Obrona Glywic opisou roz we 1940 roku Hermann Ehren we od niego
ksionzce pt „Um der Väter Erbe“. Sam som fragmynty tyj ksionzki.
Wybrouch te kere opisujom samo obrona miasta Glywice.



Na polsko gotka piyknie pszetuplikowou [STAFLIK]





Artyleria wstrzymała już ogień. Pierwsza nieprzyjacielska fala osiagnęła fosę.
Przypuszczenie dowódcy miasta dotyczące planów ataku wroga, potwierdziło się.
Jeśli przy tej liczbie przeciwników przedsiewzięto atak ze wszystkich stron,
wkrótce było jasne, że chodzi tylko o fortel. Bez uważnego, młodego komendanta,
fortel ten z pewnością też by się udał.

Pierwsze szeregi atakujących przekroczyły wał i doszły do fosy. Do wody leciały
już masowo wiązki słomy i chrustu, a komendant ciągle jeszcze nie dawał rozkazu
strzelania.

Żołnierze Mansfelda spoglądali ze zdziwieniem w górę na mury. Ta cisza budziła
niepokój. Odbiegała od tego, do czego się przyzwyczaili. Wszędzie, gdzie
atakowali, czy to w Czechach, Italii czy Niemczech, na murach stali obrońcy,
którzy strzelali i krzyczeli ile się dało. Tutaj jednak żadnego obrońcy nie
było widać. Nie padł ani jeden strzał. Ich zdziwienie miało być jednak tylko
krótkotrwałe. Ten przeraźliwy spokój ciążący na murach przerwał nagle ostry ton
komendanta. Ledwo co przebrzmiał, na atakujących spadły ogień i śmierć z ponad
pieciuset muszkietow i hakownic. Skutek zmasowanego ognia, przy tej małej
odleglości i liczbie przeciwników, był straszliwy. Prawie cała pierwsza linia
atakujących została wybita. Umierąjac, dziesiątki spadały do fosy wraz z ich
wiązkami z łąk, spełniając jeszcze przez śmierc swoje zadanie.

Glośnymi okrzykami radości przyjęli Gliwiczanie ten pierwszy wynik ich obrony.
Ale radość ta trwała tylko krótko. Zanim zdążyli ponownie załadować i
wystrzelić ze swoich muszkietow i hakownic, masowo nacierąjacy napastnicy
zasypali, jeśli nawet tylko prowizorycznie, fosę w dwóch miejscach. Wystarczyło
to, aby w mgnieniu oka umożliwić setkom wrogów przejście przez rów. Własnie w
takich walkach wyszkoleni żołnierze, szybko usunęli toporami i taranami
palisady zamykające dostęp do murów i oparli o mury drabiny bojowe. Teraz
wspinali się już zuchwale na drabinach do góry z mieczem lub halabardą w
ręku. Obrońcy strzelali wprawdzie bez ustanku na linie przedostających się
przez rów wrogów, ale choć wielu krwawiąc topiło się, liczba nacierających
rosła z minuty na minutę.

Teraz na międzymurzu stały ich już setki.
Jak tylko przystawiano drabinę, obrońcy próbowali ją przewrócić. I z pewnością
nie udałoby się żadnemu wrogowi na nią wspiąć, gdyby nie chodziło tu o tak
bojowy i walkach wypróbowany lud Mansfelda.
Przy każdej drabinie stało trzech żołnierzy. Kiedy jeden szykował się do
wejścia na nią, pozostali dwaj ustawiali się obok z muszkietami gotowymi do
strzału. Ich kule powalały na ziemię każdego, który próbował drabinę
przewrócić. Jako pierwszego kule dopadły czeladnika Schymurę od kowala Wisora.
Nie nosił żadnej strzelby. Jako jedyną broń jego ciężkie ręce trzymały kowalski
młot. Zaraz na początku ataku jako jeden z pierwszych wyszedł zza
chroniącego go murka i oczekiwał na wroga na ganku obronnym. Kiedy pierwszą
drabinę przystawiono akurat obok niego, odrzucił młot na bok, żeby drabinę
przewrócić. Już chwycił ją i pociągnął do góry. Żołnierz, który się po niej
wspinał, spadł na dół jak worek . Ale w tym samym momencie nasz czeladnik
kowalski drabinę wypuścił; wyprostował się w górę i upadł bezgłośnie z
powrotem na ganek obronny. Kowal Wisor, który zaraz doskoczył, nie miał już
nic innego do zrobienia, jak tylko zamknąć swemu wiernemu czeladnikowi oczy.
W czole jego była okrągła, wielka dziura, wybita przez kulę wrogiego żołnierza.
>>Przeklęte świnie,<< mruczał majster, >> nie pozostanę wam w niczym dłużny<<.
Obrońcy drogo zapłacili, zanim zaniechali prób przewracania drabin. Gdzie
tylko jakaś ręka chwytała za drabinę, najczęściej w tym samym momencie
słychać było krzyk trafionego. Ale ta nauka nie poszła przynajmniej na marne i
obrońcy ostrożnie się znowu pochowali. Tak więc napastnicy mogli teraz bez
przeszkód wspinać się po drabinach. Ale biada temu, kto wyłaniał się zza
krawędzi muru. Jak błyskawice świstały wtedy cepy i miecze nad ich głowami, tak
że głowy tak samo szybko znikały jak przyszły. Ale co pomogło to całe męstwo
przy tej potwornej przewadze nieprzyjaciół ? Chociażby setki z nich się
potopiło, natychmiast tyle samo stało na ich miejsce. Ponieważ obrońcy byli
całkowicie zajęci obroną przed wrogiem na murach, Malenstein mógł bez przeszkód
przeprowadzić wszystkie jego siły przez wał i fosę. A było ich ponad dziesięć
tysięcy. I ta potężna armia wyposażona we wszystkie nowoczesne bronie, była
dowodzona przez najśmielszego i najmężniejszego wodza tych czasów. Stał na
wozie oddalony pięćdziesiąt metrów od bramy raciborskiej. Jego ostrym oczom
nie uszło nic. Żadna słaba strona przeciwnika ani żadne słabości własnych
wojsk. Bezustannie wydawał rozkazy. Oblicze miał ponure. Mieszkańcy Gliwic

stwarzali mu więcej problemów, niż
przypuszczał. Jego pogląd, że już bombardowanie wystarczy, aby złamać opór,
okazał się złudny. A teraz jeszcze ci mężczyźni broniący się na murze jak
diabły !
Gniewnie tupnął nogą i zwrócił się do otaczających go oficerów:

>> Czyż zwerbowałem tchórzliwe baby i niewiasty albo żołnierzy ? Panowie,
proszę osobiście pokierować natarciem ! <<





Oficerowie oddalili się w milczemiu i udali do swoich chorągwi i regimentów.
Teraz zaczęła się dzika, bezlitosna fala nowych ataków ! W końcu udało się
pewnej liczbie żołnierzy Mansfelda przejść przez mur i umocnić tam swoje
pozycje. Wywiązała się straszliwa walka, w której przeważali wyszkoleni we
władaniu bronią żołnierze.
Gliwiczanie walczyli wprawdzie z odwagą i pogardą dla śmierci, ale co pomogły
te młoty, cepy i ta cała przestarzała broń, kiedy wrogowie wspięli się na mury
i stali bezpośrednio przed nimi. Tu nie decydowały już tylko odwaga i dzika
brawura. Teraz znaczenie miały rodzaj broni i umiejętność jej wykorzystania.
Nie dalej jak dwanaście metrów od wieży bramy raciborskiej, jedna z
nieprzyjacielskich drużyn zdobyła mury i mimo walecznego oporu, uczyniła
obronę niezdolną do walki wycinając ją w pień.
Teraz natarli w kierunku wieży. Jeśli doszliby do bramy miejskiej i udałoby im
się ją otworzyć, miasto byłoby stracone. Obrońców, którzy w obrębie murów
mogli to natarcie obserwować, ogarnęło przerażenie. Wszystkie ofiary wydawały
teraz się daremne.
>> Swięta dziewico, wspomóż << podniosły się z setek serc błagalne wołania o
pomoc do nieba !


Wrogowie nacierali gwałtownie w kierunku wieży. Na ich czele stał młody oficer.
Z jego oczu biło uczucie triumfu. Tu, w Gliwicach, zdobyłby swe pierwsze
zasługi, a zwycięstwo i chwała związane zostałyby z jego nazwiskiem. Jeszcze
kilka kroków i osiagnąłby wieżę, gdzie znajdowały się schody prowadzące w dół,
do bramy miasta. Z jego ludźmi otwarłby bramę i miasto należałoby do jego
dowódcy.
Nagle ten zwycięski marsz został zahamowany! Ze szpadą w ręku stanął przed nim
komendant miasta, von Welczek.
Szpada zaświstała w powietrzu i oficer Mansfelda zdawał się być stracony; ale
ten tylko odruchowo wzniósł rękę trzymającą miecz i odparował z lekkością i
elegancją potężne uderzenie. Po tej obronie komendant miasta wiedział, że przed
sobą ma mistrza sztuki szermierczej. Błyskawicznie przeszedł do drugiego
uderzenia. Ale i ten atak został lekko i pewnie odparty. Komendant zdawał sobie
sprawę, że w tej walce nie chodzi tylko o życie lub śmierć, ale o miasto. Znał
się na fechtunku. Na dworach Wiednia i Florencji stał na przeciwko najlepszych
mistrzów i od nich się uczył. Jeśli nie dało się inaczej, musiał pokonać
przeciwnika podstępem. W innym przypadku gardziłby tym, ale teraz nie było już
czasu do stracenia.
Po drugim ataku odskoczył kilka kroków w tył, jakby chciał uniknąć walki. Co
potem się zdarzyło było zamierzone i do przewidzenia. W wielu walkach
pokazowych wykorzystał i wypróbował ten fortel. Jak wielu innych przeciwników
także nasz młody oficer dał się przechytrzyć. Z podniesioną szpadą doskoczył
wielkim susem do komendanta. Taki skok był niezgodny ze wszystkimi regułami
sztuki fechtunku i uniemożliwiał pewne uderzenie. Tak było też w tym przypdku.
Jeszcze gdy oficer nacierał, komendant stał już mocno obiema nogami na ziemi.
Jego wzrok zawisł na przeciwniku i jeszcze zanim ten się zatrzymał, ostrze
miecza prowadzone jego pewną ręką przeszyło powietrze. Zabrzęczało tylko i
szpada oficera pofrunęła wysokim łukiem ponad murem. I jeszcze jeden błysk
szpady. Kiedy ta opadła, dzielny przeciwnik osunął się na ziemię. Drugi raz
komendant nie uderzył już z całą siłą. Nie miał zamiaru zabijać przeciwnika a
chciał tylko uczynić go niezdolnym do dalszej walki. Lekkim cięciem w głowę
oficera swój cel osiagnął.





Podczas gdy Komendant walczył jeszcze z oficerem przy wieży miejskiej od strony
ganku obronnego, rajca miejski Marcin Strzoda, który zauważył niebezpieczną
sytuację w tej części obwarowania, zaatakował wdzierającego się wroga od
drugiej strony. Przy małej szerokości chodnika miał tą przewagę, że każdorazowo
tylko jeden z walczących mógł się przeciw niemu zwrócić. Pierwszemu wybił swym
szerokim rycerskim mieczem halabardę z ręki a drugim uderzeniem położył go
trupem. Następnemu też nie poszło inaczej. Zanim zdążył podnieść halabardę
rajcowy miecz przebił jego pierś, tak, że z cichnącym jękiem upadł w ramiona
stojących za nim kamratów. Ci zaprzestali dalszej walki. Z ich oczu można było
odczytać przerażenie. Odrzucili swe halabardy i błagalnie zaczęli prosić o
życie.
Walki komendanta i miejskiego rajcy z żołnierzami toczyły się na oczach
wrogiej armii. Również mieszkańcy Gliwic obserwowali te zmagania z największą
troską. Na jedną chwilę ucichł zgiełk bitwy. Wszyscy przyglądali się zwróceni
w górę ku tym mężom, którzy na ganku przy murze obronnym rozpoczęli walkę na
śmierć i życie. Żołnierze Mansfelda głęboko wierzyli w zwycięstwo ich młodego
oficera , który w całej armii znany był jako błyskotliwy szermierz.
Z zupełnie innymi uczuciami przyglądali się tej walce oblężeni mieszkańcy
miasta. Od jej wyniku zależało wiele, a właściwie prawie wszystko. Gdyby
zwyciężył oficer i jego oddziały, w niebepieczeństwie znalazłaby się nie tylko
brama miejska. Jeszcze większym zagrożeniem byłaby w przypadku porażki utrata
ducha walki wśród obrońców. Teraz, kiedy oficer i jego żołnierze prawie
jednocześnie musieli się poddać, wybuchła wielkia radość wzdłuż murów. Nowa
otucha wstąpiła w serca obrońców, dłonie jeszcze mocniej ścisnęły broń, a
świadomość, iż przysięgali bronić miasta do ostatniej kropli krwi, jeszcze
bardziej sie pogłębiła.
Wyniki pojedynków wywołały u żołnierzy Mansfelda wstyd i jednocześnie złość. Ci
nędzni mieszczanie odważyli się stawiać taki opór starym, doświadczonym
żołnierzom, którzy zwyciężali na wszystkich europejskich polach walki.
I znowu zabrzmiały bębny wojskowe i rozpoczął się nowy, jeszcze bardziej
wściekly i gwałtowny atak. Przy tej przewadze, jaką posiadała armia Mansfelda,
z pewnością zakończyłby się on sukcesem, gdyby nie pojawił się wielki
sprzymierzeniec obrońców w postaci zapadającego zmroku. Około ósmej wieczorem
Mansfeld zakończył więc tą bezcelową walkę.
Przerwanie walki zostało przyjęte przez oblężonych z wielką radością. Nie był
to jednak powód do jakże zasłużonego spokoju. Komendant miasta wiedział, że
następnego dnia atak rozpocznie się z nową siłą. Głęboka troska o los
powierzonego miasta zaprzątała jego umysł. Oczywiście, że dziś osiągnął
zwycięstwo; ale za jaką cenę ? Krwawe walki przypłaciło życiem osiemdziesieciu
obrońców. Dwa razy tyle zostało rannych i przez to niezdolnych do dalszej
walki. Również obwarowania zostały w kilku miejscach poważniej uszkodzone niż
początkowo zakładał. I ten stan rzeczy trzeba było teraz uwzględnić.
Pierwszym zadaniem było właczyć do jutrzejszej ciężkiej bitwy wszystkich
zdolnych do walki mężczyzn. Do tego, że tak się stanie, zobowiązany został
burmistrz. Miał mnóstwo do zrobienia - wszystko, co niezbędne, aby przygotować
się do skutecznej obrony. Tylko najstarsi mężczyźni zostali na noc zwolnieni.
Wszyscy inni pracowali bezustannie przy naprawie murów albo znosili materiał
obronny, jak kamienie i worki z piaskiem. Wielką otuchą dla młodego komendanta
była wspaniała atmosfera wśród obrońców. Z ufnością wierzyli w zwycięstwo ich
sprawiedliwej sprawy. Ta wiara natchnęła też wszystkich mieszkańców. Kobiety i
dzieci pomagały, jak tylko mogły. Kto nie potrafił dać wsparcia pracą własnych
rąk, szedł do kościoła, gdzie wikary w błagalnej modlitwie prosił niebo o
zwycięstwo gliwickiego oręża.





Nabożeństwo wieczorne w kościele Wszystkich Swiętych (fragmenty)

Teraz wikary w entuzjastycznych słowach przedstawił, jak to matka niebieska
objawiła się pewnej dziewicy, która wkrótce miała stanąć przed obliczem Boga,
dając jej na pocieszenie pewność, że będzie osłaniać miasto.

>>Czysta dusza, przez chorobę i cierpienie uszlachetniona, zdobyła niebiosa.
Walczmy więc, abyśmy stali się godni tego znaku łaski<<.


... a na drugi dzień

Tak jak we wczoraj, komendant znowu stał na strażnicy przy bramie raciborskiej
i obserwował każdy ruch wroga. Również dziś przekazał swoim ludziom dokładne
zasady postępowania: przed wrogiem muszą się wszyscy dobrze osłaniać; nie
wolno strzelać, zanim wróg nie wejdzie na wał obronny. Dla kobiet były
wyjątkowo szczegółowe polecenia, w których określił dokładny moment ich
wprowadzenia do walki.
Zaraz, gdy rozpoczęła się pierwsza fala ataków wroga, komendant zdał sobie
sprawę, że tym razem walka będzie jeszcze trudniesza i krwawsza, niż
poprzedniego dnia. Nieprzyjaciele próbowali przedostać się przez wał obronny w
ośmiu różnych miejscach. Ledwo go osignęli, komendant wydał rozkaz rozpoczęcia
ognia z muszkietów. I znowu duża liczba napastników wpadła nieżywa lub zraniona
do fosy. Ale większości udało się jednak osiągnąć miedzymurze i ustawić
drabiny do szturmu.
Jeśli najeźdźcy wierzyli, że dzisiaj przy drugim ataku będą mieli łatwe
zadanie, że napotkają załamaną i zmęczoną obronę, to rzeczywistość pokazała, że
się starszlie mylili. Pełni zapału i nieustraszenie stali mężowie, którzy
poprzedniego dnia wiele się w walce nauczyli, schyleni za ochronnym murkiem.
Jak tylko nieprzyjciele wdrapali się po drabinach, ze świstem spadały na nich
potężne uderzenia mieczów i młotów. Kiedy jednak po godzinie większa część
wrogich żołnierzy stała na dziedzińcu, sytuacja obrońców stała się znowu
poważna.
Komendant ciągle jeszcze nie dawał rozkazu do walki kobietom. Miały one
wkroczyć na plan dopiero w decydującym momencie. Tymczasen niektórzy napastnicy
umocnili już swoje pozycje na murze. I znów wywiązała się mordercza,
bezpośrednia walka. Mężczyźni walczący o swoje rodzinne miasto, dokonywali
prawdziwych cudów waleczności.
Szczególnie rajca miejski Marcin Strzoda bił się jak lew. Za każdym razem, gdy
jego szeroki miecz zabłyszczał w powietrzu, padał na ziemię któryś z wrogów, by
się już nigdy nie podnieść. Rajca wyglądał strasznie. Jedna z kul drasnęła go
w czoło. Twarz i odzienie spływały krwią. Ale jego pogarda dla śmierci i
męstwo pociągnęły za nim innych.
Była już ósma a żołnierze Mansfelda nie osiągnęli jeszcze decydującego
sukcesu. Ale zatrważające pytanie brzmiało: jak długo jeszcze ?
Liczba nacierających nie zmniejszała się. Powstające straty były ciągle
uzupełniane przez świerze, niespożyte siły. Zupełnie inaczej wyglądało to u
obrońców ! Wszyscy mężczyźni potrafiący władać bronią, stali na murach. Żadnych
rezerw już nie było. Braków nie dało się wypełniać. A te były w tej już dwie
godziny toczącej się bitwie bardzo duże. Cechy szewców i piekarzy , które
walczyły ramię w ramię, straciły przez śmierć i rany już siedemnastu mężczyzn.





Nie lepiej wyglądało też w pozostałych częściach obwarowań. Wielu dzielnym,
radującym się już na zwycięstwo obrońcom, broń wypadła z ręki na zawsze.
Komendant miasta widział, że teraz nadszedł moment, kiedy kobiety mogły
pokazać, iż poważnie traktują swój udział w walce. Skinął na swego adiutanta.
Ten oddalił się szybkim krokiem. Wkótce potem zadudniły dzwony kościoła
Wszystkich Swiętych. Ledwo co przebrzmiał pierwszy ton, ze wszystkich ulic i
zaułków pośpieszyły setki kobiet i dziewcząt w kierunku murów. W ich rękach
trzymały dziwne naczynia. Wszystkie one były wypełnione po brzegi wrzącą
kaszką jaglaną. Błyskawicznie wdrapały się na drabiny. Już stały na ganku
obronnym i gdzie tylko spoza blanku wystawała drabina albo nawet widoczna była
głowa nieprzyjaciela, kobiety szybko robiły swoje. Jak strumień lawy polała
się na głowy, ramiona i ręce nacierających gorąca breja, tak że krzykiem i
jękiem spadali na miedzymurze.To nagłe i mocne wejście do walki setek
gliwickich kobiet, zmieniło za jednym zamachem sytuację na korzyść obrońców.
Jeśli jeszcze przed chwilą położenie Gliwic wydawało się być niemal
beznadziejne, to teraz zwycięstwo było prawie pewne. Nieprzyjacielskim
wojskiem zawładnęła wielka panika. Przestali myśleć o dalszym natarciu i
walce. Nie pomogły żadne przekleństwa i groźby dowódców. Nawet interwencja
wyższych oficerów była na darmo. Kto z napastników uszedł bez szwanku, biegł
wzdłuż międzymurza, by znaleźć wyjście przez wały poza miasto. Ale również
wielu z nich musiało tą próbę ucieczki przypłacić życiem, bo z murów
nieprzerwanie spadała na wroga śmierć i zagłada.Wszyscy mężczyźni i kobiety
miasta, którzy tylko potrafili poruszać rękami, stali na murze i rzucali w dół
na żołnierzy kamienie, belki i wrzątek. Już o dziesiątej międzymurze było
oczyszczone z wrogich wojsk. Co tam jeszcze pozostało, to zabici, ranni i
żałośnie poparzeni. Miasto wypełniła nieopisana radość.Z radosnym sercem
chodził komendant wśród szeregów kobiet i mężczyzn. Dla wszystkich znalazł
słowo uznania i podziękowania. Ale zawsze wiązał z tym przestrogę, by
pozostawać czujnym i gotowym do walki. Komendant liczył jeszcze z ponownym
atakiem Mansfelda. Znał dobrze tego starego wojaka i wiedział, że ten choćby z
ambicji zrobi wszystko, by miasto jednak pokonać. Ale również przy trzeciej
próbie byłoby to bardzo trudne. A dużo czasu by mu nie pozostało. Książę
Friedlandzki nie mógł być już daleko. Za wszelką cenę trzeba było jeszcze parę
dni przetrzymać. Tym piękniejszy byłoby wtedy ostateczne zwycięstwo. Komendant
przedsięwziął więc ze spokojnem i pełen ufności wszystkie przygotowania do
obrony przed dalszym atakiem. Ale tym razem musiał użyć swojego autorytetu, by
zmusić mieszczan i żołnierzy do pozostania na posterunkach. Wierzyli oni
bowiem, że niebezpieczeństwo minęło a zwycięstwo jest ostateczne. I to
zwycięstwo chcieli uczcić, jak to było w zwyczaju każdego wojownika. Ale że
teraz również Burmistrz zgodził się ze zdaniem Komendanta, poddali się trochę
rozczarowani, ale ochoczo jego poleceniom.





A to usłyszał Jerzy Strzoda, syn Marcina, w obozie Mansfelda:

>>Pewien parobek z klasztoru franciszkanów, po tym jak go wystarczająco
wytorturowałem, zdradził mi wczoraj wieczorem, że z klasztoru prowadzi
podziemne przejście do miasta. Rozsądni Gliwiczanie zasypali wprawdzie jego
koniec od strony miasta, ale nie pomyśleli o tym, że w jednej chwili i
niezauważenie możemy się przedostać pod same mury miasta i zrobić w nich
wyłom. Nasi ludzie zostawią tam tylko odpowiedni ładunek wybuchowy, a co potem
nastąpi, możecie sobie wyobrazić.<<

Jerzy przedostał się więc do miasta, żeby o tym opowiedzieć i uratować Gliwice
i rodzinę. Udało mu się to, ale ponieważ był ranny zmarł, zanim przynieśli go
do ojca. A Burmistrzowi zdążył powiedzieć:

>>Panie Burmistrzu, to nie ma sensu (ratować moje życie). Umieram. Uciekłem z
drugiej strony, by ostrzec moje rodzinne miasto. Mansfeld odkrył tajne
przejście między klasztorem i miastem ... pod murami ... położą ... ładunek
wybuchowy ... o szóstej będzie odpalony.<<


Ale...

Radośnie zabrzmiały następnego ranka dzwony kościoła Wszystkich Swiętych nad
miastem i okolicą. Zwycięstwo ! Zwycięstwo ! ogłaszały tym razem ich spiżowe
usta. Wróg przerwał w popłochu oblężenie. Ukochane miasto rodzinne było
wolne ! Ostatni plan nieprzyjaciela, żeby za pomocą prochu wykonać wyłom w
murze, nie udał się. Teraz wszyscy mieszczanie wiedzieli: to, iż plan ten się
nie powiódł, zawdzięczali temu niedocenianemu i pogardzanemu, najmłodszemu
Strzodzie ! Dla ratowania ziemi rodzinnej, poświęcił swoje życie.

Diabelsko chytry był ten plan Mansfelda. Do jego realizacji chcieli wykorzystać
podziemne przejście, które prowadziło do miasta. Gdyby nie Jerzy Strzoda, bez
przeszkód mogliby pod murem miejskim dokonać swego śmertelnego dzieła.
Przekazał on obrońcom miasta precyzyjnie ukartowany plan, tak, że mogli jeszcze
zawczasu wkroczyć i zapobiec jego wykonyniu.

Ostrym i niespodziewanym atakiem komendant wraz ze swoimi kawalerzystami
przegonił kompletnie zaskoczonych żołnierzy, którzy rozpoczęli już
podminowywanie, a podziemne przejście całkowice zasypał. Z pomocą Boga
Wszechmogącego i Przenajświętszej Dziewicy, patronki miasta.





Swięto Wniebowzięcia Najświętszej Maryji Panny było od dawien dawna obchodzone
przez Glwiczan bardzo hucznie. Po sumie rozpoczynało się w mieście wielkie
ożywienie i ruch. Ny rynku stały niezliczone budy ze wszystkim, co mogło
uradować serca obywateli miasta - tych małych jak i dorosłych. Rzeczy przydatne
w domu i gospodarstwie, zabawki i pierniki, dla chłopców i dziewcząt. W tym
dniu przychodzili mieszkańcy ze wszystkich okolicznych wiosek, ci szlachetni i
majętni jak i chłopi pańszczyźniani, żeby wesoło bawić się razem z
Gliwiczanami.

Niejeden talar, nieraz cały rok starannie strzeżony, wyskakiwał w tym dniu z
kieszeni i lądował nieroztropnie i lekkomyślnie w wielkich kieszeniach kramarzy
i karczmarzy.

Raz w roku trzeba było wszystkie troski zapomnieć ! W szczególności dotyczyło
to dzisiejszego Swięta. Pobity został potężny przeciwnik, miasto było wolne.
Mieszczanie zostali uratowani przed śmiercią, zgubą i biedą. Wystarczający
powód, by to piękne święto, jak to już ojcowie czynili, godnie uczcić.

Mieszkańcy Gliwic obchodzili ich święto szesnastego sierpnia, jak nigdy dotąd.
Do późnej nocy słychać było w mieście śpiew i zawodzenie chopców i dziewcząt.
Ale Gliwiczanie spełnili też swoją obietnicę. Rok w rok, w upałach i deszczu,
przy wietrze i zimnie, pielgrzymowali do świętego miejsca łaski.

Od owych wojennych dni mineło już trzysta lat . Mężczyzn i kobiet, którzy
złożyli to ślubowanie, dawno już nie ma. Ale ich dzieci i dzieci ich dzieci
szanują słowo przysięgi ojców. Co roku w okresie letnim gotuje się katolicki
lud Gliwic do ślubowanej pielgrzymki do śwętego miejsca Górnego Sląska, Góry
św. Anny, by w myśl przodków dziękować Panu Bogu, >>bo wielka jest jego miłość
a jego miłosierdzie trwa przez wszystkie pokolenia<<.




Hosted by www.Geocities.ws

1