w Końskich, dokąd przeniósł się ze dworu po licznych napadach rabunkowych zarówno przez zwyczajnych bandytów, jak i przez Gwardię Ludowa, więc mieliśmy jakie takie zaczepienie. Chyba w lutym ojciec pojechał do niego i wynajął nam mansardę - jeden pokój z dwoma niszami bez żadnych wygód - w tym samym domu gdzie stryj mieszkał na parterze. Po powrocie do Lwowa ojciec wynajął małą ciężarówkę, na którą załadowaliśmy kilka materaców, trochę rzeczy osobistych i gospodarskich, babcię, mamę, naszego spanielka Cziki i mnie. Sam ojciec wsiadł do szoferki i żegnani przez brata, który został żeby zdać egzaminy na Politechnice, i naszą wierną kucharkę Hanię, wyjechaliśmy "w świat". Naszym pierwszym celem był Lublin. Po drodze byliśmy parę razy zatrzymywani zarówno przez Niemców jak i polskich partyzantów. W Lublinie rozstaliśmy się z babcią, która została u kuzynów, żeby potem pojechać z wujem do Warszawy. To było nasze ostatnie pożegnanie, bo wuj umieścił ją w domu sióstr dla pań "z towarzystwa", który to w czasie powstania został zajęty przez kozaków Kamińskiego, którzy wszystkie staruszki zamordowali. Następnego dnia dobiliśmy do Końskich i rozlokowaliśmy się w naszej mansardzie, gdzie mieszkaliśmy do końca wojny. Brat przyjechał do nas kilka miesięcy pózniej, przed zajęciem Lwowa przez Sowietów. W 1957 roku wyemigrowałem do Stanów i po kilku latach otrzymałem obywatelstwo amerykańskie. W 1971 roku zostałem zwolniony z obywatelstwa polskiego, co wówczas było wskazane, szczególnie jak się podróżowało za żelazną kurtynę. W początku lat siedemdziesiątych, w ramach swoich obowiązków służbowych, byłem częstym gościem w Moskwie. Często miałem ochotę pojechać do Lwowa, ale to nie było takie proste, bo wówczas na każdy wyjazd z Moskwy trzeba było mieć specjalne zezwolenie. Lwów nie był na szlaku turystycznym a takie podróze, szczególnie dla lwowiaków, nawet z amerykańskim paszportem, nie były mile widziane. W 1978 roku mój brat przyjął zaproszenie Sowieckiej Akademii Nauk na cykl wykładów - inżynieria genetyczna - i znając jego pochodzenie włączyli w jego trasę Kijów i Lwów. Ponieważ ja w tym czasie miałem być na rozmowach w Moskwie a jego "opiekunem" w czasie tej wizyty miał być jeden z moich dobrych klientów, więc zaplanowaliśmy że pojedziemy razem. Niestety nasze plany się w ostatniej chwili zmieniły i miałem do wyboru albo pojechać sam, albo zrezygnować z wyjazdu. Wybrałem to pierwsze. Ponieważ odradzono mi latania Aeroflotem, szczególnie na rejsach krajowych, więc z Moskwy poleciałem do Wiednia, potem do Budapesztu, skąd był dobry pociąg do Moskwy przez Lwów. W Budapeszcie były trudności z miejscami sypialnymi do Lwowa. Nie miałem wielkiej ochoty na kuszetkę, ale postanowiłem sprobówać. Na dworzec przyjechałem wcześniej, ale pociąg już był podstawiony. Zaglądnąłem do kuszetki, ale to nie było zachęcające. Idąc wzdłuż pociągu zobaczyłem wagon sypialny I klasy w relacji Rzym - Moskwa. Był zachęcający. Zapytałem konduktorki czy są wolne miejsca. Odpowiedziała że tak, tylko bardzo drogie i w twardej walucie i trzeba je załatwić z kierownikiem pociągu. Znałazla kierownika który zainteresował się "amerykańcem" i przystąpił do wypisywania biletu. Koszt był $5.00, więc oniemiałem. Dałem mu $10.00 i paczkę gumy do żucia, która była dla nich rarytasem, pod warunkiem że będę w przedziale sam - był dwuosobowy. Poszedłem na peron wydać moje ostatnie forinty i jak wróciłem zastałem w moim przedziale drugiego pasażera, którego higiena osobista była nie do zaakceptowania. Poszukałem kierownika pociągu, który sytuacje wyjaśnił i zostałem sam w przedziale. Tak rozpoczął sie mój powrót do Lwowa po 34 latach nieobecności. Muszę przyznać że mój przedział był całkiem wygodny, łóżko ze świeżą pościelą też, tak że szybko zasnąłem. Obudziło mnie zatrzymanie się pociągu na granicy sowieckiej. Najpierw przyszła straż graniczna sowiecka, która zabrała mi paszport. To było wówczas normalne, ale zawsze denerwujące. Potem przyszedł celnik który zaczął szczegółową rewizję. Trafił na moje pokwitowania z restauracji w Moskwie i go zatkało. Jak można tyle pieniędzy wydawać na jeden posiłek. To znacznie więcej jak on zarabiał na miesiąc. Musiałem mu tłumaczyć że inne są ceny dla "inostranców". Zaczęto podnosić wagony i wymieniać zespoły kół, żeby dostosować je do szerokich torów w Sowietach. Po chyba godzinie przyszedł pogranicznik i powiedział że muszę się ubrać i pójść na stacje żeby odebrać paszport. Spytałem się go naiwnie czemu mi nie przyniósł, kiedy z dworca oddalonego chyba z 2 km przyszedł. Moje pytanie pozostało bez odpowiedzi, wyjaśnił tylko że nie muszę wracać bo pociąg jak zmienia koła zatrzyma się na stacji. Nie było innej rady jak go posłuchać. Po powrocie ze stacji przyszedł do mnie przedstawiciel Inturistu - sowieckiego biura podróży - żeby mnie przywitać i powiedział że jak tylko przyjadę do Lwowa to przyjdzie po mnie przewodniczka i bagażowy i zabiorą do czekającego samochodu, żeby zawieść do hotelu. Za wyjątkiem Moskwy, gdzie przyjeżdzało sporo cudzoziemców i gdzie nie było osobistych przewodników, cudzoziemcy byli przywożeni oddzielnie, eskortowani do samolotów, a po przylocie i odprawie celnej odwożeni do hoteli w towarzystwie przewodnika - tłumacza. Jak później opowiadano, w ten sposób można było ich pilnować jednemu czlowiekowi niż mieć do obstawy kilku "kagiebeszników". Muszę przyznać się że spodziewałem się większego podniecenia wjeżdzając do Lwowa. Może moje częste podróże mnie jakoś znieczuliły, a może te lata rozłąki zrobiły swoje. Pozatem nie miałem tam nikogo, tylko nasze grobowce. Wyjechałem jako 16 letni chłopak a wróciłem jako 50 letni mężczyzna. Tak jak obiecano, jak tylko zatrzymał się pociąg wsiadła pulchna ale ładna przewodniczka (mówiąca płynnie po angielsku) wraz z tragarzem i zabrali mnie bocznym wyjściem do czekającej tam czarnej Wołgi. Zapytała się mnie czy chciałbym mieszkać w "nowoczesnym hotelu Lwiw" - na Paryżu - tak nazywaliśmy plac za teatrem - czy też w Inturiscie - dawnym Georga. Wybrałem ten ostatni, z którego jako dziecko miałem masę wspomnień. Budynek chyba nie był odnawiany od wojny, pokoje duże i ładne, ale strasznie biednie, nawet jak na sowietów, umeblowane. Wszystkie łazienki i ich wyposażenie pamiętały jeszcze czasy Franciszka Józefa. Zaraz po umyciu się - nie było ciepłej wody - poszedłem dowiedzieć się jaki mam plan zajęć. Okazało się że za godzinę była wycieczka po Lwowie prowadzona w języku angielskim i niemieckim. To było moje pierwsze zetknięcie się z miastem, nie licząc wyjścia na Akademicką i Legionów przed hotelem. Lwów nie zmienił się wiele z czasów jakie pamiętałem. Jedynie to co dawniej wyglądało takie duże, skurczyło się. Mam na myśli halę dworca kolejowego, Aleje Focha i Akademicką. Miasto było czyste, ale strasznie biedne i zaniedbane. Nowe budownictwo, którego w środmieściu nie widać, typowo sowieckie. Hydranty, przykrywy kanałów wszystko z napisami polskimi. Trzeba przyznać że przewodniczka mowiła poprawnie, i po angielsku i po niemiecku. Natomiast treść była szokująca. Znam historię Lwowa i trudno mi było uwierzyć jak ją zmienili. Sześćset lat polskiego Lwowa zginęło. Żeby to zrozumieć odsyłam czytelników do obecnej ukraińskiej webpage historia Lwowa Niestety nie mogłem sobie pozwolić na wyrażenie swojej opinii ani znajomości prawdziwej historii Lwowa. Ponieważ że nie pierwszy raz byłem w tej sytuacji, więc pozostało mi tylko, jak to się mówiło: "morda w kubeł i czekać lepszych czasów". Po powrocie do hotelu dowiedziałem się jak obecnie kursują tramwaje - to była sobota - i pojechałem na Cmentarz Lyczakowski odwiedzić nasze groby. Pamięć mnie nie zawiodła i minąłęm grób Konopnickiej, Zapolskiej, Próchnickich - to jest panieńskie nazwisko mojej żony, choć nie z tej samej rodziny - znalazłem grób dziadka i prababki. Grób się zachował, bo w nim pochowana jest nasza kucharka Hania i jej siostrzenica. Ich to nazwiska są widoczne jak i napis u szczytu: Grób Rodziny Trzywdar Rakowskich. Potem poszedłem szukając grobu rodziców mojej babki, ale go nie znalazłem. Pewnie go przekopali po 50 latach. Potem poszedłem na Cmentarz Orląt. Tego się nie da okreslić. Zbeszczeszczona ruina i śmietnik. Porobiłem trochę zdjęć, wszystko bardzo dyskretnie bo nie wiedziałem czy kto mnie nie "pilnuje". W drodze powrotnej spotkałem kilku Polaków, z którymi razem wyszliśmy z cmentarza mijając grób Iwana Franko, który został przeniesiony na główną aleję. Ponieważ to był czerwiec, długie dni, więc pojechałem na Rynek żeby odwiedzić kilka muzeów i się dowiedzieć jaka jest nowa historia Lwowa. Po powrocie do hotelu poszedłem na obiad do restauracji hotelowej. Jakość potraw była pod znakiem zapytania, ale nie mając innego wyboru i będąc głodnym można było zjeść. Spróbowałem nawet mamłygi, której jako dziecko nie cierpiałem, ale po tylu latach nawet mi smakowała. Po obiedzie poszedłem na "Corso", jakim jak dawniej była Akademicka i Legionów. Tłumy spacerujących jak dawniej, sporo ładnych kobiet, bo lwowianki zawsze były znane z urody, niezależnie czy to Polki czy Ukrainki, i taka przyjemna atmosfera wiosennego wieczoru. Mimo że moje hotelowe łóżko pozostawiało wiele do życzenia, spałem jak kamień po butelce lwowskiego piwa, którego jakość nie różniła się od innych piw sowieckich, co nie wymaga komentarzy. Następnego dnia - była to niedziela - zbudziło mnie wcześnie słońce jakie na mnie padało, bo w pokoju nie było zasłon na dużych oknach wychodzących na wschód. Na szczęście była ciepła woda, więc można było wziąść prysznic i pójść "pohulać", jak to się we Lwowie mówiło. Najpierw poszedłem pooglądać nasze domy. Stały jak dawniej, nie malowane od czasu jak Mama je dawała malować, ale balkony całe, brama też. Klatka schodowa też nie malowana od wojny. Gdzie te kokosowe chodniki i lniane nakładki, nawet nie wiem jak to się nazywało, ale wyglądało zawsze tak elegancko. Zmieniona była konfiguracja sklepów i ich przeznaczenie. Nasz garaż był zamieniony na cześć sklepu.
Potem poszedłem na Żelazną Wodę, do VIII Gimnazjum, powrót przez Park Stryjski, w którym byłem już w czasie swojej tury poprzedniego dnia. Pomnik Kilińskiego stoi tak jak stał. Jest też i staw u wejścia, gdzie w 1933 roku złamałem nogę na nartach. Wróciłem z parku chyba ulicą Puławskiego. Pamiętam że tam na rogu była pralnia chemiczna p. Zygalskiej, gdzie mama oddawała nasze rzeczy do czyszczenia i gdzie plisowano mamie spódnice czy suknie, co wówczas było w modzie. Zeszedłem Stryjską na ul. Św. Zofii, na "plac", gdzie Hania dokonywała zakupów, a w czasie wojny czasem wieczorem Niemcy pokazywali swoje "wochenschau" - kroniki filmowe, bo wówczas nie chodziło się do kina, gdyż "tylko świnie siedzą w kinie". Pamiętam, jak to po nieudanym lądowaniu w Dieppe, poszliśmy ogladać dziennik, w czasie którego ktoś krzyknął: "budy podjechały, będzie łapanka" - i my wszyscy w nogi. Do domu nie bylo daleko, ale jak to się naprawdę skończyło, to nie pamiętam. Wiem jedno że nigdy więcej tam nie chodziliśmy. Przeszedłem z powrotem koło domu i w górę ul. św. Marka - ulica była b. stroma, tak że ojciec jak przyjeżdzał na obiad, tam parkował samochód bo wówczas mógł zastartować "na pych" zjeżdzając z góry bez obawy czy wóz "zaskoczy" używając starter. Tak doszedłem do ul. Długosza, gdzie był dom dziadków pomiedzy klasztorem i gimnazjum Bazylianek. Dom był niezmieniony, też chyba nie malowany od czasów wojny. Nie wiem co się stało z zakonem Bazylianek, a gimnazjum było standartowa sowiecką "dziesieciolatką". Potem spacer wzdłuż ogrodu botanicznego, w którym spędziłem dzieciństwo i gdzie w czasie okupacji, pracując w Instytucie prof. Weigla, mogliśmy spędzać nasze przerwy w pracy. Z Długosza była mała uliczka, gdzie był pałacyk hr. Starzeńskiego, przyjaciela mego wuja. Wówczas był tam jakiś żłobek, czy coś w tym rodzaju. Dalej św. Mikołaja. Z jednej strony był sklep "korzenny" Olecha, gdzie mama kupowała; za wyjątkiem kawy i cykori, które kupowała u Riedla koło katedry. Po lewej stronie stary budynek uniwerytetu, gdzie była katedra mikrobiologii UJK, a w czasie okupacji Instytut produkujący szczepionkę przeciwko tyfusowi plamistemu pod egidą Oberkomando des Heres, który dawał dobre papiery chroniące przed wywozem na roboty do Niemiec. Obok uniwersytetu był nasz parafialny kościoł św. Mikołaja, gdzie rodzice brali ślub a my byliśmy chrzczeni. W czasie mojej wizyty były tam magazyny. Potem przez pl. Fredry, ale bez pomnika (pomnik znajduję się we Wrocławiu) na ul. Lelewela, do szkoły św. Józefa Braci Szkolnych św. Jana de la Salle. Szkoła ta była wówczas chyba jakimś technikum, ale gdy pózniej rozmawiałem z jedną ze strażniczek w muzeum, dowiedziałem się że to była wcześniej normalna szkoła, którą ona tam ukończyła. Wróciłem na Akademicką i w restauracji, którą babcia lubiła - nazywała się chyba Popularna, była przychodnia dentystyczna. Nie pamiętam co było w cukierni Zalewskiego, ani w jego sklepie. Ten sklep przypomniał mi ranek 22 czerwca 1941 roku, kiedy to, zaraz po napadzie Niemców na ZSSR, zebrałem wszystkie swoje pieniądze, pożyczyłem resztę od brata, i poszedłem na zakupy. To była niedziela, więc większość sklepów była zamknięta, za wyjątkiem właśnie "Gastronoma" w sklepie Zaleskiego. Ludzie jeszcze się nie zorientowali że zaczęła się wojna, był wczesny ranek, więc tłoku nie było. Kupiłem papierosy, różnego rodzaju konserwy i tak wydałem wszystkie pieniądze i dumny wróciłem do domu, gdzie przygotowywano się do przyjścia Niemców. Nie spodziewaliśmy się, że zajmie to im ponad tydzień, w czasie którego Sowieci zdążyli wymordować wszystkich więźniów w Brygidkach. Niemcy, żeby nie być dłużni, w 3 dni po wkroczeniu zdążyli zamordować 40 profesorów uniwersytetu i politechniki. Po drugiej stronie ulicy Akademickiej było Kasyno Literacko-Naukowe, którego stałym bywalcem był nasz ojciec. Będąc w 1959 roku w Dallas, poszedłem do, wówczas bardzo znanej wśród smakoszy w Stanach, restauracji Old Varsovie. Muszę powiedzieć, że była imponująca. Nie pamiętam kto był jej właścicielem, ale kierownikiem sali był Polak, który był kelnerem w Kasynie we Lwowie. Jak powiedziałem mu swoje nazwisko, rozczulił się bardzo i powiedział że "pan inżynier" był jego ulubionym klientem, którego zawsze chciał sam i jak najlepiej obsłużyć. Spotkaliśmy się następnego dnia na lunchu i wspominaniu starych dobrych czasów we Lwowie. Potem minąłem dawną "Tyliczkową", dom Szprechera, przed wojną najwyższą kamienicę we Lwowie. Chyba w następnym domu była kawiarnia Weltza, gdzie chodzili nasi rodzice. Obok był sklep sportowy Scota i Pawłowskiego, gdzie zawsze były interesujące wystawy z najnowszym sprzętem sportowym. Żona pana Pawłowskiego była dentystką i jedną z najładniejszych lwowskich pań, jak i pózniej ich córka. Następny dom to Bank Hipoteczny, gdzie pamiętam jak z mama chodziłem, gdy spieniężała kupony pożyczki amerykańskiej. Żeby pójść w stronę katedry obecnie trzeba było przejść przejściem podziemnym. Pamiętam że po drugiej stronie ulicy był "Trójkąt w Kole" i albo Bata albo Delka i chyba Rappaport. Kaplica Boimów była zamknięta, ale otwarta była katedra, gdzie wstąpiłem. Msza się akurat kończyła. Potem przeszedłem Rynek i poszedłem do katedry Ormiańskiej, gdzie zawsze chodziliśmy na rezurekcje, po których normalnie dostawałem zapalenia gardła i wielkanoc spędzałem w łóżku. Katedra była zamknięta i znajdował się w niej chyba magazyn. Później poszedłem na ulicę chyba Skarbkowską, której nazwy nie jestem pewny. Chodziłem tam w czasie okupacji do handlówki. Nia poszedłem na Wały Hetmańskie żeby zobaczyć Kino Atlantyk, gdzie był w czasie okupacji zorganizowany koncert, na który mieliśmy pójść, ale został odwołany na znak żałoby po upadku Stalingradu. Potem poszedłem do Teatru Wielkiego i na "Paryż", żeby zobaczyć Hotel Lviv. Jak się spodziewałem, był to typowy sowiecki hotel, w jakich stale musiałem mieszkać w Moskwie. Zrobiłem więc dobry wybór, szczególnie jeżeli chodzi o lokalizacje. Wróciłem Wałami, mijając dawną "czarną giełdę", gdzie przed wojną można było kupić i sprzedać walutę po lepszej cenie niż w banku. Potem na rogu Kasa Galicyjska ze swoim charakterystycznym gmachem. Dalej 3 Maja koło Banku Gospodarstwa Krajowego, mijając po drodze sklep, który w czasie okupacji był sklepem papierniczym z wystawą ślicznych piór Pelikana i różnymi innymi "cudami". Niedługo po otwarciu miał tabliczkę na drzwiach z napisem "Nur fuer Deutsche". Potem spacer przed uniwersytetem, parkiem Pojezuickim, pocztą głowną i powrót ulicą Kopernika, której nazwy chyba nie zmieniono, obok pałacu Ponińskich, który to przed wojną był zamieniony na biura Polminu, a w czasie okupacji sowieckiej na pałac pionierów. Potem sklep Bujaka zawsze ze ślicznymi fotografiami. Obok sklep Izykowskiego, którego syn był lunatykiem i chodząc po gzymsie został zbudzony i spadł zabijając się. Miał ładny grobowiec, a opowiadanie o tym wypadku było dla mnie zmorą, podobnie jak pogrzeb lotnika, który zginął pod lawiną i którego trumna, umieszczona na kadłubie samolotu, jechała na cmentarz. Jak tylko te dwa przypadki sobie przypominałem, to nie mogłem zasnąć. Na rogu Kopernika i Legionów było wejście do pasażu Mikolascha, który Niemcy zbombardowali, i nigdy nie został otworzony. Tam oprócz licznych sklepów było kino Ton, gdzie pokazywali dwa filmy ze cenę jednego, i były to przeważnie filmy kowbojskie. Przy końcu pasażu było drugie kino, może Uciecha, ale nie jestem pewny. Tam chyba byłem na swoim pierwszym filmie, ale później nigdy tam nie chodziliśmy. Wracając do ulicy Kopernika, tam była na pierwszym piętrze, chyba wzorowana na paryskiej, Cafe de la Paix. Nigdy tam nie byłem i chyba miała ona złą opinię, bo jak o niej mówiono, to zawsze robiono jakieś dziwne miny. Dalej była Galeria Mariacka, gdzie kiedyś ojciec miał swoją firmę, a później było kilka eleganckich sklepów i salon samochodowy. W pobliskiej okolicy, już nie bardzo pamiętam gdzie, był sklep modniarski, gdzie mama kupowała kapelusze. To była długa procedura i ja musiałem siedzieć i czekać, nudząc się przy tym. Ale był wybór: albo pójść z mamą, albo zostać w domu. Wybierałem to pierwsze. Bliżej hotelu był nocny lokal, nazywał sie chyba Oaza. Nigdy tam nie byłem i słyszałem o nim tylko od rodziców. Przechodząc koło niego skusiłem się żeby zobaczyć jak wygląda. Była to obecnie typowa sowiecka restauracja z bardzo podłym jedzeniem, które spróbowałem. Obok, przed wojną, był sklep z walizkami Rappaporta. Pamiętam doskonale właścicielkę, która była wysoka, gruba i wygladała jakby miała do siedzenia przymocowaną walizkę. A może to były dziecięce imaginacje? W czasie okupacji w tym sklepie był punkt sprzedaży propagandy niemieckiej jak flagi, książki i afisze. Pamiętam na wystawie był wielki afisz z napisem po polsku: "zamiast mięsa, szczura sieka, brudnej wody da do mleka, rozczyn ciasta z robakami ugniatany jest nogami" i odpowiedni rysunek antysemicki. Po takim całodziennym spacerze byłem wykończony. Niestety ciepłej wody znowu nie było. Obiecali że będzie w nocy. Odpocząłem trochę i poszedłem na obiad, tym razem do piwnicy hotelu gdzie był dansing. Ponieważ byłem sam, dosadzili mnie do stołu gdzie siedział Ukrainiec z Brazylii, który, będąc lekko pod gazem, piał hymny pochwalne na temat "radianskoj Ukrainy" do której wracał, bo miał dość Brazylii. To wszystko nie było miłe. Starałem się jak najszybciej zjeść, pójść na "corso" i spać. W niedzielę było mniej ludzi, ale noc była śliczna i z przyjemnością pospacerowałem. To był okres kiedy nie było jeszcze bandytyzmu i można było wieczorami spokojnie pospacerować. W poniedziałek wcześnie wstałem i po śniadaniu poszedłem jeszcze na spacer. Spotkałem dużą wycieczkę umundurowanych wschodnich Niemców, którzy pilnie zwiedzali miasto, robili zdjęcia i słuchali "nowej" historii Lwowa. Jak wróciłem, moje rzeczy były już w samochodzie i odjechałem na dworzec. Tym razem był miejscowy pociąg do Przemyśla. Większość podróżnych jechała do miejscowości położonych przed granicą, a tylko kilku podróżnych jechało do Polski. Jak tylko pociąg ruszył, zjawił się kierownik pociągu chcący kupić odemnie dolary. Nie dochodziło do niego, że nie mam ochoty na żadne nielegalne transakcje, ani że nie potrzebuje rubli, bo wyjeżdzam z ZSSR. Jak się okazało, cała ekipa pociągu żyła z handlu. Kupowali w Pewexie w Przemyślu, podczas godzinnego postoju, koreańskie chustki przetykane imitacją złota, które potem po wielokrotnej cenie sprzedawali we Lwowie. Ich największym problemem były trudności w zakupie dolarów. Jak tylko wjechaliśmy do Przemyśla, pokazali się Polscy taksówkarze szukający pasażerów. Ceny, jakie żądali, były wysoce wygórowane, bo liczyli że przyjezdni nie orientują się w polskich cenach. Zresztą zaraz po przyjeździe był pociąg pośpieszny do Warszawy, na jaki miałem już bilet, i na którym byłem oczekiwany na dworcu w Warszawie. Tak sie skończyła moja pierwsza wizyta we Lwowie. |
| Stanisław
Szybalski Punta Gorda, FL 33950 Prawa autorskie zastrzezone 1999 |