Fidel Castro

Historia mnie uniewinni cześć 1

Wysoki Sądzie!
Żaden adwokat nie był nigdy zmuszony do wykonywania swojego zawodu w tak trudnych warunkach. Wobec żadnego oskarżonego nie dopuszczono się nigdy tak wielu strasznych nieprawości. W tym przypadku zarówno adwokat jak i oskarżony to ta sama osoba. Jako adwokat nie mogła ona zapoznać się nawet z aktem oskarżenia, a jako oskarżony od siedemdziesięciu sześciu dni znajduje się w pojedynczej celi, w całkowitej izolacji, wbrew wszelkim zasadom humanitarnym i przepisom prawnym.
Ten, który w tej chwili przemawia, nienawidzi z całego serca śmiesznej próżności i ani stan jego ducha, ani temperament nie usposabiają go do pozowania na trybuna czy do wywoływania jakiejkolwiek sensacji. Byłem zmuszony podjąć się własnej obrony przed tym trybunałem z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że praktycznie pozbawiono mnie jej, po drugie zaś dlatego, że tylko ktoś, kto został tak głęboko zraniony, kto widział tak opuszczoną Ojczyznę i tak upodloną sprawiedliwość, w tego rodzaju sytuacji jak obecna może mówić słowami, które są krwią jego serca i najczystszą prawdą.
Nie brak było szlachetnych kolegów, którzy pragnęli mnie bronić, a Hawańskie Kolegium Adwokatów mianowało moim reprezentantem na tej rozprawie kompetentnego i mężnego prawnika, doktora Jorgego Pagliery'ego, dziekana kolegium w tym mieście. Nie pozwolono mu jednak spełnić tej misji. Ilekroć usiłował zobaczyć się ze mną, bramy więzienne były dlań zamknięte. Dopiero po upływie półtora miesiąca dzięki interwencji sądu pozwolono mu na dziesięciominutowe spotkanie ze mną w obecności pewnego sierżanta z Wojskowej Służby Wywiadowczej (SIM). Wiadomo, że adwokat powinien rozmawiać na osobności z człowiekiem, którego broni, i prawo to jest respektowane w każdym zakątku świata, nie wtedy jednak, gdy chodzi o kubańskiego jeńca wojennego, znajdującego się w rękach bezlitosnej tyranii, która nie uznaje ani zasad prawnych, ani humanitarnych. Toteż ani doktor Pagliery, ani ja nie mieliśmy zamiaru tolerować tej brudnej próby przechwycenia naszego oręża przed rozprawą sądową.
Czyżby pragnęli wiedzieć wcześniej, w jaki sposób zostaną zdemaskowane te niewiarygodne kłamstwa spreparowane po wydarzeniach w koszarach Moncada i jak będzie obwieszczona owa straszliwa prawda, którą pragnęli ukryć za wszelką cenę? Wtedy to zapadła decyzja, iż - korzystając z faktu, że sam jestem adwokatem - osobiście podejmę się własnej obrony.
Decyzja ta, podsłuchana i przekazana przez owego sierżanta, wywołała niesłychane przerażenie. Zakrawało to na szyderstwo: przeze mnie ich zamiary miały spełznąć na niczym! Wam natomiast, Panowie Sędziowie, aż nadto dobrze wiadomo, jak usilnie starano się, żeby pozbawić mnie nawet możliwości skorzystania z tego prawa mającego na Kubie długą tradycję. Sąd nie mógł ulec tej presji, ponieważ oznaczałoby to, że oskarżony pozbawiony został wszelkich możliwości obrony.
Ów oskarżony, który w tej chwili korzysta z wspomnianego prawa, za nic w świecie nie przemilczy tego, co powinien powiedzieć. Uważam, że należy przede wszystkim wyjaśnić, czemu trzymano mnie w tak okrutnym odosobnieniu; dlaczego uknuto znane sądowi plany zamordowania mnie; jakie fakty ogromnej wagi pragnie się zataić przed narodem oraz tajemnice kryjące się za dziwnymi wydarzeniami związanymi z tym procesem. Na te pytania pragnę odpowiedzieć z całą otwartością.
Uznaliście tę rozprawę sądową za najważniejszą w dziejach Republiki. Jeżeli jesteście o tym przekonani, nie powinniście byli pozwolić, by kpiono z waszego autorytetu i podważano go.
Pierwsze posiedzenie sądu odbyło się dnia 21 września. Pośród setki pistoletów maszynowych i bagnetów, które w skandaliczny sposób zawładnęły salą sądową, na ławie oskarżonych zasiadło ponad sto osób. Znakomita większość nie miała nic wspólnego z tą sprawą. Ludzie ci, uprzednio maltretowani i dręczeni na wszelkie możliwe sposoby w kazamatach aparatu represji, od wielu dni przebywali w areszcie śledczym.
Natomiast pozostali oskarżeni, będący w mniejszości, przyjęli mężną postawę, gotowi z dumą potwierdzić swój udział w bitwie o wolność, dać przykład bez precedensu i uwolnić z więzienia ową grupę osób włączonych z całą złą wolą do procesu. Ludzie, którzy raz już walczyli, ponownie stawali w szranki. Znów słuszność była po naszej stronie. Prawość wydawała śmiertelny bój nikczemności. Oczywiście, reżim nie spodziewał się rychłej kompromitacji! Jak podtrzymać wszystkie fałszywe oskarżenia? W jaki sposób nie dopuścić do ujawnienia tego, co się rzeczywiście wydarzyło, gdy tak wielu młodych ludzi było gotowych - gdyby okazało się to konieczne - ponieść wszelkie konsekwencje swego wystąpienia przed sądem: więzienie, tortury i śmierć, by dać świadectwo prawdzie?
Podczas tej pierwszej rozprawy poproszono mnie o złożenie wyjaśnień. Przez dwie godziny odpowiadałem na pytania pana prokuratora i dwudziestu obrońców... Przy pomocy dokładnych liczb i danych nie do podważenia potrafiłem wykazać, ile pieniędzy zainwestowaliśmy, w jaki sposób je uzyskaliśmy i skąd pochodziła broń, którą udało nam się zgromadzić. Nie miałem nic do ukrycia, bo w rzeczywistości wszystko uzyskaliśmy dzięki poświęceniu nie mającemu precedensu w historii naszej Republiki. Mówiłem o dążeniach, którymi kierowaliśmy się w walce, i o naszym zawsze humanitarnym i szlachetnym postępowaniu wobec nieprzyjaciół.
Jeśli udało mi się podołać ciążącemu na mnie zadaniu wykazania, że wszyscy ci fałszywie oskarżeni i zamieszani w tę sprawę nie brali ani bezpośredniego, ani pośredniego udziału w naszej działalności, to zawdzięczam to całkowitej solidarności i poparciu ze strony moich bohaterskich towarzyszy, ponieważ - jak powiedziałem - nie zawahali się oni zademonstrować swoją postawę rewolucjonistów i patriotów, bez względu na ewentualne tego konsekwencje. Nigdy nie pozwolono mi porozumieć się z nimi w więzieniu, a mimo to postąpiliśmy w ten sam sposób. Rzecz w tym, że gdy ludzie mają umysły zaprzątnięte tą samą ideą, nic, ani mury więzienia, ani ziemia cmentarza, nie jest w stanie przeszkodzić ich wzajemnemu porozumieniu, ponieważ ożywia ich wszystkich to samo wspomnienie, ten sam duch, ta sama idea, ta sama świadomość i to samo poczucie godności.
Od tej chwili zaczęła się walić jak domek z kart konstrukcja haniebnych kłamstw, wzniesiona przez, rząd wokół wydarzeń. W rezultacie tego pan prokurator zrozumiał, jak absurdalne było przetrzymywanie w więzieniu wszystkich tych osób, które oskarżano o inspirowanie naszych poczynań, i wystąpił natychmiast z wnioskiem o tymczasowe wypuszczenie ich na wolność.
Kończąc moje zeznania podczas pierwszej rozprawy,, zwróciłem się do sądu z prośbą o zezwolenie mi na opuszczenie ławy oskarżonych i zajęcie miejsca wśród obrońców. W efekcie uzyskałem na to zgodę. Miałem wypełnić misję, którą uważałem za najważniejszą w toku tej rozprawy: zniszczyć całkowicie równie tchórzliwe, jak nędzne, perfidne i bezwstydne oszczerstwa rzucone na naszych bojowników oraz udowodnić niezbicie niesłychane i odrażające zbrodnie popełnione na więźniach, wykazując narodowi i światu bezgraniczną tragedię tego ludu, który cierpi najokrutniejszy i najbardziej nieludzki w swój ej historii ucisk.
Druga rozprawa odbyła się we wtorek 22 września. Zaledwie dziesięć osób złożyło zeznania, a już ujawniły one morderstwa, jakie popełniono w rejonie Manzanillo, obarczając bezpośrednią odpowiedzialnością za owe zbrodnie pewnego kapitana, komendanta tamtejszego posterunku wojskowego. W ten sposób przyczynili się do odnotowania tego w aktach sprawy. Miało jeszcze zeznawać trzysta osób. Co by się stało, gdybym na podstawie ogromnej ilości danych i zgromadzonych dowodów przystąpił do przesłuchiwania przed sądem samych wojskowych, odpowiedzialnych za te wydarzenia? Czy rząd dopuściłby, bym uczynił to w obecności licznie zebranej na rozprawie publiczności, reporterów prasowych, prawników z całej wyspy i przywódców partii opozycyjnych, których teraz wskutek głupoty władz posadzono na ławie oskarżonych i którzy mogli przysłuchiwać się z bliska temu wszystkiemu, co się tu dzieje? Rząd wolałby raczej wysadzić w powietrze gmach sądu ze wszystkimi jego funkcjonariuszami niż przystać na to.
Z kolei uknuto wyłączenie mnie z rozprawy i przystąpiono do tego manu militari. Nocą w piątek 25 września, w przeddzień trzeciej rozprawy, zjawili się w mojej celi dwaj lekarze więzienni; byli wyraźnie zmartwieni. "Przyszliśmy cię zbadać" - powiedzieli. - "Któż się tak barrdzo troszczy o moje zdrowie?" - zapytałem. W istocie już od pierwszej chwili zrozumiałem, o co chodzi. Nie mogli być bardziej uczciwi; powiedzieli mi prawdę.
Tego wieczora przybył do więzienia pułkownik Chaviano i oświadczył im, że ja "wyrządzam rządowi nieobliczalne szkody na rozprawie" oraz iż mają podpisać świadectwo, w którym stwierdza się, że jestem chory i z tego powodu nie mogę uczestniczyć w posiedzeniach sądu. Lekarze ci powiedzieli mi ponadto, że ze swej strony gotowi są złożyć rezygnację z zajmowanych stanowisk, czym narażali się na prześladowania; decyzję w tej sprawie pozostawili mnie. Trudno mi było prosić tych ludzi, by narażali się w sposób tak oczywisty, choć zarazem nie mogłem się zgodzić pod żadnym pozorem, aby te zamiary wobec mnie zostały zrealizowane. Postanowiłem pozostawić to ich własnemu sumieniu. Toteż ograniczyłem się do następującej odpowiedzi: "Sami wiecie, jaka jest wasza powinność; ja zaś wiem dobrze, jakie są moje obowiązki".
Opuścili celę, a następnie podpisali świadectwo. Wiem, że postąpili tak w dobrej wierze, sądzili bowiem, że jest to jedyny sposób na ocalenie mi życia, które w ich przekonaniu znajdowało się w poważnym niebezpieczeństwie. Nie zobowiązałem się do zatajenia treści naszej rozmowy. Czuję się jedynie zobowiązany do odsłonięcia prawdy. Jeżeli ujawnienie jej w tym wypadku mogłoby zagrozić interesom materialnym tych uczciwych ludzi, to poza wszelką wątpliwością pozostawiam ich poczucie honoru, a ono ma większą wartość.
Tej samej nocy zredagowałem list do sądu informujący o uknutym spisku, domagając się wizyty dwóch lekarzy sądowych, ażeby potwierdzili znakomity stan mojego zdrowia. Napisałem, że jeśli dla ocalenia mego życia miałbym przystać na takie zabiegi, to wolałbym stracić je po tysiąckroć. Dając do zrozumienia, iż gotów jestem sam jeden walczyć z -tą podłością, dodałem do mego listu następującą myśl Josego Martiego: "Jedna słuszna zasada może więcej niż cała armia". List ten, jak sądowi wiadomo, został przedstawiony przez doktor Melbę Hernandez na trzeciej rozprawie w dniu 26 września. Udało mi się go jej dostarczyć mimo bezwzględnego nadzoru, jaki roztoczono nade mną. Z powodu owego listu podjęto oczywiście natychmiast represje: doktor Hernandez została izolowana, mnie zaś, jako że byłem już odizolowany, osadzono w najbardziej zapadłym kącie więzienia. Od tego czasu wszyscy oskarżeni byli drobiazgowo rewidowani od stóp do głów przed każdorazowym udaniem się na salę sądową.

Lekarze sądowi odwiedzili mnie 27 września i zaświadczyli, że rzeczywiście mój stan zdrowia jest znakomity. Jednak mimo kilkakrotnie ponawianych poleceń sądu nie doprowadzono mnie już na żadną rozprawę. Należy do tego dodać, że każdego dnia niezidentyfikowani osobnicy rozpowszechniali plotki o odbiciu mnie z więzienia. Była to idiotyczna próba fizycznej likwidacji mojej osoby pod pretekstem ucieczki. Gdy plan ten upadł dzięki ujawnieniu go w odpowiednim momencie przez moich zaalarmowanych przyjaciół i gdy okazało się, że zaświadczenie lekarskie było fałszywe, władze nie miały innej możliwości zapobieżenia mojemu udziałowi w rozprawie niż jawne i bezczelne niedopuszczenie mnie na salę sądową.
Wysoki Sądzie! Doszło do niesłychanego przypadku: mamy reżim, który boi się postawić oskarżonego przed sądem; reżim terroru, który drży ze strachu przed człowiekiem bezbronnym, wyklętym i spotwarzonym. Pozbawia się mnie wszelkich praw, zabraniając mi nawet uczestnictwa w procesie, w którym jestem głównym oskarżonym. Proszę zwrócić uwagę, że dzieje się to w okresie zawieszenia praw obywatelskich, w okresie, kiedy obowiązuje Ustawa o Porządku Publicznym i ostra cenzura radia i prasy. Jak straszliwe zbrodnie musiał popełnić ten reżim, że tak bardzo boi się głosu jednego oskarżonego!
Muszę wspomnieć o bezczelnej i obraźliwej postawie, jaką cały czas zajmowali wobec nas dowódcy wojskowi. Ileż to razy sąd polecał, by położono kres nieludzkiemu przetrzymywaniu mnie w izolacji od świata, ileż to razy nakazywał, by uszanowano moje najbardziej elementarne prawa, ileż to razy żądał, by doprowadzono mnie na rozprawę, a mimo to nigdy nie zdołał wymóc posłuszeństwa. Wszystkie jego polecenia były po kolei gwałcone. Co gorsza, na oczach sędziów podczas pierwszej i drugiej rozprawy postawiono przy mnie gwardię pretoriańską, ażeby absolutnie uniemożliwiła mi rozmowę z kimkolwiek, i to nawet podczas przerw, dając w ten sposób do zrozumienia, że już nie tylko w więzieniu, ale nawet na sali sądowej i w waszej obecności nie liczą się w najmniejszym stopniu z waszymi postanowieniami. Miałem zamiar podnieść ten problem na następnej rozprawie, by rozważyć niezawisłość sądu, ale... nie powróciłem tu więcej.
Jeżeli więc przy tak skandalicznym braku poszanowania prawa sprowadzają mnie tutaj po to, byście odesłali mnie do więzienia w imię tego prawa, które tylko i wyłącznie oni sami gwałcą od 10 marca, to aż nadto smutna jest rola, jaką pragną wam narzucić. Ani razu, oczywiście, w tym przypadku nie zastosowano łacińskiej maksymy cedant arma togae. Proszę, byście wzięli pod uwagę tę okoliczność.
Wszystkie te usiłowania okazały się zupełnie nieskuteczne, ponieważ moi dzielni towarzysze z odwagą bez precedensu całkowicie wypełnili swoją powinność.
"Tak, stanęliśmy do walki o wolną Kubę i nie żałujemy, że tak uczyniliśmy" - mówili kolejno, gdy kazano im składać zeznania, a następnie z bezprzykładnym męstwem piętnowali przed sądem straszliwe zbrodnie, jakich dopuszczono się na naszych braciach. Choć byłem nieobecny, to w mojej celi mogłem śledzić dokładnie przebieg procesu dzięki towarzyszom uwięzionym w Boniato, którzy mimo groźby surowych kar ryzykowali rozmaite pomysłowe wybiegi, by dostarczyć do moich rąk wycinki z gazet i różnorodne informacje. Pomścili w ten sposób nadużycia i niemoralne praktyki dyrektora Taboada i porucznika-inspektora Roza-bala, którzy od wschodu do zachodu słońca zmuszają ich do pracy przy budowie prywatnych pałacyków, a ponadto morzą głodem, sprzeniewierzając fundusze przeznaczone na ich utrzymanie.
W toku rozprawy role się odwróciły: ci, którzy mieli oskarżać, okazali się oskarżonymi, a oskarżeni stali się oskarżycielami. Nie sądzono tutaj rewolucjonistów, lecz raz na zawsze osądzono pana nazwiskiem Batista... Monstrum horrendum...! Nie ma znaczenia to, że młodzi ludzie, dzielni i wartościowi, zostali skazani, jeżeli jutro lud skaże dyktatora i jego krwawych zbirów. Wysłano ich na wyspę Pinos, gdzie pokutuje jeszcze widmo Castellsa2 i nie ucichł krzyk tylu setek pomordowanych. To tam mieli pośród goryczy niewoli cierpieć za swoje umiłowanie wolności, odcięci od społeczeństwa, wyrwani z domów, wypędzeni z Ojczyzny. Czy nie sądzicie, że jak powiedziałem, zadanie spoczywające na barkach stojącego przed wami adwokata jest w tych okolicznościach niewdzięczne i trudne?
W wyniku tylu ciemnych i bezprawnych machinacji, z woli tych, którzy rozkazują, i wskutek słabości tych, którzy sądzą, znalazłem się w tym pokoiku, w Szpitalu Cywilnym. Tutaj sprowadzono mnie, by przy drzwiach zamkniętych sądzić mnie, by nikt tego nie usłyszał, by mój głos przebrzmiał i by nikt nie dowiedział się tego, co wam powiem. W jakim celu istnieje imponujący Pałac Sprawiedliwości, który Wysoki Sąd uznałby niewątpliwie za wygodniejszy? To nierozsądne - miejcie to na uwadze - aby sprawiedliwość była wymierzana w pokoju szpitalnym, przed drzwiami którego stoi uzbrojona w bagnety warta, ponieważ obywatele mogliby pomyśleć, że nasza sprawiedliwość jest chora... i uwięziona.
Przypominam wam, że ustalona przez was procedura wymaga, aby proces odbywał się "publicznie i jawnie". Jednak na tę rozprawę publiczność nie ma wstępu. Dopuszczono tylko dwóch prawników i sześciu dziennikarzy, którym i tak cenzura prasowa nie pozwoli na wydrukowanie jednego choćby słowa. Widzę, że jedyna moja publiczność na sali i w korytarzach to około stu żołnierzy i oficerów. Jestem im wdzięczny, że darzą mnie taką uwagą i uprzejmością! Obym mógł mieć przed sobą całą armię! Wiem, że pewnego dnia wojsko zapragnie zmyć tę straszliwą hańbę i krew, którymi zbrukały jej mundury ambicje nieludzkiej kliki rządzącej. O, biada tym, którzy dziś wygodnie jadą na barkach uczciwych żołnierzy, oczywiście, jeśli lud nie obali ich już wcześniej.
Muszę na koniec powiedzieć, że nie udostępniono mi w celi więziennej żadnego kodeksu prawa karnego. Mogę jedynie posłużyć się tym niewielkim egzemplarzem, który właśnie wypożyczył mi jeden z prawników, dzielny obrońca moich towarzyszy: doktor Bau-dilio Castellanos. Podobnie zakazano, by docierały do mych rąk książki Martiego; wydaje się, że cenzura więzienna uznała je za zbyt wywrotowe. A może dlatego, że powiedziałem, iż Marti był duchowym przywódcą 26 Lipca? Nie pozwolono mi ponadto przynieść na tę rozprawę żadnej pracy, którą mógłbym się tutaj teraz posłużyć. Nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia, gdyż w sercu noszę doktrynę Martiego, a w myśli - szlachetne idee tych wszystkich, którzy bronili wolności narodów.
O jedno tylko poproszę sąd i żywię nadzieję, że to uzyskam jako rekompensatę za bezprawie i nadużycia, jakich dopuszczono się wobec oskarżonego, któremu odmówiono wszelkiej opieki prawnej. Proszę, by uszanowano moje prawo do całkowicie swobodnej wypowiedzi. Bez tego nie może być mowy o zadośćuczynieniu nawet pozorom sprawiedliwości; w przeciwnym razie pozostanie jedynie hańba i tchórzostwo.
Wyznam, że pewna rzecz mnie rozczarowała. Sądziłem, że pan prokurator wystąpi ze straszliwym oskarżeniem i że aż do upojenia zechce uzasadniać swoje przeświadczenie, wyliczając powody, dla których w imię prawa i sprawiedliwości - ale jakiego prawa i jakiej sprawiedliwości? - powinienem zostać skazany na 26 lat więzienia. Tak się jednak nie stało. Ograniczył się on wyłącznie do odczytania artykułu 148 Kodeksu Obrony Społecznej, na podstawie którego i przy uwzględnieniu dodatkowych okoliczności obciążających żąda dla mnie wzbudzającego szacunek wymiaru kary 26 lat więzienia.
Wydaje mi się, że dwie minuty to bardzo mało czasu na zażądanie i uzasadnienie tego, by człowiek odszedł w cień na ćwierć wieku. Czyżby przypadkiem pan prokurator obraził się na ten sąd? Jak zauważyłem, jego lakoniczna wypowiedź kontrastuje z powagą, z jaką panowie sędziowie oświadczyli, i to nawet z pewną dumą, że proces ten ma ogromne znaczenie. A ja widziałem takich prokuratorów, którzy mówili dziesięć razy więcej w zwykłej sprawie o narkotyki, gdy żądali skazania jakiegoś obywatela na sześć miesięcy więzienia. Pan prokurator nie wypowiedział ani jednego słowa, które by uzasadniało jego stanowisko. Będę sprawiedliwy. Rozumiem, że prokuratorowi, który przysiągł wierność konstytucji republiki, trudno jest występować tutaj w imieniu choć faktycznego, ale niekonstytucyjnego rządu, bo narzuconego siłą, nie szanującego zasad prawnych, nie mówiąc już o moralnych, i żądać, by pewien młody Kubańczyk, prawnik jak on, być może... równie uczciwy jak on, poszedł na 26 lat do więzienia. Lecz pan prokurator jest człowiekiem utalentowanym, a ja widziałem ludzi o mniejszym odeń talencie, którzy wypisywali tasiemcowe elaboraty w obronie podobnej sprawy. Jakże więc można byłoby uwierzyć, że brak mu argumentów dla udokumentowania oskarżenia, przedstawionych choćby w ciągu piętnastu minut bez względu na odrazę, jaką to musi budzić w każdym przyzwoitym człowieku? Nie ulega wątpliwości, że w istocie chodzi tu o wielki spisek.
Wysoki Sądzie! Dlaczego się pragnie, bym milczał? Dlaczego poniechano nawet jakiegokolwiek uzasadnienia oskarżenia, bym mógł je odeprzeć własnymi argumentami. Czyżby brak było jakichkolwiek podstaw prawnych, moralnych i politycznych do poważnego podjęcia tej sprawy? Czyżby tak bardzo obawiano się prawdy? Czyżby chodziło o to, bym ja także mówił przez dwie minuty i nie poruszał spraw, które od 26 lipca pewnym ludziom spędzają sen z powiek? Jeżeli prokurator ogranicza swoje wystąpienie po prostu do odczytania pięciu linijek jednego z artykułów Kodeksu Obrony Społecznej, to można by sądzić, że ja postąpię podobnie i będę krążył wokół owych pięciu linijek, jak niewolnik wokół kamienia młyńskiego.
Lecz ja nigdy nie zgodzę się, by mi założono taki knebel, ponieważ na tej rozprawie wspomina się o czymś więcej niż o zwykłej sprawie niezależności jednostki ludzkiej. Dyskutuje się tu o kwestiach podstawowych i zasadniczych, sądzi się prawo ludzi do wolności, mówi się o podstawach naszego istnienia jako narodu cywilizowanego i demokratycznego. Gdy skończę, nie chciałbym postawić sobie samemu zarzutu, że nie obroniłem jakiejś zasady, że nie wypowiedziałem jakiejś prawdy czy nie napiętnowałem jakiejś zbrodni.
Osławiony artykulik, odczytany przez pana prokuratora, nie zasługuje nawet na jednominutową replikę. Ograniczę się w tej chwili w odniesieniu doń do krótkiej potyczki prawnej, ponieważ pragnę mieć pole walki wolne od drobiazgów w chwili, gdy wybije godzina podrzynania gardeł wszelkim kłamstwom, fałszowi, hipokryzji, konwencjonalizmom i bezgranicznemu tchórzostwu moralnemu, na których opiera się owa grubiańska komedia zwana na Kubie po 10 marca, a nawet jeszcze przed nim, Sprawiedliwością.
Elementarną zasadą kodeksu karnego jest to, że zarzucany czyn musi ściśle odpowiadać rodzajowi przestępstwa ściganego przez prawo. Jeżeli nie ma normy prawnej dającej się ściśle zastosować do danego kontrowersyjnego przypadku, to nie ma też przestępstwa. Artykuł, o którym mowa, stwierdza dosłownie: "Sprawcy czynu zmierzającego do wywołania buntu uzbrojonych ludzi przeciw konstytucyjnym władzom państwa wymierzona zostanie kara od trzech do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Jeżeli dojdzie do wybuchu powstania, kara polegać będzie na pozbawieniu wolności na okres od pięciu do dwudziestu lat".
W jakim kraju żyje pan prokurator? Kto mu powiedział, że wywołaliśmy bunt przeciw konstytucyjnym władzom państwa? Dwie rzeczy rzucają się w oczy. W pierwszym rzędzie dyktatura, uciskająca naród, nie jest władzą konstytucyjną, lecz niekonstytucyjną; zrodziła się przeciw konstytucji, ponad konstytucją, gwałcąc prawomocną konstytucję republiki. Konstytucją prawomocną jest ta, która została ustanowiona zgodnie z wolą niezależnego ludu. Punkt ten rozwinę w pełni w dalszej części mojego wystąpienia, stawiając czoło całej tej świętoszkowatej hipokryzji tchórzów i zdrajców służącej obronie spraw, których nie da się uzasadnić. Po drugie, artykuł mówi o władzach, posługując się liczbą mnogą, a nie pojedynczą, bo odnosi się do republiki mającej władzę ustawodawczą, władzę wykonawczą i władzę sądową, które się równoważą i stanowią dla siebie przeciwwagę. My wywołaliśmy rebelię przeciw władzy jedynej, bezprawnej, która uzurpowała i połączyła w jednych rękach władzę ustawodawczą i wykonawczą państwa, niszcząc cały system, którego usiłuje bronić wspomniany artykuł kodeksu karnego. Jeżeli chodzi o niezawisłość władzy sądowej po 10 marca, to nie będę o tym nawet wspominał, ponieważ nie stać mnie na żarty...
Bez względu na to, jak by się ten artykuł 148 rozciągnęło, okroiło czy załatało, ani jeden jego przecinek nie ma zastosowania do wydarzeń 26 Lipca. Zostawmy go w spokoju, oczekując na okazję, w której będzie można zastosować ów artykuł wobec tych, którzy rzeczywiście wywołali bunt przeciwko władzom konstytucyjnym państwa. Później odwołam się jeszcze do kodeksu, ażeby odświeżyć panu prokuratorowi pamięć o pewnych faktach, które, niestety, umknęły jego u-wadze.
Uprzedzam was, że zaczynam swoje wystąpienie. Jeżeli w waszych duszach pulsuje choć odrobina miłości do Ojczyzny, ukochania ludzkości, umiłowania sprawiedliwości, to wysłuchajcie mnie z uwagą. Wiem, że na wiele lat zostanę zmuszony do milczenia; wiem, że za wszelką cenę będzie się próbować ukryć prawdę; wiem, że otoczy mnie zmowa milczenia. Lecz mój głos nie zostanie w ten sposób stłumiony: staje się w mojej piersi tym silniejszy, im bardziej czuję się osamotniony; pragnę mówić nie jak tchórz, lecz z głębi serca, z pasją.
Słyszałem przemówienie dyktatora w poniedziałek 27 lipca, siedząc w górskiej chacie, gdy było nas jeszcze osiemnastu, wszyscy pod bronią. Ci, którzy nie przeżyli podobnych chwil, nie są w stanie wyobrazić sobie podobnej goryczy i oburzenia. Gdy rozwiewały się tak długo żywione nadzieje na wyzwolenie naszego ludu, widzieliśmy, jak despota puszy się i panoszy, bardziej wulgarny i arogancki niż kiedykolwiek. Strumień kłamstw i oszczerstw tak bardzo obelżywych, nienawistnych i odrażających, jakie mogły wyjść tylko z ust Batisty, daje się jedynie porównać z owym ogromnym morzem młodej i czystej krwi, której, od poprzedniej nocy poczynając, za jego zgodą, z jego udziałem i przy jego poparciu przelanie spowodowała najbardziej bestialska banda morderców, jaką można sobie wyobrazić. Danie wiary przez jedną tylko minutę temu, co on powiedział, stanowiłoby dla człowieka rozsądnego wystarczający powód, by do końca życia pogrążyć się w żalu i wstydzie.
W owej chwili nie miałem nawet nadziei, że uda mi się wycisnąć na jego nędznym ciele piętno prawdy i naznaczyć go na całe życie i po wsze czasy, bowiem wokół nas zamykał się już pierścień ponad tysiąca ludzi, dysponujących bronią o większym zasięgu i sile ognia, ludzi, którzy otrzymali jednoznaczny rozkaz: przynieść nasze zwłoki. Dziś, gdy prawda zaczyna być znana i gdy na słowach, które wypowiadam, zakończy się całkowicie spełniona już misja, jakiej się podjąłem, mogę umrzeć spokojny i szczęśliwy. Toteż oszalałym mordercom nie pożałuję ani jednego słowa potępienia.
Wydaje mi się konieczne poświęcenie nieco uwagi analizie wydarzeń. Sam rząd stwierdził, że atak został przeprowadzony w sposób tak doskonały, iż miało to jakoby świadczyć o udziale ekspertów wojskowych w przygotowaniu planu operacji. Nic bardziej absurdalnego! Plan ten został opracowany przez grupę młodych ludzi, z których żaden nie ma doświadczenia wojskowego; ujawnię ich nazwiska z wyjątkiem dwóch, których nie ma ani wśród martwych, ani wśród więzionych; oto oni: Abel Santamaria, Josć Luis Tasende, Renato Guitart Rosell, Pedro Miret, Jesus Montanś i ten, który w tej chwili do was przemawia. Połowa z nich zginęła i w zasłużonym hołdzie ich pamięci mogę stwierdzić, że nie byli oni ekspertami wojskowymi, choć mieli w sobie dość patriotyzmu, by przy równych szansach spuścić porządne lanie wszystkim generałom z 10 marca razem wziętym, którzy nie są ani wojskowymi, ani patriotami.
Rzeczą znacznie trudniejszą było zorganizowanie, wyszkolenie i zmobilizowanie ludzi oraz zdobycie broni w warunkach istnienia reżymu represyjnego, który wydaje miliony pesos na szpiegostwo, przekupstwo i donosicielstwo. Zadanie to zostało wykonane przez owych młodych ludzi i wielu innych z należytą powagą, zachowaniem tajemnicy i niezłomnością wręcz nieprawdopodobną. Jeszcze większą ich zasługą będzie zawsze poświęcenie wszystkiego, co się posiada, dla urzeczywistnienia idei, a nade wszystko oddanie życia.
Końcowa mobilizacja ludzi, którzy przybyli do tej prowincji z najodleglejszych zakątków całej wyspy, przeprowadzona została z godną podziwu precyzją i w absolutnej tajemnicy. Faktem jest, że koordynacja ataku była znakomita. Rozpoczął się on równocześnie o godzinie 5.15 rano zarówno w Bayamo, jak i w Santiago de Cuba. Z dokładnością co do minuty i sekundy zaczęły po kolei padać budynki, otaczające koszary. Ażeby, j ednak dochować całkowitej wierności prawdzie, choćby to miało umniejszyć nasze zasługi, ujawnię po raz pierwszy także pewien fakt, który miał fatalne konsekwencje: połowa naszych głównych sił, i to najlepiej uzbrojona, wskutek godnej pożałowania pomyłki zabłądziła, gdy wkraczaliśmy do miasta, i zabrakło nam jej w decydującym momencie. Abel Santamaria z 21 ludźmi zajął Szpital Cywilny. W celu udzielenia pomocy rannym wraz z nim byli także jeden lekarz i dwie nasze towarzyszki.
Raul Castro z 10 ludźmi zajął Pałac Sprawiedliwości, mnie zaś przypadł atak na koszary z pozostałymi 95 ludźmi. Przybyłem na miejsce z pierwszą, liczącą 45 osób grupą, poprzedzoną przez ośmioosobową straż przednią, która sforsowała wartownię nr 3. Tutaj właśnie rozpoczęła się bitwa, gdy mój samochód wpadł na patrol obchodu zewnętrznego, uzbrojony w karabiny maszynowe. Grupa odwodowa, która miała prawie wszystką broń długą, jako że broń krótką zabrała ze sobą straż przednia, pomyliła jedną z ulic i zgubiła się zupełnie w nie znanym sobie mieście. Muszę wyjaśnić, że nie ma we mnie cienia wątpliwości co do męstwa tych ludzi, którzy w chwili, gdy zdali sobie sprawę, że pomylili kierunek, przeżyli ogromny ból i rozpacz. Ze względu na charakter rozwijającej się akcji i identyczną barwę mundurów obu walczących stron niełatwo było przywrócić łączność. Wielu z nich, gdy zostali później uwięzieni, poszło na śmierć z prawdziwym heroizmem.
Wszyscy mieli dokładne instrukcje, że w pierwszym rzędzie powinni postępować w ogniu walki w sposób humanitarny. Nigdy grupa uzbrojonych ludzi nie odnosiła się z większą szlachetnością do wroga. Od pierwszych chwil wpadło nam w ręce wielu jeńców, na pewno około dwudziestu. Był taki moment na początku, gdy trzej nasi ludzie, którzy zdobyli wartownię: Ramiro Valdes, Josś Suarez i Jesiis Montane, zdołali przedostać się do jednego z baraków i na pewien czas uwięzili około 50 żołnierzy. Jeńcy ci, zeznając przed sądem, wszyscy bez wyjątku potwierdzili, że odnoszono się do nich z absolutnym szacunkiem, że nie usłyszeli nawet jednego obraźliwego słowa. W tej kwestii muszę podziękować serdecznie panu prokuratorowi za to, że w swoim sprawozdaniu na rozprawie wytoczonej moim towarzyszom okazał się na tyle sprawiedliwy, iż uznał za fakt niewątpliwy niezwykłą rycerskość, jaką wykazaliśmy w walce.
W armii zaś dyscyplina była nader słaba. Ostatecznie zwyciężyli ze względu na swoją przewagę liczebną, bo stosunek sił był jak 15 do 1, oraz dlatego, że chroniły ich mury obronne fortecy. Nasi ludzie strzelali o wiele lepiej, co potwierdził sam nieprzyjaciel. Odwagi natomiast nie brakło ludziom ani po jednej, ani po drugiej stronie.
Rozpatrując przyczyny porażki taktycznej, sądzę, że oprócz godnej pożałowania pomyłki, o której była już mowa, popełniliśmy jeszcze inny błąd, mianowicie: dzieląc jednostkę komandosów, których bardzo dokładnie przeszkoliliśmy. Spośród naszych najlepszych ludzi i najodważniejszych dowódców 27 znajdowało się w Bayamo, 21 w Szpitalu Cywilnym i 10 w Pałacu Sprawiedliwości. Gdybyśmy inaczej podzielili nasze siły, rezultat walki mógłby być odmienny. Starcie z patrolem (całkowicie przypadkowe, ponieważ dwadzieścia sekund wcześniej i dwadzieścia sekund później nie znajdowałby się on w tym miejscu) sprawiło, że był czas na przeprowadzenie mobilizacji w koszarach, które w innych okolicznościach wpadłyby w nasze ręce bez jednego wystrzału, jako że wartownia została już przez nas opanowana. Z drugiej strony, z wyjątkiem karabinów kaliber 22, które były dobrze zaopatrzone w amunicję, dysponowaliśmy bardzo ubogim sprzętem. Gdybyśmy posiadali granaty ręczne, to koszary nie byłyby w stanie stawiać oporu nawet przez 15 minut.
Gdy przekonałem się, że wszelkie nasze próby zdobycia fortecy okazały się nieskuteczne, zacząłem wycofywać naszych ludzi w ośmio- i dziesięcioosobowych grupach. Odwrót osłaniało sześciu strzelców wyborowych, którzy pod wodzą Pedro Mireta i Fidela Labra-dora po bohatersku zablokowali drogę wojsku. Nasze straty w walce były nieznaczne. 95 procent naszych zabitych to rezultat nieludzkiego okrucieństwa, jakiemu dano upust po zakończeniu walki. Grupa ze Szpitala Cywilnego miała najwyżej jednego zabitego. Poddała się ona, kiedy wojsko odcięło jedyne wyjście z budynku, przy czym złożyła broń dopiero wówczas, gdy nie pozostał jej ani jeden nabój. Znajdował się tam Abel Santamaria, najszlachetniejszy, najukochańszy i najbardziej nieustraszony z naszych młodych ludzi, człowiek, który dzięki swemu niezłomnemu oporowi pozostanie nieśmiertelnym w historii Kuby. Zobaczymy później, jaki los zgotowano tej grupie i jaką karę Batista postanowił wymierzyć naszej młodzieży za jej rebelię i za jej bohaterstwo.
Nasze plany przewidywały kontynuowanie walki w górach na wypadek, gdyby atak na koszary pułku poniósł fiasko. Ponownie zdołałem zebrać w Siboney trzecią część naszych sił, lecz wielu ludzi straciło już ducha walki. Około dwudziestu zdecydowało się poddać; później zobaczymy, co też z nimi się stało. Pozostali, to jest osiemnastu ludzi, z bronią i sprzętem, jaki jeszcze pozostał, pomaszerowali ze mną w góry. Teren był dla nas zupełnie nie znany.
Przez tydzień przebywaliśmy w górnych partiach pasma górskiego Grań Piedra, wojsko zaś rozłożyło się u stóp gór. Ani my nie mogliśmy zejść, ani oni nie zdecydowali się na wspinaczkę. Nie karabiny więc, lecz głód i pragnienie złamały naszą wolę walki. Musiałem podzielić ludzi na niewielkie grupy; niektórym udało się przedrzeć przez linie otaczającego nas wojska, inni zostali poddani przez monsignore Pereza Serantesa. Gdy pozostali ze mną tylko dwaj towarzysze: Josś Suarez i Oscar Alcalde, przy czym cała nasza trójka była zupełnie wycieńczona, w sobotę 1 sierpnia o świcie zostaliśmy zaskoczeni podczas snu przez oddział dowodzony przez porucznika Sarria. Masakra jeńców ustała już ze względu na gwałtowną reakcję, jaką wywołała w społeczeństwie. Oficer ten, człowiek honoru, przeszkodził zamordowaniu nas w biały dzień i ze związanymi rękami przez paru zbirów.
Nie ma potrzeby, bym dementował tutaj idiotyczne wymysły takich ludzi, jak Ugalde Carrillo 3 i jego klika, którzy usiłowali ukryć swoje tchórzostwo, nieudolność i zbrodnie, zniesławiając moje imię. Fakty są aż nadto jednoznaczne.
Nie mam zamiaru zabawiać sądu epickimi opowieściami. Cokolwiek powiedziałem, było nieodzowne, ażeby właściwie zrozumiano to, co powiem później. Pragnę zwrócić uwagę sądu na dwie ważne okoliczności, które pozwolą obiektywnie ocenić naszą postawę. Po pierwsze: mogliśmy ułatwić sobie zadanie zdobycia koszar, aresztując po prostu wszystkich wyższych oficerów w ich mieszkaniach. Możliwość tę jednak odrzuciliśmy, kierując się względami humanitarnymi; pragnęliśmy uniknąć tragicznych scen i walk w ich domach rodzinnych. Po drugie: postanowiono, że nie zajmiemy żadnej radiostacji, dopóki nie będzie pewności, że koszary zostały opanowane. Ta nasza postawa, nacechowana rzadko spotykaną rycerskością i szlachetnością, zapobiegła ogromnemu rozlewowi krwi obywateli. Sam na czele zaledwie dziesięciu ludzi mogłem zająć jedną z radiostacji i rzucić lud do walki. Stan jego ducha nie budził żadnych wątpliwości. Miałem ze sobą oryginalne nagranie przemówienia Eduardo Chi-basai oraz poematy patriotyczne i hymny wojenne, zdolne wstrząsnąć nawet najbardziej obojętnymi, tym bardziej że usłyszano by je w ogniu walki. Nie chciałem jednak zrobić z nich użytku, mimo naszego rozpaczliwego położenia.
Rząd stwierdzał kilkakrotnie z naciskiem, że lud nie sprzyjał naszemu ruchowi. Nigdy nie słyszałem poglądu równie naiwnego, a zarazem powodowanego tak złą wolą. Usiłuje się w ten sposób dowieść uległości i tchórzostwa ludu. Niewiele brakuje, by zaczęto dowodzić jego poparcia dla dyktatury. Nie zdaje ona sobie sprawy, jak dogłębnie obraża mężną ludność prowincji Oriente. Santiago de Cuba mniemało, że walka toczy się między żołnierzami, i nie miało przez wiele godzin rozeznania w sytuacji. Któż śmie wątpić w odwagę, męstwo i bezgraniczne poświęcenie buntowniczego i patriotycznego ludu Santiago de Cuba? Jeżeli Moncada wpadłaby w nasze ręce, to nawet kobiety w Santiago de Cuba poparłyby nas, chwytając za broń! Ileż to karabinów przyniosły naszym bojownikom pielęgniarki ze Szpitala Cywilnego! One także walczyły. O tym nigdy nie zapomnimy.
Nigdy nie mieliśmy zamiaru wciągać do walki żołnierzy garnizonu. Chcieliśmy jedynie, działając przez zaskoczenie, przejąć kontrolę w państwie i zdobyć broń, chcieliśmy wezwać lud do powstania, a następnie zebrać żołnierzy i nakłonić ich, by porzucili nienawistną flagę tyranii i zaciągnęli się pod sztandary wolności; chcieliśmy, by bronili najżywotniejszych interesów narodu, nie zaś egoistycznych spraw garstki ludzi; by zmienili kierunek wymierzonej broni i użyli jej przeciwko wrogom ludu, a nie przeciwko ludowi, bo tam są ich dzieci i ich ojcowie; chcieliśmy, by oni, nasi bracia, walczyli wspólnie z ludem, a nie przeciwko niemu, jak tego pragną jego wrogowie; by wstąpili w służbę jedynej pięknej i zaszczytnej idei, poświęcając swe życie dla dobra i szczęścia Ojczyzny. Tym, którzy wątpią w to, że wielu żołnierzy pójdzie za nami, odpowiem: Jakiż to Kubańczyk nie miłuje chwały? Czyje serce nie zapłonie, gdy zaświta nadzieja wolności?
Oddziały marynarki wojennej nie walczyły przeciwko nam i później by się do nas niewątpliwie przyłączyły. Wiadomo, że ta część sił zbrojnych w najmniejszym stopniu popiera rządy tyrana, a przy tym cechuje ją nader wysoki poziom świadomości obywatelskiej. Co się zaś tyczy pozostałych formacji armii narodowej, to czy walczyłyby one przeciw zbuntowanemu ludowi? Twierdzę, że nie.
Żołnierz jest człowiekiem z krwi i kości, który myśli, postrzega i czuje. Liczy się on z przekonaniami oraz sympatiami i antypatiami ludu. Jeżeli się go poprosi, żeby wyraził swój pogląd, odpowie, że nie może tego uczynić, co nie znaczy, że nie ma własnego zdania. Żyje tymi samymi sprawami, co i pozostali obywatele: utrzymanie, czynsz, oświata dla dzieci, ich przyszłość itd. Dzięki swej rodzinie utrzymuje kontakt z ludem i orientuje się w aktualnym położeniu społeczeństwa, w którym żyje. Nierozsądnym byłoby mniemać, że ponieważ żołnierz otrzymuje państwową pensję, nader zresztą skromną, to obce mu są wszelkie troski, będące udziałem każdego członka rodziny i społeczeństwa.
To krótkie wyjaśnienie było konieczne, bowiem stanowi podstawę faktu, nad którym tylko niewielu zastanawiało się do chwili obecnej: żołnierz żywi głęboki szacunek dla uczuć nurtujących większość ludu.
Za rządów Machado w miarę jak wzrastała nienawiść ludu, malała w sposób widoczny wierność armii, i to do tego stopnia, że grupa kobiet była o krok od wywołania buntu w koszarach Columbia. Najdobitniej jednak świadczy o tym inne niedawne wydarzenie: podczas gdy rząd Grau San Martina cieszył się u ludu maksymalną popularnością, w armii wyrastały jak grzyby po deszczu wciąż nowe spiski, organizowane przez byłych wojskowych bez skrupułów i ambitnych cywilów, lecz do żadnego z nich nie przyłączyły się masy wojskowe.
Wydarzenia 10 marca nastąpiły w momencie, gdy do minimum zmalał prestiż rządu cywilnego; okoliczność tę wykorzystał Batista i jego klika. Dlaczego nie uczynili tego po 1 czerwca? Po prostu dlatego, że gdyby poczekali, aż większość narodu wyrazi swoją wolę za pośrednictwem wyborów, to żaden spisek nie znalazłby poparcia w wojsku.
Można więc sformułować drugie twierdzenie: armia nigdy nie buntowała się przeciw rządowi mającemu poparcie mas. Są to prawdy historyczne i jeżeli Batista decyduje się za wszelką cenę pozostać u władzy wbrew woli zdecydowanej większości obywateli Kuby, to jego los będzie bardziej tragiczny niż ten, który stał się udziałem dyktatora Gerardo Machado.
Myślę, że mogę śmiało wyrazić swe mniemanie o siłach zbrojnych, ponieważ mówiłem o nich i broniłem ich, gdy wszyscy nabierali wody w usta, a postępowałem tak nie po to, by spiskować czy realizować jakieś własne dążenia, jako że żyliśmy w normalnych czasach panowania porządku konstytucyjnego, lecz powodowany humanitaryzmem i świadomością, czym jest powinność obywatelska.
W tym okresie "Alerta" należało do najpopularniejszych czasopism ze względu na zajmowane wówczas stanowisko w kwestiach polityki wewnętrznej. Na jego szpaltach rozwinąłem pamiętną kampanię przeciw przymusowej pracy żołnierzy w prywatnych majątkach wysokich osobistości cywilnych i wojskowych, wspierając ją danymi, fotografiami, filmami i świadectwami wszelkiego rodzaju, z którymi wystąpiłem także przed sądem, donosząc mu o tym stanie rzeczy w dniu 3 marca 1952 roku.
Wielokrotnie oświadczałem w moich pismach, że w imię sprawiedliwości konieczne jest podwyższenie płac ludziom odbywającym służbę w siłach zbrojnych. Chciałbym wiedzieć, czy była jeszcze choć jedna osoba, która by wtedy zabrała głos i zaprotestowała przeciw panującej niesprawiedliwości. Nie uczynili tego, oczywiście, Batista i jego kompani, mieszkający pod ochroną w prywatnym ośrodku rekreacyjnym i dysponujący wszelkiego rodzaju środkami bezpieczeństwa, podczas gdy ja, bez straży przybocznej i broni, ryzykowałem cały czas.
Wtedy broniłem wojskowych, teraz zaś gdy wszyscy znów nabierają wody w usta, stwierdzam, że dali się nędznie oszukać i że oprócz wydarzeń z 10 marca, splamionych hańbą, oszustwem i wstydem, mają teraz na swym koncie okryte tysiąckroć większą hańbą i wstydem straszliwe zbrodnie popełnione w Santiago de Cuba. Odtąd mundur wojskowy jest potwornie zbryzgany krwią i jeżeli w swoim czasie powiedziałem narodowi i potępiłem przed obliczem sądu to, że są tacy wojskowi, którzy pracują jak niewolnicy w prywatnych majątkach, to dzisiaj mówię z goryczą, że są tacy wojskowi, którzy splamili się krwią wielu młodych Kubańczyków, torturowanych i mordowanych.
Stwierdzam także, że jeśli z powodu służby republice, obrony narodu, szacunku dla ludu i ochrony obywatela, żołnierz zasłużył sobie, żeby zarabiać co najmniej sto pesos, to jeśli ma zabijać i mordować, uciskać lud i bronić interesów mniejszości, nie zasłużył sobie, by republika wydatkowała złamany grosz na wojsko. Twierdzę, że koszary Columbia powinny zostać zamienione na szkołę i oddane nie żołnierzom, lecz dziesięciu tysiącom osieroconych dzieci.
Ponieważ jednak nade wszystko chcę być sprawiedliwy, nie mogę uważać wszystkich wojskowych za współwinnych tych zbrodni, tej hańby i tego wstydu, będących dziełem garstki zdrajców i złoczyńców. Zarazem mniemam jednak, że każdy wojskowy, który jest człowiekiem honoru, kocha swój zawód i szanuje swoją instytucję, ma obowiązek wymagać i walczyć o to, by te haniebne plamy zostały zmyte, oszustwa pomszczone, a winy okupione, jeżeli nie chce, by służba wojskowa była zawsze hańbą, a nie powodem do dumy.
Jest rzeczą oczywistą, że 10 marca nie było innego wyjścia jak zabrać żołnierzy z prywatnych posiadłości. Uczyniono tak jednak tylko po to, by zmusić ich do pracy jako portierów, kierowców, służących i strażników rozlicznej rzeszy politykierów popierających dyktaturę. Każdy wyższy urzędnik uważa, że ma prawo wymagać, by wojskowy prowadził jego samochód i ochraniał go, tak jak gdyby nieustannie obawiał się zasłużonego kopniaka.
Jeżeli rzeczywiście chodziło o to, by poprawić położenie wojskowych, to dlaczego nie skonfiskowano wszystkich posiadłości i milionowych fortun tych, którzy zrobili majątek na okradaniu żołnierzy, zmuszaniu ich do pracy jak niewolników i defraudowaniu funduszu sił zbrojnych? Niestety, tacy ludzie zawsze będą mieć żołnierzy, strzegących ich w prywatnych włościach, ponieważ w gruncie rzeczy wszyscy generałowie z 10 marca dążą do tego samego, co było przedtem, i nie zamierzają stwarzać żadnych precedensów.
10 marca był nędznym oszustwem, to prawda... Batista, który poniósł fiasko w wyborach, wraz ze swoją kohortą zdyskredytowanych politykierów wykorzystał niezadowolenie wojska i posłużył się armią, ażeby na barkach żołnierzy wspiąć się na szczyt władzy. Wiem i ja, że wielu z nich jest niezadowolonych i rozczarowanych. Najpierw podwyższono im płace, a potem rozmaitymi sposobami ponownie poczęto je zmniejszać. Poza tym niezliczona ilość osobników, od dawna już nie związanych z armią, powróciła w jej szeregi, blokując drogę do kariery ludziom młodym, uzdolnionym i wartościowym. Zasłużeni wojskowi zostali odsunięci od władzy. Kwitnie skandaliczne kumoterstwo, z którego korzystają krewniacy i znajomkowie wyższych dowódców.
Wielu uczciwych wojskowych zadaje sobie obecnie pytanie, dlaczego siły zbrojne zdecydowały się wziąć na siebie tak straszliwą odpowiedzialność historyczną za obalenie konstytucji i wyniesienie do władzy grupy ludzi niemoralnych, zdyskredytowanych, skorumpowanych, na zawsze unicestwionych politycznie, którzy nie byli w stanie podjąć dialogu ze społeczeństwem nie dzierżąc bagnetów, choć przecież nie w ich dłoniach one są...
Z drugiej strony wojskowi są bardziej tyranizowani niż cywile. Są oni nieustannie inwigilowani i żaden z nich nie ma najmniejszej pewności, że utrzyma się na stanowisku. Każde nawet nieuzasadnione podejrzenie, jakakolwiek plotka, wszelka intryga wystarcza, by ich przeniesiono, usunięto albo zniesławiono czy też wtrącono do więzienia.
Czyż dowódca naczelny Tabernilla nie zakazał im w jednym z okólników rozmawiać z jakimkolwiek opozycyjnie nastawionym obywatelem, to znaczy z 99 procentami ludności?... Cóż za nieufność!... Nawet dziewiczym westalkom rzymskim nie narzucono podobnej reguły! Osławionych domków dla żołnierzy, o których tyle rozprawiano, nie ma na całej wyspie więcej niż trzysta, podczas gdy za sumy wydatkowane na czołgi, armaty i karabiny można by wybudować dom nawet dla każdego rekruta. Batiście nie chodzi o to, by chronić armię, lecz o to - by armia chroniła jego. Rozbudowuje się aparat ucisku i śmierci, lecz to nie przynosi ludziom dobrobytu.
Potrójne straże, stałe skoszarowanie, stan zagrożenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, wrogość obywateli, niepewność jutra, oto, co podarowano żołnierzom, czyli innymi słowy: "Umieraj za reżym, żołnierzu, oddaj pot i krew, poświęcimy ci przemówienie i awansujemy po śmierci (gdy przestanie ci na tym zależeć), a potem... dalej będziemy żyć w dostatku i bogacić się; zabijaj, maltretuj, uciskaj lud. Gdy naród zbuntuje się i położy temu kres, ty zapłacisz za nasze zbrodnie, my zaś za granicą nadal będziemy żyć jak książęta. Jeśli powrócimy pewnego dnia, to ani ty, ani twoi synowie nie stukajcie do drzwi naszych pałaców, bo będziemy milionerami, a milionerzy nie mają przyjemności znać ubogich. Zabijaj, żołnierzu, uciskaj lud, umieraj za reżym, oddaj mu pot i krew"...
Jeśliby jednak niewielka część sił zbrojnych, nie dostrzegająca tej jakże smutnej rzeczywistości, zdecydowała się walczyć przeciwko ludowi, który stanąłby do walki o wyzwolenie również jej samej spod panowania tyrana, to i tak zwycięstwo należałoby do ludu.
Pan prokurator pragnąłby wiedzieć,, jakie mieliśmy szansę zwycięstwa. Te szansę opieraliśmy na przesłankach natury taktycznej, wojskowej i społecznej. Usiłuje się upowszechnić mit, jakoby w obliczu nowoczesnej armii zupełnie niemożliwa była otwarta walka ludu przeciwko tyranii. Parady wojskowe i pompatyczne popisywanie się machiną wojenną mają podtrzymywać ten mit i wytworzyć wśród ludu kompleks absolutnej bezradności. Żadna broń jednak, żadna siła nie jest w stanie pokonać ludu, który zdecydował się walczyć o swoje prawa. Niezliczone przykłady na to daje nam zarówno przeszła, jak i obecna historia.
Mamy oto zupełnie świeży przykład Boliwii, gdzie górnicy uzbrojeni w wiązki dynamitu pokonali i rozgromili pułki regularnej armii. Lecz my, Kubańczycy, na szczęście nie potrzebujemy szukać w innych krajach przykładów, bowiem żaden z nich nie jest tak wymowny, jak dzieje naszej własnej ojczyzny.
Podczas wojny 1895 roku było na Kubie około pół miliona żołnierzy hiszpańskich pod bronią, a więc o wiele więcej niż to, co dyktatura jest obecnie w stanie przeciwstawić pięciokrotnie większej liczbie ludności. Uzbrojenie armii hiszpańskiej było nieporównanie bardziej nowoczesne i potężne od uzbrojenia mambises5. Wyposażona ona była częstokroć w artylerię polową, zaś jej piechota posługiwała się wielo-strzałowymi karabinami, podobnymi do tych, których do dzisiaj używa współczesna piechota. Kubańczycy na ogół nie dysponowali inną bronią niż maczety 6, bo ich ładownice były prawie zawsze puste.
Niezapomniany jest jeden z epizodów naszej wojny o niepodległość, opowiedziany przez generała Miro Ar-gentera, szefa sztabu Antonio Maceo 7. Ażeby nie obciążać nadmiernie pamięci, zabrałem ze sobą opis tego wydarzenia.
"Grupa rekrutów, którą dowodził Pedro Delgado, w większości uzbrojona jedynie w maczety, została zdziesiątkowana, gdy rzuciła się na żołnierzy hiszpańskich, i to do tego stopnia, że - bez przesady - z 50 ludzi poległa połowa. Zaatakowali Hiszpanów gołymi rękoma, bez pistoletów, bez maczet i bez noży! Gdy penetrowano gęstwinę nad Rio Hondo, znaleziono o piętnastu zabitych Kubańczyków więcej niż Hiszpanów, choć w pierwszej chwili nie można było ustalić, którą ze stron reprezentowali. Nic nie wskazywało na to, że byli przedtem uzbrojeni. Ubrani byli tak jak zwykle. U pasa mieli jedynie blaszane kubki, a nie broń. Dwa kroki dalej leżał martwy koń w nietkniętym oporządzeniu. Usiłowano odtworzyć kulminacyjny moment tragedii. Otóż ci bohaterscy żołnierze, idąc za przykładem swojego dzielnego dowódcy, podpułkownika Pedro Delgado, z gołymi rękoma rzucili się na bagnety, zaś metaliczny dźwięk, który dał się słyszeć, wydawały owe kubki do picia wody, uderzając o końskie uprzęże. Maceo był poruszony. On, tak przywykły do widoku śmierci w każdym jej przejawie i każdej postaci, wyszeptał taki oto panegiryk: "Czegoś takiego jeszcze nie widziałem: nowicjusze atakujący Hiszpanów gołymi rękoma, z kubkiem do picia wody za wszelką broń. A ja sądziłem, że to kiepscy żołnie-rze!"..." Oto jak walczy lud, gdy pragnie wolności. W samoloty rzuca kamieniami, a czołgi przewraca.
W chwili, gdy miasto Santiago de Cuba znalazłoby się w naszych rękach, postawilibyśmy natychmiast mieszkańców prowincji Oriente w stan gotowości bojowej. Bayamo zostało dlatego właśnie zaatakowane, żeby nasze przyczółki znalazły się nad rzeką Cauto. Proszę nigdy nie zapominać, że prowincja ta, którą dziś zamieszkuje półtora miliona ludności, jest niewątpliwie najbardziej wojownicza i patriotyczna na całej wyspie. To ona przez trzydzieści lat podtrzymywała żagiew walki o niepodległość. To ona złożyła ojczyźnie największą ofiarę, ofiarę z własnej krwi, dowiodła swego poświęcenia i bohaterstwa. W Oriente oddycha się jeszcze atmosferą epopei okrytej chwałą. Tu o świcie, gdy koguty pieją, jak gdyby trąbiły pobudkę i zwoływały żołnierzy, a słońce rzuca promienie na cierniste góry, każdy dzień zdaje się być znowu dniem Yara albo dniem Baire.
Wspomniałem uprzednio, że inne przesłanki, na podstawie których sądziliśmy, iż mamy szansę na zwycięstwo, były natury społecznej. Dlaczego byliśmy pewni poparcia ludu? Kiedy mówimy "lud", oczywiście, nie mamy na myśli dobrze sytuowanych i konserwatywnych odłamów narodu, które bijąc służalcze pokłony przed kolejnym panem, doskonale sobie radzą w każdym ustroju, któremu nie obce są przemoc, dyktatura i despotyzm!
Gdy mówimy o walce, przez pojęcie "lud" rozumiemy uciemiężone masy, którym wszyscy coś obiecują i które wszyscy oszukują i zdradzają. Mamy wtedy na myśli lud, który tęskni za lepszą, szlachetniejszą i bardziej sprawiedliwą ojczyzną; lud, który ożywia odziedziczone po przodkach pragnienie sprawiedliwości, bowiem z pokolenia na pokolenie znosił niesprawiedliwość i drwinę; lud, który pragnie wielkich i mądrych przemian we wszystkich dziedzinach życia i gotów jest oddać ostatnią kroplę krwi, aby one się dokonały, jeśli tylko uwierzy w coś lub w kogoś, a nade wszystko, kiedy uwierzy w siebie samego.
Pierwszym warunkiem szczerości i dobrej wiary w dążeniu do wytkniętego celu jest postępować tak, jak nikt nigdy nie postępuje, to znaczy mówić jasno i bez strachu. Demagodzy i zawodowi politycy dokonują cudów, by pozostać w zgodzie ze wszystkim i ze wszystkimi; toteż siłą rzeczy oszukują wszystkich we wszystkim. Natomiast rewolucjoniści muszą głosić swe idee odważnie. Muszą oni formułować swoje zasady i wyrażać swoje intencje w taki sposób, aby nikt nie poczuł się oszukany, ani przyjaciele, ani wrogowie.
Gdy mówimy o walce i powołujemy się na lud, mamy na myśli 600 tysięcy bezrobotnych Kubańczyków, którzy pragną uczciwie zarobić na chleb i nie opuszczać swojej ojczyzny w poszukiwaniu środków do życia.
Mamy na myśli 500 tysięcy robotników rolnych zamieszkujących nędzne lepianki, którzy pracują cztery miesiące, a przez pozostałą część roku razem z dziećmi głodują, którzy nie mają ani piędzi ziemi pod uprawę, a ich warunki życia muszą budzić współczucie, jeśli się nie ma kamiennego serca.
Mamy na myśli 400 tysięcy robotników przemysłowych i wyrobników, których emerytury zostały sprzeniewierzone, którym odebrano zdobycze socjalne, których mieszkania to najgorsze rudery, których zarobki przechodzą z rąk pracodawcy do rąk lichwiarza, których przyszłość to obniżka płac i redukcja, których życie jest wieczną pracą, a wypoczynkiem - grób.
Mamy na myśli 100 tysięcy drobnych dzierżawców, którzy całe życie uprawiają nie swoją ziemię i patrzą na nią zawsze ze smutkiem, jak Mojżesz na Ziemię Obiecaną, by umrzeć, zanim ją posiądą, którzy jak poddani feudalni muszą oddawać część swoich płodów za użytkowanie skrawka ziemi, którzy nie mogą jej ani kochać, ani upiększać, sadząc drzewo cedrowe czy pomarańczowe, nie znają bowiem dnia ani godziny, kiedy zjawi się żandarm ze strażą wiejską i każe im się stąd wynieść.
Mamy na myśli 30 tysięcy ofiarnych nauczycieli i profesorów, którzy z takim oddaniem i poświęceniem trudzą się, by wychować przyszłe pokolenia, a których tak źle się traktuje i marnie wynagradza za ich pracę.
Mamy na myśli 20 tysięcy drobnych kupców pogrążonych w długach, rujnowanych przez kryzys i dręczonych przez przekupnych urzędników.
Mamy na myśli 10 tysięcy młodych przedstawicieli wolnych zawodów: lekarzy, inżynierów, adwokatów, weterynarzy, nauczycieli, dentystów, farmaceutów, dziennikarzy, malarzy, rzeźbiarzy itd., którzy opuszczając mury uniwersytetów z dyplomami w kieszeni, pragnący wszystko zmieniać na lepsze, pełni nadziei, znajdują się nagle w ślepym zaułku, napotykają wszystkie drzwi zatrzaśnięte, a uszy głuche na ich skargi i prośby.
To jest właśnie ten lud, który wycierpiał wszystkie niedole i dlatego zdolny jest walczyć z bezgraniczną odwagą! Temu ludowi, którego drogi męki są wybrukowane oszustwem i fałszywymi obietnicami, nie mówimy: "Zamierzamy ci wszystko dać", ale: "Nie ma rady, walcz teraz ze wszystkich swych sił, abyś mógł być wolny i szczęśliwy!"

Hosted by www.Geocities.ws

1