Fidel Castro

Historia mnie uniewinni cześć 2

W protokołach zeznań zapewne znajduje się wzmianka o pięciu ustawach rewolucyjnych, które zamierzaliśmy proklamować i obwieścić narodowi przez radio natychmiast po upadku koszar Moncada. Pułkownik Chaviano, być może, rozmyślnie zniszczył te dokumenty; ale nie szkodzi, ja jeszcze je pamiętam.
Pierwsza ustawa rewolucyjna przywraca ludowi wszystkie jego prawa zawarte w konstytucji z 1940 roku, proklamując ją podstawowym dokumentem państwowym aż do czasu, kiedy naród postanowi ją zmodyfikować lub zastąpić inną. Zadanie przywrócenia poszanowania zasad konstytucyjnych i wymierzenia przykładnej kary wszystkim, którzy ją zdradzili, przejmie na siebie - póki nie zostaną wybrane w drodze wyborów powszechnych nowe władze - ruch rewolucyjny, będący tymczasowym reprezentantem interesów ludu, do którego wyłącznie należy prawowita władza. Rewolucjoniści będą sprawować zarówno władzę ustawodawczą, jak i wykonawczą oraz sądowniczą, nie mając tylko prawa do zmiany samej konstytucji. Trudno o jaśniejsze sformułowanie naszego stanowiska, pozbawione zarazem wszelkich demagogicznych chwytów. Rząd powołany przez uczestników walk o-trzymałby wszystkie uprawnienia niezbędne do skutecznego przeprowadzenia woli ludu i ustanowienia prawdziwej sprawiedliwości. Od tej chwili władza sądownicza, która od 10 marca odrzuciła konstytucję i była sprawowana niezależnie od niej, jako taka musiałaby ustąpić, my zaś przystąpilibyśmy niezwłocznie do ustalenia jej właściwego składu osobowego, zanim ponownie przejęłaby przyznane jej przez konstytucję republiki uprawnienia. Gdybyśmy bowiem nie podjęli tych kroków i oddali ochronę konstytucji w ręce tych, którzy niegodnie odstąpili od niej, mówienie o powrocie do praworządności byłoby oszustwem, szalbierstwem i nową zdradą.
Druga ustawa rewolucyjna przyznaje powszechnie prawo własności ziemi plantatorom trzciny cukrowej, dzierżawcom i połownikom uprawiającym do 5 caballerias gruntu. Zdecydowano także, iż państwo musiałoby wypłacić poprzednim właścicielom odszkodowanie na podstawie przeciętnego dochodu, jaki uzyskaliby z tej ziemi w ciągu 10 lat.
Trzecia ustawa rewolucyjna zapewnia pracownikom wszystkich wielkich przedsiębiorstw przemysłowych, ' handlowych, górniczych oraz cukrowniom prawo do 30 proc. zysków. Wyjątek stanowiłyby przedsiębiorstwa o charakterze czysto rolniczym, ponieważ ich miały dotyczyć inne ogłoszone wkrótce ustawy adresowane do pracowników agrarnych.
Czwarta ustawa rewolucyjna zapewnia wszystkim plantatorom trzciny cukrowej prawo do udziału w jej zbiorach w wysokości 55 proc. oraz ustala jej minimalną ilość do przerobu na 40 tysięcy arrobas. co obowiązuje wszystkich drobnych plantatorów, którzy uprawiali ją w ciągu co najmniej ostatnich trzech lat.
Piąta ustawa rewolucyjna nakazuje konfiskatę całego mienia wszystkich malwersantów za wszystkich rządów; dotyczy to również spadkobierców mienia zdobytego w sposób bezprawny. Realizacją tej ustawy miały zająć się specjalne sądy, mające nieograniczony dostęp do wszelkich dokumentów, które należałoby zbadać. Sądy te mogłyby ingerować w działalność wszystkich spółek rodzimych lub obcych działających na naszym terenie, podejrzanych o zdobycie swego mienia w sposób nielegalny. Sądy mogłyby też domagać się od obcych rządów ekstradycji osób i sekwestracji mienia. Połowę wartości odzyskanego w ten sposób mienia przeznaczono by na fundusz emerytalny dla robotników, drugą połowę ofiarowano by szpitalom, domom starców i sierocińcom.
Oświadczono również, że polityka międzynarodowa Kuby w Ameryce będzie bazowała na ścisłej solidarności z demokratycznymi narodami tego kontynentu. Ludzie prześladowani za swoje przekonania polityczne przez krwawe rządy tyranów, uciskające bratnie kraje, znajdą życzliwy azyl, braterską miłość i środki do życia w kraju Martiego, a nie - jak to dzieje się dziś, kiedy są narażeni na prześladowania, głód i zdradę. Kuba miała być bastionem wolności, a nie haniebnym ogniwem despotyzmu.
Ustawy te zostałyby ogłoszone natychmiast. Po zakończeniu walki zaś wydano by szereg innych ważnych zarówno pod względem treści, jak i zasięgu oddziaływania ustaw i zarządzeń, także o zasadniczym znaczeniu, jak: reforma rolna, gruntowna reforma systemu oświaty, nacjonalizacja towarzystw elektryczności i telefonów, przy czym użytkownikom zwróciłoby się bezprawnie pobrane przez te towarzystwa nadmierne opłaty, zaś skarbowi państwa wszystkie sumy, które te towarzystwa wyłudziły z funduszów publicznych.
Wszystkie te ustawy, podobnie jak i inne, ściśle realizują w swej istocie dwa podstawowe artykuły naszej konstytucji. Pierwszy z nich zaleca zlikwidowanie własności obszarniczej. W związku z tym ustawa określałaby, jaka jest górna granica ilości ziemi, którą mogą posiadać poszczególne osoby lub też osoby prawne, w zależności od rodzaju gospodarstwa rolnego. Należałoby też podjąć kroki zmierzające do zwrócenia ziemi Kubańczykom. Drugi artykuł kategorycznie zaleca państwu wykorzystanie wszelkich środków, jakimi dysponuje, aby dać pracę wszystkim ludziom potrzebującym jej oraz zapewnić godziwą egzystencję każdemu pracownikowi fizycznemu i umysłowemu.
Żadna przeto ze wspomnianych wyżej dwóch ustaw nie może być określona jako niekonstytucyjna. Pierwszy rząd wyłoniony na mocy pierwszych wolnych wyborów musi podporządkować się tym ustawom nie tylko dlatego, że ma moralne zobowiązania wobec narodu, lecz również dlatego, że gdy naród osiąga to, czego głęboko pragnął od wielu pokoleń, nie ma na świecie takiej siły, która potrafiłaby mu jego zdobycze wydrzeć.
Problem ziemi, problem uprzemysłowienia, problem bezrobocia, problem mieszkaniowy, problemy oświaty i problem zdrowia publicznego - oto konkretnie sześć zagadnień, których rozwiązaniu przede wszystkim poświęcilibyśmy wszystkie nasze wysiłki. Równocześnie w myśl zasad demokracji przywrócilibyśmy wszystkie swobody obywatelskie.
Wywody te mogą się wydać chłodne i teoretyczne komuś, kto nie zna tragicznej wręcz sytuacji w tych sześciu dziedzinach. A trzeba tu jeszcze dodać niesłychanie upokarzający ucisk polityczny.
85 proc. drobnych rolników kubańskich płaci czynsz dzierżawny i żyje w stałej obawie przed wypędzeniem z ziemi, którą uprawia. Przeszło połowa najżyźniej-szych gruntów znajduje się w obcych rękach. Posiadłości amerykańskich United Fruit Company i West Indian Company w największej prowincji Oriente rozciągają się od północnego wybrzeża do południowego. 200 tysięcy rodzin chłopskich nie posiada ani skrawka ziemi, którą mogłyby uprawiać, by nakarmić swe głodne dzieci, podczas gdy około 300 tysięcy caballerias ziem uprawnych, należących do potężnych właścicieli, leży odłogiem.
Skoro Kuba jest krajem wybitnie rolniczym, skoro rolnicy stanowią znaczną część ludności, a miasta zależne są od wsi, skoro wieś zapoczątkowała naszą wojnę o niepodległość, a wielkość i pomyślność naszego narodu zależą od zdrowego i silnego chłopstwa, które by kochało swoją ziemię i umiało ją uprawiać, oraz od państwa, które opiekowałoby się i kierowało nim, to jakże może trwać nadal obecny stan rzeczy?
Jeśli nie liczyć niewielkiego przemysłu spożywczego, drzewnego i włókienniczego, Kuba jest nadal producentem surowców. Eksportujemy cukier, aby importować cukierki, eksportujemy skóry, aby importować obuwie, eksportujemy rudę żelaza, by importować pługi. Wszyscy zgodzą się z tym, że trzeba jak najszybciej uprzemysłowić kraj, że potrzebny jest nam przemysł hutniczy, papierniczy, chemiczny, że musimy ulepszyć metody hodowli bydła i uprawy rolnej, a także produkcję naszego przemysłu spożywczego, aby sprostać groźnej konkurencji europejskich serów, mleka skondensowanego, napojów orzeźwiających i oliwy, jak również północnoamerykańskiej konkurencji w produkcji konserw. Wszyscy zgodzimy się z tym, że potrzebne nam są statki handlowe, że turystyka powinna stać się dla nas potężnym źródłem dochodu. Ale posiadacze kapitału chcą, aby robotnicy pozostawali nadal w klaudyjskim jarzmie. Państwo zaś nie robi w tych dziedzinach nic, a uprzemysłowienie odłożono ad calendas Graecas.
Równie tragicznie przedstawiają się warunki mieszkaniowe. Na Kubie jest 200 tysięcy szałasów i lepianek. 400 tysięcy rodzin na wsi i w miastach żyje stłoczonych w barakach i kamienicach czynszowych, pozbawionych podstawowych urządzeń sanitarnych. 2200 tysięcy naszej ludności miejskiej wydaje na komorne od jednej piątej do jednej trzeciej swoich zarobków miesięcznych. 2800 tysięcy naszej ludności wiejskiej lub zamieszkałej w okolicach podmiejskich pozbawione jest elektryczności.
I tu wyłaniają się te same problemy. Kiedy państwo zamierza obniżyć czynsze, właściciele nieruchomości natychmiast grożą sparaliżowaniem budownictwa mieszkaniowego. Jeśli natomiast państwo nie ingeruje w ich poczynania, to budują oni jedynie tak długo, dopóki udaje im się osiągnąć wysokie czynsze, w przeciwnym razie bowiem nie położą ani jednej cegły, choćby nawet cała reszta ludności miała mieszkać pod gołym niebem. Tak samo postępują monopole elektryczne, które rozbudowują sieć elektryczną tylko wtedy, kiedy mogą otrzymać zadowalające zyski; poza tym nic więcej ich nie obchodzi, nawet gdyby ludzie do końca życia mieli mieszkać w ciemnościach. Państwo zaś nic nie robi, a ludność nadal nie ma ani mieszkań, ani elektryczności.
Nasz system oświaty znakomicie uzupełnia ten obraz. Czy na wsi, gdzie guajiro11 nie jest właścicielem uprawianej przez siebie ziemi, potrzebne są szkoły rolnicze? Czy w mieście, gdzie nie ma przemysłu, potrzebne są szkoły techniczne lub przemysłowe? Wszystko to mieści się w ramach tej samej absurdalnej logiki: jeśli nie ma jednej rzeczy, to nie może być i drugiej. W którymś z małych krajów europejskich istnieje ponad 200 szkół technicznych. Na Kubie natomiast jest zaledwie 6 takich szkół, a chłopcy, którzy je kończą, nie mogą znaleźć pracy. Do szkółek wiejskich uczęszcza zaledwie połowa dzieci w wieku szkolnym. Dzieci te są bose, półnagie, niedożywione. I bardzo często nauczyciel sam kupuje niezbędne pomoce szkolne. Czy w takich warunkach można budować silną ojczyznę? Tylko śmierć może wyzwolić z takiej nędzy! I w tym względzie państwo okazuje się wielce pomocne. 90 proc. dzieci wiejskich jest nękanych przez pasożyty, które przedostają się do ich organizmu za pośrednictwem bosych stóp. Opinia publiczna bywa wstrząśnięta wiadomością o porwaniu czy zamordowaniu małego dziecka, ale zachowuje zbrodniczą obojętność w obliczu masowego mordu tylu tysięcy dzieci, które umierają co roku w straszliwych cierpieniach wskutek braku pomocy. Ich niewinne oczy, w których czai się już śmierć, zdają się spoglądać w nieskończoność i prosić Boga, aby wybaczył dorosłym ich samolubstwo i powściągnął swój gniew. A w jaki sposób ojciec rodziny, który pracuje tylko cztery miesiące w roku, może kupić odzież i lekarstwa dla swych dzieci? Jego dzieci chorują na krzywicę, a kiedy osiągają trzydziesty rok życia, nie mają już ani jednego zdrowego zęba.
I chociaż chłop ten wysłucha 10 milionów przemówień politycznych, umrze w nędzy i oszukany. Dostać się do któregoś ze stale przepełnionych szpitali państwowych można tylko z polecenia jakiegoś wpływowego polityka, który w zamian za to zażąda od owego nieszczęśnika poparcia go w wyborach zarówno przez niego, jak i przez jego rodzinę, a wszystko po to, by na Kubie nadal nic się nie zmieniło albo też zmieniło się na gorsze.
W świetle tych faktów łatwo zrozumieć, dlaczego od maja do grudnia milion ludzi jest bez pracy. Licząca pięć i pół miliona ludności Kuba ma teraz więcej bezrobotnych niż Francja i Włochy, a każdy z tych krajów liczy przeszło 40 milionów ludności.
Kiedy sądzicie oskarżonego o kradzież, panowie sędziowie, to nie pytacie go, od jak dawna jest bez pracy, ile ma dzieci, przez ile dni w tygodniu jada, nie interesujecie się wcale warunkami bytowymi środowiska, w którym on żyje. Posyłacie go do więzienia, poświęciwszy mu niewiele czasu. Nie idą tam bogaci, którzy palą magazyny i sklepy, ażeby otrzymać odszkodowanie z tytułu ubezpieczenia. I chociaż często spalają się tam także i ludzie, to właściciele tych magazynów mają dość pieniędzy, by opłacić adwokatów i przekupić sędziów. Posyłacie do więzienia nieszczęśnika kradnącego z głodu, ale żaden z setek złodziei, którzy ukradli państwu miliony, nigdy nie spędził nawet jednej nocy za kratami. W noc sylwestrową spożywacie z nimi kolację w jakimś arystokratycznym lokalu i cieszą się oni waszym szacunkiem.
Kiedy na Kubie urzędnik staje się z dnia na dzień milionerem i wstępuje do bractwa bogatych, mógłby być przyjęty słowami owej opływającej w bogactwo osobistości z książki Balzaka, Tailiefera, który wzniósł taki oto toast na cześć młodzieńca dziedziczącego ogromną fortunę: "Panowie, wypijmy za potęgę złota! Pan Valentin, sześciokrotny milioner, wstąpił właśnie na tron. Jest królem, jest wszechmocny, stoi ponad wszystkim, jak to bywa z bogaczami. W rezultacie równość wobec prawa, którą zapewnia konstytucja, będzie dla niego mitem, nie będzie on podlegał prawu, lecz prawo jemu będzie podlegać. Dla milionerów nie istnieją sądy ani sankcje."
Przyszłość kraju i rozwiązanie dręczących go problemów nie może zależeć nadal od egoistycznych interesów tuzina finansistów ani też od kalkulowanych na zimno zysków, jakie osiągnie dziesięciu czy dwunastu magnatów, siedząc w swych wyposażonych w urządzenia klimatyzacyjne biurach. Kraj nie może nadal czekać na cud, modląc się na kolanach do kilku złotych cielców, podobnych biblijnemu, którego w napadzie świętego gniewu zniszczył prorok. Złote cielce nie są w stanie zdziałać żadnego cudu. Wszystkie problemy będą mogły być rozwiązane tylko wówczas, gdy walce o republikę poświęcimy się z taką energią, uczciwością i patriotyzmem, jakie cechowały naszych oswobodzicieli, gdy ją tworzyli.
Problemów tych nie rozwiążemy przy pomocy takich mężów stanu, jak Carlos Saladrigas, którego polityka polegała na zachowaniu status quo i wygłaszaniu frazesów w rodzaju: "nieograniczona swoboda działalności gospodarczej gwarancją dla zainwestowanych kapitałów" czy też "prawo podaży i popytu". Tacy ministrowie potrafią gawędzić beztrosko w luksusowej posiadłości przy Quinta Avenida tak długo, aż nie pozostanie nawet proch z kości tych nieszczęsnych, których bolączki domagają się natychmiastowego wyleczenia. W dzisiejszym świecie problemy społeczne nie rozwiążą się samoistnie.
Rząd rewolucyjny, mający za sobą poparcie i szacunek narodu, natychmiast po usunięciu skorumpowanych urzędników ze wszystkich instytucji przystąpiłby do uprzemysłowienia kraju, wykorzystując w tym celu kapitały Banku Narodowego, Banku Rolnego, Banku Przemysłowego oraz Banku Inwestycyjnego szacowane obecnie na około 1500 min dol. Całe to gigantyczne przedsięwzięcie zostałoby rozważone, zaplanowane, pokierowane i zrealizowane przez ludzi kompetentnych, będących poza podejrzeniami o jakiekolwiek machinacje polityczne.
Po nadaniu na własność 100 tysiącom drobnych rolników ziemi, którą obecnie dzierżawią, rząd rewolucyjny przystąpiłby natychmiast do definitywnego rozwiązania kwestii rolnej. Przede wszystkim zająłby się on ustaleniem, zgodnie z konstytucją, maksymalnego obszaru ziemi dla każdego typu gospodarstwa rolnego, wywłaszczeniem pozostałej części ziemi, odebraniem gruntów ukradzionych państwu, osuszeniem bagien i terenów podmokłych, założeniem wielkich szkółek nasiennych i zarezerwowaniem obszarów pod zalesienie. Następnie dokonałby on podziału ziemi pomiędzy rodziny chłopskie, przede wszystkim wielodzietne, utworzyłby spółdzielnie rolne, aby mogły one wspólnie korzystać z drogiego sprzętu technicznego oraz z pomocy fachowców w zakresie uprawy roli i hodowli bydła. Na koniec zapewniłby chłopom kredyty, sprzęt gospodarczy, opiekę i fachową pomoc.
Rząd rewolucyjny rozwiązałby problem mieszkaniowy poprzez obniżenie o połowę komornego, zwolnienie od wszelkich podatków domów zamieszkanych jedynie przez właścicieli, trzykrotne zwiększenie podatków od domów czynszowych, zburzenie ruder i wybudowanie nowoczesnych wielopiętrowych bloków oraz sfinansowanie budownictwa mieszkaniowego na całej wyspie w dotąd nie spotykanej skali. Jako kryterium przyjmie się zasadę, że tak jak na wsi ideałem dla każdej rodziny winno być posiadanie własnego kawałka ziemi, tak w mieście - domku lub mieszkania. Mamy dość cegieł i aż nadto rąk do pracy, aby wybudować przyzwoite mieszkanie dla każdej rodziny kubańskiej.
Ale jeśli nadal będziemy oczekiwać na cud złotego cielca, minie tysiąc lat, a problem pozostanie ten sam. Równocześnie istnieją dzisiaj większe niż kiedykolwiek możliwości doprowadzenia elektryczności do najdalszych zakątków wyspy, ponieważ realnym stało się zastosowanie energii jądrowej w tej gałęzi przemysłu, co ogromnie obniży koszty produkcji.
Po wprowadzeniu w życie tych trzech projektów reform zniknie automatycznie problem bezrobocia, a profilaktyka i walka z chorobami będą znacznie ułatwione.
Wreszcie, rząd rewolucyjny przystąpi do gruntownej reformy systemu oświaty, która uzupełni poprzednie projekty. A wszystko to ma na celu wychowanie pokoleń, których udziałem będzie życie w szczęśliwej ojczyźnie. Nie zapominajmy słów "Apostoła": "W Ameryce Łacińskiej popełnia się nader poważny błąd. Narody żyjące prawie wyłącznie z płodów rolnych kształci się jedynie z myślą o życiu w mieście, a nie przygotowuje się ich do życia na wsi". "Najszczęśliwszy naród jest ten, który swoje dzieci uczy samodzielnego myślenia i postępowania zgodnie ze swoimi uczuciami". "Naród oświecony zawsze będzie silny i wolny".
Duszą całej oświaty jest nauczyciel, a na Kubie nauczyciele są nędznie opłacani; mimo to człowiekiem, który najbardziej kocha swoje powołanie, jest nauczyciel kubański. Któż z nas nie poznał pierwszych liter w szkole państwowej? Czas najwyższy przestać dawać jałmużnę mężczyznom i kobietom, którym powierza się najświętszą misję w świecie dzisiejszym i przyszłym - misję oświaty.
Żaden nauczyciel nie powinien zarabiać mniej niż 200 pesos miesięcznie; jeśli chcemy, aby oddali się oni wyłącznie swojej wzniosłej misji, muszą być wolni od wszelkiego niedostatku i niewygód. Ponadto nauczyciele pracujący na wsi powinni korzystać z bezpłatnych przejazdów, a przynajmniej co pięć lat każdy z nich powinien otrzymać 6-miesięczny płatny urlop, aby mógł uzupełnić swoje wykształcenie na specjalnych kursach w kraju lub za granicą, dzięki czemu by poznał najnowsze kierunki pedagogiczne oraz ulepszył swoje programy i systemy nauczania.
Skąd weźmiemy na to wszystko pieniądze? Kiedy nie będzie się sprzeniewierzać funduszu państwowego, kiedy nie będzie sprzedajnych urzędników, przekupywanych przez wielkie towarzystwa przemysłowe, na czym cierpi skarb państwa, kiedy ogromne zasoby naszego kraju zostaną wykorzystane, kiedy przestanie się kupować czołgi, bombowce i działa dla państwa, które nie ma granic do obrony, tylko po to, aby walczyć przeciwko ludowi, a zamiast dać mu oświatę, zabijać go; kiedy tego wszystkiego nie będzie - będziemy mieli aż nadto pieniędzy.
Kuba z łatwością mogłaby wyżywić ludność trzy razy liczniejszą niż obecnie. Nie ma więc żadnego usprawiedliwienia dla tej nędzy, w jakiej żyje lud. Rynek powinien obfitować w towary. Każda spiżarnia domowa powinna być pełna. Wszyscy powinni pracować. Nie, to nie jest nieprawdopodobne. Nieprawdopodobne jest to, że ludzie kładą się spać głodni, podczas gdy ziemie leżą odłogiem. Nieprawdopodobne jest to, że dzieci umierają z braku opieki lekarskiej. A prawdopodobne jest to, że 30 proc. naszych chłopów nie umie się podpisać, a 99 proc. nie wie nic o historii Kuby.
Nieprawdopodobne jest to, że większość rodzin na wsi żyje obecnie w warunkach gorszych, niż żyli Indianie, kiedy Kolumb odkrył tę ziemię, "najpiękniejszą, jaką oczy ludzkie widziały".
Tym, którzy nazwą mnie marzycielem, odpowiem słowami Martiego: "Prawdziwy człowiek nie spogląda tam, gdzie łatwiej się żyje, ale tam, gdzie wzywa go obowiązek; człowiekiem praktycznym jest tylko ten, którego dzisiejsze marzenie stanie się jutro prawem, bo ten, kto ogarnia wzrokiem całokształt spraw świata i widzi, jak w tyglu stuleci narody wrzały, płonęły i wykrwawiały się, wie, że przyszłość wyłącznie jest tam, gdzie obowiązek".
Dopiero wówczas, gdy uświadomimy sobie, jak szczytne ideały przyświecały tym młodym ludziom, którzy polegli w Santiago, jesteśmy w stanie zdać sobie sprawę z ogromu ich bohaterstwa.
Jedynie brak dostatecznych środków materialnych udaremnił nasz niechybny sukces. Gdy reżym oznajmił żołnierzom, że Prio 12 dał nam milion dolarów, to uczynił to w celu wypaczenia najbardziej istotnego dla nich faktu, a mianowicie, iż nasz ruch nie miał żadnych powiązań z dawniejszymi politykami. Rząd usiłował nie dopuścić do świadomości żołnierzy, że reprezentujemy nowe pokolenie Kubańczyków, pokolenie, które w walce o swe ideały powstało przeciwko tyranii, a które w roku 1934, gdy Batista popełnił swą pierwszą zbrodnię 13, liczyło zaledwie siedem lat...
Fałszywa pogłoska o milionie pesos nie mogła być bardziej absurdalna. Jeżeli nie mając nawet dwudziestu tysięcy pesos, uzbroiliśmy 165 ludzi oraz zaatakowaliśmy jeden pułk i jeden szwadron, to mając milion pesos, moglibyśmy byli uzbroić osiem tysięcy ludzi, zaatakować pięćdziesiąt pułków i pięćdziesiąt szwadronów, a Ugalde Carrillo nie dowiedziałby się o tym aż do 26 lipca do godziny 5.15. Wiedzcie, że na każdego człowieka, który stanął do walki, przypadało dwudziestu doskonale wyszkolonych ludzi, którzy nie wzięli w niej udziału, bo nie było dla nich broni. Ludzie ci przemaszerowali ulicami Hawany, biorąc udział w manifestacji studenckiej z okazji obchodów setnej rocznicy urodzin Martiego. Dwustu ludzi więcej, którzy mogliby stanąć do walki, a ściślej: dwadzieścia granatów ręcznych w naszym uzbrojeniu, a zapewne zaoszczędzilibyśmy wysokiemu sądowi tylu kłopotów.
Politycy wydają miliony pesos w swoich kampaniach, by przekupić ludzi, a garstka Kubańczyków, którzy pragnęli ocalić honor ojczyzny, musiała z gołymi rękami stawiać czoło śmierci z powodu braku środków. Oto dlaczego do tej pory rządzą krajem nie ludzie szlachetni i pełni poświęcenia, lecz dzierży władzę półświatek politykierów, przestępcza mafia naszego życia publicznego.
Z większą niż kiedykolwiek dumą oświadczam, że byliśmy wierni naszym zasadom i że żaden wczorajszy polityk nie widział, żebyśmy pukali do jego drzwi, prosząc choćby o grosz. Nasze zasoby zostały zgromadzone dzięki poświęceniu, które nie ma precedensu. Tak było w przypadku pewnego młodzieńca o nazwisku Elpidio Sosa, który sprzedał swoje stanowisko pracy i przybył pewnego dnia do mnie z trzystoma pesos "dla sprawy". Tak postąpił Fernando Chenard, który sprzedał swój zakład fotograficzny, zapewniający mu utrzymanie. Również Pedro Marrero zapożyczył się na sumę odpowiadającą jego wielomiesięcznym zarobkom i trzeba było mu zakazać wyprzedaży mebli z własnego domu. Oscar Alcalde sprzedał swoje laboratorium produktów farmaceutycznych. Jesus Montanś przekazał pieniądze zaoszczędzone przez ponad pięć lat. Można byłoby wymienić jeszcze wielu innych, z których każdy zrezygnował z tego maleńkiego majątku, jaki posiadał.
Trzeba bardzo mocno kochać swą ojczyznę, żeby w ten sposób postąpić. Toteż pamięć o tym każe mi przejść bezpośrednio do najbardziej gorzkiego rozdziału niniejszej obrony: do przedstawienia ceny, jaką kazała im zapłacić tyrania za to, że pragnęli wyzwolić Kubę od ucisku i niesprawiedliwości.

Zmarli ukochani, którzyście pewnego dnia
Marzeniem byli ojczyzny mojej.
Rozsypcie, rozsypcie na moim czole
Proch waszych kości spopielałych!
Weźcie moje serce w dłonie!
Jęczcie w moich uszach!
Niechaj będzie każdy z tych jęków
Łzą jeszcze jednego tyrana!
Kroczcie wokół, stąpajcie, póki
Mój byt waszego ducha nie wchłonie.
I bijcie mi z grobów na trwogę
Bo na niewiele zda się zalewać łzami
Gdy w niewoli haniebnej żyję!

Jose Marti

Pomnóżcie przez dziesięć zbrodnię z 27 listopada 1871 roku, a otrzymacie potworną i odrażającą zbrodnię z 26, 27, 28 i 29 lipca 1953 roku, popełnioną w Oriente. Niedawne to wydarzenia, lecz gdy przeminą lata i niebo ojczyzny rozjaśni się, gdy rozpalone umysły ogarnie spokój, a strach nie będzie targał serc, ujrzymy w całym straszliwym wymiarze ogrom masakry, a przyszłe pokolenia kierować będą zatrwożone spojrzenie ku temu dziełu barbarzyństwa, które nie ma sobie równego w naszej historii.
Nie chcę jednak, by zaślepił mnie gniew, ponieważ potrzebna jest mi jasność umysłu i spokój w sercu, ażeby zgodnie z prawdą móc przedstawić przebieg wydarzeń w sposób maksymalnie prosty i bez przesadnego dramatyzmu. Jako Kubańczykowi wstyd mi, że garstka ludzi pozbawionych wszelkich zasad i uczuć swoją nieobliczalną zbrodnią zbeszcześciła naszą Ojczyznę w oczach świata.
Tyran Batista nie był nigdy człowiekiem mającym skrupuły, toteż nie wahał się nigdy mówić ludowi najbardziej fantastycznych kłamstw. Gdy pragnął usprawiedliwić zdradziecki pucz z 10 marca, wymyślił zamach stanu, jakiego rzekomo usiłowało dokonać w kwietniu wojsko, a któremu "on przeciwstawił się zbrojnie, ażeby republika nie została utopiona we krwi". Śmieszna to historyjka, w którą nikt nie uwierzył. A gdy zapragnął utopić republikę we krwi oraz przy pomocy terroru, tortur i zbrodni zdławić słuszną rebelię młodzieży, która nie chciała być mu posłuszną, wymyślił kłamstwa jeszcze bardziej fantastyczne. Jak mało ma szacunku dla ludu ten, kto usiłuje go tak nędznie oszukać! W tym samym dniu, w którym zostałem aresztowany, publicznie wziąłem na siebie odpowiedzialność za ruch zbrojny z 26 lipca i gdyby choć źdźbło prawdy tkwiło w tym wszystkim, co powiedział dyktator o naszych bojownikach w swoim przemówieniu z 27 lipca, to wystarczyłoby ono, by pozbawić mnie na tym procesie siły moralnej.
Dlaczego jednak nie doprowadzono mnie wtedy na rozprawę? Dlaczego sfałszowano świadectwo lekarskie o moim stanie zdrowia? Dlaczego pogwałcono wszelkie przepisy proceduralne i w sposób skandaliczny zignorowano wszystkie decyzje sądu? Dlaczego czyniono tak niesłychane rzeczy, ażeby za wszelką cenę zapobiec mojemu pojawieniu się na sali sądowej?
Ja zaś czyniłem też wszystko, co mogłem, ażeby być obecnym. Domagałem się od sądu, ażeby mnie doprowadzono na rozprawę, w myśl wszelkich przepisów prawnych. Demaskowałem machinacje, które mi miały to uniemożliwić. Pragnąłem stanąć z moimi przeciwnikami twarzą w twarz i podjąć dyskusję. Oni tego nie chcieli. Po czyjej stronie była prawda, a po czyjej jej nie było?
To, co stwierdził dyktator, przemawiając z poligonu koszar Columbia, warte byłoby śmiechu, gdyby nie było tak bardzo zbrukane krwią. Powiedział, że napastnicy byli grupą najemników, wśród których znajdowali się liczni cudzoziemcy. Powiedział on, że głównym założeniem naszego planu był zamach przeciw niemu - niemu, zawsze niemu - tak, jakby ludzie szturmujący bastiony Moncady nie mogli zabić go i dwudziestu takich jak on, gdyby zgadzali się z podobnymi metodami. Powiedział, że zamach został uknuty przez prezydenta Prio i za jego pieniądze, a dowodziłem już, w sposób aż nadto przekonywający, że między tym ruchem a poprzednim reżymem nie istniały absolutnie żadne powiązania. Powiedział on również, że byliśmy uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty ręczne, a eksperci wojskowi oświadczyli tu, że mieliśmy tylko jeden karabin maszynowy i ani jednego granatu ręcznego. Powiedział, że poderżnęliśmy gardła wartownikom, a do akt sprawy dołączone są świadectwa zgonu oraz orzeczenia lekarskie dotyczące stanu zdrowia rannych żołnierzy, z których to dokumentów wynika, że żaden z nich nie odniósł obrażeń od białej broni. Co jednak najważniejsze, powiedział, że zakłuliśmy nożami pacjentów szpitala wojskowego, a lekarze z tego samego szpitala - a więc sami lekarze wojskowi! - oświadczyli na rozprawie, że budynek ten w ogóle nie był przez nas okupowany, że żaden pacjent nie został zabity czy ranny i że była tam tylko jedna ofiara, a mianowicie pewien sanitariusz, który nieostrożnie wychylił się przez okno.
Gdy szef państwa czy ktoś, kto za takiego chce uchodzić, składa jakieś oświadczenie, to nie czyni tego, żeby tylko mówić, lecz dąży zawsze do jakiegoś celu, pragnie zawsze wywołać określony skutek, powodowany jest zawsze pewną intencją. Jeżeli zostaliśmy już pokonani militarnie, jeżeli nie stanowiliśmy już realnego niebezpieczeństwa dla dyktatury, dlaczego oczernia się nas w ten sposób?
Jest rzeczą oczywistą, że było to przemówienie krwiożercze, jest jasne, że miało ono usprawiedliwić zbrodnie już dokonane minionej nocy oraz te, które miano dalej popełniać. Niech przemówią za mnie liczby. 27 lipca w przemówieniu transmitowanym z poligonu wojskowego Batista powiedział, że zamachowcy mieli 32 zabitych, zaś w końcu tygodnia liczba ta wzrosła do ponad 80. W jakich bitwach, w jakich miejscach, w jakich starciach polegli ci młodzi ludzie? Nim Batista przemówił, zamordowano 25 jeńców; po przemówieniu Batisty zamordowano 50.
Jakże wielkie jest poczucie honoru u tych wojskowych, skromnych ekspertów oraz rozmaitych specjalistów, którzy zeznając przed sądem, nie zniekształcili faktów, a w przedłożonych przez siebie raportach ściśle trzymali się prawdy! Owszem, oni są wojskowymi, którzy wiedzą, co to honor munduru, oni są prawdziwymi mężczyznami! Ani prawdziwy wojskowy, ani prawdziwy mężczyzna nie jest zdolny splamić swojego życia kłamstwem czy zbrodnią. Wiem, że są oni ogromnie wzburzeni barbarzyńskimi mordami, które popełniono. Wiem, że odrazę i wstyd wzbudza w nich świadomość, iż zbrodniczo przelano krew, zbryzgując każdy kamień koszar Moncada.
Wzywam dyktatora, żeby przed obliczem sądu powtórzył teraz, jeśli jest w stanie, swoje nikczemne oszczerstwa i stawił w ten sposób czoło świadectwu tylu wojskowych obdarzonych poczuciem honoru. Wzywam go, żeby wytłumaczył się wobec ludu Kuby ze swojego przemówienia z 27 lipca, żeby nie milczał, żeby przemówił. Wzywam go, żeby powiedział, kim są bezlitośni i nieludzcy mordercy, żeby powiedział, że Krzyż Honorowy, jaki przypiął na piersiach bohaterów masakry, miał wynagrodzić odrażające zbrodnie, jakich się dopuszczono. Niech przyjmie od tej chwili odpowiedzialność przed Historią i nie usiłuje twierdzić potem, że popełnili je żołnierze, którym on nie wydał rozkazów! Niech wytłumaczy narodowi, dlaczego popełniono siedemdziesiąt mordów i przelano tyle krwi! Naród potrzebuje wyjaśnień, naród ich żąda, naród ich się domaga!
Wiadomo, że w 1933 roku, gdy dobiegła końca walka o hotel Nacionalu, niektórzy oficerowie po złożeniu broni zostali zamordowani, co wywołało energiczny protest czasopisma "Bohemia". Wiadomo też, że po kapitulacji fortu Atares15 karabiny maszynowe napastników wystrzelały cały rząd jeńców, a pewien żołnierz, dopytujący się, który z nich jest Blasem Hernandezem, zamordował go strzałem prosto w twarz; żołnierz ten za swój tchórzliwy postępek został awansowany do stopnia oficerskiego. Wiadomo, że w historii Kuby mordowanie więźniów wiąże się fatalnie z nazwiskiem Batisty. Jakże głupio naiwny byłby ten, kto nie zdawałby sobie w pełni z tego sprawy! Jednakże w tamtym przypadku wydarzenia te rozegrały się w ciągu paru minut, tylu, ilu potrzeba na jedną serię z karabinu maszynowego, gdy umysły ludzkie były jeszcze rozgorączkowane. Inaczej było obecnie w Santiago de Cuba.
Tutaj okrucieństwo, wściekłość i barbarzyństwo przeszły wszelkie granicę. Nie mordowano przez minutę, godzinę czy przez cały dzień nawet, ale przez pełny tydzień, podczas którego bicie, tortury, morderstwa i wystrzały nie ustały ani na moment; była to zaiste eksterminacja dokonana przez doskonałych rzemieślników zbrodni. Koszary Moncada stały się miejscem tortur i śmierci, a garstka ludzi pozbawionych czci uczyniła z munduru wojskowego fartuch rzeźnika. Mury zostały zbryzgane krwią. W ścianach utkwiły kule razem z kawałkami ludzkiej skóry, mózgu i włosów, spalonych od strzałów w skroń. Podłoga pokryła się ciemną, lepką krwią. Zbrodnicze ręce, decydujące o losach Kuby, umieściły dla więźniów u wejścia do tej jaskini śmierci następujący piekielny napis: "Porzućcie wszelką nadzieję, stąd nie wyjdziecie".
Nie postarali się nawet o zachowanie pozorów, nie zatroszczyli się nawet o ukrycie w jakikolwiek sposób tego, co czynili. Sądzili, że lud wierzy w ich kłamstwa, oszukiwali samych siebie, a w rzeczywistości uważali się za panów i władców świata, za absolutnych panów życia i śmierci ludzi. Świt witali z pomordowanymi, skąpani we krwi.
Kroniki naszej historii, sięgającej cztery i pół wieku wstecz, mówią nam o wielu aktach okrucieństwa, począwszy od masakr bezbronnych Indian, okrucieństw piratów, którzy napadali na nasze wybrzeża, barbarzyństw kr eolskich najemników podczas walki o niepodległość, rozstrzeliwań jeńców kubańskich przez wojska hiszpańskie Weylera, okropności dyktatury Machado aż po zbrodnie z marca 1935 roku. Żaden z owych aktów okrucieństwa nie zapisał jednak stronicy tak smutnej i posępnej ze względu na liczbę ofiar i okrucieństwo ich katów, jak zbrodnie w Santiago de Cuba.
Tylko jeden człowiek przez wszystkie te stulecia splamił dwie różne epoki naszej historii i wbił szpony w ciała dwóch pokoleń Kubańczyków. Przelał on to ogromne morze krwi akurat w roku obchodów setnej rocznicy urodzin "Apostoła" oraz 50-lecia uzyskania niepodległości przez nasz kraj, która kosztowała tyle istnień ludzkich i miała przynieść wolność, niezależność i szczęście wszystkim Kubańczykom. Zbrodnia ta jest tym większa i tym bardziej godna potępienia, że ciąży na człowieku, który jak udzielny władca przez jedenaście długich lat rządził tym ludem, tradycyjnie miłującym wolność i z całej duszy piętnującym zbrodnię, na człowieku, który nie był co więcej ani lojalny, ani uczciwy, ani honorowy, ani rycerski nawet przez jedną minutę swojego życia.
Nie wystarczyły zdrada ze stycznia 1934 roku, zbrodnie z marca 1935 roku i czterdziestomilionowa fortuna, która ukoronowała pierwszy etap jego działalności publicznej. Trzeba było zdrady z marca 1952 roku, zbrodni z lipca 1953 roku i milionów, których liczbę poznamy kiedyś.
Dante podzielił swoje piekło na dziewięć kręgów: w siódmym osadził zbrodniarzy, w ósmym - złodziei, w dziewiątym - zdrajców. Twardy orzech do zgryzienia miałyby diabły, gdyby przyszło im znaleźć miejsce dla duszy tego człowieka, gdyby miał on duszę! Kto podżegał do okrucieństw, popełnianych w Santiago de Cuba, ten nie może mieć nawet duszy.
Znam wiele szczegółów na temat sposobu dokonania tych zbrodni z ust niektórych wojskowych. Pełni wstydu, opowiedzieli mi oni o scenach, których byli świadkami.
Gdy walka dobiegła końca, rzucili się jak rozjuszone bestie na miasto Santiago de Cuba i na bezbronnej ludności wyładowali swój pierwszy gniew. Na środku ulicy, daleko od miejsca, w którym walczono, przeszyli kulą pierś niewinnego dziecka, które bawiło się przed drzwiami swojego domu, a gdy zbliżył się ojciec, chcąc zabrać jego zwłoki, drugą kulą przestrzelili mu czoło. "Nino" Cala, który szedł do domu z bochenkiem chleba, ostrzelali bez słowa.
Można by bez końca opowiadać o zbrodniach i gwałtach, jakich dopuszczono się wobec ludności cywilnej. Jeżeli w ten sposób postępowano z tymi, którzy nie brali udziału w akcji, to można sobie wyobrazić straszliwy los, jaki spotkał uwięzionych uczestników walki albo ludzi, których uważano za biorących w niej udział, ponieważ podobnie jak w tę sprawę zamieszano wiele osób nie mających z nią nic wspólnego, tak i zabito wielu aresztowanych, którzy nie mieli nic wspólnego z atakiem na Moncadę. Nie są oni objęci podanymi liczbami ofiar, bo liczby te odnoszą się wyłącznie do naszych ludzi. Pewnego dnia poznamy jednak pełną liczbę ofiar.
Pierwszym zamordowanym jeńcem był nasz lekarz, doktor Mario Muńoz, który nie miał przy sobie broni i nie nosił munduru, lecz fartuch lekarski. Był to człowiek szlachetny i doskonale znający swoje obowiązki; z takim samym oddaniem spieszyłby na ratunek rannemu wrogowi, jak towarzyszom walki. W drodze ze szpitala do koszar strzelono mu w plecy i porzucono leżącego na brzuchu w kałuży krwi.
Masowa masakra więźniów rozpoczęła się jednak dopiero o trzeciej po południu. Aż do tej godziny oczekiwano na rozkazy. Z Hawany przybył wówczas generał Martin Diaz Tamayo, który przywiózł dokładne instrukcje, wydane na posiedzeniu z udziałem Batisty, dowódcy wojska, szefa SIM, samego Diaza Tamayo i innych. Powiedział, że wstydem, wręcz hańbą powinien być dla armii fakt, iż poniosła ona w bitwie trzykrotnie większe straty niż atakujący, wobec czego za każdego zabitego żołnierza należy zabić dziesięciu więźniów. Taki był rozkaz!
W każdej grupie znajdą się ludzie działający z niskich pobudek, zbrodniarze z urodzenia, bestie obciążone wszelkimi pradawnymi atawizmami i mające ludzką postać potwory trzymane na wodzy przez dyscyplinę i normy współżycia społecznego. Jeżeli jednak pozwoli im się kąpać w morzu krwi, to nie przestaną tego czynić, dopóki ono nie wyschnie. Ci ludzie potrzebowali właśnie tego rodzaju rozkazu. Z ich rąk polegli najlepsi synowie Kuby, najmężniejsi, najbardziej ideowi. Tyran nazwał ich najemnikami, a oni ginęli jak bohaterowie z rąk ludzi, którzy otrzymują pensję od republiki. Przecież to ona dała im broń, ażeby jej bronili, a oni tymczasem służą interesom bandy sprawującej władzę i mordują najlepszych obywateli.
W trakcie okrutnych tortur przyrzekano naszym ludziom zachować ich przy życiu, jeśli zdradzą swoje ideały i złożą fałszywe oświadczenie, że to Prio dał im pieniądze. Gdy odrzucili tę propozycję, poddano ich jeszcze straszliwszym torturom. Miażdżono im jądra i wyłupywano oczy, ale nikt nie przemówił, nie rozległ się żaden jęk, nie padła żadna skarga.
Nie mogąc złamać odwagi mężczyzn, usiłowano złamać męstwo kobiet. Niosąc na dłoni zakrwawione oko ludzkie, sierżant z kilkoma ludźmi wszedł do celi, w której więzione były Melba Hernandez i Haydśe Santamaria. Sierżant powiedział do Haydśe: "To jest oko twojego brata. Jeśli nie powiesz nam tego, czego on nie chciał nam powiedzieć, wyłupiemy mu drugie oko". Haydee, która kochała swego dzielnego brata ponad wszystko, odparła z godnością: "Jeśli mój brat nie powiedział nic, choć wyłupiliście mu oko, to ja tym bardziej będę milczała".
Wyszli, ale po chwili wrócili, by z kolei ją torturować, przytykając jej do ramion zapalone papierosy, nie dość na tym, z nienawiścią rzekli: "Nie masz już narzeczonego, bo jego także zabiliśmy". Z niezmąconym spokojem odpowiedziała: "On nie umarł, gdyż umrzeć dla swojej ojczyzny znaczy żyć". Nigdy przedtem kobieta kubańska nie osiągnęła takich szczytów bohaterstwa i godności.
Nie dali spokoju nawet rannym w walce, którzy znajdowali się w różnych szpitalach miasta. Zaczęli ich szukać jak sępy polujące na ofiarę. W Centro Gal-lego wdarli się aż na salę operacyjną w chwili, gdy dwóm ciężko rannym dokonywano transfuzji krwi. Ściągnęli ich ze stołów, a ponieważ nie mogli utrzymać się na nogach, zawleczono ich po schodach na parter, dokąd dotarli już martwi.
Nie mogli uczynić tego samego w Colonia Espańola, gdzie leżeli towarzysze Gustavo Arcos i Jose Ponce, ponieważ odważnie przeciwstawił im się doktor Posada, mówiąc, że mogą przejść tylko po jego trupie.
Pedro Miretowi, Abelardowi Crespo i Fidelowi La-bradorowi wstrzyknęli powietrze i kamforę do żył, ażeby ich w ten sposób zabić. Zawdzięczają oni życie kapitanowi Tamayo, lekarzowi wojskowemu i prawdziwie honorowemu oficerowi, który grożąc pistoletem, wyrwał ich z rąk oprawców i przeniósł ich do innego szpitala. Tych pięciu młodych ludzi to jedyni ranni, którym udało się przeżyć.
O świcie grupy ludzi zostały wyprowadzone z koszar i przewiezione do Siboney, La Maya, Songo i w inne miejsca, gdzie na odludziu, skutych i z zawiązanymi ustami, zdeformowanych już przez tortury, postanowiono zabić; mówiono potem, że zginęli w starciu z wojskiem! Czyniono tak przez kilka dni i tylko niewielu spośród aresztowanych udało się przeżyć. Wielu zmuszono do wykopania sobie własnych grobów. Jeden z młodych ludzi, wykonujących tę czynność, odwrócił się i ostrym narzędziem napiętnował twarz mordercy. Innych pogrzebano żywcem, z rękami związanymi do tyłu.
Wiele odludnych miejsc stało się cmentarzami tych dzielnych bojowników. Na samej tylko strzelnicy wojskowej pogrzebano ciała pięciu ludzi. Pewnego dnia nastąpi ekshumacja ich zwłok i lud zaniesie je na ramionach pod pomnik, który wolna ojczyzna wzniesie obok grobu Martiego Męczennikom Stulecia.
Ostatnim zamordowanym w rejonie Santiago de Cu-ba był Marcos Marti. Schwytano go w jaskini w Siboney w czwartek 30 lipca rano wraz z towarzyszem Ciro Redondo. Gdy prowadzili ich szosą, z rękami podniesionymi do góry, pierwszemu z nich strzelili w plecy i leżącego już na ziemi dobili kilkoma dalszymi wystrzałami. Drugiego doprowadzili do koszar, tam zaś major Perez Chaumont zawołał na jego widok: "A tego po co mi przyprowadziliście?!" Sąd mógł wysłuchać relacji o tym wydarzeniu z ust owego młodzieńca, który przeżył dzięki - jak określił to Perez Chaumont - "głupocie żołnierzy*.
To samo hasło obowiązywało w całej prowincji. W dziesięć dni po 26 lipca jedna z gazet, ukazujących się w tym mieście, opublikowała wiadomość, że przy szosie prowadzącej z Manzanillo do Bayamo znaleziono powieszonych dwóch młodych ludzi. Później okazało się, że byli to Hugo Camejo i Pedro Vślez.
Tam też rozegrała się inna okrutna historia. O drugiej nad ranem z koszar w Manzanillo wywieziono trzech jeńców. Na szosie kazano im wysiąść, a następnie po pobiciu do nieprzytomności uduszono powrozem. Kiedy porzucono ich jako martwych, jeden z nich, Andrśs Garcia, odzyskał jednak przytomność. Znalazł on schronienie w chacie pewnego chłopa. I tak oto również dzięki niemu sąd mógł dowiedzieć się o tej zbrodni ze wszystkimi szczegółami. Młodzieniec ten ocalał jako jedyny ze wszystkich jeńców, których wzięto w rejonie Bayamo.
Nad Rio Cauto w miejscu zwanym Barrancas spoczywają na dnie wyschniętej studni zwłoki Raula de Aguiara, Armando del Valle i Andrśsa Valdćsa, zamordowanych o północy na drodze z Alto Cedro do oPalma Soriano przez sierżanta Montesa de Ocę, dowódcę posterunku, kaprala Maceo i komendanta-po-rucznika Alto Cedro z koszar Miranda, w których nasi bojownicy byli przetrzymywani w areszcie.
Na zaszczytną wzmiankę w annałach zbrodni zasłużył sobie sierżant Eulalio Gonzalez z koszar Moncada, zwany "Tygrysem". Człowiek ten nie miał później żadnych wyrzutów sumienia i wręcz przechwalał się swoimi smutnymi wyczynami. To on własnymi rękami zamordował naszego towarzysza Abla Santamarię. Nie był jednak jeszcze dostatecznie ukontentowany. Toteż pewnego dnia, gdy wracał z więzienia w Boniato, gdzie na podwórzu hoduje rasowe koguty, wsiadł do tego samego autobusu, którym jechała matka Abla. Kiedy potwór ten zorientował się, z kim ma do czynienia, na cały głos zaczął opowiadać o swoich bohaterskich wyczynach. W pewnej chwili rzekł na tyle głośno, by kobieta w żałobie mogła go usłyszeć: "Bo ja wyłupiłem wiele oczu i mam zamiar dalej je wyłupywać." Szloch owej matki wywołany przez obelżywy afront samego mordercy jej syna lepiej niż jakiekolwiek słowo wyraża bezprecedensowe upodlenie moralne naszej ojczyzny.
Tym samym matkom, gdy przybywały pod koszary Moncada i pytały o swoich synów, odpowiadano z niesłychanym cynizmem: "Jeśli chce go pani zobaczyć, to proszę bardzo! Proszę się udać do hotelu Santa Ifi-genia16, gdzie daliśmy mu gościnę." Albo Kuba nie jest Kubą, albo odpowiedzialnych za te czyny spotka straszliwa kara! Ci zdeprawowani ludzie pozwolili sobie wulgarnie obrażać lud, gdy ten zdejmował kapelusze przed zwłokami rewolucjonistów.
Tyle było ofiar, że rząd nie odważył się do tej pory podać pełnej ich liczby. Wiemy, że opublikowane na ten temat dane są zaniżone. Pewne jest, że znają oni nazwiska wszystkich zmarłych więźniów, ponieważ przed zamordowaniem starali się uzyskać ich personalia. Cały ten proces ustalania tożsamości przez Gabinet Narodowy był czystą pantomimą. Część rodzin do dziś nic nie wie o losach swoich synów. Minęły już prawie trzy miesiące, a dlaczego nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa? Pragnę stwierdzić, że trupom przeszukiwano kieszenie, ograbiano ich do ostatniego grosza, zabierano rzeczy osobiste, pierścionki i zegarki, których dziś bezczelnie używają mordercy.
Wysoki Sądzie, sporo z tego, co opowiedziałem, jest wam znane z zeznań moich towarzyszy. Proszę jednak zauważyć, że nie pozwolono stawić się na tej rozprawie wielu świadkom, mogącym złożyć obciążające zeznania, pozwolono im natomiast wziąć udział w innej rozprawie. Brakowało na przykład wszystkich pielęgniarek ze Szpitala Cywilnego, chociaż pracują obok nas, w tym samym budynku. Nie pozwolono im stawić się, ażeby odpowiadając na moje pytania, nie mogły potwierdzić, że oprócz zabójstwa dokonanego na doktorze Mario Muńozie aresztowano tutaj dwudziestu żywych ludzi. Obawiano się, że z przesłuchania świadków mógłbym sporządzić na piśmie nader niebezpieczne dokumenty.
Przyszedł jednak major Pśrez Chaumont i nie mógł uciec. To, co się stało z tym bohaterem walki z ludźmi bezbronnymi, mającymi związane ręce, pozwala nam wyobrazić sobie, co by się wydarzyło w Pałacu Sprawiedliwości, gdyby mnie nie uprowadzono z procesu. Zapytałem go, ilu naszych ludzi poległo w osławionych walkach w Siboney. Zawahał się. Nalegałem, i w końcu odpowiedział mi, że 21. Ponieważ wiem, że walki te nigdy nie miały miejsca, zapytałem go, ilu mieliśmy rannych. Odpowiedział, że ani jednego; wszyscy zginęli. Dlatego zdumiony zapytałem go, czy wojsko użyło bomb atomowych. Wiadomo, że gdzie morduje się strzałem w skroń, tam nie ma rannych. Następnie zadałem mu pytanie, jakie straty poniosło wojsko. Odparł, że mieli dwóch rannych. W końcu zapyta-
łem go, czy któryś z tych rannych zmarł, a on odrzekł, że nie. Poczekałem. Przedefilowali później wszyscy wojskowi, którzy odnieśli rany, i okazało się, że żaden z nich nie został ranny w Siboney.
Ten sam major Pśrez Chaumont, który ledwie się zarumienił, gdy mu przypomniano, że zamordował 21 bezbronnych młodych ludzi, zbudował sobie w Ciu-damar pałac, wart ponad 100 tysięcy pesos. Oto jego skromne oszczędności zgromadzone w ciągu kilku zaledwie miesięcy pomarcowej dyktatury. Jeśli tyle zaoszczędził major, to ile musieli zaoszczędzić generałowie!

Hosted by www.Geocities.ws

1