POSŁOWIE:
RYDWANY ELIZEUSZA I SŁOMIANE SAMOLOTY

(CZYLI O TRAKTOWANIU WSZYSTKIEGO POWAŻNIE)


Jeżeli ktoś z czytelników spodziewał się, że znajdzie w tej książce coś o japońskich drzeworytach albo malowanych parawanach albo o wyrobach z laki, to go muszę rozczarować: nic takiego nie będzie. Niniejsza książka nie jest poważną monografią sztuki japońskiej. W ogóle sztuka jako taka nie jest tak naprawdę jej tematem. A co jest jej tematem? Powiedzmy, że jest ona próbą znalezienia motywów; zrozumienia, dlaczego ludzie tworzą sztukę.

Słyszy się często, że buddyzm Zen miał wielki wpływ na sztukę Japonii. Słyszy się to tak często, iż chwilami można odnieść wrażenie, że Zen jest wytrychem tłumaczącym niemal wszystkie zachowania Japończyków. Dla przykładu: buddyzm Zen miał podobno wpływ na japońską szermierkę. Mnie takie twierdzenie zdumiewa. Przecież buddyzm Zen nie odrzucił wcale nauki Buddy o niezadawaniu gwałtu! Doskonalenie się w obcinaniu głów z pewnością nie jest buddyjskim wpływem. Ktoś tu jakby czegoś nie rozumie. Podobno Zen jest trudny do zrozumienia, ale niekiedy owo niezrozumienie osiąga zaskakujące rozmiary. W świecie zachodnim często portretuje się Zen jako "rąbanie drew i noszenie wody", a więc niby takie sobie zwykłe życie i nie przejmowanie się niczym. W dzisiejszych klasztorach dyscyplina nieco podupadła i niekiedy je się trzy posiłki dziennie zamiast dwóch, ale przecież nadal na czczo recytuje się sutry. Jak to więc jest z tym wpływem? No właśnie, sam od dłuższego czasu zadaję sobie to pytanie i w trakcie tego zadawania napisałem szereg tekstów. Powiedzmy, że są one próbą odpowiedzi na pytanie jaki wpływ mają (nazwijmy ich tak) Przebudzeni Mistrzowie (nie tylko zresztą Zen) na sztukę. Pisząc o Zen trzeba oczywiście założyć, że istnieje pewna Rzeczywistość Niewidzialna, którą owi Przebudzeni Mistrzowie dostrzegli. Ja w każdym razie takie założenie przyjąłem. Przyjąłem też kilka innych założeń, z których niektóre wyłożyłem we wstępie. Posłowie jest próbą wyjaśnienia dlaczego w niniejszej książce zająłem się tylko niektórymi nurtami sztuki, inne pomijając.Albo inaczej: jest próbą powiązania luźnych tekstów w jedną całość.

Istnieją teksty, które należy czytać na czczo. Istnieją teksty, których zadaniem nie jest dostarczanie informacji ani rozrywka, indoktrynacja ani zwiększenie sprzedaży, lecz prowadzenie czytelnika w kierunku czegoś, co niekoniecznie jest oczywiste. Są też takie dzieła sztuki, które oglądać należy na czczo. Są dzieła, które nie mają niczego ilustrować ani zdobić, propagować ani reklamować, lecz prowadzić widza w kierunku dostrzeżenia czegoś, co niekoniecznie jest oczywiste. Istnieje pewna Rzeczywistość Niewidoczna. Ktokolwiek tę Rzeczywistość dostrzegł, ten wie, że nie ma od niej nic ważniejszego. Ktokolwiek tę Rzeczywistość dostrzegł, ten wie również, że odtąd stojącym przed nim wyzwaniem jest przybliżenie tej Rzeczywistości innym ludziom. Problem jest tylko, jak to zrobić. Może przez wprowadzanie zachowań, które nie mają żadnej praktycznej funkcji i które później potomni nazywają rytuałami. Może przez tworzenie literatury, która nie ma przekazywać informacji ani pełnić żadnej innej praktycznej funkcji, a którą później potomni nazwą natchnionymi tekstami. Może przez wznoszenie nie mających żadnego praktycznego zastosowania budynków, które pńźniej potomni nazwą świątyniami. Może przez tworzenie malowideł czy rzeźb... W ciągu historii różnych ludów w różnych okresach pojawiają się nurty w - powiedzmy - kulturze, które to właśnie mają na celu: przybliżenie Rzeczywistości ważniejszej niż wszystko, choć nie dla wszystkich oczywistej. Nazwijmy te nurty religijnymi, choć to tylko przybliżenie. W myśleniu człowieka Zachodu religia to przede wszystkim doktryna, tu jednak chodzi o coś, czego doktryna jest tylko częścią. To nie doktryna powoduje, że modlący się pada na dwarz przed ikoną, powoduje to ikona, która padającego na twarz przenosi w inną Rzeczywistość. To nie doktryna, lecz czytane na głos święte teksty powodują, że w słuchaczach zapala się iskra nieśmiertelności. I po to właśnie one powstają - i ikony, i teksty - by tę iskrę nieśmiertelności przekazywać.

W ciągu historii różnych ludów i w różnych okresach czasu mają miejsce wielkie, angażujące wielu ludzi wydarzenia, które pozostawiają po sobie święte teksty, zadziwiające budynki świątynne, wspaniałe dzieła sztuki. Czasy się jednak zmieniają, przychodzą inne pokolenia, które co innego widzą w tekstach, w innym celu idą do świątyni, inaczej traktują dzieła sztuki. Czym innym jest religia dla świeżo nawróconego, a czym innym dla kogoś wychowanego w niej od dziecka, komu związane z nią zachowania wpajano od najmłodszych lat.

Jednym z najważniejszych mechanizmów ludzkiego zachowania jest naśladowanie. Dzięki temu mechanizmowi człowiek się uczy, rozpowszechniają się wynalazki, powstaje kultura. Jednakże do najważniejszego miejsca kultury, czyli do miejsca kontaktu z ową Rzeczywistością Niewidoczną, nie można dojść przez naśladowanie. Tę Rzeczywistość można dostrzec tylko przez świeże wejrzenie, tak jak się ogląda rześki poranek nad górami. Dlatego w zmieniającej się kulturze mają miejsce ciągle nowe Wydarzenia.

Inicjatorami tych wydarzeń są ludzie posiadający dwie cechy: zdolność widzenia tej Rzeczywistości i zdolność przybliżania jej innym. Ci ludzie nie szukają rozgłosu i nierzadko uda im się go uniknąć. Ich istnienia możemy się domyślać tak, jak astronomowie domyślają się istnienia czarnych dziur w niebie po krążących wokół nich słońcach. Takie Wydarzenie zapoczątkowuje ruch, niekoniecznie klasyfikowany jako religijny. Podobnie nie każdy rytuał klasyfikowany jako religijny prowadzi ku Rzeczywistości Niewidzialnej. Nie prowadzą ku niej kulty 'cargo'. - Jednym z najważniejszych mechanizmów ludzkiego zachowania jest naśladowanie i ono doprowadza zwykle do tego, że kończy się właściwe Wydarzenie, a zaczyna powtarzanie. Motywy powtarzania mogą być różne. Do zniekształceń prowadzi na przykład powtarzanie praktyk, które w założeniu mają prowadzić ku Rzeczywistości Niewidocznej, w celu zapewnienia sobie dóbr najzupełniej z tego świata. Jest to bardzo częste zachowanie. Któż nie zna ludzi modlących się do Najwyższego o ziemskie dobra, sukcesy w wojnie czy czyjeś wyzdrowienie? Do tej samej kategorii należy głoszenie świątobliwych tekstów i rozpowszechnianie świątobliwych praktyk w celu zdobycia najzupełniej ziemskiego respektu otoczenia. Takie głoszenie tekstów bez zrozumienia jak działają one na słuchaczy oraz rozpowszechnianie rytuałów bez zrozumienia rzeczywistego mechanizmu ich działania może doprowadzić do zachowań analogicznach do kultów cargo z Nowej Gwinei: budowania samolotów z trawy i otaczania ich religijnym kultem. Innym motywem powtarzania prowadzącym do zniekształceń jest uwarunkowanie, powtarzanie pewnych czynności "bo tak się zawsze robiło". Samo w sobie uwarunkowanie nie musi zniekształcać, niektóre zachowania mogą być zaplanowane z myślą, że następne pokolenia będą je powtarzać na zasadzie uwarunkowania. Jeśli jednak powtarza się je bez zrozumienia, to w zmienionych warunkach też może powstać kolejny kult cargo.

Kiedy podróżujemy po dalekim kraju i poznajemy jego kulturę, to stykamy się przede wszystkim z uwarunkowaniami. Obrzędy religijne, dawna sztuka, a nawet sposoby ubierania się to są pozostałości po Wydarzeniach odległych w czasie. Nie muszą one koniecznie być bezużyteczne, mogą nadal swą pierwotną funkcję spełniać, jeśli jednak mowa o "rodzimej kulturze", to z całą pewnością mamy do czynienia z uwarunkowaniem. Rodzima kultura jest kontynuowana, "bo zawsze się tak robiło". Wydarzenie jest zawsze nowatorskie i jako takie trudne do zaobserwowania na bieżąco dla obserwatora z zewnątrz.

Czy to wszystko prawda? Nie wiem. Jest to robocza teoria, którą proponuję by powiązać pewne zjawiska w dziejach kultury. Robocza teoria nie stanowi bynajmniej dowodu na nieprawdziwość doktryny chrześcijaństwa głoszącej, że jedynie religia chrześcijańska jest prawdziwa, a wszystkie inne religie są ex definitione fałszywe. Być może istotnie tylko chrześcijańska praktyka prowadzi do Rzeczywistości Nie Z Tego Swiata, a wszelkie inne religie to kulty cargo. Jednakże pisząc o niechrześcijańskich ruchach religijnych nie można całkowicie ignorować tego, co ich przedstawiciele sami głoszą; tylko biorąc pod uwagę ich punkt widzenia można zrozumieć, dlaczego na przykład sutry buddyjskie do dzisiaj recytuje się na czczo. I dlaczego na czczo powinno się zbliżać do ukrytego wśród drzew drewnianego sanktuarium.

Niniejsza księżka jest właśnie o Wydarzeniach i o powtarzaniu. Za ilustrację mojej tezy posłużyły mi nurty sztuki w kraju na Wschodnim Oceanie. Mimo jednak, że piszę o sztuce, nie jestem pewien, czy można tę książkę zaliczyć do dziedziny zwanej historią sztuki. A to z następujących powodów:

Dziedzina wiedzy zwana historią sztuki również podlega uwarunkowaniu. Jest to stosunkowo młoda gałąź nauki, liczy sobie zaledwie około dwustu lat. Przez ten niezbyt długi okres czasu zdążyły się już ustalić pewne schematy myślenia i ukształtować pewne zachowania charakteryzujące historyka sztuki. Na przykład sposób pisania. Historia sztuki to oczywiście pisanie o sztuce, ale nie jakiekolwiek pisanie. Nie można na przykład pisać wierszy o sztuce i uważać się za historyka sztuki. Nie można rezultatu wieloletnich badań opisać rymowanym trzynastozgłoskowcem, ponieważ takiej pracy nikt by nie potraktował poważnie. Autorowi owej pracy nie uwierzono by ani trochę bardziej, niż owemu tureckiemu astronomowi z bajki o Małym Księciu, który na sesję naukową przybył w śmiesznym tureckim stroju. Jeśli historyk sztuki chce, by jego dzieło zostało potraktowane poważnie, to musi je napisać prozą poszatkowaną mnóstwem przypisów, możliwie trudnym do zrozumienia żargonem i generalnie tak nudną, by z własnej woli nie sięgnął po nie nikt, komu za to nie płacą. Nauka musi być w końcu wiedzą hermetyczną. Ewentualnie można napisać dzieło popularnonaukowe, przystępne również dla niespecjalisty, ale i wówczas proza musi bać czcigodna i okraszona pewną dozą nudności, rozdziały muszą być określonej długości, wywód musi być prowadzony łopatologicznie, bez skrótów myślowych, no i niepożądany jest humor. Czyż można poważnie traktować dzieło o historii sztuki, którego autor usiłuje czytelnika rozśmieszyć? Albo czy można za historycznosztuczny uznać tekst, w którym każdy akapit ma swój własny odrębny tytuł?

Inną dawno ustaloną rzeczą jest klasyfikacja sztuki. Sztuka dzieli się na trzy gałęzie: malarstwo, rzeźbę i architekturę. Jeśli gotycki ołtarz jest rzeźbiony, to pisać o nim należy w dziale rzeźby, jeśli jest malowany, to w dziale malarstwa. Historyk sztuki nie może potraktować ołtarza gotyckiego jako jednego gatunku sztuki, ale czasem rzeźbionego, a czasem malowanego. A czy można za historycznosztuczne dzieło uznyć tekst, którego autor za zupełnie poważny nurt artystyczny uznaje sztukę parzenia herbaty, albo układanie kwiatów w wazonie?

Od dwóch stuleci ustalone są też pytania, jakie historyk sztuki powinien sobie zadawać. Głównym pytaniem historyka sztuki jest pytanie o styl. Roztrząsanie tej kwestii i klasyfikowanie dzieł sztuki pod względem stylu jest głównym problemem historyka sztuki. Nie stawia się natomiast prawie nigdy pytania o cel powstania dzieła sztuki ani o funkcję jaką ono pełni. Być może historycy sztuki odpowiedź na to pytanie uważają za oczywistą. Być może uważają, że odpowiedź na to pytanie nie należy do tej dziedziny wiedzy. Czy można więc za historycznosztuczne dzieło uznać tekst, który odpowiedzi na to pytanie bynajmniej nie uważa za oczywistą i na nim koncentruje swą uwagę, kwestię stylu praktycznie ignorując?

Powyższy osąd nie jest zupełnie sprawiedliwy, w ostatnich czasach niektórzy autorzy stawiają sobie pytanie o cel niektórych dzieł sztuki. Dotyczy to przede wszystkim sztuki totalitarnych reżymów politycznych. Tyle, że odpowiedź na takie pytanie jest prosta: celem sztuki totalitarnej jest indoktrynacja. Niektórzy historycy sztuki w ostatnich czasach podobną metodę stosują do opisywania sztuki dawnych czasów, traktując ją również jako metodę propagandy. Natomiast twierdzenia niektórych twórców sztuki, że ma ona prowadzić w kierunku Królestwa Nie Z Tego Swiata, są ignorowane. Kwestia Królestwa Nie Z Tego Swiata nie jest uważana za dziedzinę, którą powinni zajmować się historycy sztuki. Królestwo Nie Z Tego Swiata to domena teologów. Ewentualnie buddologów, jeśli mowa o buddyźmie. Ewentualnie shintologów, jeśli mowa o shinto. Czyż można więc za historycznosztuczne dzieło uznać tekst, który zupełnie poważnie - nawet jeśli tylko warunkowo - traktuje twierdzenia buddystów o Obudzeniu i o funkcji sztuki w prowadzeniu ludzi w kierunku tego stanu?

I wreszcie - czy można za historycznosztuczne dzieło uznać tekst, który usiłuje wykazać, że bodaj najpowszechniejszym zjawiskiem w dziejach sztuki jest uwarunkowanie? Że pewne zachowania, jak również używane do nich gatunki sztuki, powstały w konkretnym celu w dawnych czasach, a dziś, powtarzane na zasadzie uwarunkowania, nierzadko nie spełniają swojej pierwotnej funkcji? Że niektóre przedmioty używane są w celu wręcz przeciwnym do swego pierwotnego przeznaczenia (na przykład proste czarki do gorzkiej herbaty, mające demonstrować niechęć do bogactw, kupowane za ogromne pieniądze)? I czy za historycznosztuczne dzieło można uznać tekst sugerujący, że muzea są jedynie kolekcjami martwych rekwizytów odebranych prawowitym użytkownikom (kto klęknie przed ikoną w Galerii Tretiakowskiej)? Czy autora takiego tekstu można uważać za historyka sztuki? I czy w ogóle można go traktować poważnie?

Pewnie nie można. Ale też zbyt poważne traktowanie wielu rzeczy poważnie utrudnia ich zrozumienie.

Koniec i bomba.




Strona główna





Hosted by www.Geocities.ws

1