|
Artyleria
wstrzymała już ogień. Pierwsza nieprzyjacielska
fala osiagnęła fosę. Przypuszczenie dowódcy
miasta dotyczące planów ataku wroga, potwierdziło
się. Jeśli przy tej liczbie przeciwników
przedsiewzięto atak ze wszystkich stron, wkrótce
było jasne, że chodzi tylko o fortel. Bez uważnego,
młodego komendanta, fortel ten z pewnością
też by się udał.
Pierwsze szeregi
atakujących przekroczyły wał i doszły do
fosy. Do wody leciały już masowo wiązki słomy
i chrustu, a komendant ciągle jeszcze nie dawał
rozkazu strzelania.
Żołnierze Mansfelda
spoglądali ze zdziwieniem w górę na mury. Ta
cisza budziła niepokój. Odbiegała od tego,
do czego się przyzwyczaili. Wszędzie, gdzie
atakowali, czy to w Czechach, Italii czy Niemczech, na
murach stali obrońcy, którzy strzelali i
krzyczeli ile się dało. Tutaj jednak żadnego
obrońcy nie było widać. Nie padł ani
jeden strzał. Ich zdziwienie miało być jednak
tylko krótkotrwałe. Ten przeraźliwy spokój
ciążący na murach przerwał nagle ostry ton
komendanta. Ledwo co przebrzmiał, na atakujących
spadły ogień i śmierć z ponad pieciuset
muszkietow i hakownic. Skutek zmasowanego ognia, przy tej małej
odleglości i liczbie przeciwników, był
straszliwy. Prawie cała pierwsza linia atakujących
została wybita. Umierąjac, dziesiątki spadały
do fosy wraz z ich wiązkami z łąk, spełniając
jeszcze przez śmierc swoje zadanie.
Glośnymi
okrzykami radości przyjęli Gliwiczanie ten pierwszy
wynik ich obrony. Ale radość ta trwała tylko
krótko. Zanim zdążyli ponownie załadować
i wystrzelić ze swoich muszkietow i hakownic, masowo
nacierąjacy napastnicy zasypali, jeśli nawet tylko
prowizorycznie, fosę w dwóch miejscach. Wystarczyło
to, aby w mgnieniu oka umożliwić setkom wrogów
przejście przez rów. Własnie w takich
walkach wyszkoleni żołnierze, szybko usunęli
toporami i taranami palisady zamykające dostęp do
murów i oparli o mury drabiny bojowe. Teraz wspinali
się już zuchwale na drabinach do góry z mieczem
lub halabardą w ręku. Obrońcy strzelali
wprawdzie bez ustanku na linie przedostających się
przez rów wrogów, ale choć wielu krwawiąc
topiło się, liczba nacierających rosła z
minuty na minutę.
Teraz na międzymurzu stały
ich już setki. Jak tylko przystawiano drabinę,
obrońcy próbowali ją przewrócić. I
z pewnością nie udałoby się żadnemu
wrogowi na nią wspiąć, gdyby nie chodziło tu
o tak bojowy i walkach wypróbowany lud Mansfelda.
Przy każdej drabinie stało trzech żołnierzy.
Kiedy jeden szykował się do wejścia na nią,
pozostali dwaj ustawiali się obok z muszkietami gotowymi do
strzału. Ich kule powalały na ziemię każdego,
który próbował drabinę przewrócić.
Jako pierwszego kule dopadły czeladnika Schymurę od
kowala Wisora. Nie nosił żadnej strzelby. Jako
jedyną broń jego ciężkie ręce trzymały
kowalski młot. Zaraz na początku ataku jako jeden
z pierwszych wyszedł zza chroniącego go murka i
oczekiwał na wroga na ganku obronnym. Kiedy pierwszą
drabinę przystawiono akurat obok niego, odrzucił
młot na bok, żeby drabinę przewrócić.
Już chwycił ją i pociągnął do
góry. Żołnierz, który się po niej
wspinał, spadł na dół jak worek . Ale
w tym samym momencie nasz czeladnik kowalski drabinę
wypuścił; wyprostował się w górę
i upadł bezgłośnie z powrotem na ganek
obronny. Kowal Wisor, który zaraz doskoczył, nie
miał już nic innego do zrobienia, jak tylko
zamknąć swemu wiernemu czeladnikowi oczy. W czole
jego była okrągła, wielka dziura, wybita przez
kulę wrogiego żołnierza. >>Przeklęte
świnie,<< mruczał majster, >> nie
pozostanę wam w niczym dłużny<<. Obrońcy
drogo zapłacili, zanim zaniechali prób przewracania
drabin. Gdzie tylko jakaś ręka chwytała za
drabinę, najczęściej w tym samym momencie
słychać było krzyk trafionego. Ale ta nauka
nie poszła przynajmniej na marne i obrońcy
ostrożnie się znowu pochowali. Tak więc
napastnicy mogli teraz bez przeszkód wspinać się
po drabinach. Ale biada temu, kto wyłaniał się
zza krawędzi muru. Jak błyskawice świstały
wtedy cepy i miecze nad ich głowami, tak że głowy
tak samo szybko znikały jak przyszły. Ale co pomogło
to całe męstwo przy tej potwornej przewadze
nieprzyjaciół ? Chociażby setki z nich się
potopiło, natychmiast tyle samo stało na ich
miejsce. Ponieważ obrońcy byli całkowicie
zajęci obroną przed wrogiem na murach, Malenstein mógł
bez przeszkód przeprowadzić wszystkie jego siły
przez wał i fosę. A było ich ponad dziesięć
tysięcy. I ta potężna armia wyposażona
we wszystkie nowoczesne bronie, była dowodzona przez
najśmielszego i najmężniejszego wodza tych
czasów. Stał na wozie oddalony pięćdziesiąt
metrów od bramy raciborskiej. Jego ostrym oczom nie
uszło nic. Żadna słaba strona przeciwnika ani
żadne słabości własnych wojsk.
Bezustannie wydawał rozkazy. Oblicze miał ponure.
Mieszkańcy Gliwic
stwarzali
mu więcej problemów, niż przypuszczał.
Jego pogląd, że już bombardowanie wystarczy, aby
złamać opór, okazał się złudny.
A teraz jeszcze ci mężczyźni broniący się
na murze jak diabły ! Gniewnie tupnął
nogą i zwrócił się do otaczających go
oficerów:
>> Czyż zwerbowałem
tchórzliwe baby i niewiasty albo żołnierzy ?
Panowie, proszę osobiście pokierować
natarciem ! <<
|