Fidel Castro

Historia mnie uniewinni cześć 3

Wysoki Sądzie, gdzie znajdują się nasi towarzysze, aresztowani w dniach 26, 27, 28 i 29 lipca? Wiadomo, że w rejonie Santiago de Cuba było ich ponad 60. Na rozprawie zjawili się tylko trzej mężczyźni i dwie kobiety. Wszyscy pozostali zostali aresztowani później. Gdzie są nasi ranni towarzysze? Zjawiło się tylko pięciu. Pozostałych zamordowano. Liczby są niepodważalne.
Przedefilowało tutaj natomiast 20 wojskowych, którzy byli naszymi jeńcami, a -- zgodnie z tym, co mówili o- nie usłyszeli nawet jednego obraźliwego słowa. Przedefilowało tutaj 30 wojskowych, którzy zostali ranni, w znacznej mierze w walkach ulicznych, i żaden z nich nie został dobity. Jeżeli armia miała 19 zabitych i 30 rannych, to jakże my mogliśmy mieć 80 zabitych i 5 rannych? Kto widział takie walki, w rezultacie których - jak w przypadku tej osławionej przez Pereza Chaumonta - byłoby 21 zabitych i ani jednego rannego?
Oto liczby strat poniesionych w zaciekłych bitwach przez kolumnę inwazyjną podczas wojny 1895 roku, w bitwach zarówno zwycięskich, jak i tych, w których wojska kubańskie poniosły porażkę: bitwa w Los In-dios (Las Villas): 12 rannych, ani jednego zabitego; bitwa pod Mai Tiempo: 4 zabitych, 23 rannych; bitwa pod Calimete: 16 zabitych, 64 rannych; bitwa pod La Palma: 39 zabitych, 88 rannych; bitwa pod Cacaraji-cara: 5 zabitych, 13 rannych; bitwa pod Descanso: 4 zabitych, 45 rannych; bitwa pod San Gabriel del Lombillo: 2 zabitych, 18 rannych...
Absolutnie we wszystkich bitwach liczba rannych jest dwukrotnie, trzykrotnie, a nawet dziesięciokrotnie większa niż liczba zabitych. Medycyna nie stała wówczas jeszcze na tak wysokim poziomie jak dziś, gdy czasem dzięki temu można zmniejszyć liczbę ofiar. Czy ten fantastyczny stosunek liczbowy: 16 zabitych, 1 ranny można wyjaśnić inaczej niż za pomocą faktu dobijania rannych w samych szpitalach i mordowaniem bezbronnych jeńców? Liczby te mówią same za siebie i wykluczają wszelką replikę.
"Napawa wstydem i stanowi dyshonor dla wojska fakt, że poniosło ono w bitwie trzykrotnie większe straty niż atakujący; należy zabić 10 więźniów za każdego zabitego żołnierza..." Oto jakie pojęcie honoru znają kaprale-intendenci, awansowani 10 marca do stopni generalskich, oto model honoru, jaki pragną oni narzucić armii narodowej: honoru fałszywego, sfingowanego, honoru pozornego, opartego na kłamstwie, hipokryzji i zbrodni. Zbrodniarze ci umazali we krwi swoją fałszywą maskę honoru. Kto im powiedział, że śmierć poniesiona w walce to dyshonor? Kto im powiedział, że honorem dla wojska jest mordowanie rannych i jeńców wojennych?
Armie, które podczas wojny mordowały jeńców, zawsze otaczała pogarda i nienawiść ludzkości. Dla tego rodzaju podłości nie ma usprawiedliwienia nawet wtedy, gdy chodzi o wrogów ojczyzny, którzy dokonali napaści zbrojnej. Jeden z wyzwolicieli Ameryki Południowej napisał: "Nawet najdalej posunięte posłuszeństwo wojskowe nie może uczynić ze szpady żołnierza topora kata." Żołnierz mający poczucie honoru nie morduje po bitwie bezbronnego jeńca, lecz go ochrania; nie dobija rannego, lecz udziela mu pomocy; uniemożliwia dokonanie zbrodni. Jeśli zaś nie jest w stanie tego uczynić, postępuje tak, jak ów hiszpański kapitan, który widząc, jak rozstrzeliwuje się studentów, oburzony złamał swoją szpadę i odmówił dalszej służby w takiej armii.
Ci, którzy mordowali jeńców, nie postąpili jak godni towarzysze tych, co polegli. Widziałem wielu żołnierzy mężnie walczących, jak na przykład tych z patrolu, którzy ostrzeliwali nas jeszcze z karabinów maszynowych niemal w walce wręcz, czy jak ów sierżant, który z narażeniem życia przedarł się do urządzeń alarmowych, ażeby zmobilizować żołnierzy w koszarach. Jedni z nich żyją i cieszę się z tego. Inni polegli, wierząc, że wypełniają swoją powinność, i to czyni ich dla mnie godnymi podziwu i szacunku. Smutek ogarnia mnie jedynie na myśl o tym, że ci dzielni ludzie oddali życie za złą sprawę. Gdy Kuba stanie się wolna, powinna uszanować żony i dzieci tych walecznych, którzy polegli, stawiając nam czoło, powinna zapewnić ich rodzinom opiekę i pomoc. Nie ponoszą oni winy za nieszczęsny los Kuby, są kolejnymi ofiarami jej tragicznej sytuacji.
Jednakże honor, jakim okryli armię polegli żołnierze, splamili generałowie, którzy wydali rozkaz mordowania jeńców po walce. Ludzie, którzy pamiętnego dnia marcowego stali się generałami, nie oddając ani jednego wystrzału, którzy kupili swoje epolety za cenę zdrady wobec republiki, którzy rozkazują mordować jeńców, rzekomo wziętych do niewoli w bitwie, w której nie uczestniczyli - oto generałowie z 10 marca, generałowie, którzy nie nadawaliby się nawet do popędzania mułów, transportujących zaopatrzenie dla armii Antonio Maceo.
Jeżeli armia poniosła straty trzykrotnie większe od naszych, to stało się tak dlatego, że nasi ludzie byli wspaniale wyszkoleni - jak to stwierdzili sami wojskowi - oraz dlatego, że zastosowaliśmy właściwą taktykę, co również oni sami przyznali. Jeżeli armia nie zachowała się zbyt bojowo, to dlatego, że została całkowicie zaskoczona, mimo milionów, jakie wydaje SIM na szpiegostwo. Jeżeli jej granaty ręczne nie eksplodowały, bo były stare, to dlatego, że armia ma takich generałów, jak Martin Diaz Tamayo, oraz takich pułkowników, jak Ugalde Carrillo i Alberto del Rio Cha-viano. Tych siedemnastu zdrajców, którzy 10 marca 1952 roku przeniknęli do szeregów armii, oczywiście, w walce tej nie wystąpiło. Za przeciwników armia miała 165 ludzi, którzy przybyli z jednego krańca wyspy na drugi, ażeby z odkrytą przyłbicą stawić czoło śmierci. Gdyby ci dowódcy wojskowi mieli poczucie honoru, toby podali się do dymisji zamiast zmywać wstyd i własne tchórzostwo krwią jeńców.
Zabić bezbronnych jeńców, a potem powiedzieć, że zginęli w walce, oto na co było jedynie stać generałów z 10 marca. W ten sposób w najokrutniej szych latach naszej wojny o niepodległość postępowali bezwzględni mordercy pozostający na usługach hiszpańskiego gubernatora Kuby Valeriano Weylera. Kroniki tej wojny opisują następujące wydarzenie:
"Dnia 23 lutego do Punta Brava wkroczył oficer Bal-domero Acosta na czele grupy kawalerzystów. W tym samym czasie z drugiej strony wkraczał do osady pluton z pułku Pizarro pod dowództwem pewnego sierżanta znanego tu pod przezwiskiem Barriguilla. Powstańcy wymienili strzały z ludźmi Pizarro i wycofali się drogą prowadzącą z Punta Brava do przysiółka Guatao. Pluton z pułku Pizarro kontynuował marsz do Guatao, wspierany przez nadciągającą za nim kompanię ochotników z Marianao pod wodzą kapitana Cal-vo. Gdy przednia straż wkroczyła do przysiółka, rozpoczęła się masakra spokojnej miejscowej ludności. Zamordowano wówczas dwunastu mieszkańców, a resztę wzięto do niewoli. Nienasyceni jeszcze popełnionymi gwałtami, przeprowadzili poza obrębem Guatao jeszcze jedną barbarzyńską egzekucję. W jej wyniku jeden z jeńców zmarł, a pozostali odnieśli straszliwe rany. Wkrótce potem markiz de Cervera, oficer, który nigdy nie wąchał prochu, doniósł Weylerowi o nadzwyczaj efektownym zwycięstwie, odniesionym przez wojsko hiszpańskie. Jednakże major Zugasti, człowiek honoru, powiadomił rząd o tym, co się naprawdę zdarzyło, uznając za mord na spokojnej ludności cywilnej wyczyny dokonane przez farsowatego kapitana Calvo i sierżanta Barriguillę.
O reakcji Weylera na wieść o tym straszliwym wydarzeniu i radości, z jaką powitał on szczegóły masakry, niedwuznacznie świadczy jego oficjalna depesza, skierowana do ministra wojny w związku z tą okrutną zbrodnią: "Mała kolumna zorganizowana przez komendanta wojskowego Marianao i złożona z wojsk tego garnizonu, rozgromiła oddziały Villanuevy i Bal-domero Acosty w okolicach Punta Brava, zabijając dwudziestu żołnierzy, których zwłoki polecono pogrzebać sołtysowi Guatao, i biorąc do niewoli piętnastu ludzi, w tym jednego rannego. Prawdopodobnie liczba rannych nieprzyjaciół jest wyższa. Po naszej stronie mamy jednego ciężko rannego oraz kilku rannych i kontuzjowanych - Weyler"".
Czym się różni ten raport wojskowy Weylera od raportów pułkownika Chaviano, opisujących zwycięstwa majora Pereza Chaumonta? Tym tylko, że Weyler meldował o 20 zabitych, a Chaviano meldował o 21; Weyler wspomina o jednym rannym żołnierzu w jego wojskach, Chaviano zaś wspomina o dwóch; Weyler mówi o jednym rannym i 15 jeńcach, a Chaviano nie mówi ani o rannych, ani o jeńcach...
Tak jak podziwiam odwagę żołnierzy, którzy potrafili umierać za ojczyznę, tak też jestem pełen uznania dla tych licznych wojskowych, którzy postąpili z godnością i nie splamili sobie rąk podczas tej krwawej orgii. Niemało jeńców, którzy ocalili życie, zawdzięcza to honorowej postawie takich oficerów, jak: porucznik Sarria, porucznik Campa, kapitan Tamayo i inni, którzy rycersko bronili aresztantów. Gdyby tacy jak oni nie ocalili po części honoru sił zbrojnych, większym zaszczytem byłoby dziś nosić fartuch kuchenny niż mundur.
Nie żądam zemsty za mych poległych przyjaciół. Życie ich było tak bezcenne, że mordercy nie są w stanie zapłacić za nich nawet własnym życiem. Przelanie krwi nie może okupić życia tych, którzy ponieśli śmierć dla kraju. Jedynym godnym okupieniem będzie szczęście narodu.
Moi towarzysze nie są zresztą ani martwi, ani zapomniani; są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek, a ich mordercy przekonają się, że idee, za które oddały życie ich ofiary, są wciąż żywe w narodzie. Pozwólcie, aby "Apostoł" mówił za mnie: "Jest pewna granica dla łez, które możemy wylać nad grobami zmarłych. Miast płakać nad ich ciałami, winniśmy podziwiać ich bezgraniczną miłość ojczyzny, miłość, która nigdy nie słabnie, nie traci nadziei i nie więdnie. Groby męczenników to najpiękniejsze ołtarze naszych czasów".

Kiedy umiera się
W ramionach wdzięcznej ojczyzny,
Śmierć się kończy, mury więzienia się kruszą,
W końcu, wraz ze śmiercią, rozpoczyna się życie.

Do tej pory skupiłem uwagę tylko na faktach. Ponieważ nie zapominam, że stoję przed organem wymiaru sprawiedliwości, wykażę teraz, że prawo jest tylko po naszej stronie i że kara wymierzona moim towarzyszom, a wkrótce i mnie, nie znajduje racjonalnego uzasadnienia zarówno wobec społeczeństwa, jak i prawdziwej sprawiedliwości.
Osobiście pragnę odnosić się z szacunkiem do Wysokiego Sądu i będę wdzięczny, jeśli surowość moich prawd nie zostanie poczytana za objaw wrogości względem niego. Moje rozumowanie zmierza jedynie do wykazania, jak błędną i fałszywą postawę przyjęła w obecnej sytuacji władza sądowa, której każdy sąd jest jedynie zwykłą częścią składową, zobowiązaną poniekąd do podążania tą samą wytyczoną ścieżką, choć oczywiście nie usprawiedliwia to postępowania jakiegokolwiek człowieka w sposób sprzeczny z jego zasadami.
Wiem doskonale, że największa odpowiedzialność za ten stan rzeczy spada na czołowe kręgi oligarchii, które nie czyniąc nic dla ratowania godności narodowej, służalczo podporządkowały się dyktatowi uzurpatora, zdradziły lud i zrezygnowały z niezawisłości władzy sądowej. Niektórzy ludzie, mający poczucie honoru, usiłowali ratować zbezczeszczoną godność, wyrażając swe votum separatum. Niestety, postawa znikomej mniejszości ledwie została zauważona, utonęła bowiem w powodzi innych, przyjętych przez uległą i postępującą jak w owczym pędzie większość. Fatalizm ten nie zdoła jednak zapobiec wyłożeniu przeze mnie racji, o uznanie których walczę.
Jeżeli doprowadzenie mnie na tę rozprawę nie jest czymś innym niż czystą komedią, odegraną po to, by nadać pozory praworządności i sprawiedliwości arbitralnym postępkom, to jestem gotów stanowczym gestem zerwać haniebną zasłonę, która pokrywa tę bezwstydną grę. Dziwne wydaje się, że ci sami, którzy postawili mnie przed wami, abyście mnie osądzili i skazali, nie uszanowali ani jednej decyzji sądu.
Jeśli rozprawa ta jest - jak powiedzieliście - najważniejszym procesem, który toczył się przed sądem od czasu powstania republiki, to choć moje wystąpienie być może zagubi się pośród zmowy milczenia, jaką usiłuje otoczyć mnie dyktatura, lecz wasze postępowanie wielokrotnie w przyszłości zostanie poddane ocenie przez następne pokolenia. Pamiętajcie, że o ile teraz sądzicie oskarżonego, to wy sami sądzeni będziecie tylekroć, ilekroć teraźniejszość poddawana będzie przez przyszłość druzgocącej krytyce. Wówczas to, co mówię tutaj, powtórzone zostanie wielokrotnie, nie dlatego, że wyszło z moich ust, lecz dlatego, że problem sprawiedliwości jest wieczny, a bez względu na opinie uczonych prawników i teoretyków lud ma wyrobione zdanie na ten temat.
Narody kierują się prostą, ale nieubłaganą logiką, wrogą wszystkiemu, co absurdalne i sprzeczne ze sobą. Ponadto nienawidzą z całego serca przywilejów i nierówności. Takim też jest lud kubański. Wie on, że sprawiedliwość symbolizuje dziewica, waga i szpada. Jeśli widzi, jak korzy się ona tchórzliwie przed jednymi, a innym wściekle wygraża orężem, to wyobraża ją sobie jako prostytutkę i zaciska pięści. Moja logika jest prostą logiką ludu.
Opowiem wam pewną historię. Była sobie pewnego razu republika. Miała swoją konstytucję, swoje prawa, swobody, miała prezydenta, kongres, sądy. Wszyscy mogli gromadzić się, stowarzyszać, mówić i pisać z całkowitą swobodą. Rząd nie zadowalał ludu, ale lud mógł zmienić rząd i właśnie brakło kilku jeszcze dni, by tak się stało. Istniała opinia publiczna, ciesząca się szacunkiem i poważaniem, a wszelkie sprawy interesujące zbiorowość były swobodnie roztrząsane. Istniały partie polityczne, godziny dysput doktrynalnych w radio, programy polemiczne w telewizji, zgromadzenia publiczne, a w ludziach tętnił entuzjazm. Lud ten wiele przecierpiał i jeśli nie był szczęśliwy, to pragnął nim być, i miał do tego prawo. Oszukano go wielokrotnie, więc z prawdziwym lękiem spoglądał w przeszłość. Wierzył ślepo, że nie może ona powrócić. Był dumny ze swego umiłowania wolności i żył przekonany, że będzie ona uszanowana jako rzecz święta. Żywił szlachetne przeświadczenie i ufał, że nikt nie odważy się popełnić zbrodni zamachu na instytucje demokratyczne. Pragnął zmiany, poprawy, postępu i zdawało mu się, że wkrótce to osiągnie. Całą jego nadzieją była przyszłość.
Biedny lud! Pewnego ranka obywatele obudzili się wstrząśnięci: gdy oni spali, pod osłoną nocy widma przeszłości zawiązały spisek i teraz trzymały ich za ręce, nogi i szyję. Owe łapy były znane, owe prześcieradła, kosy śmierci, buty... Nie, nie był to koszmarny sen, lecz straszna rzeczywistość. Człowiek nazwiskiem Fulgencio Batista popełnił właśnie niesłychaną zbrodnię, której nikt się nie spodziewał.
Wówczas pewien zwykły obywatel tego kraju, który pragnął wierzyć w prawa republiki i uczciwość jej sędziów, choć wielokrotnie miał okazję widzieć, jak znęcają się nad różnymi nieszczęśnikami, zajrzał do Kodeksu Obrony Społecznej, ażeby sprawdzić, jakie kary przewidywało społeczeństwo dla sprawcy tego rodzaju czynu, i znalazł tam, co następuje.
"Kto dopuści się w drodze przemocy jakiegokolwiek czynu zmierzającego bezpośrednio do całkowitej albo częściowej zmiany konstytucji państwa lub ustalonej formy rządu, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu do dziesięciu lat".
"Sprawcy czynu zmierzającego do wywołania buntu uzbrojonych ludzi przeciwko konstytucyjnym władzom państwa wymierzona zostanie kara pozbawienia wolności od trzech do dziesięciu lat. Jeżeli wywołane będzie powstanie, otrzyma on karę pozbawienia wolności od pięciu do dwudziestu lat".
"Kto popełni czyn, którego celem będzie uniemożliwienie, choćby czasowe, wykonywania funkcji konstytucyjnych przez senat, izbę reprezentantów, prezydenta republiki lub sąd najwyższy, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu do dziesięciu lat".
"Kto usiłuje uniemożliwić albo zakłócić przeprowadzenie wyborów powszechnych, podlega karze pozbawienia wolności od czterech do ośmiu lat".
"Kto publikuje, propaguje lub usiłuje na Kubie wprowadzić w życie decyzję, rozkaz czy dekret prowokujące do nieprzestrzegania obowiązujących praw, podlega karze pozbawienia wolności od dwóch do sześciu lat".
"Kto bez uprawnień do tego i bez rozkazu rządu obejmuje dowództwo nad wojskami, koszarami, fortecami, posterunkami wojskowymi, osiedlami, okrętami czy samolotami, podlega karze pozbawienia wolności od pięciu do dziesięciu łat. Tej samej karze podlega ten, kto uzurpuje sobie prawo wykonywania jakiejś funkcji, uznawanej przez konstytucję za przynależną jednej z władz państwowych".
Nie mówiąc nikomu ani słowa, z kodeksem w jednej ręce i papierami w drugiej, wspomniany obywatel stawił się w starym budynku stołecznym, w którym mieścił się kompetentny organ sądowy, zobowiązany do przeprowadzenia rozprawy i ukarania osób odpowiedzialnych za wspomniane czyny. Tam obywatel ów przedłożył pismo wskazujące na dokonane przestępstwa oraz zażądał dla Fulgencio Batisty i jego 17 wspólników kary od roku do ośmiu lat więzienia, jaką nakazywał wymierzyć Kodeks Obrony Społecznej, oraz poprosił o uwzględnienie takich dodatkowych okoliczności obciążających, jak: recydywa i podstępne działanie pod osłoną nocy.
Minęły dni, minęły miesiące. Co za rozczarowanie! Nikt nie molestował oskarżonego, który jak udzielny władca przechadzał się po republice, nazywany czcigodnym panem i generałem, zdejmował ze stanowisk i mianował sędziów, a co więcej, w dniu otwarcia sądów widziano tego przestępcę na honorowym miejscu pośród dostojnych i czcigodnych patriarchów naszej sprawiedliwości.
Znów minęły dni i miesiące. Lud zmęczył się nadużyciami i drwinami. Bo można lud zmęczyć! Wybuchła walka i wówczas człowiek ten, wyjęty spod prawa, sprawujący władzę przemocą, wbrew woli ludu, gwałcący porządek prawny, poddał torturom, zamordował, uwięził i oskarżył przed sądem tych, co stanęli do walki o przywrócenie praw i wolności ludowi.
Wysoki Sądzie! Ja jestem owym zwykłym obywatelem, bezskutecznie domagającym się od sądu ukarania karierowiczów, którzy pogwałcili prawa i rozwiązali nasze instytucje. A teraz to mnie oskarża się o chęć obalenia tego nielegalnego reżymu i przywrócenia prawowitej konstytucji republiki; trzyma się mnie przez 76 dni w celi w całkowitej izolacji, nie pozwalając z nikim rozmawiać ani nawet ujrzeć mojego syna; prowadzi się mnie przez miasto między dwoma karabinami maszynowymi; przenosi się mnie do tego szpitala, ażeby mnie potajemnie, lecz z całą surowością osądzić; zaś prokurator, z kodeksem w ręce, uroczyście żąda dla mnie 26 lat więzienia.
Powiecie mi, że w tamtym przypadku sędziowie republiki nie interweniowali, ponieważ uniemożliwiono im to siłą. Jeśli tak, to przyznajcie, że i tym razem siłą zostaniecie zmuszeni do skazania mnie. Za pierwszym razem nie mogliście ukarać winnego; tym razem będziecie musieli ukarać niewinnego. Dwukrotnie pogwałcona sprawiedliwość.
Ileż trzeba szarlatanerii, żeby usprawiedliwić rzeczy niczym usprawiedliwić się nie dające, wyjaśnić rzeczy wyjaśnić się nie dające, pogodzić z sobą rzeczy nie dające się pogodzić. W końcu doszło do tego, że uznano za rację najwyższą, iż prawo tworzą fakty. Innymi słowy: zdecydowano, że fakt wysłania czołgów i żołnierzy na ulice, zawładnięcia pałacem prezydenckim, skarbcem republiki i pozostałymi budynkami rządowymi oraz wycelowania karabinów w serce ludu daje prawo do rządzenia. Tym samym argumentem posłużyli się hitlerowcy, którzy okupując różne kraje Europy, ustanawiali w nich swe marionetkowe rządy.
Osobiście jestem przekonany, że rewolucja może być źródłem prawa. Nigdy jednak nie będzie można nazwać rewolucją nocnego napadu z bronią w ręku w dniu 10 marca. W języku potocznym - jak to stwierdził Josś Ingenieros 18 - rewolucją zwykło się nazywać drobne zamieszki, wszczynane przez grupy niezadowolonych w celu pozbawienia sytych ich przywilejów politycznych czy korzyści ekonomicznych, drobne zamieszki, w rezultacie których na ogół następuje zmiana ekipy rządzącej, dokonuje się nowy podział posad i zysków. Nie jest to kryterium filozofa historii, nie może to być kryterium człowieka uczonego.
Twierdzę, że po 10 marca nie tylko nie zaszły żadne głębokie zmiany w organizmie społecznym, ale nawet na powierzchni publicznego bagna nie wzniosła się ani jedna fala, która by poruszyła panującą zgniliznę. Jeżeli za poprzedniego rządu kwitły politykierstwo, kradzież, grabież i brak szacunku dla życia ludzkiego, to obecny reżym pomnożył przez pięć politykierstwo, przez dziesięć grabież i przez sto brak szacunku dla życia ludzkiego.
Wiadomo, że Barriguilla kradł i mordował, że był milionerem, że miał w stolicy wiele kamienic, liczne akcje zagranicznych spółek, bajeczne konta w bankach amerykańskich, dobra wartości 18 milionów pesos, że zatrzymywał się w najbardziej luksusowym hotelu jan-keskich milionerów. Nikt jednak nigdy nie uwierzy, że Barriguilla był rewolucjonistą; Barriguilla był sierżantem u Weylera i zamordował dwunastu Kubańczy-ków w Guatao... W Santiago de Cuba zamordowano 70. De te fabuła narratur.
Przed 10 marca rządziły krajem cztery partie polityczne: Autentyczna, Liberalna, Demokratyczna i Republikańska. Dwa dni po zamachu stanu poparła Bati-stę Partia Republikańska. Nie minął jeszcze rok, a już partie Liberalna i Demokratyczna znajdowały się znowu u władzy. Batista nie przywrócił konstytucji, nie przywrócił swobód obywatelskich, nie przywrócił działalności kongresu, nie przywrócił wyborów bezpośrednich; jednym słowem: nie przywrócił żadnej instytucji demokratycznej, której pozbawił kraj. Przywrócił za to Verdeję, Guasa Inclana, Salvito Garcię Ramosa, A-nayę Murillo i wraz z wysokimi dostojnikami partii tradycyjnych w rządzie przywrócił to wszystko, co w polityce kubańskiej najbardziej skorumpowane, chciwe, konserwatywne i przedpotopowe. To jest właśnie rewolucja Barriguilli!
Daleki od głoszenia nawet najbardziej elementarnych treści rewolucyjnych rząd Batisty pod każdym względem oznaczał dla Kuby regres o dwadzieścia lat. Wszyscy muszą bardzo drogo płacić za jego powrót do władzy, przede wszystkim jednak ci, którzy cierpią głód i nędzę, podczas gdy dyktatura rujnuje kraj poprzez tumult, nieudolność i atmosferę zagrożenia, poświęca się najbardziej odrażającemu politykierstwu i wynajduje coraz to nowe formuły, pozwalające jej utrzymać się przy władzy, choćby nawet kosztem stosu trupów i morza krwi.
Ani jedna śmiała inicjatywa nie ujrzała światła dziennego. Batista żyje oddany duszą i ciałem wielkim interesom i nie może być inaczej ze względu na jego mentalność, całkowity brak ideologii i zasad, wiary, zaufania i poparcia mas. Była to zwykła zamiana rąk i podział łupów między przyjaciółmi, krewniakami, wspólnikami i chmarą żarłocznych pasożytów, którzy są oparciem politycznym dla dyktatora. Ileż hańby kazano znosić ludowi po to, by grupka egoistów, nie mających odrobiny szacunku dla ojczyzny, mogła mieć łatwe i wygodne życie!
Ileż miał racji Eduardo Chibas, gdy stwierdzał w swoim ostatnim przemówieniu, że Batista dąży do powrotu pułkowników, tortur przy pomocy oleju rycynowego i prawa zabijania więźniów podczas próby ucieczki. Zaraz po 10 marca doszło ponownie do aktów wandalizmu, które wydawały się być na zawsze wyrugowane z życia Kuby: napaść na rozgłośnię studencką, a więc nie mający precedensu zamach na instytucję kulturalną; porwanie dziennikarza Mario Kuchilana, uprowadzonego głęboką nocą z domu i torturowanego tak barbarzyńsko, że zmienił się niemal nie do poznania; zabójstwo studenta Rubena Batisty i zbrodnicze strzały oddane do pokojowej demonstracji studenckiej obok tego samego muru, pod którym w 1871 roku ochotnicy rozstrzeliwali studentów; barbarzyńskie tortury stosowane przez aparat represji, w których wyniku ludzie stający przed trybunałami sprawiedliwości plują krwią, jak to było na procesie Garcii Bar-ceny. Nie będę tu opowiadał o setkach przypadków, kiedy to grupy obywateli zostały brutalnie pobite bez względu na to, czy chodziło o mężczyzn, czy o kobiety, o młodzież, czy o starców. Wszystko to wydarzyło się przed 26 lipca. Później, jak wiadomo, nawet kardynał Arteaga nie zdołał się uchronić przed wyczynami tego rodzaju. Wszyscy wiedzą, że padł ofiarą agentów aparatu represji. Oficjalnie twierdzi się, że było to dzieło bandy złodziei. Chociaż raz powiedzieli prawdę. Bo czyż właśnie nie tym jest ten reżym?
Obywatele dopiero co obserwowali z przerażeniem przypadek dziennikarza, który został uprowadzony i przez 20 dni był poddawany torturom ognia. W każdym przypadku niesłychany cynizm, bezkresna hipokryzja, tchórzostwo, polegające na unikaniu odpowiedzialności i niezmiennym obwinianiu wrogów reżymu, procedura rządzenia, nie mająca czego pozazdrościć najgorszej bandzie gangsterów. Nawet zbrodniarze hitlerowscy nie byli tak tchórzliwi. Hitler wziął na siebie odpowiedzialność za masakry z 30 czerwca 1934 roku, mówiąc, że przez 24 godziny był Sądem Najwyższym Niemiec. Zbiry na usługach tej dyktatury, której nie wypada porównywać z żadną inną ze względu na jej upadek moralny, podłość i tchórzostwo, dopuszczają się porwań, tortur i mordów, a następnie, jak typowe kanalie, obwiniają o to przeciwników reżymu. Są to metody właściwe sierżantowi Barriguilli.
Wysoki Sądzie! W żadnym z wymienionych przeze mnie przypadków ani razu nie znaleźli się winni, których by postawiono przed sądem. Jakże to! Czyż nie jest to reżym ładu, spokoju publicznego i szacunku dla życia ludzkiego?
Wspomniałem o tym wszystkim dlatego, żeby mi powiedziano, czy tego rodzaju sytuacja może być nazwana rewolucją rodzącą prawo; czy wolno walczyć przeciw niej, czy nie; czy nie sprostytuowały się zupełnie trybunały republiki, posyłające do więzienia obywateli, którzy pragną uwolnić ojczyznę od takiej nikczemności.
Kuba cierpi okrutny i haniebny despotyzm. Proszę zaś nie zapominać, że opór wobec despotyzmu jest czynem legalnym. Jest to zasada ciesząca się powszechnym uznaniem. Drugi paragraf artykułu 40 naszej konstytucji z 1940 roku brzmi: "Legalnym jest opór mający na celu ochronę praw jednostkowych, które zostały powyżej zagwarantowane". Co więcej, nawet gdyby zasada ta nie znalazła się w konstytucji, to i tak stanowi ona założenie, bez którego nie można sobie wyobrazić istnienia jakiejkolwiek demokratycznej zbiorowości.
Profesor Infiesta w swojej książce o prawie konstytucyjnym wprowadza rozróżnienie między konstytucją polityczną a prawną i stwierdza, że "czasami włącza się do konstytucji prawnej zasady konstytucyjne, które nawet wtedy, gdyby nie były do niej wprowadzone, miałyby za zgodą ludu taką samą moc obowiązującą, na przykład w naszych systemach demokratycznych - zasada większości czy reprezentacji". Prawo do buntu w obliczu tyranii stanowi jedną z tych zasad, które - bez względu na to, czy znajdują się w konstytucji prawnej, czy nie - w społeczeństwie demokratycznym są zawsze żywe.
Ta podjęta przed trybunałem sprawiedliwości kwestia jest jedną z najbardziej interesujących w prawie publicznym. Duguit powiedział w Traktacie o prawie konstytucyjnym, że "jeśli powstanie poniesie fiasko, to nie będzie sądu, który ośmieli się oświadczyć, że nie było konspiracji czy zamachu na bezpieczeństwo państwa, ponieważ rząd był tyrański, a próby obalenia go zgodne z prawem". Proszę jednak zauważyć, że nie mówi on: "Sąd nie będzie mógł...", lecz: "Nie będzie sądu, który ośmieli się oświadczyć...", co wyrażając się jaśniej, oznacza, że nie będzie sądu dość odważnego, który zdecydowałby się pod rządami tyranii tak postąpić. Autor nie wspomina o innej możliwości: jeżeli trybunał jest odważny i należycie wypełnia swoje obowiązki, to zachowa się tak, jak powinien.
Właśnie zakończyła się hałaśliwa dyskusja na temat tego, czy konstytucja z 1940 roku nadal obowiązuje. Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych wydał orzeczenie negatywne. Jednocześnie opowiedział się on za aktualnością statutów. Ja jednakże, Wysoki Sądzie, utrzymuję, że konstytucja z 1940 roku obowiązuje nadal. Moje twierdzenie może się wydawać absurdalne i nie na czasie, ale proszę się nie dziwić, wystarczy, że ja jestem zdziwiony, iż trybunał ten podjął próbę dokonania tak nikczemnego zamachu na prawowitą konstytucję republiki.
Jak to miało miejsce do tej pory, dowiodę słuszności mojego twierdzenia, trzymając się ściśle faktów, prawdy i rozumu. Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych został powołany do życia na podstawie 172 artykułu konstytucji 1940 roku, uzupełnionego przez ustawę numer 7 z 31 maja 1949 roku. Ustawy, na mocy których został utworzony, przyznały mu jako organowi czuwającemu nad przestrzeganiem zasad konstytucyjnych pewną określoną i swoistą kompetencję, a mianowicie: rozpatrywanie oskarżeń o niezgodność z konstytucją wnoszonych przeciw ustawom, dekretom, rezolucjom czy aktom negującym, umniejszającym, ograniczającym lub zniekształcającym prawa i gwarancje konstytucyjne, względnie uniemożliwiającym swobodne funkcjonowanie organów państwa.
W artykule 194 postanowiono nader wyraźnie: "Sędziowie i trybunały mają obowiązek rozwiązywania konfliktów między obowiązującymi ustawami a konstytucją, pamiętając zawsze o tym, iż ta ostatnia jest najważniejszą z ustaw". Tak więc, zgodnie z prawami, dzięki którym istnieje Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych, powinien on zawsze orzekać na korzyść konstytucji. Jeżeli trybunał ten uznał przewagę statutów nad konstytucją republiki, to całkowicie wykroczył poza swoje kompetencje i uprawnienia, czyli dopuścił się czynu bezprawnego. Ponadto decyzja ta sama w sobie jest absurdalna, a akty absurdalne nie mają ani faktycznej, ani prawnej mocy obowiązującej, nie istnieją nawet w znaczeniu metafizycznym. Bez względu na to, jak bardzo byłby czcigodny jakikolwiek trybunał, to nie może on orzec, iż koło jest kwadratowe ani że groteskowy płód z 4 kwietnia może być nazwany konstytucją państwa.
Przez konstytucję rozumiemy zasadniczą i najważniejszą ustawę danego narodu, która określa jego strukturę polityczną, reguluje funkcjonowanie organów państwowych i określa granice ich działania; powinna być ona stała, trwała i nader ścisła.
Statuty nie spełniają żadnego z tych wymogów. Przede wszystkim zawierają monstrualną, bezczelną i cyniczną sprzeczność w sprawie najważniejszej, a mianowicie w odniesieniu do integracji republiki i zasady suwerenności. Artykuł 1 głosi: "Kuba jest niezależnym i suwerennym państwem, zorganizowanym jako republika demokratyczna..." Artykuł 2 głosi: "Na straży suwerenności stoi lud i od niego pochodzi wszelka władza." Potem jednak następuje artykuł 118, który głosi: "Prezydent republiki będzie mianowany przez radę ministrów". Już nie lud, lecz rada ministrów. Kto zaś wybiera radę ministrów? Artykuł 120 paragraf 13: "Prezydent powołuje i odwołuje ministrów, zastępując jednych drugimi, gdy uzna, iż wymagają tego okoliczności." Kto więc w końcu kogo wybiera? Czyż nie jest to klasyczny węzeł gordyjski, którego jeszcze nikt nie rozsupłał?
Pewnego dnia zebrało się 18 awanturników. Plan przewidywał napad na republikę i jej budżet 350 milionów. Drogą zdrady i pod osłoną nocy osiągnęli swój cel. "A co teraz zrobimy?" Potem jeden z nich powiedział pozostałym: "Mianujcie mnie premierem, a ja was mianuję generałami." Gdy to uczyniono, zawołał 20 halabardników i powiedział: "Ja was mianuję ministrami, a wy mianujecie mnie prezydentem." W ten sposób jedni mianowali drugich generałami, ministrami, prezydentem i zawładnęli skarbem państwa oraz republiką.
Nie chodzi tu o chwilowe zagarnięcie władzy w celu mianowania ministrów, generałów i prezydenta, ale o to, że jeden człowiek ogłosił się w statutach absolutnym panem nie tylko suwerenności, ale życia i śmierci każdego obywatela oraz samej egzystencji narodu. Dlatego utrzymuję, że postawa Trybunału Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych jest nie tylko zdradziecka, nikczemna, tchórzliwa i odrażająca, ale także absurdalna.
W statutach jest artykuł, który pozostał prawie nie zauważony, choć dostarcza on klucza do tej sytuacji, toteż z niego wyprowadzimy decydujące wnioski. Mam na myśli artykuł 257, który mówi, co następuje: "Niniejsza ustawa konstytucyjna może być zreformowana przez radę ministrów przy ąuorum dwóch trzecich jej członków." Kpina osiągnęła tu szczyt. Nie tylko uzurpowali sobie władzę, ażeby narzucać ludowi konstytucję, nie licząc się absolutnie z jego wolą, i ażeby wybrać rząd, który skupia w swoich rękach wszystkie kompetencje, lecz jeszcze poprzez artykuł 257 przywłaszczają sobie najważniejsze z praw reformowania zasadniczej i najważniejszej ustawy państwa. Skorzystali zeń wielokrotnie po 10 marca, choć w artykule 2 twierdzą z największym w świecie cynizmem, że na straży suwerenności stoi lud i że od niego pochodzi wszelka władza. Jeżeli do przeprowadzenia tych reform wystarcza zgoda rady ministrów, to w rezultacie w rękach jednego człowieka znajduje się prawo do czynienia z republiką tego, co mu się przyśni, i to człowieka, który jest największym niegodziwcem, jakiego zrodziła ta ziemia.
A więc to właśnie zostało zagwarantowane przez Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych, a zatem wszystko, co z tego wynika, jest ważne i prawomocne? Zobaczmy więc, co ten trybunał zaakceptował. "Niniejsza ustawa konstytucyjna może być zreformowana przez radę ministrów przy ąuorum dwóch trzecich jej członków". Takie uprawnienie nie zna granic. Pod jego osłoną każdy artykuł, każdy rozdział, każdy paragraf, a nawet cała ustawa mogą zostać zmodyfikowane.
Artykuł 1, o którym już wspomniałem, stwierdza na przykład, że Kuba jest niezależnym i suwerennym państwem, zorganizowanym jako republika demokratyczna, chociaż w rzeczywistości jest ona dzisiaj krwawą satrapią. Artykuł 3 głosi, że "terytorium republiki składa się z wyspy Kuby, z wyspy Pinos i pozostałych wysp i wysepek, które do nich przylegają..." i tak dalej. Batista oraz jego rada ministrów pod osłoną artykułu 257 mogliby zmodyfikować wszystkie te artykuły, powiedzieć, że Kuba już nie jest republiką, lecz monarchią dziedziczną, a on, Batista, może się koronować jako jej król; może podzielić terytorium narodowe i odprzedać jedną z prowincji obcemu krajowi, jak to Napoleon uczynił z Luizjaną; może zawiesić prawo do życia i jak Herod posłać żołnierzy na rzeź niemowląt.
Wszystkie te poczynania byłyby legalne, wy zaś mielibyście posyłać do więzienia wszystkich, którzy się im przeciwstawiają, tak jak usiłujecie w tej chwili uczynić to ze mną. Dałem przykłady skrajne po to, żeby lepiej można było zrozumieć, jak smutna i upokarzająca jest nasza sytuacja. A przecież te wszystkie uprawnienia przysługują ludziom, którzy naprawdę zdolni są sprzedać republikę wraz z jej mieszkańcami!
Jeżeli Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych zaakceptował tego rodzaju sytuację, to na co czeka, jeśli jeszcze nie zdjął togi? Nie ma mowy o poszanowaniu konstytucji tam, gdzie konstytuanta i władza ustawodawcza stanowią ten sam organizm; jest to jedna z elementarnych zasad prawa publicznego. Jeżeli uświadomimy sobie, że rada ministrów uchwala prawa, dekrety, przepisy, a zarazem ma prawo modyfikowania konstytucji w ciągu dziesięciu minut, to natychmiast nasuwa się pytanie, po co potrzebny nam Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych. Jego orzeczenie jest irracjonalne, nie do zaakceptowania, sprzeczne z logiką i ustawami republiki, których wy, panowie sędziowie, przysięgliście bronić. Opowiadając się za statutami, Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych nie zniósł naszej ustawy zasadniczej, lecz postawił się sam poza konstytucją, zrezygnował ze swojego istnienia, z prawnego punktu widzenia popełnił samobójstwo. Niech spoczywa w spokoju!
Prawo do buntu, zagwarantowane artykułem 40 konstytucji, pozostaje ciągle jeszcze w mocy. Czy zostało ono ustanowione wówczas, gdy republika żyła jeszcze w normalnych warunkach? Nie. Prawo to jest w stosunku do konstytucji tym, czym łódź ratunkowa dla okrętu na pełnym morzu; spuszcza się ją na wodę tylko wtedy, gdy okręt został storpedowany przez wrogów, którzy zastawili zasadzkę na jego szlaku. Gdy konstytucja republiki została zdradzona, a lud pozbawiono wszelkich praw, pozostało mu jedynie to prawo, którego żadna siła nie jest mu w stanie odebrać, prawo do buntu przeciw uciskowi i niesprawiedliwości.
Jeżeli są jakieś wątpliwości do rozstrzygnięcia, to mam przed sobą artykuł Kodeksu Obrony Społecznej, o którym nie powinien zapominać pan prokurator, stwierdzający, co następuje: "Władze mianowane przez rząd albo wybrane przez lud, które nie stawiają oporu powstaniu przy użyciu wszelkich środków, jakie znajdują się w ich zasięgu, podlegają ubezwłasnowolnieniu od sześciu do dziesięciu lat". Obowiązkiem sędziów republiki było stawienie oporu zdradzieckiemu puczowi z 10 marca. Jest rzeczą całkowicie zrozumiałą, że gdy nikt nie przestrzega prawa, gdy nikt nie wypełnia należycie swych obowiązków, to do więzienia posyła się jedynie tych ludzi, którzy przestrzegają prawa i spełniają swe obowiązki.
Nie możecie zaprzeczyć mojemu twierdzeniu, że reżym, który narzucił się narodowi, nie jest godny jego tradycji i historii. W swojej książce O duchu praw, która posłużyła za podstawę nowoczesnego rozdziału władzy, Monteskiusz rozróżnia trzy podstawowe typy rządu: "republikański, w którym cały lud albo część ludu ma władzę suwerenną; monarchiczny, w którym rządzi jednostka, jednakże w sposób zgodny ze ściśle określonymi prawami; i despotyczny, w którym jednostka, nie szanująca prawa i bez zasad, czyni wszystko nie inaczej, jak zgodnie z własną wolą i kaprysem". Dodaje on następnie: "Człowiek, któremu pięć zmysłów mówi nieustannie, że on jest wszystkim, a inni są niczym, jest oczywiście ignorantem, próżniakiem i zarozumialcem". "Tak jak konieczna jest cnota w demokracji i honor w monarchii, tak konieczny jest lęk pod rządami despotycznymi; jeśli chodzi o cnotę, to jest ona niepotrzebna, a jeśli chodzi o honor, to byłby on niebezpieczny".
Wysoki Sądzie! Od najbardziej zamierzchłej starożytności aż po współczesność prawo do buntu przeciw despotyzmowi cieszy się uznaniem ludzi wszelkich doktryn, wszelkich idei i wszelkich wyznań.
W najodleglejszej starożytności, w monarchiach teokratycznych, na przykład w Chinach, było praktycznie zasadą konstytucyjną, że gdy król rządzi niemądrze i despotycznie, to powinien być obalony i zastąpiony przez cnotliwego księcia.
Filozofowie starożytnych Indii uznawali zasadę czynnego oporu przeciwko zbyt arbitralnej władzy. Usprawiedliwiali oni rewolucję i bardzo często wprowadzali swe zasady w czyn. Jeden z ich duchowych przywódców mawiał: "Opinia podzielana przez większość jest silniejsza niż sam król nawet. Lina skręcona z wielu pasm jest wystarczająco mocna, aby pociągnąć na niej lwa."
Państwa-miasta Grecji i republikańskiego Rzymu nie tylko dopuszczały, lecz nawet zalecały zadawanie tyranom gwałtownej śmierci.
W wiekach średnich John Salisbury w swej Book oj the statesman pisze, że usunięcie przy użyciu siły księcia, który nie sprawuje rządów zgodnie z obowiązującymi prawami, a staje się tyranem, jest czynem prawowitym i usprawiedliwionym. Zaleca on zadawanie tyranom śmierci raczej za pomocą sztyletu niż za pomocą trucizny.
Święty Tomasz z Akwinu w Summa Theologica odrzuca doktrynę zalecającą zabójstwo tyrana, podtrzymuje jednak tezę głoszącą, że lud winien obalać tyranów.
Marcin Luter głosi, że jeśli rząd przeradza się w tyranię, która gwałci prawo, poddani zostają zwolnieni z obowiązku posłuszeństwa. Jego uczeń, Filip Melanchton, uznaje również prawo do stawiania oporu, gdy rząd staje się despotyczny. Kalwin, najwybitniejszy, jeśli chodzi o sprawy polityczne, myśliciel Reformacji, twierdzi, że lud jest uprawniony do chwycenia za broń w celu przeciwstawienia się wszelkiej uzurpacji.
Nawet taki człowiek, jak Juan Mariana, hiszpański jezuita, żyjący za panowania Filipa II, utrzymuje w swej książce De Rege et Regis Institutione, że jeśli ktoś siłą uzurpuje sobie władzę lub też zostanie wybrany, ale sprawuje rządy po dyktatorsku, to każdy obywatel uprawniony jest do zabójstwa tyrana - bądź otwarcie, bądź też za pomocą podstępu, w sposób powodujący możliwie jak najmniejsze zamieszanie. Francuski pisarz, Francois Hotman, utrzymywał, że pomiędzy rządem a poddanymi istnieje pewna więź czy umowa; naród zaś ma prawo podnieść bunt przeciwko tyranii rządu, jeśli ten pogwałci ową umowę.
W tym samym czasie ukazała się bardzo wtedy poczytna broszura Vindiciae Contra Tyrannos podpisana pseudonimem Stephanus Junius Brutus, w której otwarcie głoszono legalność buntu skierowanego przeciwko rządowi uciskającemu naród i zobowiązywano uczciwych sędziów do przewodzenia w tej walce.
Szkoccy reformatorzy John Knox i John Pagnet byli tego samego zdania. W najbardziej reprezentatywnej dla tego poglądu książce, napisanej przez G. Buchmana, stwierdza się, że jeśli rząd dochodzi do władzy bez poparcia narodu i kieruje jego losami w sposób niesprawiedliwy i arbitralny, staje się tyranem i może zostać obalony, a jego członkowie w ostatecznym wypadku nawet pozbawieni życia.
Althusius, niemiecki prawnik, żyjący na początku XVII w., stwierdza w swej Politica methodice digesta, że władza zwierzchnia jako najwyższa władza w państwie zrodziła się z dobrowolnego współzawodnictwa wszystkich obywateli oraz iż władza rządu wywodzi się z narodu. Niesprawiedliwe, niepraworządne lub ty-rańskie rządy zwalniają naród z obowiązku posłuszeństwa i usprawiedliwiają opór lub bunt.
Tak więc, czcigodni sędziowie, przytoczyłem tu przykłady ze starożytności, ze średniowiecza i z początków nowoczesnej ery. Wybrałem przykłady z dzieł pisarzy wszystkich wyznań.
Co więcej, prawo do buntu leży u samych korzeni państwowej egzystencji Kuby. Dzięki buntowi, który miał miejsce pięćdziesiąt lat temu, możecie dzisiaj występować w togach kubańskich sędziów. Oby więc strój ten służył prawdziwej sprawiedliwości.
Jest rzeczą dobrze znaną, że w wieku XVII zdetronizowano za despotyzm dwóch królów angielskich, Karola I i Jakuba II. Fakty te zbiegły się z narodzinami liberalnej filozofii politycznej, ideologii nowej klasy społecznej, która walczyła wówczas o wyzwolenie się z pęt feudalizmu. Ta nowa filozofia boskiemu prawu samowładztwa przeciwstawiała zasady umowy społecznej i przyzwolenia rządzonych. Stała się ona podstawą rewolucji angielskiej w roku 1688, amerykańskiej w roku 1775 i rewolucji francuskiej w roku 1789.
Te wielkie wydarzenia utorowały drogę wyzwoleniu hiszpańskich kolonii w Nowym Świecie; ostatnie ogniwo skuwającego nas łańcucha złamała Kuba. Na pożywce nowej filozofii wyrosły nasze własne poglądy polityczne, które doprowadziły do przekształcenia się konstytucji Guaimaro19 w konstytucję z roku 1940. Ta ostatnia konstytucja powstała pod wpływem socjalistycznych prądów naszych czasów. Zawierała ona zasadę społecznej funkcji własności i przyrodzonego prawa człowieka do przyzwoitej egzystencji, które to niezaprzeczalne prawo nie zostało nigdy w pełni zrealizowane. Prawo do buntu przeciwko tyranii uległo wówczas ostatecznemu uświęceniu i stało się podstawową zasadą wolności politycznej. John Milton napisał już w roku 1649, że władza polityczna spoczywa w rękach ludu, mogącego intronizować i detronizować królów, który ma obowiązek obalania tyranów.
John Locke w Rozprawie o rządach twierdzi, że w wypadku gdy naturalne prawa człowieka ulegną pogwałceniu, naród ma obowiązek obalić lub zmienić rząd. "Ostatnim środkiem w stosunku do niesprawiedliwej i bezprawnej władzy jest walka przeciwko niej". Jean Jacąues Rousseau pisze z wielką swadą w swej książce O umowie społecznej: "Jeśli naród czuje się zmuszonym do posłuszeństwa i jest posłuszny, czyni dobrze; jeśli może zrzucić jarzmo i zrzuca je, czyni jeszcze lepiej, odzyskuje bowiem wolność, powołując się na te właśnie prawa, które zostały mu odebrane". "Nawet najsilniejszy nie jest nigdy dość silny, aby zawsze być panem samego siebie, jeśli nie przetworzy siły w prawo a posłuszeństwa w poczucie obowiązku... Nie wiem, jaka byłaby moralność wynikająca ze stosowania siły. Ustąpienie przed siłą jest aktem konieczności, a nie dobrej woli. Wszystko to powinno odbywać się w ramach zdrowego rozsądku. Kiedy można to zaakceptować jako obowiązek?" "Zrezygnowanie z wolności oznacza rezygnację z praw i obowiązków człowieka. Dla tego, kto rezygnuje z wszystkiego, nie istnieje wystarczająca rekompensata. Taka rezygnacja jest sprzeczna z naturą człowieka. Pozbawić wolę wolności oznacza pozbawić działanie jego siły moralnej. W efekcie godzenie władzy absolutnej z bezgranicznym posłuszeństwem jest wysiłkiem próżnym i pełnym wewnętrznych sprzeczności"...
Thomas Paine powiedział, że "człowiek sprawiedliwy jest bardziej godny szacunku niż koronowany nędznik". Jedynie pisarze reakcyjni, jak ów kleryk z Virginii - Jonathan Boucher - wystąpili przeciwko temu prawu narodów. Stwierdził on, iż "prawo do rewolucji jest doktryną godną potępienia, pochodzącą od Lucyfera - ojca rebelii."
Deklaracja Niepodległości, ogłoszona przez kongres w Filadelfii w dniu 4 lipca 1776, poświęciła temu prawu piękny fragment, który brzmi: "Uważamy za oczywistą prawdę, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równi, że zostali obdarzeni przez stwórcę pewnymi przyrodzonymi prawami, a między innymi: prawem do życia, do wolności i do szczęścia. Dla ochrony tych praw ustanowiono rządy, których władza pochodziła od tych, którymi rządziły. Jeśli kiedykolwiek dana forma rządów okaże się zgubna dla tych celów, to naród ma prawo zmiany lub obalenia takiego rządu oraz ustanowienia innego, który zorganizuje się w taki sposób i na takich zasadach,* jakie będą wydawały się najodpowiedniejsze dla zapewnienia narodowi bezpieczeństwa i szczęścia".
Słynna francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela przekazała przyszłym pokoleniom zasadę: "Jeśli rząd gwałci prawa narodu, powstanie staje się dla narodu najświętszym prawem i pierwszym obowiązkiem. Kto zagarnie władzę, winien być skazany przez ludzi wolnych na śmierć".
Sądzę, że dostatecznie wyjaśniłem mój punkt widzenia; uzasadniłem go o wiele dokładniej, niż to uczynił pan prokurator, kiedy żądał dla mnie kary 26 lat więzienia. Wszyscy jesteśmy po stronie ludzi, którzy walczą o wolność i szczęście ludu; nikt zaś nie popiera tych, którzy lud ciemiężą, poniżają i bezlitośnie wyzyskują. I dlatego musiałem przytoczyć tyle argumentów. Pan prokurator zaś nie mógł przytoczyć ani jednego.
Jakże pan prokurator mógł uzasadnić pozostawienie Batisty u władzy, skoro zdobył on ją wbrew woli ludu oraz pogwałcił prawa republiki, dopuszczając się zdrady i przemocy? Jakże mógł uznać za prawowity ten reżym krwi, ucisku i hańby? Jakże mógł nazwać go rządem rewolucyjnym, skoro w skład jego weszli ludzie, którym przyświecają wsteczne idee i metody rządzenia? Jakże mógł uznać za akt mający moc prawną zdradę popełnioną przez Trybunał, którego zadaniem była obrona naszej konstytucji? Jakim prawem może on wtrącać do więzienia obywateli, którzy w obronie honoru swojej ojczyzny gotowi są oddać swą krew i swe życie? Wszystko to jest potworne w oczach narodu i urąga zasadom prawdziwej sprawiedliwości.
Ale my mamy jeszcze jedną, mocniejszą niż wszystkie inne rację: jesteśmy Kubańczykami, a to nakłada na nas określony obowiązek; niewypełnienie tego obowiązku jest równoznaczne ze zbrodnią i zdradą.
Jesteśmy dumni z historii naszej ojczyzny. Uczyliśmy się jej w szkole i kiedy dorastaliśmy. Słyszeliśmy, jak mówiono o wolności, sprawiedliwości i prawach. Od wczesnych lat uczono nas podziwiać sławne czyny naszych bohaterów i męczenników. Cśspedes, Agra-monte, Maceo, Gómez i Marti - to były pierwsze nazwiska, które głęboko wyryły się w naszych umysłach. Przypominano nam słowa Tytana, że o wolność się nie żebrze, ale zdobywa się ją mieczem.
Zapamiętaliśmy też to, co powiedział Marti w swej Złotej Księdze o wychowaniu obywateli w wolnej ojczyźnie: "Człowiek, który zgadza się posłusznie na niesprawiedliwe prawa i pozwala na to, aby ludzie, którzy znęcają się nad nim, deptali kraj, w którym się urodził, nie jest uczciwym obywatelem... W świecie musi być pewna miara godności, podobnie jak musi być pewna ilość światła. W czasach gdy wielu ludzi nie ma poczucia godności, zawsze znajdą się tacy, którzy posiadają je za wielu. Ci właśnie buntują się ze straszliwą siłą przeciwko tym, którzy pozbawiają ludy ich prawa do wolności, czyli pozbawiają je ich godności. I oni to uosabiają siłę tysięcy ludzi, całego narodu, całą godność ludzką".
Wpajano nam, że 10 Października i 24 Lutego to dni pełne chwały i patriotycznej dumy, bo w owych dniach Kubańczycy powstali do walki przeciwko jarzmu haniebnej tyranii. Uczono nas kochać i bronić pięknego sztandaru samotnej gwiazdy, śpiewać każdego popołudnia hymn, którego strofy głoszą, że żyć w kajdanach jest hańbą, a umrzeć za ojczyznę to znaczy żyć.
Te nauki głęboko zapadły nam w serce i nigdy ich nie zapomnimy, chociaż dzisiaj w naszej ojczyźnie zabija się i więzi ludzi za próbę wcielenia w życie idei, które zaszczepiano im od kolebki. Urodziliśmy się w wolnym kraju naszych ojców. Niech raczej nasza wyspa pogrąży się w odmętach oceanu, niżbyśmy mieli zgodzić się pozostać na zawsze niewolnikami!
Zdawało się, że uwielbienie dla "Apostoła" nie dożyje setnej rocznicy jego urodzin, że pamięć o nim zgaśnie na zawsze, tak wielka była zniewaga. Ale nauka jego żyje, nie umarła, jego lud buntuje się. Jego lud jest godzien mistrza i wiernie zachowuje pamięć o nim. Wielu Kubańczyków poległo w obronie jego nauk. Są młodzi ludzie, którzy we wspaniałym porywie przybyli oddać swą krew i swoje życie u jego grobu, aby on żył wiecznie w sercu ojczyzny. O, Kubo! Cóż by się stało z tobą, gdybyś pozwoliła wygasnąć pamięci o "Apostole"?!
Kończę moją mowę obrończą, ale nie zakończę jej tak, jak zwykli to czynić adwokaci, a mianowicie: prośbą o wolność dla oskarżonego. Nie mogę prosić o wolność dla siebie, kiedy moi towarzysze cierpią już w haniebnym więzieniu na wyspie Pinos. Poślijcie mnie tam, abym mógł podzielić ich los! Jest rzeczą zrozumiałą, że kiedy prezydentem republiki jest zbrodniarz i złodziej, uczciwi ludzie muszą umrzeć lub po niewierać się w więzieniach!
Panom sędziom moja szczera wdzięczność za to, że pozwolili mi swobodnie wypowiedzieć się, bez wywierania na mnie małostkowych nacisków. Nie żywię do was urazy, uznaję, że pod pewnymi względami byliście ludzcy. Wiem, że przewodniczący tego trybunału, człowiek o czystych rękach, nie jest w stanie ukryć swojej odrazy do tego stanu rzeczy, który zmusza go do wydania niesprawiedliwego wyroku. Pozostaje sądowi problem o wiele poważniejszy: winni są na wolności z bronią w ręce, która stanowi nieustanne zagrożenie dla życia obywateli. Jeżeli nie spadnie na nich miecz prawa, czy to z tchórzostwa, czy dlatego, że nie dopuszczą, by tak się stało, albo dlatego że wszyscy sędziowie nie podadzą się do dymisji, to współczuję waszemu honorowi i boleję nad hańbą bez precedensu, która okryje władzę sądową.
Wiem, że dla mnie więzienie będzie cięższe, niż było kiedykolwiek dla kogo innego, pełne gróźb, podłości i tchórzliwej brutalności, ale nie boję się tego, jak nie boję się furii nędznego tyrana, który pozbawił życia siedemdziesięciu moich braci. Skażcie mnie, nie dbam o to, historia mnie uniewinni!

Hosted by www.Geocities.ws

1