Fidel Castro
Historia mnie uniewinni cześć 3
Wysoki Sądzie, gdzie znajdują się nasi towarzysze,
aresztowani w dniach 26, 27, 28 i 29 lipca? Wiadomo, że w rejonie Santiago de
Cuba było ich ponad 60. Na rozprawie zjawili się tylko trzej mężczyźni i dwie
kobiety. Wszyscy pozostali zostali aresztowani później. Gdzie są nasi ranni
towarzysze? Zjawiło się tylko pięciu. Pozostałych zamordowano. Liczby są
niepodważalne.
Przedefilowało tutaj natomiast 20 wojskowych, którzy byli naszymi jeńcami, a --
zgodnie z tym, co mówili o- nie usłyszeli nawet jednego obraźliwego słowa.
Przedefilowało tutaj 30 wojskowych, którzy zostali ranni, w znacznej mierze w
walkach ulicznych, i żaden z nich nie został dobity. Jeżeli armia miała 19
zabitych i 30 rannych, to jakże my mogliśmy mieć 80 zabitych i 5 rannych? Kto
widział takie walki, w rezultacie których - jak w przypadku tej osławionej przez
Pereza Chaumonta - byłoby 21 zabitych i ani jednego rannego?
Oto liczby strat poniesionych w zaciekłych bitwach przez kolumnę inwazyjną
podczas wojny 1895 roku, w bitwach zarówno zwycięskich, jak i tych, w których
wojska kubańskie poniosły porażkę: bitwa w Los In-dios (Las Villas): 12 rannych,
ani jednego zabitego; bitwa pod Mai Tiempo: 4 zabitych, 23 rannych; bitwa pod
Calimete: 16 zabitych, 64 rannych; bitwa pod La Palma: 39 zabitych, 88 rannych;
bitwa pod Cacaraji-cara: 5 zabitych, 13 rannych; bitwa pod Descanso: 4 zabitych,
45 rannych; bitwa pod San Gabriel del Lombillo: 2 zabitych, 18 rannych...
Absolutnie we wszystkich bitwach liczba rannych jest dwukrotnie, trzykrotnie, a
nawet dziesięciokrotnie większa niż liczba zabitych. Medycyna nie stała wówczas
jeszcze na tak wysokim poziomie jak dziś, gdy czasem dzięki temu można
zmniejszyć liczbę ofiar. Czy ten fantastyczny stosunek liczbowy: 16 zabitych, 1
ranny można wyjaśnić inaczej niż za pomocą faktu dobijania rannych w samych
szpitalach i mordowaniem bezbronnych jeńców? Liczby te mówią same za siebie i
wykluczają wszelką replikę.
"Napawa wstydem i stanowi dyshonor dla wojska fakt, że poniosło ono w bitwie
trzykrotnie większe straty niż atakujący; należy zabić 10 więźniów za każdego
zabitego żołnierza..." Oto jakie pojęcie honoru znają kaprale-intendenci,
awansowani 10 marca do stopni generalskich, oto model honoru, jaki pragną oni
narzucić armii narodowej: honoru fałszywego, sfingowanego, honoru pozornego,
opartego na kłamstwie, hipokryzji i zbrodni. Zbrodniarze ci umazali we krwi
swoją fałszywą maskę honoru. Kto im powiedział, że śmierć poniesiona w walce to
dyshonor? Kto im powiedział, że honorem dla wojska jest mordowanie rannych i
jeńców wojennych?
Armie, które podczas wojny mordowały jeńców, zawsze otaczała pogarda i nienawiść
ludzkości. Dla tego rodzaju podłości nie ma usprawiedliwienia nawet wtedy, gdy
chodzi o wrogów ojczyzny, którzy dokonali napaści zbrojnej. Jeden z wyzwolicieli
Ameryki Południowej napisał: "Nawet najdalej posunięte posłuszeństwo wojskowe
nie może uczynić ze szpady żołnierza topora kata." Żołnierz mający poczucie
honoru nie morduje po bitwie bezbronnego jeńca, lecz go ochrania; nie dobija
rannego, lecz udziela mu pomocy; uniemożliwia dokonanie zbrodni. Jeśli zaś nie
jest w stanie tego uczynić, postępuje tak, jak ów hiszpański kapitan, który
widząc, jak rozstrzeliwuje się studentów, oburzony złamał swoją szpadę i odmówił
dalszej służby w takiej armii.
Ci, którzy mordowali jeńców, nie postąpili jak godni towarzysze tych, co
polegli. Widziałem wielu żołnierzy mężnie walczących, jak na przykład tych z
patrolu, którzy ostrzeliwali nas jeszcze z karabinów maszynowych niemal w walce
wręcz, czy jak ów sierżant, który z narażeniem życia przedarł się do urządzeń
alarmowych, ażeby zmobilizować żołnierzy w koszarach. Jedni z nich żyją i cieszę
się z tego. Inni polegli, wierząc, że wypełniają swoją powinność, i to czyni ich
dla mnie godnymi podziwu i szacunku. Smutek ogarnia mnie jedynie na myśl o tym,
że ci dzielni ludzie oddali życie za złą sprawę. Gdy Kuba stanie się wolna,
powinna uszanować żony i dzieci tych walecznych, którzy polegli, stawiając nam
czoło, powinna zapewnić ich rodzinom opiekę i pomoc. Nie ponoszą oni winy za
nieszczęsny los Kuby, są kolejnymi ofiarami jej tragicznej sytuacji.
Jednakże honor, jakim okryli armię polegli żołnierze, splamili generałowie,
którzy wydali rozkaz mordowania jeńców po walce. Ludzie, którzy pamiętnego dnia
marcowego stali się generałami, nie oddając ani jednego wystrzału, którzy kupili
swoje epolety za cenę zdrady wobec republiki, którzy rozkazują mordować jeńców,
rzekomo wziętych do niewoli w bitwie, w której nie uczestniczyli - oto
generałowie z 10 marca, generałowie, którzy nie nadawaliby się nawet do
popędzania mułów, transportujących zaopatrzenie dla armii Antonio Maceo.
Jeżeli armia poniosła straty trzykrotnie większe od naszych, to stało się tak
dlatego, że nasi ludzie byli wspaniale wyszkoleni - jak to stwierdzili sami
wojskowi - oraz dlatego, że zastosowaliśmy właściwą taktykę, co również oni sami
przyznali. Jeżeli armia nie zachowała się zbyt bojowo, to dlatego, że została
całkowicie zaskoczona, mimo milionów, jakie wydaje SIM na szpiegostwo. Jeżeli
jej granaty ręczne nie eksplodowały, bo były stare, to dlatego, że armia ma
takich generałów, jak Martin Diaz Tamayo, oraz takich pułkowników, jak Ugalde
Carrillo i Alberto del Rio Cha-viano. Tych siedemnastu zdrajców, którzy 10 marca
1952 roku przeniknęli do szeregów armii, oczywiście, w walce tej nie wystąpiło.
Za przeciwników armia miała 165 ludzi, którzy przybyli z jednego krańca wyspy na
drugi, ażeby z odkrytą przyłbicą stawić czoło śmierci. Gdyby ci dowódcy wojskowi
mieli poczucie honoru, toby podali się do dymisji zamiast zmywać wstyd i własne
tchórzostwo krwią jeńców.
Zabić bezbronnych jeńców, a potem powiedzieć, że zginęli w walce, oto na co było
jedynie stać generałów z 10 marca. W ten sposób w najokrutniej szych latach
naszej wojny o niepodległość postępowali bezwzględni mordercy pozostający na
usługach hiszpańskiego gubernatora Kuby Valeriano Weylera. Kroniki tej wojny
opisują następujące wydarzenie:
"Dnia 23 lutego do Punta Brava wkroczył oficer Bal-domero Acosta na czele grupy
kawalerzystów. W tym samym czasie z drugiej strony wkraczał do osady pluton z
pułku Pizarro pod dowództwem pewnego sierżanta znanego tu pod przezwiskiem
Barriguilla. Powstańcy wymienili strzały z ludźmi Pizarro i wycofali się drogą
prowadzącą z Punta Brava do przysiółka Guatao. Pluton z pułku Pizarro
kontynuował marsz do Guatao, wspierany przez nadciągającą za nim kompanię
ochotników z Marianao pod wodzą kapitana Cal-vo. Gdy przednia straż wkroczyła do
przysiółka, rozpoczęła się masakra spokojnej miejscowej ludności. Zamordowano
wówczas dwunastu mieszkańców, a resztę wzięto do niewoli. Nienasyceni jeszcze
popełnionymi gwałtami, przeprowadzili poza obrębem Guatao jeszcze jedną
barbarzyńską egzekucję. W jej wyniku jeden z jeńców zmarł, a pozostali odnieśli
straszliwe rany. Wkrótce potem markiz de Cervera, oficer, który nigdy nie wąchał
prochu, doniósł Weylerowi o nadzwyczaj efektownym zwycięstwie, odniesionym przez
wojsko hiszpańskie. Jednakże major Zugasti, człowiek honoru, powiadomił rząd o
tym, co się naprawdę zdarzyło, uznając za mord na spokojnej ludności cywilnej
wyczyny dokonane przez farsowatego kapitana Calvo i sierżanta Barriguillę.
O reakcji Weylera na wieść o tym straszliwym wydarzeniu i radości, z jaką
powitał on szczegóły masakry, niedwuznacznie świadczy jego oficjalna depesza,
skierowana do ministra wojny w związku z tą okrutną zbrodnią: "Mała kolumna
zorganizowana przez komendanta wojskowego Marianao i złożona z wojsk tego
garnizonu, rozgromiła oddziały Villanuevy i Bal-domero Acosty w okolicach Punta
Brava, zabijając dwudziestu żołnierzy, których zwłoki polecono pogrzebać
sołtysowi Guatao, i biorąc do niewoli piętnastu ludzi, w tym jednego rannego.
Prawdopodobnie liczba rannych nieprzyjaciół jest wyższa. Po naszej stronie mamy
jednego ciężko rannego oraz kilku rannych i kontuzjowanych - Weyler"".
Czym się różni ten raport wojskowy Weylera od raportów pułkownika Chaviano,
opisujących zwycięstwa majora Pereza Chaumonta? Tym tylko, że Weyler meldował o
20 zabitych, a Chaviano meldował o 21; Weyler wspomina o jednym rannym żołnierzu
w jego wojskach, Chaviano zaś wspomina o dwóch; Weyler mówi o jednym rannym i 15
jeńcach, a Chaviano nie mówi ani o rannych, ani o jeńcach...
Tak jak podziwiam odwagę żołnierzy, którzy potrafili umierać za ojczyznę, tak
też jestem pełen uznania dla tych licznych wojskowych, którzy postąpili z
godnością i nie splamili sobie rąk podczas tej krwawej orgii. Niemało jeńców,
którzy ocalili życie, zawdzięcza to honorowej postawie takich oficerów, jak:
porucznik Sarria, porucznik Campa, kapitan Tamayo i inni, którzy rycersko
bronili aresztantów. Gdyby tacy jak oni nie ocalili po części honoru sił
zbrojnych, większym zaszczytem byłoby dziś nosić fartuch kuchenny niż mundur.
Nie żądam zemsty za mych poległych przyjaciół. Życie ich było tak bezcenne, że
mordercy nie są w stanie zapłacić za nich nawet własnym życiem. Przelanie krwi
nie może okupić życia tych, którzy ponieśli śmierć dla kraju. Jedynym godnym
okupieniem będzie szczęście narodu.
Moi towarzysze nie są zresztą ani martwi, ani zapomniani; są oni bardziej żywi
niż kiedykolwiek, a ich mordercy przekonają się, że idee, za które oddały życie
ich ofiary, są wciąż żywe w narodzie. Pozwólcie, aby "Apostoł" mówił za mnie:
"Jest pewna granica dla łez, które możemy wylać nad grobami zmarłych. Miast
płakać nad ich ciałami, winniśmy podziwiać ich bezgraniczną miłość ojczyzny,
miłość, która nigdy nie słabnie, nie traci nadziei i nie więdnie. Groby
męczenników to najpiękniejsze ołtarze naszych czasów".
Kiedy umiera się
W ramionach wdzięcznej ojczyzny,
Śmierć się kończy, mury więzienia się kruszą,
W końcu, wraz ze śmiercią, rozpoczyna się życie.
Do tej pory skupiłem uwagę tylko na faktach. Ponieważ nie
zapominam, że stoję przed organem wymiaru sprawiedliwości, wykażę teraz, że
prawo jest tylko po naszej stronie i że kara wymierzona moim towarzyszom, a
wkrótce i mnie, nie znajduje racjonalnego uzasadnienia zarówno wobec
społeczeństwa, jak i prawdziwej sprawiedliwości.
Osobiście pragnę odnosić się z szacunkiem do Wysokiego Sądu i będę wdzięczny,
jeśli surowość moich prawd nie zostanie poczytana za objaw wrogości względem
niego. Moje rozumowanie zmierza jedynie do wykazania, jak błędną i fałszywą
postawę przyjęła w obecnej sytuacji władza sądowa, której każdy sąd jest jedynie
zwykłą częścią składową, zobowiązaną poniekąd do podążania tą samą wytyczoną
ścieżką, choć oczywiście nie usprawiedliwia to postępowania jakiegokolwiek
człowieka w sposób sprzeczny z jego zasadami.
Wiem doskonale, że największa odpowiedzialność za ten stan rzeczy spada na
czołowe kręgi oligarchii, które nie czyniąc nic dla ratowania godności
narodowej, służalczo podporządkowały się dyktatowi uzurpatora, zdradziły lud i
zrezygnowały z niezawisłości władzy sądowej. Niektórzy ludzie, mający poczucie
honoru, usiłowali ratować zbezczeszczoną godność, wyrażając swe votum separatum.
Niestety, postawa znikomej mniejszości ledwie została zauważona, utonęła bowiem
w powodzi innych, przyjętych przez uległą i postępującą jak w owczym pędzie
większość. Fatalizm ten nie zdoła jednak zapobiec wyłożeniu przeze mnie racji, o
uznanie których walczę.
Jeżeli doprowadzenie mnie na tę rozprawę nie jest czymś innym niż czystą
komedią, odegraną po to, by nadać pozory praworządności i sprawiedliwości
arbitralnym postępkom, to jestem gotów stanowczym gestem zerwać haniebną
zasłonę, która pokrywa tę bezwstydną grę. Dziwne wydaje się, że ci sami, którzy
postawili mnie przed wami, abyście mnie osądzili i skazali, nie uszanowali ani
jednej decyzji sądu.
Jeśli rozprawa ta jest - jak powiedzieliście - najważniejszym procesem, który
toczył się przed sądem od czasu powstania republiki, to choć moje wystąpienie
być może zagubi się pośród zmowy milczenia, jaką usiłuje otoczyć mnie dyktatura,
lecz wasze postępowanie wielokrotnie w przyszłości zostanie poddane ocenie przez
następne pokolenia. Pamiętajcie, że o ile teraz sądzicie oskarżonego, to wy sami
sądzeni będziecie tylekroć, ilekroć teraźniejszość poddawana będzie przez
przyszłość druzgocącej krytyce. Wówczas to, co mówię tutaj, powtórzone zostanie
wielokrotnie, nie dlatego, że wyszło z moich ust, lecz dlatego, że problem
sprawiedliwości jest wieczny, a bez względu na opinie uczonych prawników i
teoretyków lud ma wyrobione zdanie na ten temat.
Narody kierują się prostą, ale nieubłaganą logiką, wrogą wszystkiemu, co
absurdalne i sprzeczne ze sobą. Ponadto nienawidzą z całego serca przywilejów i
nierówności. Takim też jest lud kubański. Wie on, że sprawiedliwość symbolizuje
dziewica, waga i szpada. Jeśli widzi, jak korzy się ona tchórzliwie przed
jednymi, a innym wściekle wygraża orężem, to wyobraża ją sobie jako prostytutkę
i zaciska pięści. Moja logika jest prostą logiką ludu.
Opowiem wam pewną historię. Była sobie pewnego razu republika. Miała swoją
konstytucję, swoje prawa, swobody, miała prezydenta, kongres, sądy. Wszyscy
mogli gromadzić się, stowarzyszać, mówić i pisać z całkowitą swobodą. Rząd nie
zadowalał ludu, ale lud mógł zmienić rząd i właśnie brakło kilku jeszcze dni, by
tak się stało. Istniała opinia publiczna, ciesząca się szacunkiem i poważaniem,
a wszelkie sprawy interesujące zbiorowość były swobodnie roztrząsane. Istniały
partie polityczne, godziny dysput doktrynalnych w radio, programy polemiczne w
telewizji, zgromadzenia publiczne, a w ludziach tętnił entuzjazm. Lud ten wiele
przecierpiał i jeśli nie był szczęśliwy, to pragnął nim być, i miał do tego
prawo. Oszukano go wielokrotnie, więc z prawdziwym lękiem spoglądał w
przeszłość. Wierzył ślepo, że nie może ona powrócić. Był dumny ze swego
umiłowania wolności i żył przekonany, że będzie ona uszanowana jako rzecz
święta. Żywił szlachetne przeświadczenie i ufał, że nikt nie odważy się popełnić
zbrodni zamachu na instytucje demokratyczne. Pragnął zmiany, poprawy, postępu i
zdawało mu się, że wkrótce to osiągnie. Całą jego nadzieją była przyszłość.
Biedny lud! Pewnego ranka obywatele obudzili się wstrząśnięci: gdy oni spali,
pod osłoną nocy widma przeszłości zawiązały spisek i teraz trzymały ich za ręce,
nogi i szyję. Owe łapy były znane, owe prześcieradła, kosy śmierci, buty... Nie,
nie był to koszmarny sen, lecz straszna rzeczywistość. Człowiek nazwiskiem
Fulgencio Batista popełnił właśnie niesłychaną zbrodnię, której nikt się nie
spodziewał.
Wówczas pewien zwykły obywatel tego kraju, który pragnął wierzyć w prawa
republiki i uczciwość jej sędziów, choć wielokrotnie miał okazję widzieć, jak
znęcają się nad różnymi nieszczęśnikami, zajrzał do Kodeksu Obrony Społecznej,
ażeby sprawdzić, jakie kary przewidywało społeczeństwo dla sprawcy tego rodzaju
czynu, i znalazł tam, co następuje.
"Kto dopuści się w drodze przemocy jakiegokolwiek czynu zmierzającego
bezpośrednio do całkowitej albo częściowej zmiany konstytucji państwa lub
ustalonej formy rządu, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu do
dziesięciu lat".
"Sprawcy czynu zmierzającego do wywołania buntu uzbrojonych ludzi przeciwko
konstytucyjnym władzom państwa wymierzona zostanie kara pozbawienia wolności od
trzech do dziesięciu lat. Jeżeli wywołane będzie powstanie, otrzyma on karę
pozbawienia wolności od pięciu do dwudziestu lat".
"Kto popełni czyn, którego celem będzie uniemożliwienie, choćby czasowe,
wykonywania funkcji konstytucyjnych przez senat, izbę reprezentantów, prezydenta
republiki lub sąd najwyższy, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu do
dziesięciu lat".
"Kto usiłuje uniemożliwić albo zakłócić przeprowadzenie wyborów powszechnych,
podlega karze pozbawienia wolności od czterech do ośmiu lat".
"Kto publikuje, propaguje lub usiłuje na Kubie wprowadzić w życie decyzję,
rozkaz czy dekret prowokujące do nieprzestrzegania obowiązujących praw, podlega
karze pozbawienia wolności od dwóch do sześciu lat".
"Kto bez uprawnień do tego i bez rozkazu rządu obejmuje dowództwo nad wojskami,
koszarami, fortecami, posterunkami wojskowymi, osiedlami, okrętami czy
samolotami, podlega karze pozbawienia wolności od pięciu do dziesięciu łat. Tej
samej karze podlega ten, kto uzurpuje sobie prawo wykonywania jakiejś funkcji,
uznawanej przez konstytucję za przynależną jednej z władz państwowych".
Nie mówiąc nikomu ani słowa, z kodeksem w jednej ręce i papierami w drugiej,
wspomniany obywatel stawił się w starym budynku stołecznym, w którym mieścił się
kompetentny organ sądowy, zobowiązany do przeprowadzenia rozprawy i ukarania
osób odpowiedzialnych za wspomniane czyny. Tam obywatel ów przedłożył pismo
wskazujące na dokonane przestępstwa oraz zażądał dla Fulgencio Batisty i jego 17
wspólników kary od roku do ośmiu lat więzienia, jaką nakazywał wymierzyć Kodeks
Obrony Społecznej, oraz poprosił o uwzględnienie takich dodatkowych okoliczności
obciążających, jak: recydywa i podstępne działanie pod osłoną nocy.
Minęły dni, minęły miesiące. Co za rozczarowanie! Nikt nie molestował
oskarżonego, który jak udzielny władca przechadzał się po republice, nazywany
czcigodnym panem i generałem, zdejmował ze stanowisk i mianował sędziów, a co
więcej, w dniu otwarcia sądów widziano tego przestępcę na honorowym miejscu
pośród dostojnych i czcigodnych patriarchów naszej sprawiedliwości.
Znów minęły dni i miesiące. Lud zmęczył się nadużyciami i drwinami. Bo można lud
zmęczyć! Wybuchła walka i wówczas człowiek ten, wyjęty spod prawa, sprawujący
władzę przemocą, wbrew woli ludu, gwałcący porządek prawny, poddał torturom,
zamordował, uwięził i oskarżył przed sądem tych, co stanęli do walki o
przywrócenie praw i wolności ludowi.
Wysoki Sądzie! Ja jestem owym zwykłym obywatelem, bezskutecznie domagającym się
od sądu ukarania karierowiczów, którzy pogwałcili prawa i rozwiązali nasze
instytucje. A teraz to mnie oskarża się o chęć obalenia tego nielegalnego reżymu
i przywrócenia prawowitej konstytucji republiki; trzyma się mnie przez 76 dni w
celi w całkowitej izolacji, nie pozwalając z nikim rozmawiać ani nawet ujrzeć
mojego syna; prowadzi się mnie przez miasto między dwoma karabinami maszynowymi;
przenosi się mnie do tego szpitala, ażeby mnie potajemnie, lecz z całą
surowością osądzić; zaś prokurator, z kodeksem w ręce, uroczyście żąda dla mnie
26 lat więzienia.
Powiecie mi, że w tamtym przypadku sędziowie republiki nie interweniowali,
ponieważ uniemożliwiono im to siłą. Jeśli tak, to przyznajcie, że i tym razem
siłą zostaniecie zmuszeni do skazania mnie. Za pierwszym razem nie mogliście
ukarać winnego; tym razem będziecie musieli ukarać niewinnego. Dwukrotnie
pogwałcona sprawiedliwość.
Ileż trzeba szarlatanerii, żeby usprawiedliwić rzeczy niczym usprawiedliwić się
nie dające, wyjaśnić rzeczy wyjaśnić się nie dające, pogodzić z sobą rzeczy nie
dające się pogodzić. W końcu doszło do tego, że uznano za rację najwyższą, iż
prawo tworzą fakty. Innymi słowy: zdecydowano, że fakt wysłania czołgów i
żołnierzy na ulice, zawładnięcia pałacem prezydenckim, skarbcem republiki i
pozostałymi budynkami rządowymi oraz wycelowania karabinów w serce ludu daje
prawo do rządzenia. Tym samym argumentem posłużyli się hitlerowcy, którzy
okupując różne kraje Europy, ustanawiali w nich swe marionetkowe rządy.
Osobiście jestem przekonany, że rewolucja może być źródłem prawa. Nigdy jednak
nie będzie można nazwać rewolucją nocnego napadu z bronią w ręku w dniu 10
marca. W języku potocznym - jak to stwierdził Josś Ingenieros 18 - rewolucją
zwykło się nazywać drobne zamieszki, wszczynane przez grupy niezadowolonych w
celu pozbawienia sytych ich przywilejów politycznych czy korzyści ekonomicznych,
drobne zamieszki, w rezultacie których na ogół następuje zmiana ekipy rządzącej,
dokonuje się nowy podział posad i zysków. Nie jest to kryterium filozofa
historii, nie może to być kryterium człowieka uczonego.
Twierdzę, że po 10 marca nie tylko nie zaszły żadne głębokie zmiany w organizmie
społecznym, ale nawet na powierzchni publicznego bagna nie wzniosła się ani
jedna fala, która by poruszyła panującą zgniliznę. Jeżeli za poprzedniego rządu
kwitły politykierstwo, kradzież, grabież i brak szacunku dla życia ludzkiego, to
obecny reżym pomnożył przez pięć politykierstwo, przez dziesięć grabież i przez
sto brak szacunku dla życia ludzkiego.
Wiadomo, że Barriguilla kradł i mordował, że był milionerem, że miał w stolicy
wiele kamienic, liczne akcje zagranicznych spółek, bajeczne konta w bankach
amerykańskich, dobra wartości 18 milionów pesos, że zatrzymywał się w
najbardziej luksusowym hotelu jan-keskich milionerów. Nikt jednak nigdy nie
uwierzy, że Barriguilla był rewolucjonistą; Barriguilla był sierżantem u Weylera
i zamordował dwunastu Kubańczy-ków w Guatao... W Santiago de Cuba zamordowano
70. De te fabuła narratur.
Przed 10 marca rządziły krajem cztery partie polityczne: Autentyczna, Liberalna,
Demokratyczna i Republikańska. Dwa dni po zamachu stanu poparła Bati-stę Partia
Republikańska. Nie minął jeszcze rok, a już partie Liberalna i Demokratyczna
znajdowały się znowu u władzy. Batista nie przywrócił konstytucji, nie
przywrócił swobód obywatelskich, nie przywrócił działalności kongresu, nie
przywrócił wyborów bezpośrednich; jednym słowem: nie przywrócił żadnej
instytucji demokratycznej, której pozbawił kraj. Przywrócił za to Verdeję, Guasa
Inclana, Salvito Garcię Ramosa, A-nayę Murillo i wraz z wysokimi dostojnikami
partii tradycyjnych w rządzie przywrócił to wszystko, co w polityce kubańskiej
najbardziej skorumpowane, chciwe, konserwatywne i przedpotopowe. To jest właśnie
rewolucja Barriguilli!
Daleki od głoszenia nawet najbardziej elementarnych treści rewolucyjnych rząd
Batisty pod każdym względem oznaczał dla Kuby regres o dwadzieścia lat. Wszyscy
muszą bardzo drogo płacić za jego powrót do władzy, przede wszystkim jednak ci,
którzy cierpią głód i nędzę, podczas gdy dyktatura rujnuje kraj poprzez tumult,
nieudolność i atmosferę zagrożenia, poświęca się najbardziej odrażającemu
politykierstwu i wynajduje coraz to nowe formuły, pozwalające jej utrzymać się
przy władzy, choćby nawet kosztem stosu trupów i morza krwi.
Ani jedna śmiała inicjatywa nie ujrzała światła dziennego. Batista żyje oddany
duszą i ciałem wielkim interesom i nie może być inaczej ze względu na jego
mentalność, całkowity brak ideologii i zasad, wiary, zaufania i poparcia mas.
Była to zwykła zamiana rąk i podział łupów między przyjaciółmi, krewniakami,
wspólnikami i chmarą żarłocznych pasożytów, którzy są oparciem politycznym dla
dyktatora. Ileż hańby kazano znosić ludowi po to, by grupka egoistów, nie
mających odrobiny szacunku dla ojczyzny, mogła mieć łatwe i wygodne życie!
Ileż miał racji Eduardo Chibas, gdy stwierdzał w swoim ostatnim przemówieniu, że
Batista dąży do powrotu pułkowników, tortur przy pomocy oleju rycynowego i prawa
zabijania więźniów podczas próby ucieczki. Zaraz po 10 marca doszło ponownie do
aktów wandalizmu, które wydawały się być na zawsze wyrugowane z życia Kuby:
napaść na rozgłośnię studencką, a więc nie mający precedensu zamach na
instytucję kulturalną; porwanie dziennikarza Mario Kuchilana, uprowadzonego
głęboką nocą z domu i torturowanego tak barbarzyńsko, że zmienił się niemal nie
do poznania; zabójstwo studenta Rubena Batisty i zbrodnicze strzały oddane do
pokojowej demonstracji studenckiej obok tego samego muru, pod którym w 1871 roku
ochotnicy rozstrzeliwali studentów; barbarzyńskie tortury stosowane przez aparat
represji, w których wyniku ludzie stający przed trybunałami sprawiedliwości
plują krwią, jak to było na procesie Garcii Bar-ceny. Nie będę tu opowiadał o
setkach przypadków, kiedy to grupy obywateli zostały brutalnie pobite bez
względu na to, czy chodziło o mężczyzn, czy o kobiety, o młodzież, czy o
starców. Wszystko to wydarzyło się przed 26 lipca. Później, jak wiadomo, nawet
kardynał Arteaga nie zdołał się uchronić przed wyczynami tego rodzaju. Wszyscy
wiedzą, że padł ofiarą agentów aparatu represji. Oficjalnie twierdzi się, że
było to dzieło bandy złodziei. Chociaż raz powiedzieli prawdę. Bo czyż właśnie
nie tym jest ten reżym?
Obywatele dopiero co obserwowali z przerażeniem przypadek dziennikarza, który
został uprowadzony i przez 20 dni był poddawany torturom ognia. W każdym
przypadku niesłychany cynizm, bezkresna hipokryzja, tchórzostwo, polegające na
unikaniu odpowiedzialności i niezmiennym obwinianiu wrogów reżymu, procedura
rządzenia, nie mająca czego pozazdrościć najgorszej bandzie gangsterów. Nawet
zbrodniarze hitlerowscy nie byli tak tchórzliwi. Hitler wziął na siebie
odpowiedzialność za masakry z 30 czerwca 1934 roku, mówiąc, że przez 24 godziny
był Sądem Najwyższym Niemiec. Zbiry na usługach tej dyktatury, której nie wypada
porównywać z żadną inną ze względu na jej upadek moralny, podłość i tchórzostwo,
dopuszczają się porwań, tortur i mordów, a następnie, jak typowe kanalie,
obwiniają o to przeciwników reżymu. Są to metody właściwe sierżantowi
Barriguilli.
Wysoki Sądzie! W żadnym z wymienionych przeze mnie przypadków ani razu nie
znaleźli się winni, których by postawiono przed sądem. Jakże to! Czyż nie jest
to reżym ładu, spokoju publicznego i szacunku dla życia ludzkiego?
Wspomniałem o tym wszystkim dlatego, żeby mi powiedziano, czy tego rodzaju
sytuacja może być nazwana rewolucją rodzącą prawo; czy wolno walczyć przeciw
niej, czy nie; czy nie sprostytuowały się zupełnie trybunały republiki,
posyłające do więzienia obywateli, którzy pragną uwolnić ojczyznę od takiej
nikczemności.
Kuba cierpi okrutny i haniebny despotyzm. Proszę zaś nie zapominać, że opór
wobec despotyzmu jest czynem legalnym. Jest to zasada ciesząca się powszechnym
uznaniem. Drugi paragraf artykułu 40 naszej konstytucji z 1940 roku brzmi:
"Legalnym jest opór mający na celu ochronę praw jednostkowych, które zostały
powyżej zagwarantowane". Co więcej, nawet gdyby zasada ta nie znalazła się w
konstytucji, to i tak stanowi ona założenie, bez którego nie można sobie
wyobrazić istnienia jakiejkolwiek demokratycznej zbiorowości.
Profesor Infiesta w swojej książce o prawie konstytucyjnym wprowadza
rozróżnienie między konstytucją polityczną a prawną i stwierdza, że "czasami
włącza się do konstytucji prawnej zasady konstytucyjne, które nawet wtedy, gdyby
nie były do niej wprowadzone, miałyby za zgodą ludu taką samą moc obowiązującą,
na przykład w naszych systemach demokratycznych - zasada większości czy
reprezentacji". Prawo do buntu w obliczu tyranii stanowi jedną z tych zasad,
które - bez względu na to, czy znajdują się w konstytucji prawnej, czy nie - w
społeczeństwie demokratycznym są zawsze żywe.
Ta podjęta przed trybunałem sprawiedliwości kwestia jest jedną z najbardziej
interesujących w prawie publicznym. Duguit powiedział w Traktacie o prawie
konstytucyjnym, że "jeśli powstanie poniesie fiasko, to nie będzie sądu, który
ośmieli się oświadczyć, że nie było konspiracji czy zamachu na bezpieczeństwo
państwa, ponieważ rząd był tyrański, a próby obalenia go zgodne z prawem".
Proszę jednak zauważyć, że nie mówi on: "Sąd nie będzie mógł...", lecz: "Nie
będzie sądu, który ośmieli się oświadczyć...", co wyrażając się jaśniej,
oznacza, że nie będzie sądu dość odważnego, który zdecydowałby się pod rządami
tyranii tak postąpić. Autor nie wspomina o innej możliwości: jeżeli trybunał
jest odważny i należycie wypełnia swoje obowiązki, to zachowa się tak, jak
powinien.
Właśnie zakończyła się hałaśliwa dyskusja na temat tego, czy konstytucja z 1940
roku nadal obowiązuje. Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych wydał
orzeczenie negatywne. Jednocześnie opowiedział się on za aktualnością statutów.
Ja jednakże, Wysoki Sądzie, utrzymuję, że konstytucja z 1940 roku obowiązuje
nadal. Moje twierdzenie może się wydawać absurdalne i nie na czasie, ale proszę
się nie dziwić, wystarczy, że ja jestem zdziwiony, iż trybunał ten podjął próbę
dokonania tak nikczemnego zamachu na prawowitą konstytucję republiki.
Jak to miało miejsce do tej pory, dowiodę słuszności mojego twierdzenia,
trzymając się ściśle faktów, prawdy i rozumu. Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych
i Społecznych został powołany do życia na podstawie 172 artykułu konstytucji
1940 roku, uzupełnionego przez ustawę numer 7 z 31 maja 1949 roku. Ustawy, na
mocy których został utworzony, przyznały mu jako organowi czuwającemu nad
przestrzeganiem zasad konstytucyjnych pewną określoną i swoistą kompetencję, a
mianowicie: rozpatrywanie oskarżeń o niezgodność z konstytucją wnoszonych
przeciw ustawom, dekretom, rezolucjom czy aktom negującym, umniejszającym,
ograniczającym lub zniekształcającym prawa i gwarancje konstytucyjne, względnie
uniemożliwiającym swobodne funkcjonowanie organów państwa.
W artykule 194 postanowiono nader wyraźnie: "Sędziowie i trybunały mają
obowiązek rozwiązywania konfliktów między obowiązującymi ustawami a konstytucją,
pamiętając zawsze o tym, iż ta ostatnia jest najważniejszą z ustaw". Tak więc,
zgodnie z prawami, dzięki którym istnieje Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i
Społecznych, powinien on zawsze orzekać na korzyść konstytucji. Jeżeli trybunał
ten uznał przewagę statutów nad konstytucją republiki, to całkowicie wykroczył
poza swoje kompetencje i uprawnienia, czyli dopuścił się czynu bezprawnego.
Ponadto decyzja ta sama w sobie jest absurdalna, a akty absurdalne nie mają ani
faktycznej, ani prawnej mocy obowiązującej, nie istnieją nawet w znaczeniu
metafizycznym. Bez względu na to, jak bardzo byłby czcigodny jakikolwiek
trybunał, to nie może on orzec, iż koło jest kwadratowe ani że groteskowy płód z
4 kwietnia może być nazwany konstytucją państwa.
Przez konstytucję rozumiemy zasadniczą i najważniejszą ustawę danego narodu,
która określa jego strukturę polityczną, reguluje funkcjonowanie organów
państwowych i określa granice ich działania; powinna być ona stała, trwała i
nader ścisła.
Statuty nie spełniają żadnego z tych wymogów. Przede wszystkim zawierają
monstrualną, bezczelną i cyniczną sprzeczność w sprawie najważniejszej, a
mianowicie w odniesieniu do integracji republiki i zasady suwerenności. Artykuł
1 głosi: "Kuba jest niezależnym i suwerennym państwem, zorganizowanym jako
republika demokratyczna..." Artykuł 2 głosi: "Na straży suwerenności stoi lud i
od niego pochodzi wszelka władza." Potem jednak następuje artykuł 118, który
głosi: "Prezydent republiki będzie mianowany przez radę ministrów". Już nie lud,
lecz rada ministrów. Kto zaś wybiera radę ministrów? Artykuł 120 paragraf 13:
"Prezydent powołuje i odwołuje ministrów, zastępując jednych drugimi, gdy uzna,
iż wymagają tego okoliczności." Kto więc w końcu kogo wybiera? Czyż nie jest to
klasyczny węzeł gordyjski, którego jeszcze nikt nie rozsupłał?
Pewnego dnia zebrało się 18 awanturników. Plan przewidywał napad na republikę i
jej budżet 350 milionów. Drogą zdrady i pod osłoną nocy osiągnęli swój cel. "A
co teraz zrobimy?" Potem jeden z nich powiedział pozostałym: "Mianujcie mnie
premierem, a ja was mianuję generałami." Gdy to uczyniono, zawołał 20
halabardników i powiedział: "Ja was mianuję ministrami, a wy mianujecie mnie
prezydentem." W ten sposób jedni mianowali drugich generałami, ministrami,
prezydentem i zawładnęli skarbem państwa oraz republiką.
Nie chodzi tu o chwilowe zagarnięcie władzy w celu mianowania ministrów,
generałów i prezydenta, ale o to, że jeden człowiek ogłosił się w statutach
absolutnym panem nie tylko suwerenności, ale życia i śmierci każdego obywatela
oraz samej egzystencji narodu. Dlatego utrzymuję, że postawa Trybunału Gwarancji
Konstytucyjnych i Społecznych jest nie tylko zdradziecka, nikczemna, tchórzliwa
i odrażająca, ale także absurdalna.
W statutach jest artykuł, który pozostał prawie nie zauważony, choć dostarcza on
klucza do tej sytuacji, toteż z niego wyprowadzimy decydujące wnioski. Mam na
myśli artykuł 257, który mówi, co następuje: "Niniejsza ustawa konstytucyjna
może być zreformowana przez radę ministrów przy ąuorum dwóch trzecich jej
członków." Kpina osiągnęła tu szczyt. Nie tylko uzurpowali sobie władzę, ażeby
narzucać ludowi konstytucję, nie licząc się absolutnie z jego wolą, i ażeby
wybrać rząd, który skupia w swoich rękach wszystkie kompetencje, lecz jeszcze
poprzez artykuł 257 przywłaszczają sobie najważniejsze z praw reformowania
zasadniczej i najważniejszej ustawy państwa. Skorzystali zeń wielokrotnie po 10
marca, choć w artykule 2 twierdzą z największym w świecie cynizmem, że na straży
suwerenności stoi lud i że od niego pochodzi wszelka władza. Jeżeli do
przeprowadzenia tych reform wystarcza zgoda rady ministrów, to w rezultacie w
rękach jednego człowieka znajduje się prawo do czynienia z republiką tego, co mu
się przyśni, i to człowieka, który jest największym niegodziwcem, jakiego
zrodziła ta ziemia.
A więc to właśnie zostało zagwarantowane przez Trybunał Gwarancji
Konstytucyjnych, a zatem wszystko, co z tego wynika, jest ważne i prawomocne?
Zobaczmy więc, co ten trybunał zaakceptował. "Niniejsza ustawa konstytucyjna
może być zreformowana przez radę ministrów przy ąuorum dwóch trzecich jej
członków". Takie uprawnienie nie zna granic. Pod jego osłoną każdy artykuł,
każdy rozdział, każdy paragraf, a nawet cała ustawa mogą zostać zmodyfikowane.
Artykuł 1, o którym już wspomniałem, stwierdza na przykład, że Kuba jest
niezależnym i suwerennym państwem, zorganizowanym jako republika demokratyczna,
chociaż w rzeczywistości jest ona dzisiaj krwawą satrapią. Artykuł 3 głosi, że
"terytorium republiki składa się z wyspy Kuby, z wyspy Pinos i pozostałych wysp
i wysepek, które do nich przylegają..." i tak dalej. Batista oraz jego rada
ministrów pod osłoną artykułu 257 mogliby zmodyfikować wszystkie te artykuły,
powiedzieć, że Kuba już nie jest republiką, lecz monarchią dziedziczną, a on,
Batista, może się koronować jako jej król; może podzielić terytorium narodowe i
odprzedać jedną z prowincji obcemu krajowi, jak to Napoleon uczynił z Luizjaną;
może zawiesić prawo do życia i jak Herod posłać żołnierzy na rzeź niemowląt.
Wszystkie te poczynania byłyby legalne, wy zaś mielibyście posyłać do więzienia
wszystkich, którzy się im przeciwstawiają, tak jak usiłujecie w tej chwili
uczynić to ze mną. Dałem przykłady skrajne po to, żeby lepiej można było
zrozumieć, jak smutna i upokarzająca jest nasza sytuacja. A przecież te
wszystkie uprawnienia przysługują ludziom, którzy naprawdę zdolni są sprzedać
republikę wraz z jej mieszkańcami!
Jeżeli Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych zaakceptował tego
rodzaju sytuację, to na co czeka, jeśli jeszcze nie zdjął togi? Nie ma mowy o
poszanowaniu konstytucji tam, gdzie konstytuanta i władza ustawodawcza stanowią
ten sam organizm; jest to jedna z elementarnych zasad prawa publicznego. Jeżeli
uświadomimy sobie, że rada ministrów uchwala prawa, dekrety, przepisy, a zarazem
ma prawo modyfikowania konstytucji w ciągu dziesięciu minut, to natychmiast
nasuwa się pytanie, po co potrzebny nam Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych. Jego
orzeczenie jest irracjonalne, nie do zaakceptowania, sprzeczne z logiką i
ustawami republiki, których wy, panowie sędziowie, przysięgliście bronić.
Opowiadając się za statutami, Trybunał Gwarancji Konstytucyjnych i Społecznych
nie zniósł naszej ustawy zasadniczej, lecz postawił się sam poza konstytucją,
zrezygnował ze swojego istnienia, z prawnego punktu widzenia popełnił
samobójstwo. Niech spoczywa w spokoju!
Prawo do buntu, zagwarantowane artykułem 40 konstytucji, pozostaje ciągle
jeszcze w mocy. Czy zostało ono ustanowione wówczas, gdy republika żyła jeszcze
w normalnych warunkach? Nie. Prawo to jest w stosunku do konstytucji tym, czym
łódź ratunkowa dla okrętu na pełnym morzu; spuszcza się ją na wodę tylko wtedy,
gdy okręt został storpedowany przez wrogów, którzy zastawili zasadzkę na jego
szlaku. Gdy konstytucja republiki została zdradzona, a lud pozbawiono wszelkich
praw, pozostało mu jedynie to prawo, którego żadna siła nie jest mu w stanie
odebrać, prawo do buntu przeciw uciskowi i niesprawiedliwości.
Jeżeli są jakieś wątpliwości do rozstrzygnięcia, to mam przed sobą artykuł
Kodeksu Obrony Społecznej, o którym nie powinien zapominać pan prokurator,
stwierdzający, co następuje: "Władze mianowane przez rząd albo wybrane przez
lud, które nie stawiają oporu powstaniu przy użyciu wszelkich środków, jakie
znajdują się w ich zasięgu, podlegają ubezwłasnowolnieniu od sześciu do
dziesięciu lat". Obowiązkiem sędziów republiki było stawienie oporu
zdradzieckiemu puczowi z 10 marca. Jest rzeczą całkowicie zrozumiałą, że gdy
nikt nie przestrzega prawa, gdy nikt nie wypełnia należycie swych obowiązków, to
do więzienia posyła się jedynie tych ludzi, którzy przestrzegają prawa i
spełniają swe obowiązki.
Nie możecie zaprzeczyć mojemu twierdzeniu, że reżym, który narzucił się
narodowi, nie jest godny jego tradycji i historii. W swojej książce O duchu
praw, która posłużyła za podstawę nowoczesnego rozdziału władzy, Monteskiusz
rozróżnia trzy podstawowe typy rządu: "republikański, w którym cały lud albo
część ludu ma władzę suwerenną; monarchiczny, w którym rządzi jednostka,
jednakże w sposób zgodny ze ściśle określonymi prawami; i despotyczny, w którym
jednostka, nie szanująca prawa i bez zasad, czyni wszystko nie inaczej, jak
zgodnie z własną wolą i kaprysem". Dodaje on następnie: "Człowiek, któremu pięć
zmysłów mówi nieustannie, że on jest wszystkim, a inni są niczym, jest
oczywiście ignorantem, próżniakiem i zarozumialcem". "Tak jak konieczna jest
cnota w demokracji i honor w monarchii, tak konieczny jest lęk pod rządami
despotycznymi; jeśli chodzi o cnotę, to jest ona niepotrzebna, a jeśli chodzi o
honor, to byłby on niebezpieczny".
Wysoki Sądzie! Od najbardziej zamierzchłej starożytności aż po współczesność
prawo do buntu przeciw despotyzmowi cieszy się uznaniem ludzi wszelkich doktryn,
wszelkich idei i wszelkich wyznań.
W najodleglejszej starożytności, w monarchiach teokratycznych, na przykład w
Chinach, było praktycznie zasadą konstytucyjną, że gdy król rządzi niemądrze i
despotycznie, to powinien być obalony i zastąpiony przez cnotliwego księcia.
Filozofowie starożytnych Indii uznawali zasadę czynnego oporu przeciwko zbyt
arbitralnej władzy. Usprawiedliwiali oni rewolucję i bardzo często wprowadzali
swe zasady w czyn. Jeden z ich duchowych przywódców mawiał: "Opinia podzielana
przez większość jest silniejsza niż sam król nawet. Lina skręcona z wielu pasm
jest wystarczająco mocna, aby pociągnąć na niej lwa."
Państwa-miasta Grecji i republikańskiego Rzymu nie tylko dopuszczały, lecz nawet
zalecały zadawanie tyranom gwałtownej śmierci.
W wiekach średnich John Salisbury w swej Book oj the statesman pisze, że
usunięcie przy użyciu siły księcia, który nie sprawuje rządów zgodnie z
obowiązującymi prawami, a staje się tyranem, jest czynem prawowitym i
usprawiedliwionym. Zaleca on zadawanie tyranom śmierci raczej za pomocą sztyletu
niż za pomocą trucizny.
Święty Tomasz z Akwinu w Summa Theologica odrzuca doktrynę zalecającą zabójstwo
tyrana, podtrzymuje jednak tezę głoszącą, że lud winien obalać tyranów.
Marcin Luter głosi, że jeśli rząd przeradza się w tyranię, która gwałci prawo,
poddani zostają zwolnieni z obowiązku posłuszeństwa. Jego uczeń, Filip
Melanchton, uznaje również prawo do stawiania oporu, gdy rząd staje się
despotyczny. Kalwin, najwybitniejszy, jeśli chodzi o sprawy polityczne,
myśliciel Reformacji, twierdzi, że lud jest uprawniony do chwycenia za broń w
celu przeciwstawienia się wszelkiej uzurpacji.
Nawet taki człowiek, jak Juan Mariana, hiszpański jezuita, żyjący za panowania
Filipa II, utrzymuje w swej książce De Rege et Regis Institutione, że jeśli ktoś
siłą uzurpuje sobie władzę lub też zostanie wybrany, ale sprawuje rządy po
dyktatorsku, to każdy obywatel uprawniony jest do zabójstwa tyrana - bądź
otwarcie, bądź też za pomocą podstępu, w sposób powodujący możliwie jak
najmniejsze zamieszanie. Francuski pisarz, Francois Hotman, utrzymywał, że
pomiędzy rządem a poddanymi istnieje pewna więź czy umowa; naród zaś ma prawo
podnieść bunt przeciwko tyranii rządu, jeśli ten pogwałci ową umowę.
W tym samym czasie ukazała się bardzo wtedy poczytna broszura Vindiciae Contra
Tyrannos podpisana pseudonimem Stephanus Junius Brutus, w której otwarcie
głoszono legalność buntu skierowanego przeciwko rządowi uciskającemu naród i
zobowiązywano uczciwych sędziów do przewodzenia w tej walce.
Szkoccy reformatorzy John Knox i John Pagnet byli tego samego zdania. W
najbardziej reprezentatywnej dla tego poglądu książce, napisanej przez G.
Buchmana, stwierdza się, że jeśli rząd dochodzi do władzy bez poparcia narodu i
kieruje jego losami w sposób niesprawiedliwy i arbitralny, staje się tyranem i
może zostać obalony, a jego członkowie w ostatecznym wypadku nawet pozbawieni
życia.
Althusius, niemiecki prawnik, żyjący na początku XVII w., stwierdza w swej
Politica methodice digesta, że władza zwierzchnia jako najwyższa władza w
państwie zrodziła się z dobrowolnego współzawodnictwa wszystkich obywateli oraz
iż władza rządu wywodzi się z narodu. Niesprawiedliwe, niepraworządne lub
ty-rańskie rządy zwalniają naród z obowiązku posłuszeństwa i usprawiedliwiają
opór lub bunt.
Tak więc, czcigodni sędziowie, przytoczyłem tu przykłady ze starożytności, ze
średniowiecza i z początków nowoczesnej ery. Wybrałem przykłady z dzieł pisarzy
wszystkich wyznań.
Co więcej, prawo do buntu leży u samych korzeni państwowej egzystencji Kuby.
Dzięki buntowi, który miał miejsce pięćdziesiąt lat temu, możecie dzisiaj
występować w togach kubańskich sędziów. Oby więc strój ten służył prawdziwej
sprawiedliwości.
Jest rzeczą dobrze znaną, że w wieku XVII zdetronizowano za despotyzm dwóch
królów angielskich, Karola I i Jakuba II. Fakty te zbiegły się z narodzinami
liberalnej filozofii politycznej, ideologii nowej klasy społecznej, która
walczyła wówczas o wyzwolenie się z pęt feudalizmu. Ta nowa filozofia boskiemu
prawu samowładztwa przeciwstawiała zasady umowy społecznej i przyzwolenia
rządzonych. Stała się ona podstawą rewolucji angielskiej w roku 1688,
amerykańskiej w roku 1775 i rewolucji francuskiej w roku 1789.
Te wielkie wydarzenia utorowały drogę wyzwoleniu hiszpańskich kolonii w Nowym
Świecie; ostatnie ogniwo skuwającego nas łańcucha złamała Kuba. Na pożywce nowej
filozofii wyrosły nasze własne poglądy polityczne, które doprowadziły do
przekształcenia się konstytucji Guaimaro19 w konstytucję z roku 1940. Ta
ostatnia konstytucja powstała pod wpływem socjalistycznych prądów naszych
czasów. Zawierała ona zasadę społecznej funkcji własności i przyrodzonego prawa
człowieka do przyzwoitej egzystencji, które to niezaprzeczalne prawo nie zostało
nigdy w pełni zrealizowane. Prawo do buntu przeciwko tyranii uległo wówczas
ostatecznemu uświęceniu i stało się podstawową zasadą wolności politycznej. John
Milton napisał już w roku 1649, że władza polityczna spoczywa w rękach ludu,
mogącego intronizować i detronizować królów, który ma obowiązek obalania
tyranów.
John Locke w Rozprawie o rządach twierdzi, że w wypadku gdy naturalne prawa
człowieka ulegną pogwałceniu, naród ma obowiązek obalić lub zmienić rząd.
"Ostatnim środkiem w stosunku do niesprawiedliwej i bezprawnej władzy jest walka
przeciwko niej". Jean Jacąues Rousseau pisze z wielką swadą w swej książce O
umowie społecznej: "Jeśli naród czuje się zmuszonym do posłuszeństwa i jest
posłuszny, czyni dobrze; jeśli może zrzucić jarzmo i zrzuca je, czyni jeszcze
lepiej, odzyskuje bowiem wolność, powołując się na te właśnie prawa, które
zostały mu odebrane". "Nawet najsilniejszy nie jest nigdy dość silny, aby zawsze
być panem samego siebie, jeśli nie przetworzy siły w prawo a posłuszeństwa w
poczucie obowiązku... Nie wiem, jaka byłaby moralność wynikająca ze stosowania
siły. Ustąpienie przed siłą jest aktem konieczności, a nie dobrej woli. Wszystko
to powinno odbywać się w ramach zdrowego rozsądku. Kiedy można to zaakceptować
jako obowiązek?" "Zrezygnowanie z wolności oznacza rezygnację z praw i
obowiązków człowieka. Dla tego, kto rezygnuje z wszystkiego, nie istnieje
wystarczająca rekompensata. Taka rezygnacja jest sprzeczna z naturą człowieka.
Pozbawić wolę wolności oznacza pozbawić działanie jego siły moralnej. W efekcie
godzenie władzy absolutnej z bezgranicznym posłuszeństwem jest wysiłkiem próżnym
i pełnym wewnętrznych sprzeczności"...
Thomas Paine powiedział, że "człowiek sprawiedliwy jest bardziej godny szacunku
niż koronowany nędznik". Jedynie pisarze reakcyjni, jak ów kleryk z Virginii -
Jonathan Boucher - wystąpili przeciwko temu prawu narodów. Stwierdził on, iż
"prawo do rewolucji jest doktryną godną potępienia, pochodzącą od Lucyfera -
ojca rebelii."
Deklaracja Niepodległości, ogłoszona przez kongres w Filadelfii w dniu 4 lipca
1776, poświęciła temu prawu piękny fragment, który brzmi: "Uważamy za oczywistą
prawdę, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równi, że zostali obdarzeni przez
stwórcę pewnymi przyrodzonymi prawami, a między innymi: prawem do życia, do
wolności i do szczęścia. Dla ochrony tych praw ustanowiono rządy, których władza
pochodziła od tych, którymi rządziły. Jeśli kiedykolwiek dana forma rządów okaże
się zgubna dla tych celów, to naród ma prawo zmiany lub obalenia takiego rządu
oraz ustanowienia innego, który zorganizuje się w taki sposób i na takich
zasadach,* jakie będą wydawały się najodpowiedniejsze dla zapewnienia narodowi
bezpieczeństwa i szczęścia".
Słynna francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela przekazała przyszłym
pokoleniom zasadę: "Jeśli rząd gwałci prawa narodu, powstanie staje się dla
narodu najświętszym prawem i pierwszym obowiązkiem. Kto zagarnie władzę, winien
być skazany przez ludzi wolnych na śmierć".
Sądzę, że dostatecznie wyjaśniłem mój punkt widzenia; uzasadniłem go o wiele
dokładniej, niż to uczynił pan prokurator, kiedy żądał dla mnie kary 26 lat
więzienia. Wszyscy jesteśmy po stronie ludzi, którzy walczą o wolność i
szczęście ludu; nikt zaś nie popiera tych, którzy lud ciemiężą, poniżają i
bezlitośnie wyzyskują. I dlatego musiałem przytoczyć tyle argumentów. Pan
prokurator zaś nie mógł przytoczyć ani jednego.
Jakże pan prokurator mógł uzasadnić pozostawienie Batisty u władzy, skoro zdobył
on ją wbrew woli ludu oraz pogwałcił prawa republiki, dopuszczając się zdrady i
przemocy? Jakże mógł uznać za prawowity ten reżym krwi, ucisku i hańby? Jakże
mógł nazwać go rządem rewolucyjnym, skoro w skład jego weszli ludzie, którym
przyświecają wsteczne idee i metody rządzenia? Jakże mógł uznać za akt mający
moc prawną zdradę popełnioną przez Trybunał, którego zadaniem była obrona naszej
konstytucji? Jakim prawem może on wtrącać do więzienia obywateli, którzy w
obronie honoru swojej ojczyzny gotowi są oddać swą krew i swe życie? Wszystko to
jest potworne w oczach narodu i urąga zasadom prawdziwej sprawiedliwości.
Ale my mamy jeszcze jedną, mocniejszą niż wszystkie inne rację: jesteśmy
Kubańczykami, a to nakłada na nas określony obowiązek; niewypełnienie tego
obowiązku jest równoznaczne ze zbrodnią i zdradą.
Jesteśmy dumni z historii naszej ojczyzny. Uczyliśmy się jej w szkole i kiedy
dorastaliśmy. Słyszeliśmy, jak mówiono o wolności, sprawiedliwości i prawach. Od
wczesnych lat uczono nas podziwiać sławne czyny naszych bohaterów i męczenników.
Cśspedes, Agra-monte, Maceo, Gómez i Marti - to były pierwsze nazwiska, które
głęboko wyryły się w naszych umysłach. Przypominano nam słowa Tytana, że o
wolność się nie żebrze, ale zdobywa się ją mieczem.
Zapamiętaliśmy też to, co powiedział Marti w swej Złotej Księdze o wychowaniu
obywateli w wolnej ojczyźnie: "Człowiek, który zgadza się posłusznie na
niesprawiedliwe prawa i pozwala na to, aby ludzie, którzy znęcają się nad nim,
deptali kraj, w którym się urodził, nie jest uczciwym obywatelem... W świecie
musi być pewna miara godności, podobnie jak musi być pewna ilość światła. W
czasach gdy wielu ludzi nie ma poczucia godności, zawsze znajdą się tacy, którzy
posiadają je za wielu. Ci właśnie buntują się ze straszliwą siłą przeciwko tym,
którzy pozbawiają ludy ich prawa do wolności, czyli pozbawiają je ich godności.
I oni to uosabiają siłę tysięcy ludzi, całego narodu, całą godność ludzką".
Wpajano nam, że 10 Października i 24 Lutego to dni pełne chwały i patriotycznej
dumy, bo w owych dniach Kubańczycy powstali do walki przeciwko jarzmu haniebnej
tyranii. Uczono nas kochać i bronić pięknego sztandaru samotnej gwiazdy, śpiewać
każdego popołudnia hymn, którego strofy głoszą, że żyć w kajdanach jest hańbą, a
umrzeć za ojczyznę to znaczy żyć.
Te nauki głęboko zapadły nam w serce i nigdy ich nie zapomnimy, chociaż dzisiaj
w naszej ojczyźnie zabija się i więzi ludzi za próbę wcielenia w życie idei,
które zaszczepiano im od kolebki. Urodziliśmy się w wolnym kraju naszych ojców.
Niech raczej nasza wyspa pogrąży się w odmętach oceanu, niżbyśmy mieli zgodzić
się pozostać na zawsze niewolnikami!
Zdawało się, że uwielbienie dla "Apostoła" nie dożyje setnej rocznicy jego
urodzin, że pamięć o nim zgaśnie na zawsze, tak wielka była zniewaga. Ale nauka
jego żyje, nie umarła, jego lud buntuje się. Jego lud jest godzien mistrza i
wiernie zachowuje pamięć o nim. Wielu Kubańczyków poległo w obronie jego nauk.
Są młodzi ludzie, którzy we wspaniałym porywie przybyli oddać swą krew i swoje
życie u jego grobu, aby on żył wiecznie w sercu ojczyzny. O, Kubo! Cóż by się
stało z tobą, gdybyś pozwoliła wygasnąć pamięci o "Apostole"?!
Kończę moją mowę obrończą, ale nie zakończę jej tak, jak zwykli to czynić
adwokaci, a mianowicie: prośbą o wolność dla oskarżonego. Nie mogę prosić o
wolność dla siebie, kiedy moi towarzysze cierpią już w haniebnym więzieniu na
wyspie Pinos. Poślijcie mnie tam, abym mógł podzielić ich los! Jest rzeczą
zrozumiałą, że kiedy prezydentem republiki jest zbrodniarz i złodziej, uczciwi
ludzie muszą umrzeć lub po niewierać się w więzieniach!
Panom sędziom moja szczera wdzięczność za to, że pozwolili mi swobodnie
wypowiedzieć się, bez wywierania na mnie małostkowych nacisków. Nie żywię do was
urazy, uznaję, że pod pewnymi względami byliście ludzcy. Wiem, że przewodniczący
tego trybunału, człowiek o czystych rękach, nie jest w stanie ukryć swojej
odrazy do tego stanu rzeczy, który zmusza go do wydania niesprawiedliwego
wyroku. Pozostaje sądowi problem o wiele poważniejszy: winni są na wolności z
bronią w ręce, która stanowi nieustanne zagrożenie dla życia obywateli. Jeżeli
nie spadnie na nich miecz prawa, czy to z tchórzostwa, czy dlatego, że nie
dopuszczą, by tak się stało, albo dlatego że wszyscy sędziowie nie podadzą się
do dymisji, to współczuję waszemu honorowi i boleję nad hańbą bez precedensu,
która okryje władzę sądową.
Wiem, że dla mnie więzienie będzie cięższe, niż było kiedykolwiek dla kogo
innego, pełne gróźb, podłości i tchórzliwej brutalności, ale nie boję się tego,
jak nie boję się furii nędznego tyrana, który pozbawił życia siedemdziesięciu
moich braci. Skażcie mnie, nie dbam o to, historia mnie uniewinni!