Fidel Castro
Historia mnie uniewinni cześć 2
W protokołach zeznań zapewne znajduje się wzmianka o pięciu
ustawach rewolucyjnych, które zamierzaliśmy proklamować i obwieścić narodowi
przez radio natychmiast po upadku koszar Moncada. Pułkownik Chaviano, być może,
rozmyślnie zniszczył te dokumenty; ale nie szkodzi, ja jeszcze je pamiętam.
Pierwsza ustawa rewolucyjna przywraca ludowi wszystkie jego prawa zawarte w
konstytucji z 1940 roku, proklamując ją podstawowym dokumentem państwowym aż do
czasu, kiedy naród postanowi ją zmodyfikować lub zastąpić inną. Zadanie
przywrócenia poszanowania zasad konstytucyjnych i wymierzenia przykładnej kary
wszystkim, którzy ją zdradzili, przejmie na siebie - póki nie zostaną wybrane w
drodze wyborów powszechnych nowe władze - ruch rewolucyjny, będący tymczasowym
reprezentantem interesów ludu, do którego wyłącznie należy prawowita władza.
Rewolucjoniści będą sprawować zarówno władzę ustawodawczą, jak i wykonawczą oraz
sądowniczą, nie mając tylko prawa do zmiany samej konstytucji. Trudno o
jaśniejsze sformułowanie naszego stanowiska, pozbawione zarazem wszelkich
demagogicznych chwytów. Rząd powołany przez uczestników walk o-trzymałby
wszystkie uprawnienia niezbędne do skutecznego przeprowadzenia woli ludu i
ustanowienia prawdziwej sprawiedliwości. Od tej chwili władza sądownicza, która
od 10 marca odrzuciła konstytucję i była sprawowana niezależnie od niej, jako
taka musiałaby ustąpić, my zaś przystąpilibyśmy niezwłocznie do ustalenia jej
właściwego składu osobowego, zanim ponownie przejęłaby przyznane jej przez
konstytucję republiki uprawnienia. Gdybyśmy bowiem nie podjęli tych kroków i
oddali ochronę konstytucji w ręce tych, którzy niegodnie odstąpili od niej,
mówienie o powrocie do praworządności byłoby oszustwem, szalbierstwem i nową
zdradą.
Druga ustawa rewolucyjna przyznaje powszechnie prawo własności ziemi plantatorom
trzciny cukrowej, dzierżawcom i połownikom uprawiającym do 5 caballerias gruntu.
Zdecydowano także, iż państwo musiałoby wypłacić poprzednim właścicielom
odszkodowanie na podstawie przeciętnego dochodu, jaki uzyskaliby z tej ziemi w
ciągu 10 lat.
Trzecia ustawa rewolucyjna zapewnia pracownikom wszystkich wielkich
przedsiębiorstw przemysłowych, ' handlowych, górniczych oraz cukrowniom prawo do
30 proc. zysków. Wyjątek stanowiłyby przedsiębiorstwa o charakterze czysto
rolniczym, ponieważ ich miały dotyczyć inne ogłoszone wkrótce ustawy adresowane
do pracowników agrarnych.
Czwarta ustawa rewolucyjna zapewnia wszystkim plantatorom trzciny cukrowej prawo
do udziału w jej zbiorach w wysokości 55 proc. oraz ustala jej minimalną ilość
do przerobu na 40 tysięcy arrobas. co obowiązuje wszystkich drobnych
plantatorów, którzy uprawiali ją w ciągu co najmniej ostatnich trzech lat.
Piąta ustawa rewolucyjna nakazuje konfiskatę całego mienia wszystkich
malwersantów za wszystkich rządów; dotyczy to również spadkobierców mienia
zdobytego w sposób bezprawny. Realizacją tej ustawy miały zająć się specjalne
sądy, mające nieograniczony dostęp do wszelkich dokumentów, które należałoby
zbadać. Sądy te mogłyby ingerować w działalność wszystkich spółek rodzimych lub
obcych działających na naszym terenie, podejrzanych o zdobycie swego mienia w
sposób nielegalny. Sądy mogłyby też domagać się od obcych rządów ekstradycji
osób i sekwestracji mienia. Połowę wartości odzyskanego w ten sposób mienia
przeznaczono by na fundusz emerytalny dla robotników, drugą połowę ofiarowano by
szpitalom, domom starców i sierocińcom.
Oświadczono również, że polityka międzynarodowa Kuby w Ameryce będzie bazowała
na ścisłej solidarności z demokratycznymi narodami tego kontynentu. Ludzie
prześladowani za swoje przekonania polityczne przez krwawe rządy tyranów,
uciskające bratnie kraje, znajdą życzliwy azyl, braterską miłość i środki do
życia w kraju Martiego, a nie - jak to dzieje się dziś, kiedy są narażeni na
prześladowania, głód i zdradę. Kuba miała być bastionem wolności, a nie
haniebnym ogniwem despotyzmu.
Ustawy te zostałyby ogłoszone natychmiast. Po zakończeniu walki zaś wydano by
szereg innych ważnych zarówno pod względem treści, jak i zasięgu oddziaływania
ustaw i zarządzeń, także o zasadniczym znaczeniu, jak: reforma rolna, gruntowna
reforma systemu oświaty, nacjonalizacja towarzystw elektryczności i telefonów,
przy czym użytkownikom zwróciłoby się bezprawnie pobrane przez te towarzystwa
nadmierne opłaty, zaś skarbowi państwa wszystkie sumy, które te towarzystwa
wyłudziły z funduszów publicznych.
Wszystkie te ustawy, podobnie jak i inne, ściśle realizują w swej istocie dwa
podstawowe artykuły naszej konstytucji. Pierwszy z nich zaleca zlikwidowanie
własności obszarniczej. W związku z tym ustawa określałaby, jaka jest górna
granica ilości ziemi, którą mogą posiadać poszczególne osoby lub też osoby
prawne, w zależności od rodzaju gospodarstwa rolnego. Należałoby też podjąć
kroki zmierzające do zwrócenia ziemi Kubańczykom. Drugi artykuł kategorycznie
zaleca państwu wykorzystanie wszelkich środków, jakimi dysponuje, aby dać pracę
wszystkim ludziom potrzebującym jej oraz zapewnić godziwą egzystencję każdemu
pracownikowi fizycznemu i umysłowemu.
Żadna przeto ze wspomnianych wyżej dwóch ustaw nie może być określona jako
niekonstytucyjna. Pierwszy rząd wyłoniony na mocy pierwszych wolnych wyborów
musi podporządkować się tym ustawom nie tylko dlatego, że ma moralne
zobowiązania wobec narodu, lecz również dlatego, że gdy naród osiąga to, czego
głęboko pragnął od wielu pokoleń, nie ma na świecie takiej siły, która
potrafiłaby mu jego zdobycze wydrzeć.
Problem ziemi, problem uprzemysłowienia, problem bezrobocia, problem
mieszkaniowy, problemy oświaty i problem zdrowia publicznego - oto konkretnie
sześć zagadnień, których rozwiązaniu przede wszystkim poświęcilibyśmy wszystkie
nasze wysiłki. Równocześnie w myśl zasad demokracji przywrócilibyśmy wszystkie
swobody obywatelskie.
Wywody te mogą się wydać chłodne i teoretyczne komuś, kto nie zna tragicznej
wręcz sytuacji w tych sześciu dziedzinach. A trzeba tu jeszcze dodać
niesłychanie upokarzający ucisk polityczny.
85 proc. drobnych rolników kubańskich płaci czynsz dzierżawny i żyje w stałej
obawie przed wypędzeniem z ziemi, którą uprawia. Przeszło połowa
najżyźniej-szych gruntów znajduje się w obcych rękach. Posiadłości amerykańskich
United Fruit Company i West Indian Company w największej prowincji Oriente
rozciągają się od północnego wybrzeża do południowego. 200 tysięcy rodzin
chłopskich nie posiada ani skrawka ziemi, którą mogłyby uprawiać, by nakarmić
swe głodne dzieci, podczas gdy około 300 tysięcy caballerias ziem uprawnych,
należących do potężnych właścicieli, leży odłogiem.
Skoro Kuba jest krajem wybitnie rolniczym, skoro rolnicy stanowią znaczną część
ludności, a miasta zależne są od wsi, skoro wieś zapoczątkowała naszą wojnę o
niepodległość, a wielkość i pomyślność naszego narodu zależą od zdrowego i
silnego chłopstwa, które by kochało swoją ziemię i umiało ją uprawiać, oraz od
państwa, które opiekowałoby się i kierowało nim, to jakże może trwać nadal
obecny stan rzeczy?
Jeśli nie liczyć niewielkiego przemysłu spożywczego, drzewnego i włókienniczego,
Kuba jest nadal producentem surowców. Eksportujemy cukier, aby importować
cukierki, eksportujemy skóry, aby importować obuwie, eksportujemy rudę żelaza,
by importować pługi. Wszyscy zgodzą się z tym, że trzeba jak najszybciej
uprzemysłowić kraj, że potrzebny jest nam przemysł hutniczy, papierniczy,
chemiczny, że musimy ulepszyć metody hodowli bydła i uprawy rolnej, a także
produkcję naszego przemysłu spożywczego, aby sprostać groźnej konkurencji
europejskich serów, mleka skondensowanego, napojów orzeźwiających i oliwy, jak
również północnoamerykańskiej konkurencji w produkcji konserw. Wszyscy zgodzimy
się z tym, że potrzebne nam są statki handlowe, że turystyka powinna stać się
dla nas potężnym źródłem dochodu. Ale posiadacze kapitału chcą, aby robotnicy
pozostawali nadal w klaudyjskim jarzmie. Państwo zaś nie robi w tych dziedzinach
nic, a uprzemysłowienie odłożono ad calendas Graecas.
Równie tragicznie przedstawiają się warunki mieszkaniowe. Na Kubie jest 200
tysięcy szałasów i lepianek. 400 tysięcy rodzin na wsi i w miastach żyje
stłoczonych w barakach i kamienicach czynszowych, pozbawionych podstawowych
urządzeń sanitarnych. 2200 tysięcy naszej ludności miejskiej wydaje na komorne
od jednej piątej do jednej trzeciej swoich zarobków miesięcznych. 2800 tysięcy
naszej ludności wiejskiej lub zamieszkałej w okolicach podmiejskich pozbawione
jest elektryczności.
I tu wyłaniają się te same problemy. Kiedy państwo zamierza obniżyć czynsze,
właściciele nieruchomości natychmiast grożą sparaliżowaniem budownictwa
mieszkaniowego. Jeśli natomiast państwo nie ingeruje w ich poczynania, to budują
oni jedynie tak długo, dopóki udaje im się osiągnąć wysokie czynsze, w
przeciwnym razie bowiem nie położą ani jednej cegły, choćby nawet cała reszta
ludności miała mieszkać pod gołym niebem. Tak samo postępują monopole
elektryczne, które rozbudowują sieć elektryczną tylko wtedy, kiedy mogą otrzymać
zadowalające zyski; poza tym nic więcej ich nie obchodzi, nawet gdyby ludzie do
końca życia mieli mieszkać w ciemnościach. Państwo zaś nic nie robi, a ludność
nadal nie ma ani mieszkań, ani elektryczności.
Nasz system oświaty znakomicie uzupełnia ten obraz. Czy na wsi, gdzie guajiro11
nie jest właścicielem uprawianej przez siebie ziemi, potrzebne są szkoły
rolnicze? Czy w mieście, gdzie nie ma przemysłu, potrzebne są szkoły techniczne
lub przemysłowe? Wszystko to mieści się w ramach tej samej absurdalnej logiki:
jeśli nie ma jednej rzeczy, to nie może być i drugiej. W którymś z małych krajów
europejskich istnieje ponad 200 szkół technicznych. Na Kubie natomiast jest
zaledwie 6 takich szkół, a chłopcy, którzy je kończą, nie mogą znaleźć pracy. Do
szkółek wiejskich uczęszcza zaledwie połowa dzieci w wieku szkolnym. Dzieci te
są bose, półnagie, niedożywione. I bardzo często nauczyciel sam kupuje niezbędne
pomoce szkolne. Czy w takich warunkach można budować silną ojczyznę? Tylko
śmierć może wyzwolić z takiej nędzy! I w tym względzie państwo okazuje się
wielce pomocne. 90 proc. dzieci wiejskich jest nękanych przez pasożyty, które
przedostają się do ich organizmu za pośrednictwem bosych stóp. Opinia publiczna
bywa wstrząśnięta wiadomością o porwaniu czy zamordowaniu małego dziecka, ale
zachowuje zbrodniczą obojętność w obliczu masowego mordu tylu tysięcy dzieci,
które umierają co roku w straszliwych cierpieniach wskutek braku pomocy. Ich
niewinne oczy, w których czai się już śmierć, zdają się spoglądać w
nieskończoność i prosić Boga, aby wybaczył dorosłym ich samolubstwo i
powściągnął swój gniew. A w jaki sposób ojciec rodziny, który pracuje tylko
cztery miesiące w roku, może kupić odzież i lekarstwa dla swych dzieci? Jego
dzieci chorują na krzywicę, a kiedy osiągają trzydziesty rok życia, nie mają już
ani jednego zdrowego zęba.
I chociaż chłop ten wysłucha 10 milionów przemówień politycznych, umrze w nędzy
i oszukany. Dostać się do któregoś ze stale przepełnionych szpitali państwowych
można tylko z polecenia jakiegoś wpływowego polityka, który w zamian za to
zażąda od owego nieszczęśnika poparcia go w wyborach zarówno przez niego, jak i
przez jego rodzinę, a wszystko po to, by na Kubie nadal nic się nie zmieniło
albo też zmieniło się na gorsze.
W świetle tych faktów łatwo zrozumieć, dlaczego od maja do grudnia milion ludzi
jest bez pracy. Licząca pięć i pół miliona ludności Kuba ma teraz więcej
bezrobotnych niż Francja i Włochy, a każdy z tych krajów liczy przeszło 40
milionów ludności.
Kiedy sądzicie oskarżonego o kradzież, panowie sędziowie, to nie pytacie go, od
jak dawna jest bez pracy, ile ma dzieci, przez ile dni w tygodniu jada, nie
interesujecie się wcale warunkami bytowymi środowiska, w którym on żyje.
Posyłacie go do więzienia, poświęciwszy mu niewiele czasu. Nie idą tam bogaci,
którzy palą magazyny i sklepy, ażeby otrzymać odszkodowanie z tytułu
ubezpieczenia. I chociaż często spalają się tam także i ludzie, to właściciele
tych magazynów mają dość pieniędzy, by opłacić adwokatów i przekupić sędziów.
Posyłacie do więzienia nieszczęśnika kradnącego z głodu, ale żaden z setek
złodziei, którzy ukradli państwu miliony, nigdy nie spędził nawet jednej nocy za
kratami. W noc sylwestrową spożywacie z nimi kolację w jakimś arystokratycznym
lokalu i cieszą się oni waszym szacunkiem.
Kiedy na Kubie urzędnik staje się z dnia na dzień milionerem i wstępuje do
bractwa bogatych, mógłby być przyjęty słowami owej opływającej w bogactwo
osobistości z książki Balzaka, Tailiefera, który wzniósł taki oto toast na cześć
młodzieńca dziedziczącego ogromną fortunę: "Panowie, wypijmy za potęgę złota!
Pan Valentin, sześciokrotny milioner, wstąpił właśnie na tron. Jest królem, jest
wszechmocny, stoi ponad wszystkim, jak to bywa z bogaczami. W rezultacie równość
wobec prawa, którą zapewnia konstytucja, będzie dla niego mitem, nie będzie on
podlegał prawu, lecz prawo jemu będzie podlegać. Dla milionerów nie istnieją
sądy ani sankcje."
Przyszłość kraju i rozwiązanie dręczących go problemów nie może zależeć nadal od
egoistycznych interesów tuzina finansistów ani też od kalkulowanych na zimno
zysków, jakie osiągnie dziesięciu czy dwunastu magnatów, siedząc w swych
wyposażonych w urządzenia klimatyzacyjne biurach. Kraj nie może nadal czekać na
cud, modląc się na kolanach do kilku złotych cielców, podobnych biblijnemu,
którego w napadzie świętego gniewu zniszczył prorok. Złote cielce nie są w
stanie zdziałać żadnego cudu. Wszystkie problemy będą mogły być rozwiązane tylko
wówczas, gdy walce o republikę poświęcimy się z taką energią, uczciwością i
patriotyzmem, jakie cechowały naszych oswobodzicieli, gdy ją tworzyli.
Problemów tych nie rozwiążemy przy pomocy takich mężów stanu, jak Carlos
Saladrigas, którego polityka polegała na zachowaniu status quo i wygłaszaniu
frazesów w rodzaju: "nieograniczona swoboda działalności gospodarczej gwarancją
dla zainwestowanych kapitałów" czy też "prawo podaży i popytu". Tacy ministrowie
potrafią gawędzić beztrosko w luksusowej posiadłości przy Quinta Avenida tak
długo, aż nie pozostanie nawet proch z kości tych nieszczęsnych, których
bolączki domagają się natychmiastowego wyleczenia. W dzisiejszym świecie
problemy społeczne nie rozwiążą się samoistnie.
Rząd rewolucyjny, mający za sobą poparcie i szacunek narodu, natychmiast po
usunięciu skorumpowanych urzędników ze wszystkich instytucji przystąpiłby do
uprzemysłowienia kraju, wykorzystując w tym celu kapitały Banku Narodowego,
Banku Rolnego, Banku Przemysłowego oraz Banku Inwestycyjnego szacowane obecnie
na około 1500 min dol. Całe to gigantyczne przedsięwzięcie zostałoby rozważone,
zaplanowane, pokierowane i zrealizowane przez ludzi kompetentnych, będących poza
podejrzeniami o jakiekolwiek machinacje polityczne.
Po nadaniu na własność 100 tysiącom drobnych rolników ziemi, którą obecnie
dzierżawią, rząd rewolucyjny przystąpiłby natychmiast do definitywnego
rozwiązania kwestii rolnej. Przede wszystkim zająłby się on ustaleniem, zgodnie
z konstytucją, maksymalnego obszaru ziemi dla każdego typu gospodarstwa rolnego,
wywłaszczeniem pozostałej części ziemi, odebraniem gruntów ukradzionych państwu,
osuszeniem bagien i terenów podmokłych, założeniem wielkich szkółek nasiennych i
zarezerwowaniem obszarów pod zalesienie. Następnie dokonałby on podziału ziemi
pomiędzy rodziny chłopskie, przede wszystkim wielodzietne, utworzyłby
spółdzielnie rolne, aby mogły one wspólnie korzystać z drogiego sprzętu
technicznego oraz z pomocy fachowców w zakresie uprawy roli i hodowli bydła. Na
koniec zapewniłby chłopom kredyty, sprzęt gospodarczy, opiekę i fachową pomoc.
Rząd rewolucyjny rozwiązałby problem mieszkaniowy poprzez obniżenie o połowę
komornego, zwolnienie od wszelkich podatków domów zamieszkanych jedynie przez
właścicieli, trzykrotne zwiększenie podatków od domów czynszowych, zburzenie
ruder i wybudowanie nowoczesnych wielopiętrowych bloków oraz sfinansowanie
budownictwa mieszkaniowego na całej wyspie w dotąd nie spotykanej skali. Jako
kryterium przyjmie się zasadę, że tak jak na wsi ideałem dla każdej rodziny
winno być posiadanie własnego kawałka ziemi, tak w mieście - domku lub
mieszkania. Mamy dość cegieł i aż nadto rąk do pracy, aby wybudować przyzwoite
mieszkanie dla każdej rodziny kubańskiej.
Ale jeśli nadal będziemy oczekiwać na cud złotego cielca, minie tysiąc lat, a
problem pozostanie ten sam. Równocześnie istnieją dzisiaj większe niż
kiedykolwiek możliwości doprowadzenia elektryczności do najdalszych zakątków
wyspy, ponieważ realnym stało się zastosowanie energii jądrowej w tej gałęzi
przemysłu, co ogromnie obniży koszty produkcji.
Po wprowadzeniu w życie tych trzech projektów reform zniknie automatycznie
problem bezrobocia, a profilaktyka i walka z chorobami będą znacznie ułatwione.
Wreszcie, rząd rewolucyjny przystąpi do gruntownej reformy systemu oświaty,
która uzupełni poprzednie projekty. A wszystko to ma na celu wychowanie pokoleń,
których udziałem będzie życie w szczęśliwej ojczyźnie. Nie zapominajmy słów
"Apostoła": "W Ameryce Łacińskiej popełnia się nader poważny błąd. Narody żyjące
prawie wyłącznie z płodów rolnych kształci się jedynie z myślą o życiu w
mieście, a nie przygotowuje się ich do życia na wsi". "Najszczęśliwszy naród
jest ten, który swoje dzieci uczy samodzielnego myślenia i postępowania zgodnie
ze swoimi uczuciami". "Naród oświecony zawsze będzie silny i wolny".
Duszą całej oświaty jest nauczyciel, a na Kubie nauczyciele są nędznie opłacani;
mimo to człowiekiem, który najbardziej kocha swoje powołanie, jest nauczyciel
kubański. Któż z nas nie poznał pierwszych liter w szkole państwowej? Czas
najwyższy przestać dawać jałmużnę mężczyznom i kobietom, którym powierza się
najświętszą misję w świecie dzisiejszym i przyszłym - misję oświaty.
Żaden nauczyciel nie powinien zarabiać mniej niż 200 pesos miesięcznie; jeśli
chcemy, aby oddali się oni wyłącznie swojej wzniosłej misji, muszą być wolni od
wszelkiego niedostatku i niewygód. Ponadto nauczyciele pracujący na wsi powinni
korzystać z bezpłatnych przejazdów, a przynajmniej co pięć lat każdy z nich
powinien otrzymać 6-miesięczny płatny urlop, aby mógł uzupełnić swoje
wykształcenie na specjalnych kursach w kraju lub za granicą, dzięki czemu by
poznał najnowsze kierunki pedagogiczne oraz ulepszył swoje programy i systemy
nauczania.
Skąd weźmiemy na to wszystko pieniądze? Kiedy nie będzie się sprzeniewierzać
funduszu państwowego, kiedy nie będzie sprzedajnych urzędników, przekupywanych
przez wielkie towarzystwa przemysłowe, na czym cierpi skarb państwa, kiedy
ogromne zasoby naszego kraju zostaną wykorzystane, kiedy przestanie się kupować
czołgi, bombowce i działa dla państwa, które nie ma granic do obrony, tylko po
to, aby walczyć przeciwko ludowi, a zamiast dać mu oświatę, zabijać go; kiedy
tego wszystkiego nie będzie - będziemy mieli aż nadto pieniędzy.
Kuba z łatwością mogłaby wyżywić ludność trzy razy liczniejszą niż obecnie. Nie
ma więc żadnego usprawiedliwienia dla tej nędzy, w jakiej żyje lud. Rynek
powinien obfitować w towary. Każda spiżarnia domowa powinna być pełna. Wszyscy
powinni pracować. Nie, to nie jest nieprawdopodobne. Nieprawdopodobne jest to,
że ludzie kładą się spać głodni, podczas gdy ziemie leżą odłogiem.
Nieprawdopodobne jest to, że dzieci umierają z braku opieki lekarskiej. A
prawdopodobne jest to, że 30 proc. naszych chłopów nie umie się podpisać, a 99
proc. nie wie nic o historii Kuby.
Nieprawdopodobne jest to, że większość rodzin na wsi żyje obecnie w warunkach
gorszych, niż żyli Indianie, kiedy Kolumb odkrył tę ziemię, "najpiękniejszą,
jaką oczy ludzkie widziały".
Tym, którzy nazwą mnie marzycielem, odpowiem słowami Martiego: "Prawdziwy
człowiek nie spogląda tam, gdzie łatwiej się żyje, ale tam, gdzie wzywa go
obowiązek; człowiekiem praktycznym jest tylko ten, którego dzisiejsze marzenie
stanie się jutro prawem, bo ten, kto ogarnia wzrokiem całokształt spraw świata i
widzi, jak w tyglu stuleci narody wrzały, płonęły i wykrwawiały się, wie, że
przyszłość wyłącznie jest tam, gdzie obowiązek".
Dopiero wówczas, gdy uświadomimy sobie, jak szczytne ideały przyświecały tym
młodym ludziom, którzy polegli w Santiago, jesteśmy w stanie zdać sobie sprawę z
ogromu ich bohaterstwa.
Jedynie brak dostatecznych środków materialnych udaremnił nasz niechybny sukces.
Gdy reżym oznajmił żołnierzom, że Prio 12 dał nam milion dolarów, to uczynił to
w celu wypaczenia najbardziej istotnego dla nich faktu, a mianowicie, iż nasz
ruch nie miał żadnych powiązań z dawniejszymi politykami. Rząd usiłował nie
dopuścić do świadomości żołnierzy, że reprezentujemy nowe pokolenie Kubańczyków,
pokolenie, które w walce o swe ideały powstało przeciwko tyranii, a które w roku
1934, gdy Batista popełnił swą pierwszą zbrodnię 13, liczyło zaledwie siedem
lat...
Fałszywa pogłoska o milionie pesos nie mogła być bardziej absurdalna. Jeżeli nie
mając nawet dwudziestu tysięcy pesos, uzbroiliśmy 165 ludzi oraz zaatakowaliśmy
jeden pułk i jeden szwadron, to mając milion pesos, moglibyśmy byli uzbroić
osiem tysięcy ludzi, zaatakować pięćdziesiąt pułków i pięćdziesiąt szwadronów, a
Ugalde Carrillo nie dowiedziałby się o tym aż do 26 lipca do godziny 5.15.
Wiedzcie, że na każdego człowieka, który stanął do walki, przypadało dwudziestu
doskonale wyszkolonych ludzi, którzy nie wzięli w niej udziału, bo nie było dla
nich broni. Ludzie ci przemaszerowali ulicami Hawany, biorąc udział w
manifestacji studenckiej z okazji obchodów setnej rocznicy urodzin Martiego.
Dwustu ludzi więcej, którzy mogliby stanąć do walki, a ściślej: dwadzieścia
granatów ręcznych w naszym uzbrojeniu, a zapewne zaoszczędzilibyśmy wysokiemu
sądowi tylu kłopotów.
Politycy wydają miliony pesos w swoich kampaniach, by przekupić ludzi, a garstka
Kubańczyków, którzy pragnęli ocalić honor ojczyzny, musiała z gołymi rękami
stawiać czoło śmierci z powodu braku środków. Oto dlaczego do tej pory rządzą
krajem nie ludzie szlachetni i pełni poświęcenia, lecz dzierży władzę półświatek
politykierów, przestępcza mafia naszego życia publicznego.
Z większą niż kiedykolwiek dumą oświadczam, że byliśmy wierni naszym zasadom i
że żaden wczorajszy polityk nie widział, żebyśmy pukali do jego drzwi, prosząc
choćby o grosz. Nasze zasoby zostały zgromadzone dzięki poświęceniu, które nie
ma precedensu. Tak było w przypadku pewnego młodzieńca o nazwisku Elpidio Sosa,
który sprzedał swoje stanowisko pracy i przybył pewnego dnia do mnie z trzystoma
pesos "dla sprawy". Tak postąpił Fernando Chenard, który sprzedał swój zakład
fotograficzny, zapewniający mu utrzymanie. Również Pedro Marrero zapożyczył się
na sumę odpowiadającą jego wielomiesięcznym zarobkom i trzeba było mu zakazać
wyprzedaży mebli z własnego domu. Oscar Alcalde sprzedał swoje laboratorium
produktów farmaceutycznych. Jesus Montanś przekazał pieniądze zaoszczędzone
przez ponad pięć lat. Można byłoby wymienić jeszcze wielu innych, z których
każdy zrezygnował z tego maleńkiego majątku, jaki posiadał.
Trzeba bardzo mocno kochać swą ojczyznę, żeby w ten sposób postąpić. Toteż
pamięć o tym każe mi przejść bezpośrednio do najbardziej gorzkiego rozdziału
niniejszej obrony: do przedstawienia ceny, jaką kazała im zapłacić tyrania za
to, że pragnęli wyzwolić Kubę od ucisku i niesprawiedliwości.
Zmarli ukochani, którzyście pewnego dnia
Marzeniem byli ojczyzny mojej.
Rozsypcie, rozsypcie na moim czole
Proch waszych kości spopielałych!
Weźcie moje serce w dłonie!
Jęczcie w moich uszach!
Niechaj będzie każdy z tych jęków
Łzą jeszcze jednego tyrana!
Kroczcie wokół, stąpajcie, póki
Mój byt waszego ducha nie wchłonie.
I bijcie mi z grobów na trwogę
Bo na niewiele zda się zalewać łzami
Gdy w niewoli haniebnej żyję!
Jose Marti
Pomnóżcie przez dziesięć zbrodnię z 27 listopada 1871 roku, a
otrzymacie potworną i odrażającą zbrodnię z 26, 27, 28 i 29 lipca 1953 roku,
popełnioną w Oriente. Niedawne to wydarzenia, lecz gdy przeminą lata i niebo
ojczyzny rozjaśni się, gdy rozpalone umysły ogarnie spokój, a strach nie będzie
targał serc, ujrzymy w całym straszliwym wymiarze ogrom masakry, a przyszłe
pokolenia kierować będą zatrwożone spojrzenie ku temu dziełu barbarzyństwa,
które nie ma sobie równego w naszej historii.
Nie chcę jednak, by zaślepił mnie gniew, ponieważ potrzebna jest mi jasność
umysłu i spokój w sercu, ażeby zgodnie z prawdą móc przedstawić przebieg
wydarzeń w sposób maksymalnie prosty i bez przesadnego dramatyzmu. Jako
Kubańczykowi wstyd mi, że garstka ludzi pozbawionych wszelkich zasad i uczuć
swoją nieobliczalną zbrodnią zbeszcześciła naszą Ojczyznę w oczach świata.
Tyran Batista nie był nigdy człowiekiem mającym skrupuły, toteż nie wahał się
nigdy mówić ludowi najbardziej fantastycznych kłamstw. Gdy pragnął
usprawiedliwić zdradziecki pucz z 10 marca, wymyślił zamach stanu, jakiego
rzekomo usiłowało dokonać w kwietniu wojsko, a któremu "on przeciwstawił się
zbrojnie, ażeby republika nie została utopiona we krwi". Śmieszna to historyjka,
w którą nikt nie uwierzył. A gdy zapragnął utopić republikę we krwi oraz przy
pomocy terroru, tortur i zbrodni zdławić słuszną rebelię młodzieży, która nie
chciała być mu posłuszną, wymyślił kłamstwa jeszcze bardziej fantastyczne. Jak
mało ma szacunku dla ludu ten, kto usiłuje go tak nędznie oszukać! W tym samym
dniu, w którym zostałem aresztowany, publicznie wziąłem na siebie
odpowiedzialność za ruch zbrojny z 26 lipca i gdyby choć źdźbło prawdy tkwiło w
tym wszystkim, co powiedział dyktator o naszych bojownikach w swoim przemówieniu
z 27 lipca, to wystarczyłoby ono, by pozbawić mnie na tym procesie siły
moralnej.
Dlaczego jednak nie doprowadzono mnie wtedy na rozprawę? Dlaczego sfałszowano
świadectwo lekarskie o moim stanie zdrowia? Dlaczego pogwałcono wszelkie
przepisy proceduralne i w sposób skandaliczny zignorowano wszystkie decyzje
sądu? Dlaczego czyniono tak niesłychane rzeczy, ażeby za wszelką cenę zapobiec
mojemu pojawieniu się na sali sądowej?
Ja zaś czyniłem też wszystko, co mogłem, ażeby być obecnym. Domagałem się od
sądu, ażeby mnie doprowadzono na rozprawę, w myśl wszelkich przepisów prawnych.
Demaskowałem machinacje, które mi miały to uniemożliwić. Pragnąłem stanąć z
moimi przeciwnikami twarzą w twarz i podjąć dyskusję. Oni tego nie chcieli. Po
czyjej stronie była prawda, a po czyjej jej nie było?
To, co stwierdził dyktator, przemawiając z poligonu koszar Columbia, warte
byłoby śmiechu, gdyby nie było tak bardzo zbrukane krwią. Powiedział, że
napastnicy byli grupą najemników, wśród których znajdowali się liczni
cudzoziemcy. Powiedział on, że głównym założeniem naszego planu był zamach
przeciw niemu - niemu, zawsze niemu - tak, jakby ludzie szturmujący bastiony
Moncady nie mogli zabić go i dwudziestu takich jak on, gdyby zgadzali się z
podobnymi metodami. Powiedział, że zamach został uknuty przez prezydenta Prio i
za jego pieniądze, a dowodziłem już, w sposób aż nadto przekonywający, że między
tym ruchem a poprzednim reżymem nie istniały absolutnie żadne powiązania.
Powiedział on również, że byliśmy uzbrojeni w karabiny maszynowe i granaty
ręczne, a eksperci wojskowi oświadczyli tu, że mieliśmy tylko jeden karabin
maszynowy i ani jednego granatu ręcznego. Powiedział, że poderżnęliśmy gardła
wartownikom, a do akt sprawy dołączone są świadectwa zgonu oraz orzeczenia
lekarskie dotyczące stanu zdrowia rannych żołnierzy, z których to dokumentów
wynika, że żaden z nich nie odniósł obrażeń od białej broni. Co jednak
najważniejsze, powiedział, że zakłuliśmy nożami pacjentów szpitala wojskowego, a
lekarze z tego samego szpitala - a więc sami lekarze wojskowi! - oświadczyli na
rozprawie, że budynek ten w ogóle nie był przez nas okupowany, że żaden pacjent
nie został zabity czy ranny i że była tam tylko jedna ofiara, a mianowicie
pewien sanitariusz, który nieostrożnie wychylił się przez okno.
Gdy szef państwa czy ktoś, kto za takiego chce uchodzić, składa jakieś
oświadczenie, to nie czyni tego, żeby tylko mówić, lecz dąży zawsze do jakiegoś
celu, pragnie zawsze wywołać określony skutek, powodowany jest zawsze pewną
intencją. Jeżeli zostaliśmy już pokonani militarnie, jeżeli nie stanowiliśmy już
realnego niebezpieczeństwa dla dyktatury, dlaczego oczernia się nas w ten
sposób?
Jest rzeczą oczywistą, że było to przemówienie krwiożercze, jest jasne, że miało
ono usprawiedliwić zbrodnie już dokonane minionej nocy oraz te, które miano
dalej popełniać. Niech przemówią za mnie liczby. 27 lipca w przemówieniu
transmitowanym z poligonu wojskowego Batista powiedział, że zamachowcy mieli 32
zabitych, zaś w końcu tygodnia liczba ta wzrosła do ponad 80. W jakich bitwach,
w jakich miejscach, w jakich starciach polegli ci młodzi ludzie? Nim Batista
przemówił, zamordowano 25 jeńców; po przemówieniu Batisty zamordowano 50.
Jakże wielkie jest poczucie honoru u tych wojskowych, skromnych ekspertów oraz
rozmaitych specjalistów, którzy zeznając przed sądem, nie zniekształcili faktów,
a w przedłożonych przez siebie raportach ściśle trzymali się prawdy! Owszem, oni
są wojskowymi, którzy wiedzą, co to honor munduru, oni są prawdziwymi
mężczyznami! Ani prawdziwy wojskowy, ani prawdziwy mężczyzna nie jest zdolny
splamić swojego życia kłamstwem czy zbrodnią. Wiem, że są oni ogromnie wzburzeni
barbarzyńskimi mordami, które popełniono. Wiem, że odrazę i wstyd wzbudza w nich
świadomość, iż zbrodniczo przelano krew, zbryzgując każdy kamień koszar Moncada.
Wzywam dyktatora, żeby przed obliczem sądu powtórzył teraz, jeśli jest w stanie,
swoje nikczemne oszczerstwa i stawił w ten sposób czoło świadectwu tylu
wojskowych obdarzonych poczuciem honoru. Wzywam go, żeby wytłumaczył się wobec
ludu Kuby ze swojego przemówienia z 27 lipca, żeby nie milczał, żeby przemówił.
Wzywam go, żeby powiedział, kim są bezlitośni i nieludzcy mordercy, żeby
powiedział, że Krzyż Honorowy, jaki przypiął na piersiach bohaterów masakry,
miał wynagrodzić odrażające zbrodnie, jakich się dopuszczono. Niech przyjmie od
tej chwili odpowiedzialność przed Historią i nie usiłuje twierdzić potem, że
popełnili je żołnierze, którym on nie wydał rozkazów! Niech wytłumaczy narodowi,
dlaczego popełniono siedemdziesiąt mordów i przelano tyle krwi! Naród potrzebuje
wyjaśnień, naród ich żąda, naród ich się domaga!
Wiadomo, że w 1933 roku, gdy dobiegła końca walka o hotel Nacionalu, niektórzy
oficerowie po złożeniu broni zostali zamordowani, co wywołało energiczny protest
czasopisma "Bohemia". Wiadomo też, że po kapitulacji fortu Atares15 karabiny
maszynowe napastników wystrzelały cały rząd jeńców, a pewien żołnierz,
dopytujący się, który z nich jest Blasem Hernandezem, zamordował go strzałem
prosto w twarz; żołnierz ten za swój tchórzliwy postępek został awansowany do
stopnia oficerskiego. Wiadomo, że w historii Kuby mordowanie więźniów wiąże się
fatalnie z nazwiskiem Batisty. Jakże głupio naiwny byłby ten, kto nie zdawałby
sobie w pełni z tego sprawy! Jednakże w tamtym przypadku wydarzenia te rozegrały
się w ciągu paru minut, tylu, ilu potrzeba na jedną serię z karabinu
maszynowego, gdy umysły ludzkie były jeszcze rozgorączkowane. Inaczej było
obecnie w Santiago de Cuba.
Tutaj okrucieństwo, wściekłość i barbarzyństwo przeszły wszelkie granicę. Nie
mordowano przez minutę, godzinę czy przez cały dzień nawet, ale przez pełny
tydzień, podczas którego bicie, tortury, morderstwa i wystrzały nie ustały ani
na moment; była to zaiste eksterminacja dokonana przez doskonałych rzemieślników
zbrodni. Koszary Moncada stały się miejscem tortur i śmierci, a garstka ludzi
pozbawionych czci uczyniła z munduru wojskowego fartuch rzeźnika. Mury zostały
zbryzgane krwią. W ścianach utkwiły kule razem z kawałkami ludzkiej skóry, mózgu
i włosów, spalonych od strzałów w skroń. Podłoga pokryła się ciemną, lepką
krwią. Zbrodnicze ręce, decydujące o losach Kuby, umieściły dla więźniów u
wejścia do tej jaskini śmierci następujący piekielny napis: "Porzućcie wszelką
nadzieję, stąd nie wyjdziecie".
Nie postarali się nawet o zachowanie pozorów, nie zatroszczyli się nawet o
ukrycie w jakikolwiek sposób tego, co czynili. Sądzili, że lud wierzy w ich
kłamstwa, oszukiwali samych siebie, a w rzeczywistości uważali się za panów i
władców świata, za absolutnych panów życia i śmierci ludzi. Świt witali z
pomordowanymi, skąpani we krwi.
Kroniki naszej historii, sięgającej cztery i pół wieku wstecz, mówią nam o wielu
aktach okrucieństwa, począwszy od masakr bezbronnych Indian, okrucieństw
piratów, którzy napadali na nasze wybrzeża, barbarzyństw kr eolskich najemników
podczas walki o niepodległość, rozstrzeliwań jeńców kubańskich przez wojska
hiszpańskie Weylera, okropności dyktatury Machado aż po zbrodnie z marca 1935
roku. Żaden z owych aktów okrucieństwa nie zapisał jednak stronicy tak smutnej i
posępnej ze względu na liczbę ofiar i okrucieństwo ich katów, jak zbrodnie w
Santiago de Cuba.
Tylko jeden człowiek przez wszystkie te stulecia splamił dwie różne epoki naszej
historii i wbił szpony w ciała dwóch pokoleń Kubańczyków. Przelał on to ogromne
morze krwi akurat w roku obchodów setnej rocznicy urodzin "Apostoła" oraz
50-lecia uzyskania niepodległości przez nasz kraj, która kosztowała tyle istnień
ludzkich i miała przynieść wolność, niezależność i szczęście wszystkim
Kubańczykom. Zbrodnia ta jest tym większa i tym bardziej godna potępienia, że
ciąży na człowieku, który jak udzielny władca przez jedenaście długich lat
rządził tym ludem, tradycyjnie miłującym wolność i z całej duszy piętnującym
zbrodnię, na człowieku, który nie był co więcej ani lojalny, ani uczciwy, ani
honorowy, ani rycerski nawet przez jedną minutę swojego życia.
Nie wystarczyły zdrada ze stycznia 1934 roku, zbrodnie z marca 1935 roku i
czterdziestomilionowa fortuna, która ukoronowała pierwszy etap jego działalności
publicznej. Trzeba było zdrady z marca 1952 roku, zbrodni z lipca 1953 roku i
milionów, których liczbę poznamy kiedyś.
Dante podzielił swoje piekło na dziewięć kręgów: w siódmym osadził zbrodniarzy,
w ósmym - złodziei, w dziewiątym - zdrajców. Twardy orzech do zgryzienia miałyby
diabły, gdyby przyszło im znaleźć miejsce dla duszy tego człowieka, gdyby miał
on duszę! Kto podżegał do okrucieństw, popełnianych w Santiago de Cuba, ten nie
może mieć nawet duszy.
Znam wiele szczegółów na temat sposobu dokonania tych zbrodni z ust niektórych
wojskowych. Pełni wstydu, opowiedzieli mi oni o scenach, których byli świadkami.
Gdy walka dobiegła końca, rzucili się jak rozjuszone bestie na miasto Santiago
de Cuba i na bezbronnej ludności wyładowali swój pierwszy gniew. Na środku
ulicy, daleko od miejsca, w którym walczono, przeszyli kulą pierś niewinnego
dziecka, które bawiło się przed drzwiami swojego domu, a gdy zbliżył się ojciec,
chcąc zabrać jego zwłoki, drugą kulą przestrzelili mu czoło. "Nino" Cala, który
szedł do domu z bochenkiem chleba, ostrzelali bez słowa.
Można by bez końca opowiadać o zbrodniach i gwałtach, jakich dopuszczono się
wobec ludności cywilnej. Jeżeli w ten sposób postępowano z tymi, którzy nie
brali udziału w akcji, to można sobie wyobrazić straszliwy los, jaki spotkał
uwięzionych uczestników walki albo ludzi, których uważano za biorących w niej
udział, ponieważ podobnie jak w tę sprawę zamieszano wiele osób nie mających z
nią nic wspólnego, tak i zabito wielu aresztowanych, którzy nie mieli nic
wspólnego z atakiem na Moncadę. Nie są oni objęci podanymi liczbami ofiar, bo
liczby te odnoszą się wyłącznie do naszych ludzi. Pewnego dnia poznamy jednak
pełną liczbę ofiar.
Pierwszym zamordowanym jeńcem był nasz lekarz, doktor Mario Muńoz, który nie
miał przy sobie broni i nie nosił munduru, lecz fartuch lekarski. Był to
człowiek szlachetny i doskonale znający swoje obowiązki; z takim samym oddaniem
spieszyłby na ratunek rannemu wrogowi, jak towarzyszom walki. W drodze ze
szpitala do koszar strzelono mu w plecy i porzucono leżącego na brzuchu w kałuży
krwi.
Masowa masakra więźniów rozpoczęła się jednak dopiero o trzeciej po południu. Aż
do tej godziny oczekiwano na rozkazy. Z Hawany przybył wówczas generał Martin
Diaz Tamayo, który przywiózł dokładne instrukcje, wydane na posiedzeniu z
udziałem Batisty, dowódcy wojska, szefa SIM, samego Diaza Tamayo i innych.
Powiedział, że wstydem, wręcz hańbą powinien być dla armii fakt, iż poniosła ona
w bitwie trzykrotnie większe straty niż atakujący, wobec czego za każdego
zabitego żołnierza należy zabić dziesięciu więźniów. Taki był rozkaz!
W każdej grupie znajdą się ludzie działający z niskich pobudek, zbrodniarze z
urodzenia, bestie obciążone wszelkimi pradawnymi atawizmami i mające ludzką
postać potwory trzymane na wodzy przez dyscyplinę i normy współżycia
społecznego. Jeżeli jednak pozwoli im się kąpać w morzu krwi, to nie przestaną
tego czynić, dopóki ono nie wyschnie. Ci ludzie potrzebowali właśnie tego
rodzaju rozkazu. Z ich rąk polegli najlepsi synowie Kuby, najmężniejsi,
najbardziej ideowi. Tyran nazwał ich najemnikami, a oni ginęli jak bohaterowie z
rąk ludzi, którzy otrzymują pensję od republiki. Przecież to ona dała im broń,
ażeby jej bronili, a oni tymczasem służą interesom bandy sprawującej władzę i
mordują najlepszych obywateli.
W trakcie okrutnych tortur przyrzekano naszym ludziom zachować ich przy życiu,
jeśli zdradzą swoje ideały i złożą fałszywe oświadczenie, że to Prio dał im
pieniądze. Gdy odrzucili tę propozycję, poddano ich jeszcze straszliwszym
torturom. Miażdżono im jądra i wyłupywano oczy, ale nikt nie przemówił, nie
rozległ się żaden jęk, nie padła żadna skarga.
Nie mogąc złamać odwagi mężczyzn, usiłowano złamać męstwo kobiet. Niosąc na
dłoni zakrwawione oko ludzkie, sierżant z kilkoma ludźmi wszedł do celi, w
której więzione były Melba Hernandez i Haydśe Santamaria. Sierżant powiedział do
Haydśe: "To jest oko twojego brata. Jeśli nie powiesz nam tego, czego on nie
chciał nam powiedzieć, wyłupiemy mu drugie oko". Haydee, która kochała swego
dzielnego brata ponad wszystko, odparła z godnością: "Jeśli mój brat nie
powiedział nic, choć wyłupiliście mu oko, to ja tym bardziej będę milczała".
Wyszli, ale po chwili wrócili, by z kolei ją torturować, przytykając jej do
ramion zapalone papierosy, nie dość na tym, z nienawiścią rzekli: "Nie masz już
narzeczonego, bo jego także zabiliśmy". Z niezmąconym spokojem odpowiedziała:
"On nie umarł, gdyż umrzeć dla swojej ojczyzny znaczy żyć". Nigdy przedtem
kobieta kubańska nie osiągnęła takich szczytów bohaterstwa i godności.
Nie dali spokoju nawet rannym w walce, którzy znajdowali się w różnych
szpitalach miasta. Zaczęli ich szukać jak sępy polujące na ofiarę. W Centro
Gal-lego wdarli się aż na salę operacyjną w chwili, gdy dwóm ciężko rannym
dokonywano transfuzji krwi. Ściągnęli ich ze stołów, a ponieważ nie mogli
utrzymać się na nogach, zawleczono ich po schodach na parter, dokąd dotarli już
martwi.
Nie mogli uczynić tego samego w Colonia Espańola, gdzie leżeli towarzysze
Gustavo Arcos i Jose Ponce, ponieważ odważnie przeciwstawił im się doktor
Posada, mówiąc, że mogą przejść tylko po jego trupie.
Pedro Miretowi, Abelardowi Crespo i Fidelowi La-bradorowi wstrzyknęli powietrze
i kamforę do żył, ażeby ich w ten sposób zabić. Zawdzięczają oni życie
kapitanowi Tamayo, lekarzowi wojskowemu i prawdziwie honorowemu oficerowi, który
grożąc pistoletem, wyrwał ich z rąk oprawców i przeniósł ich do innego szpitala.
Tych pięciu młodych ludzi to jedyni ranni, którym udało się przeżyć.
O świcie grupy ludzi zostały wyprowadzone z koszar i przewiezione do Siboney, La
Maya, Songo i w inne miejsca, gdzie na odludziu, skutych i z zawiązanymi ustami,
zdeformowanych już przez tortury, postanowiono zabić; mówiono potem, że zginęli
w starciu z wojskiem! Czyniono tak przez kilka dni i tylko niewielu spośród
aresztowanych udało się przeżyć. Wielu zmuszono do wykopania sobie własnych
grobów. Jeden z młodych ludzi, wykonujących tę czynność, odwrócił się i ostrym
narzędziem napiętnował twarz mordercy. Innych pogrzebano żywcem, z rękami
związanymi do tyłu.
Wiele odludnych miejsc stało się cmentarzami tych dzielnych bojowników. Na samej
tylko strzelnicy wojskowej pogrzebano ciała pięciu ludzi. Pewnego dnia nastąpi
ekshumacja ich zwłok i lud zaniesie je na ramionach pod pomnik, który wolna
ojczyzna wzniesie obok grobu Martiego Męczennikom Stulecia.
Ostatnim zamordowanym w rejonie Santiago de Cu-ba był Marcos Marti. Schwytano go
w jaskini w Siboney w czwartek 30 lipca rano wraz z towarzyszem Ciro Redondo.
Gdy prowadzili ich szosą, z rękami podniesionymi do góry, pierwszemu z nich
strzelili w plecy i leżącego już na ziemi dobili kilkoma dalszymi wystrzałami.
Drugiego doprowadzili do koszar, tam zaś major Perez Chaumont zawołał na jego
widok: "A tego po co mi przyprowadziliście?!" Sąd mógł wysłuchać relacji o tym
wydarzeniu z ust owego młodzieńca, który przeżył dzięki - jak określił to Perez
Chaumont - "głupocie żołnierzy*.
To samo hasło obowiązywało w całej prowincji. W dziesięć dni po 26 lipca jedna z
gazet, ukazujących się w tym mieście, opublikowała wiadomość, że przy szosie
prowadzącej z Manzanillo do Bayamo znaleziono powieszonych dwóch młodych ludzi.
Później okazało się, że byli to Hugo Camejo i Pedro Vślez.
Tam też rozegrała się inna okrutna historia. O drugiej nad ranem z koszar w
Manzanillo wywieziono trzech jeńców. Na szosie kazano im wysiąść, a następnie po
pobiciu do nieprzytomności uduszono powrozem. Kiedy porzucono ich jako martwych,
jeden z nich, Andrśs Garcia, odzyskał jednak przytomność. Znalazł on schronienie
w chacie pewnego chłopa. I tak oto również dzięki niemu sąd mógł dowiedzieć się
o tej zbrodni ze wszystkimi szczegółami. Młodzieniec ten ocalał jako jedyny ze
wszystkich jeńców, których wzięto w rejonie Bayamo.
Nad Rio Cauto w miejscu zwanym Barrancas spoczywają na dnie wyschniętej studni
zwłoki Raula de Aguiara, Armando del Valle i Andrśsa Valdćsa, zamordowanych o
północy na drodze z Alto Cedro do oPalma Soriano przez sierżanta Montesa de Ocę,
dowódcę posterunku, kaprala Maceo i komendanta-po-rucznika Alto Cedro z koszar
Miranda, w których nasi bojownicy byli przetrzymywani w areszcie.
Na zaszczytną wzmiankę w annałach zbrodni zasłużył sobie sierżant Eulalio
Gonzalez z koszar Moncada, zwany "Tygrysem". Człowiek ten nie miał później
żadnych wyrzutów sumienia i wręcz przechwalał się swoimi smutnymi wyczynami. To
on własnymi rękami zamordował naszego towarzysza Abla Santamarię. Nie był jednak
jeszcze dostatecznie ukontentowany. Toteż pewnego dnia, gdy wracał z więzienia w
Boniato, gdzie na podwórzu hoduje rasowe koguty, wsiadł do tego samego autobusu,
którym jechała matka Abla. Kiedy potwór ten zorientował się, z kim ma do
czynienia, na cały głos zaczął opowiadać o swoich bohaterskich wyczynach. W
pewnej chwili rzekł na tyle głośno, by kobieta w żałobie mogła go usłyszeć: "Bo
ja wyłupiłem wiele oczu i mam zamiar dalej je wyłupywać." Szloch owej matki
wywołany przez obelżywy afront samego mordercy jej syna lepiej niż jakiekolwiek
słowo wyraża bezprecedensowe upodlenie moralne naszej ojczyzny.
Tym samym matkom, gdy przybywały pod koszary Moncada i pytały o swoich synów,
odpowiadano z niesłychanym cynizmem: "Jeśli chce go pani zobaczyć, to proszę
bardzo! Proszę się udać do hotelu Santa Ifi-genia16, gdzie daliśmy mu gościnę."
Albo Kuba nie jest Kubą, albo odpowiedzialnych za te czyny spotka straszliwa
kara! Ci zdeprawowani ludzie pozwolili sobie wulgarnie obrażać lud, gdy ten
zdejmował kapelusze przed zwłokami rewolucjonistów.
Tyle było ofiar, że rząd nie odważył się do tej pory podać pełnej ich liczby.
Wiemy, że opublikowane na ten temat dane są zaniżone. Pewne jest, że znają oni
nazwiska wszystkich zmarłych więźniów, ponieważ przed zamordowaniem starali się
uzyskać ich personalia. Cały ten proces ustalania tożsamości przez Gabinet
Narodowy był czystą pantomimą. Część rodzin do dziś nic nie wie o losach swoich
synów. Minęły już prawie trzy miesiące, a dlaczego nie powiedziano jeszcze
ostatniego słowa? Pragnę stwierdzić, że trupom przeszukiwano kieszenie,
ograbiano ich do ostatniego grosza, zabierano rzeczy osobiste, pierścionki i
zegarki, których dziś bezczelnie używają mordercy.
Wysoki Sądzie, sporo z tego, co opowiedziałem, jest wam znane z zeznań moich
towarzyszy. Proszę jednak zauważyć, że nie pozwolono stawić się na tej rozprawie
wielu świadkom, mogącym złożyć obciążające zeznania, pozwolono im natomiast
wziąć udział w innej rozprawie. Brakowało na przykład wszystkich pielęgniarek ze
Szpitala Cywilnego, chociaż pracują obok nas, w tym samym budynku. Nie pozwolono
im stawić się, ażeby odpowiadając na moje pytania, nie mogły potwierdzić, że
oprócz zabójstwa dokonanego na doktorze Mario Muńozie aresztowano tutaj
dwudziestu żywych ludzi. Obawiano się, że z przesłuchania świadków mógłbym
sporządzić na piśmie nader niebezpieczne dokumenty.
Przyszedł jednak major Pśrez Chaumont i nie mógł uciec. To, co się stało z tym
bohaterem walki z ludźmi bezbronnymi, mającymi związane ręce, pozwala nam
wyobrazić sobie, co by się wydarzyło w Pałacu Sprawiedliwości, gdyby mnie nie
uprowadzono z procesu. Zapytałem go, ilu naszych ludzi poległo w osławionych
walkach w Siboney. Zawahał się. Nalegałem, i w końcu odpowiedział mi, że 21.
Ponieważ wiem, że walki te nigdy nie miały miejsca, zapytałem go, ilu mieliśmy
rannych. Odpowiedział, że ani jednego; wszyscy zginęli. Dlatego zdumiony
zapytałem go, czy wojsko użyło bomb atomowych. Wiadomo, że gdzie morduje się
strzałem w skroń, tam nie ma rannych. Następnie zadałem mu pytanie, jakie straty
poniosło wojsko. Odparł, że mieli dwóch rannych. W końcu zapyta-
łem go, czy któryś z tych rannych zmarł, a on odrzekł, że nie. Poczekałem.
Przedefilowali później wszyscy wojskowi, którzy odnieśli rany, i okazało się, że
żaden z nich nie został ranny w Siboney.
Ten sam major Pśrez Chaumont, który ledwie się zarumienił, gdy mu przypomniano,
że zamordował 21 bezbronnych młodych ludzi, zbudował sobie w Ciu-damar pałac,
wart ponad 100 tysięcy pesos. Oto jego skromne oszczędności zgromadzone w ciągu
kilku zaledwie miesięcy pomarcowej dyktatury. Jeśli tyle zaoszczędził major, to
ile musieli zaoszczędzić generałowie!