Tekst pochodzi z książki Josifa Ławrieckiego: "Ernesto Che Guevara" Wydawnictwo Literackie Kraków 1974 strony 303-320. Autor pochodził z ZSRR, czego efektem jest antytrockistowska wypowiedź zaznaczona na niebiesko.
Josif Ławriecki
Nieśmiertelna sprawa rewolucji
Moja klęska nie będzie oznaczała, że nie można było
zwyciężyć. Wielu doznało zawodu, starając się osiągnąć szczyt Everestu, i w
końcu Everest został zdobyty.
ERNESTO CHE GUEVARA
Wrogowie zabili Che. Zabili go pośpiesznie. Dlaczego?
Jest zupełnie oczywiste, że zabijając zdradziecko rannego i związanego jeńca,
jego wrogowie nie tylko chcieli zaspokoić dławiące ich pragnienie zemsty.
Zabójstwo Che nie było zwykłym mordem, było to morderstwo polityczne, żywy Che
bowiem, nawet wzięty do niewoli, nawet w okowach, nawet ranny, nadal stanowił
dla jego wrogów ogromne niebezpieczeństwo. Wątpliwe, czy Barrientos utrzymałby
się przy władzy, doświadczywszy na sobie skutków filipik oskarżonego Che, a jego
amerykańscy protektorzy wcale nie czuliby się lepiej. Trzymanie zaś żywego Che
bez sądu za kratami byłoby dla nich nie mniej niebezpieczne. Cały świat
wystąpiłby w jego obronie i dopóki pozostawałby w więzieniu, dopóty nie mogliby
spokojnie spać ani "goryle" w La Paz i w innych krajach Ameryki Łacińskiej, ani
ich treserzy w Waszyngtonie. Tylko śmierć Che mogła im przywrócić spokój i
pewność siebie.
Zabili go jeszcze i dlatego, że byli przeświadczeni, iż ich odrażająca zbrodnia
nie zostanie ujawniona. Gdy tego samego dnia, 9 października, jeszcze nie
ostygłe zwłoki Che dostarczono śmigłowcem do Vallegrande i oddano w miejscowymi
szpitalu lekarzom w celu stwierdzenia zgonu, przedstawiciele dowództwa
boliwijskiego oświadczyli dziennikarzom, że Che zmarł z ran otrzymanych w walce
w wąwozie Yuro. Jednakże sami dziennikarze burżuazyjni pomogli zdemaskować to
kłamstwo.
- Po pierwsze, jeszcze przed puszczeniiem w obieg tej kłamliwej wersji, Ovando
przechwalał się wobec dziennikarzy, że Che, znalazłszy się w niewoli, rzekomo
oświadczył: "Poniosłem klęskę''. Ale i lekarze, oglądający trupa Che w
Vallegrande, i dziennikarze, ; którym dano tę możność, i dokonane przez nich
zdjęcia - niezbicie świadczą, że na ciele Che było dziewięć ran postrzałowych, z
których co najmniej dwie były śmiertelne: rana w serce i rana w szyję. Wynikało
z tego, że gdyby Che otrzymał te rany w walce, nie mógłby złożyć oświadczenia
przypisywanego mu przez Ovanda; jeśli jednak złożył takie oświadczenie, został
zabity już znajdując się w niewoli u "rangersów".
Dziennikarze odszukali dziesiątki świadków, którzy potwierdzili, że Che był
dostawiony do Higuery z jedną raną postrzałową w nogę, że tam usiłowano go
przesłuchiwać, że rozmawiał z nauczycielką i wreszcie, że zabił go Mario Teran.
Nikt też nie podawał w wątpliwość faktu, że Willy i Chino zostali rzeczywiście
zastrzeleni w izbie obok Che, choć wtedy o nich najmniej mówiono w prasie.
W związku z wszystkimi tymi faktami dziennikarze zaczęli zadawać "niedyskretne"
pytania przedstawicielom boliwijskich władz, którzy z każdym nowym
"wyjaśnieniem" i "sprostowaniem" coraz bardziej się wikłali i wydawali tych,
których ręce splamione były krwią Che.
Naturalnie, że głównym odpowiedzialnym - spośród Boliwijczyków - za zabójstwo
Che wszyscy czynili prezydenta, generała Barrientosa, który uważał za niezbędne
obalić stawiane mu zarzuty, składając korespondentowi "Washington Post"
następujące oświadczenie: "Żołnierze, którzy schwytali Che, nie zwracali się do
La Paz po instrukcje i nie otrzymali od nas rozkazu zabicia go. Nie zachodziła
konieczność tego. Władze wojskowe bowiem już miały rozkaz niebrania jeńców, gdyż
zbyt często partyzanci, zgłaszając chęć poddania się, przyjmowali ich ogniem.
Osobiście wolałbym mieć go jako jeńca, aby na zawsze zburzyć mit Guevary. A
ponieważ jestem prezydentem i mam obowiązek wynajdywać środki, by pomagać
Boliwii, rozważyłbym każdą propozycję oddania żywego Che Fidelowi Castro lub
komukolwiek innemu za, powiedzmy, 20 milionów dolarów".
W tych tchórzliwym i haniebnym oświadczeniu wszystko było kłamstwem. Gdy stało
się oczywiste, że coraz trudniej ukryć prawdę o zabójstwie Che przed światową
opinią publiczną, władze boliwijskie posunęły się do nowego przestępstwa -
ukryły zwłoki Che.
10 października ciało Che zniknęło z Vallegrande. Według jednych oświadczeń
Barrientosa i Ovanda zwłoki Che zostały pochowane w Boliwii w im tylko znanym
miejscu, według innych zaś oświadczeń - zostały spalone, a prochy pochowane.
Krążyły też pogłoski, że ciało Che wydano Centralnej Agencji Wywiadowczej,
której agenci wywieźli je do amerykańskiej strefy Kanału Panamskiego.
Dokładnie ustalono jedno: przed pozbyciem się ciała Che, noszącego na sobie
dowody ich winy, mordercy zdjęli z jego twarzy maskę i odrąbali dłonie,
konserwując je w spirytusie. Potrzebne im były dowody, że ich ofiara - to
rzeczywiście Che. Obawiali się bowiem, że narody nie uwierzą, iż można było
pokonać takiego giganta jak Che.
Ale ich obawy były płonne. Nie mogło być wątpliwości, że Che zginął, że nie ma
go już wśród żywych. I jednym z pierwszych, kto poza granicami Boliwii uznał ten
fakt, był sam Fidel Castro. Już od 10 października prasa kubańska dzień w dzień
publikowała najróżniejsze wiadomości o tragicznych wydarzeniach w Boliwii, w tym
również liczne szczegóły i wersje śmierci Che. Choć wszystkie te wiadomości
podawano bez komentarzy, naród rozumiał, jak straszna prawda jest w nich
zawarta.
15 października potwierdził ją Fidel Castro w swym wystąpieniu w telewizji i
radio. Wódz kubańskiej . rewolucji szczegółowo nakreślił okoliczności śmierci
Che i zdemaskował jego zabójców, usiłujących gorączkowo zatrzeć ślady swej
zbrodni. Na zakończenie Fidel Castro odczytał uchwałę rady ministrów Kuby, w
której podkreślono zasługi Che w walce narodu kubańskiego i narodów Ameryki
Łacińskiej o wyzwolenie z ucisku imperialistycznego. Ogłoszono 30-dniową żałobę,
a 8 października proklamowano "Dniem Bohaterskiego Partyzanta". Powołano również
komisję z Juanem Almeidą na czele, mającą zająć się uroczystościami żałobnymi i
uwiecznieniem pamięci Che.
18 października o godzinie 8.00 wieczór na placu Rewolucji w Hawanie, gdzie lud
tyle razy witał Che, dziesiątki tysięcy mieszkańców kubańskiej stolicy w
głębokim milczeniu słuchało słów Fidela Castro o bohaterskich czynach i
tragicznej śmierci tego, który walczył i oddał swe życie za wolność' i szczęście
narodów Ameryki Łacińskiej.
Śmierć Che wstrząsnęła ludźmi pracy wszystkich krajów. Do Hawany nie kończącym
się strumieniem płynęły pisma z wyrazami współczucia od partii komunistycznych i
innych postępowych organizacji, od działaczy międzynarodowego ruchu
robotniczego.
17 października 1967 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku
Radzieckiego wysłał towarzyszowi Fidelowi Castro- pod adresem Komitetu
Centralnego Komunistycznej Partii Kuby następujący telegram:
"Komuniści Związku Radzieckiego z głębokim żalem przyjęli wiadomość o
bohaterskiej śmierci towarzysza Ernesta Che Guevary- Towarzysz Che Guevara oddał
swe życie za wielką sprawę wyzwolenia narodów od ucisku i eksploatacji. Na
zawsze pozostanie on w naszej pamięci jako mężny rewolucjonista, człowiek o
świetlanej duszy i bezprzykładnej ofiarności".
18 października telegram ten opublikowała "Prawda", w której wydrukowano także
nekrolog Ernesta Che Guevary, podpisany przez sekretarza generalnego KC KPZR L.
Breżniewa i innych członków Biura Politycznego Komitetu Centralnego
Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.
W Ameryce Łacińskiej śmierć Che wywołała taką falę oburzenia i gniewu przeciw
imperializmowi Stanów Zjednoczonych i jego boliwijskim sługusom, tak głębokie
uczucie solidarności z niezwykłym czynem Che, że pod względem jej napięcia
emocjonalnego można było porównać ją chyba tylko z falą solidarności, jaka
ogarnęła kontynent w związku ze zwycięstwem rewolucji kubańskiej w 1959 roku.
Śmierć Che zrodziła tysiące nowych wrogów imperializmu w krajach Ameryki
Łacińskiej i jeszcze bardziej zaostrzyła przeciwieństwa klasowe w tych krajach.
Charakterystyczne, że nawet wiele gazet burżuazyjnych zarówno- w Stanach
Zjednoczonych, jak i w Ameryce Łacińskiej, pisało w tym czasie, iż śmierć Che
niczego nie rozwiązuje; dopóki bowiem narody Ameryki Łacińskiej będą żyły w
nędzy, dopóty nieuniknione są tam nowe wstrząsy społeczne, pojawianie się ruchów
rewolucyjnych jeszcze potężniejszych od tego, na którego czele stał zastrzelony
w nieznanej szkole wiejskiej w Higuerze Ernesto Che Guevara.
Musimy jeszcze opowiedzieć o pewnych faktach, mających związek z pobytem Che w
Boliwii, a w szczególności z okolicznościami jego śmierci. Gdy zginął Che, w
Camiri nadal jeszcze trwał proces Debraya, Bustosa i innych "uczestników" ruchu
partyzanckiego. Obecnie, po śmierci Che, odpadła konieczność kontynuowania tej
farsy. 17 listopada sąd wojskowy skazał Debraya i Bustosa na 30 lat więzienia,
prowokatorzy także otrzymali "wyroki", co nie przeszkodziło im od razu znaleźć
się na wolności.
Debray i Bustos przesiedzieli w więzieniu w Camiri do stycznia 1971 roku, kiedy
to zostali amnestionowani i odesłani do Chile. Po upływie miesiąca Debray
przybył na Kubę.
Prasa kubańska doniosła, że opowie on dziennikarzom o swych boliwijskich
niedolach, ale zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie odbyła. Wkrótce
Debray opuścił Kubę i powrócił do Europy, gdzie opublikował książkę o rozmowach
z Salvadorem Allende, ówczesnym prezydentem Chile.
W lipcu 1968 roku cały świat obiegła sensacyjna nowina. W Hawanie Fidel Castro
oznajmił, że kierownictwo kubańskie otrzymało z Boliwii od pewnego życzliwego
człowieka fotokopię dziennika Ernesta Che Guevary i że przekonawszy się o jego
autentyczności postanowiło wydać go w masowym nakładzie na Kubie w celu
bezpłatnego rozpowszechnienia. Kierownictwo kubańskie postanowiło także
nieodpłatnie udostępnić kopię dziennika zagranicznym wydawnictwom dla
opublikowania za granicą.
W La Paz oświadczenie Fidela Castro usiłował obalić prezydent Barrientos.
Oznajmił on, że wszystkie fotokopie dziennika Che znajdują się pod jego osobistą
kontrolą i że Fidel Castro może przedstawić jedynie sfałszowaną kopię dziennika
lub jego część, skleconą z rozproszonych fragmentów, opublikowanych w różnym
czasie przez sam rząd boliwijski.
3 lipca 1968 roku wystąpił w telewizji hawańskiej Fidel Castro, przedstawiając
przed kamerami fotokopię dziennika Che, a także innych dokumentów zagarniętych
przez władze boliwijskie przy wzięciu go do niewoli. Szef rządu kubańskiego
zdemaskował haniebne machinacje wysokich osobistości boliwijskich, usiłujących w
ciągu ośmiu miesięcy sprzedać zagranicznym wydawnictwom dziennik swej ofiary za
nieomal milion dolarów.
Wątpliwości być nie mogło: dziennik Che i wszystkie inne dokumenty z jego
plecaka, przechowywane dotychczas pod mocnym zamknięciem w safesach prezydenta
Boliwii i Centralnej Agencji Wywiadowczej w Waszyngtonie, znalazły się w Hawanie
i teraz ogłosi je rewolucyjna Hawana, a nie La Paz i Waszyngton.
Po kilku dniach prezydent Barrientos musiał przyznać, że Hawana faktycznie
dysponuje prawdziwymi fotokopiami dokumentów Che. Jeśli jednak tak było,
powstało drugie uzasadnione pytanie: Kto przekazał je do Hawany? Nie ulegało
wątpliwości, że przekazać je mogła tylko bardzo wysoko postawiona osobistość.
Ale kto?
Odpowiedź na to pytanie nie kazała na siebie długo czekać. 19 lipca tegoż roku z
Boliwii zbiegł do Chile minister spraw wewnętrznych, Antonio Arguedas, jeden z
najbardziej zaufanych ludzi prezydenta Barrientosa. Arguedas oświadczył
dziennikarzom chilijskim, że przez wiele lat był agentem Centralnej Agencji
Wywiadowczej i że to właśnie on, postanowiwszy zerwać ze "złowrogą bandą, która
knuje spisek przeciw ludzkości", przesłał dokumenty Che do Hawany.
To, co nastąpiło potem, przypominało film kryminalny. Z Chile Arguedas udał się
do Londynu, następnie do Nowego Jorku, a później do Limy. Wszędzie składał
różne, często sprzeczne oświadczenia. W Limie oświadczył nieoczekiwanie, że
powraca do La faz, gdzie gotów jest stanąć przed sądem, by odpowiedzieć za swą
działalność.
I rzeczywiście powrócił do La Paz, gdzie został aresztowany. Sądził go najwyższy
trybunał wojskowy, ale rozprawa odbyła się przy drzwiach zamkniętych i to, o
czym tam mówiono, przez pewien czas pozostawało tajemnicą. Stało się wiadome
jedynie, że sąd nie wydał żadnego wyroku w jego sprawie i zwolnił go.
W rok później w La Paz jacyś nieznani ludzie usiłowali zabić Arguedasa,
strzelając do niego w biały dzień z karabinu maszynowego z pędzącego samochodu.
Arguedas został ranny, leżał w szpitalu, a po wyjściu z niego schronił się w
ambasadzie meksykańskiej.
We wrześniu 1969 roku władze zezwoliły mu opuścić Boliwię i Arguedas z rodziną
wyjechał do Meksyku, a po pewnym czasie ¦osiadł na stałe w Hawanie. Wkrótce po
tych wydarzeniach fotokopie protokołów tajnej rozprawy sądowej Arguedasa - 250
odbitek fotograficznych - znalazły się za granicą i wyciągi z nich zaczęły
pojawiać się w prasie różnych krajów Ameryki Łacińskiej i Europy. Po jakimś
czasie protokoły te zostały w całości wydane w książce argentyńskiego publicysty
Gregoria Selsera CIA w Boliwii. Niektóre ustępy z tego dzieła już
przytaczaliśmy. Arguedas w swych zeznaniach przed sądem demaskował krecią robotę
Centralnej Agencji Wywiadowczej i jej agentury w Boliwii. Naświetlając własną
działalność, oświadczył on sądowi: "Opuściłem kraj, gdyż pełniąc obowiązki
ministra spraw wewnętrznych, przekonałem się, że ojczyzna moja w znacznym
stopniu została -pozbawiona swej suwerenności narodowej, że północnoamerykańskie
służby są wszechmocne w Boliwii. Padłem ofiary rządu Stanów Zjednoczonych".
Arguedas przyznał, że to właśnie on przekazał dziennik Che do Hawany i że
uczynił to bez żadnego wynagrodzenia finansowego, z pobudek patriotycznych. "Z
rozmów z urzędnikami północnoamerykańskimi - powiedział on sądowi - stało się
jasne, że północnoamerykański rząd chciał wzbudzić szerokie zainteresowanie dla
treści boliwijskiego dziennika majora Ernesta Guevary, aby następnie dać własną
wersję tego dziennika i wprowadzić znaczne zmiany do oryginału w celu
usprawiedliwienia wielostronnej agresji zbrojnej przeciwko Kubie i masowych
represji wewnątrz kraju. Wydanie dziennika fałszywego lub dalekiego od
oryginalnego tekstu miało stanowić zamierzoną prowokację".
Dokumenty z procesu Arguedasa dają obfity materiał do zastanowienia się nad tym,
jakie było w istocie polityczne oblicze tej dość niezwykłej postaci dramatu
boliwijskiego.
- Czy jest pan komunistą? - zapytał Arrguedasa przewodniczący sądu.
- Jestem marksistą-humanistą - bez zmrrużenia powiek odpowiedział oskarżony.
- Jakie jest pańskie zdanie o Guevarzee?
- To bohater, przykład dla całej Ameryyki.
- Proszę powiedzieć sądowi, czy znał ppan Ernesta Che Guevarę oraz braci Peredo i
jakie stosunki łączyły pana z nimi?
- Nie miałem zaszczytu osobiście poznaać majora Ernesta Guevary. Majora Intiego
Peredo znałem tylko przelotnie. Co się zaś tyczy majora Roberta Peredo (Coco),
to osobiście głęboko go szanowałem, choć nigdy nie utrzymywałem z nim kontaktów
o charakterze politycznym.
Z chwilą opublikowania autentycznego dziennika Che w Hawanie udaremnione zostały
prowokacyjne plany Centralnej Agencji Wywiadowczej. Arguedas - który wykazał
niemało osobistego męstwa we wszystkich tych sprawach, zanim bowiem dobrnął do
Hawany, balansował na skraju przepaści - wydał Kubańczykom nie tylko dokumenty z
plecaka Che. Oznajmił to Fidel Castro w 1970 roku, przemawiając na wiecu z
okazji 26 lipca.
"Chcę zakomunikować wam, co następuje - powiedział wówczas szef rządu
kubańskiego. - Po historii z dziennikiem dr Arguedas nadal walczył i starał się
przesłać do naszego kraju odlew gipsowy twarzy Che, maskę, jaką zrobiono tam w
dniu, w którym go zabito, a poza tym przechował i przesłał do naszego kraju
dłonie Che Guevary.
Ręce Che dobrze się zachowały. Postarali się o to specjalnie kubańscy fachowcy.
Tradycje naszego kraju są znane. Grzebie on swych synów. To tradycja. Każdy
naród ma własne tradycje. Maceo, Marti zostali pochowani. I tak będziemy
postępowali zawsze. Postawiliśmy sobie jednak pytanie: "Co uczynić z rękami Che?"
To jego ciało, jedyne, co nam z niego pozostało. Nie wiemy nawet, czy uda się
nam kiedykolwiek odnaleźć jego szczątki. Mamy jednak ręce, które praktycznie są
w stanie nienaruszonym.
I właśnie dlatego pragniemy zadać narodowi pytanie, jakie jest jego zdanie w tej
sprawie. (Okrzyki: "Zachować je!"). Zachować? W takim razie chcemy oddać pod sąd
opinii narodu taką propozycję: już sporządzono kopię maski i w ten sposób możemy
zrobić wiele reprodukcji i zachować oryginał maski. Można także umieścić ręce
Che w szklanej urnie i postawić ją tutaj, obok statuy Martiego, w jakiejś sali w
dniu kolejnej rocznicy jego śmierci. To ręce, w których trzymał broń, tocząc
walkę o wyzwolenie, ręce, którymi pisał, wykładając swe wspaniałe myśli, ręce,
którymi pracował na plantacjach trzciny cukrowej, w portach, na budowach. I
można urządzić coś w rodzaju muzeum Che, jeśli będziecie chcieli, coś w rodzaju
chwilowego muzeum.
Che nie jest własnością naszego kraju. Che należy do Ameryki. I nadejdzie dzień,
w którym ręce te znajdą się tam, gdzie będą sobie tego życzyły narody Ameryki. A
tymczasem nasz naród będzie je przechowywał i będzie się o nie troszczył...
Tak więc w najbliższą rocznicę śmierci Che Guevary otworzymy to pomieszczenie,
gdzie będą się znajdowały jego ręce i jego maska, i dokąd będzie mógł swobodnie
przychodzić lud i je oglądać. Choć trzeba przyznać, że w takiej chwili każdy
człowiek będzie czuł się źle. Wiem, że na wielu towarzyszach nawet sama ta myśl
wywarła silne wrażenie, silnie na nich podziałała. Rozumiem, że tak samo będzie
oddziaływało to i na nas wszystkich.
Przed rozpoczęciem wiecu była tu Aleida (Aleida March - żona Guevary - aut.).
Rozmawiałem z nią i powiedziałem jej o tym, by jej nie zaskoczyć. Jej oczy nieco
się zaczerwieniły i wytoczyło się z nich kilka łez, ale rzekła: "Tak, dobrze".
Tak więc towarzyszka życia Che wiedziała o tym. Wiedział o tym jego ojciec.
Wiedziało o tym tylko kilka osób. Dzieci, na przykład, tego nie wiedziały.
Tak czy inaczej, zawsze będziemy niezmiernie wdzięczni doktorowi Arguedasowi za
to, co uczynił.
Che zabito, ale nie zdołano przeszkodzić temu, by jego dziennik dostał się na
Kubę. Jego ciało zginęło, ale nie zdołano przeszkodzić temu, by jego ręce
znalazły się na Kubie. Nie wiemy, dlaczego zdjęto jego maskę, ale nic nie mogło
przeszkodzić temu, by dostała się ona w ręce narodu kubańskiego.
Słuszna idea, sprawa Che, jego wartość, jego wielkość uczyniły to, co wydawało
się niemożliwe. Człowiek, który oficjalnie wchodził w skład boliwijskiego rządu,
zwalczającego Che, ryzykował życiem i to nie jeden raz, lecz wielokrotnie, by
ocalić dziennik
Che i przesłać go na Kubę, a później, by ocalić ręce i maskę Che i nam je
przesłać. To właśnie chciałem wam powiedzieć."
Gdy patrzy się na wydarzenia, które nastąpiły w Ameryce Łacińskiej po śmierci
Ernesta Che Guevary, mimo woli przypomina się rada znanego już Czytelnikowi Tada
Szuka, autora książki Wichry rewolucji, zaklinającego swych kolegów, by nie
kierowali się regułami rozsądku lub logiki, analizując tamtejszą rzeczywistość.
Najważniejsze zaś, ostrzegał Szulc, nie próbujcie przepowiadać biegu wydarzeń,
jeśli nie chcecie wystrychnąć się na dudka: scena jest zbyt wypełniona aktorami,
działającymi zbyt szybko, a poruszanymi przez widoczne i ukryte sprężyny o
ogromnej mocy.
Rzeczywiście, wątpliwe, czy nawet najbardziej doświadczony obserwator
południowoamerykańskiej sceny politycznej mógł w dniach śmierci Chś
przepowiedzieć to, co nastąpiło na tym kontynencie w jakiś czas potem.
Wydarzenia zaś rozwijały się w następujący sposób:
W nocy z 2 na 3 października 1968 roku w Peru władzę wzięło w swe ręce najwyższe
dowództwo armii peruwiańskiej, które utworzyło rząd wojskowy z generałem Juanem
Velasco Alvarado na czele. Postępowa opinia publiczna przyjęła z zaniepokojeniem
przewrót wojskowy w Peru, jednakowoż nowe władze wojskowe w tym kraju udowodniły
wkrótce, że objęły rządy wcale nie po to, by bronić interesów wielkich
właścicieli ziemskich i obcych monopolistów. Przeciwnie, rząd generała Velasco
Alvarado w krótkim czasie znacjonalizował własność amerykańskiego towarzystwa "International
Petroleum Company", przeprowadził radykalną reformę rolną oraz nawiązał stosunki
dyplomatyczne ze Związkiem Radzieckim i innymi krajami socjalistycznymi.
Minęły dwa lata i w Chile w wyborach prezydenckich zwyciężył blok Jedności
Ludowej, jednoczący wszystkie postępowe i rewolucyjne siły kraju. Prezydentem
Chile został przywódca tego bloku - Salvadore Allende. Po raz pierwszy drogą
demokratyczną, poprzez urny wyborcze, w jednym z krajów Ameryki Łacińskiej do
władzy doszły siły rewolucyjne. Rozjątrzona ich bezkrwawym zwycięstwem reakcja
usiłowała przez zamordowanie ministra spraw wojskowych, generała Schneidera, i
innymi akcjami sprowokować wojnę domową, ale jej knowania doznały fiaska. Rząd
prezydenta Salvadore Allende, opierając się na jedności sił rewolucyjnych i
poparciu mas pracujących, umocnił swą pozycję i przystąpił do realizacji
zapowiadanych przeobrażeń: znacjonali-zował podstawowe bogactwo kraju - miedz,
przyspieszył przeprowadzenie reformy rolnej, zaczął prowadzić niezależną
politykę zagraniczną, przywracając stosunki dyplomatyczne z Kubą i z innymi
krajami socjalistycznymi.
Wydarzenia w Peru i Chile nie minęły bez echa i w Argentynie. Rząd tego kraju z
generałem Lanusse na czele, wbrew planom Pentagonu, wypowiedział się za
współpracą z Peru i Chile na podstawie wzajemnej nieingerencji i poszanowania
suwerenności.
Nie mniej znamienne wydarzenia nastąpiły w tych latach w Boliwii. 27 kwietnia
1969 roku prezydent Barrientos zginął w katastrofie lotniczej. Jego miejsce
zajął wiceprezydent Siles Salinas. W pięć miesięcy później, 26 września tegoż
roku, w wyniku kolejnego przewrotu wojskowego prezydentem proklamowano generała
Alfreda Ovanda Candię. Ten nie mógł już jednak rządzić krajem tradycyjnymi
metodami swych poprzedników. Aby utrzymać się przy władzy, musiał nie tylko
mówić o obronie interesów narodowych, lecz także czynić coś realnego w tym
kierunku.
Naśladując generałów peruwiańskich, znacjonalizował więc własność "Bolivian Gulf
Oil Company" -¦ filii wielkiego amerykańskiego monopolu naftowego "Gulf Oił
Corporation". Nawiązał także stosunki dyplomatyczne ze Związkiem Radzieckim i
nawet usiłował złożyć całkowitą odpowiedzialność za śmierć Che Gue-vary na
nieżyjącego Barrientosa, twierdząc, że gdy w boliwijskim rządzie decydowały się
losy Che, on, generał Ovando Candia, głosował przeciw zabójstwu bohaterskiego
partyzanta. Co więcej, Ovando zaczął mówić o pozytywnym wkładzie Ernesta Che
Gue-vary w rozwój boliwijskiej rewolucji. W jednym ze swych przemówień Ovando
powiedział: "Guevara walczył innymi środkami o ideał wielkiej rodziny
południowoamerykańskiej, o który i my walczymy".
Postępowanie Ovanda wywołało silne niezadowolenie na waszyngtońskim Kapitolu. W
poufnym sprawozdaniu rządu Stanów Zjednoczonych dla senackiej komisji do spraw
zagranicznych Ovando został nazwany "oportunistą pozbawionym ideologii i
przekonań politycznych". Doszło to do wiadomości rządu boliwijskiego, który
ustami swego ministra informacji, Alberta Beyli, oskarżył nikczemnych jankesów o
działalność destrukcyjną. "Oskarżają oni o komunizm każdy rząd - oświadczył ten
minister - stawiający interesy swego kraju ponad interesy wielkich
imperialistycznych korporacji amerykańskich, które już pozbawiły nasze kraje
tylu bogactw, czyniąc nas uboższymi niż kiedykolwiek przedtem."
Ale działalność Ovanda, choć nawet wywoływała niezadowolenie Waszyngtonu, nie
zyskiwała mu przyjaciół wśród Boliwijczyków, zwłaszcza wśród korpusu
oficerskiego, na którego poparcie liczył on w pierwszym rzędzie.
Amerykańska agentura w armii, zwłaszcza oficerowie, którzy brali bezpośredni
udział w pacyfikacyjnych akcjach przeciwpar-tyzanckich, uważali Ovanda nieledwie
za zdrajcę, a równocześnie dla patriotycznie myślących oficerów Ovando, prawa
ręka Barrientosa, był odrażającą postacią, której ręce zbroczone były krwią Che.
Straciwszy poparcie i jednych, i drugich, 6 października 1970 roku Ovando został
obalony. Przez pewien czas w kraju panował zamęt. Równocześnie sześciu
wojskowych ogłosiło się prezydentami Boliwii. Sprawa zakończyła się tym, że w
pałacu prezydenckim w La Paz osiadł generał Juan Jose Torres, który przy
Barriento-sie był szefem sztabu generalnego.
Torres wysunął postępowy program przeobrażeń społecznych, poparli go ludzie
pracy - górnicy i chłopi. Torres przywrócił swobody demokratyczne, uwolnił
więźniów politycznych, w ich liczbie również Debraya. Jednakże i on nie zdołał
utrzymać się przy władzy - w sierpniu 1971 roku z kolei i jego obalono.
Rozproszone siły demokratyczne Boliwii okazały się niezdolne do stawienia
skutecznego oporu reakcji. Znamienne, że w tym okresie walki o władzę mężnie i
zdecydowanie występował po stronie ludu pułkownik Ruben Sanchez, ten sam Ruben
Sanchez, który w jednej z potyczek, 10 kwietnia 1967 roku, został wzięty do
niewoli" przez partyzantów Che. Najwidoczniej epizod ten odegrał pozytywną rolę
w życiu tego wojskowego, który stał się jednym z najbliższych współpracowników
generała Juana Jose Torresa.
A jednak pomimo tej klęski proces rewolucyjny w Ameryce Łacińskiej po śmierci
Ernesta Che Guevary rozwija się pomyślnie.
Przed pięcioma laty mało kto mógł przypuszczać, że aktywnymi uczestnikami tego
procesu staną się wysoko postawieni wojskowi, a nawet niektórzy z tych, którzy
walczyli z Ernestem Chć Gueva-rą i jego mężnymi towarzyszami broni.
Nie mniej trudno było wtedy przypuszczać również i to, że siły
antyimperialistyczne zdołają gdzieś względnie pokojową drogą zdobyć władzę, jak
to zdarzyło się w Chile.
Jeśli jednak przemyśleć tę sprawę głębiej, to w wydarzeniach tych można będzie
doszukać się pewnej prawidłowości. Proces rewolucyjny wzmaga się, rozszerza,
silnie zaostrzają się przeciwieństwa między narodami Ameryki Łacińskiej i
imperializmem Stanów Zjednoczonych, zachodzą zmiany w klasowej strukturze
społeczeństwa, do walki przeciw imperializmowi włączają się coraz to nowe
warstwy ludności. Niektórzy działacze klas rządzących, obawiając się czegoś
gorszego, wstępują na drogę przeobrażeń odgórnych, inni przyłączają się do
rewolucji w nadziei przyhamowania jej lub sprowadzenia na manowce, jeszcze inni
występują przeciw imperializmowi ze względów patriotycznych. Konieczność
przeobrażeń rewolucyjnych zaczynają głosić również niektórzy oficerowie i
duchowni. Dla wszystkich bowiem staje się oczywiste, że rewolucja jest
nieunikniona, że jest ona na porządku dziennym i że się dokona, czy chcą tego,
czy nie jej przeciwnicy.
Wszystko to komplikuje proces rewolucyjny, nadaje mu niekiedy niezwykłe formy,
zewnętrznie różniące się od ogólnie przyjętych wzorów, formuł i pojęć. Ale
istoty sprawy nie stanowi zewnętrzna forma wydarzeń, lecz ich treść, realne
sukcesy ruchu rewolucyjnego. Dzisiaj ośrodek tego ruchu przesunął się do
południowej części kontynentu południowoamerykańskiego, to jest tam, gdzie pięć
lat temu toczył nierówną walkę ten, który wierzył w nieśmiertelną sprawę
rewolucji i w jej ostateczne zwycięstwo nad siłami reakcji i imperializmu. Jego
krew, krew jego współ-bojowników, jak i krew ich poprzedników, jak krew
wszystkich rewolucjonistów, komunistów nie została przelana na darmo. Rewolucja
zwycięża między innymi również dlatego, że torują jej drogę, walczą o jej
szlachetne, nieśmiertelne ideały tacy kryształowej czystości rewolucjoniści,
jakim był Ernesto Che Guevara.
Sukcesy rewolucji południowoamerykańskiej w sposób istotny osłabiają pozycje
imperializmu w świecie. "Na ogół wzrost ruchu rewolucyjnego na kontynencie
południowoamerykańskim ma ogromne znaczenie dla światowego procesu
rewolucyjnego. Jeszcze zupełnie niedawno, zdawałoby się, pewne tyły
amerykańskiego imperializmu przekształcają się w- gigantyczne ognisko
antyimperiali-stycznej rewolucji. Pod bokiem głównej twierdzy imperializmu -
Stanów Zjednoczonych, rozwija się ruch rewolucyjny o ogromnej mocy. Przesunięcia
te wywierają i niewątpliwie będą wywierały nadal silny wpływ na dalszą zmianę
stosunku sił światowych na korzyść międzynarodowej klasy robotniczej, na korzyść
socjalizmu
Śmierć Che zrodziła dziesiątki i setki książek oraz broszur, wydanych w wielu
językach świata. Poświęcone są mu wiersze, poematy, dramaty, opowiadania,
opowieści i filmy. Oczywiście, że piszą o nim nie tylko życzliwi mu ludzie i
przyjaciele, lecz także podstępni i przebiegli wrogowie. Ci ostatni, zadawszy mu
śmierć fizyczną, usiłują obecnie uśmiercić go politycznie, gdyż obraz
rewolucjonisty Chć jest dla nich nie mniej niebezpieczny, niż był nim żywy Che.
Czego nie wypisują o nim ci sprzedajni pismacy... Jedni czynią z niego
superbohatera działającego w osamotnieniu, tragiczną postać, samobójczego
rewolucjonistę, inni znów przedstawiają go jako anarchistę, trockistę,
zwolennika Mao Tse-tunga, jak to czyni, na przykład, wykonując polecenie
Centralnej Agencji Wywiadowczej, w swej biografii Che Daniel James.
Cała ta falsyfikatorska robota szyta jest grubymi nićmi. Che nie znosił
rewolucyjnej pozy, pseudobohaterstwa, wszelkiego rodzaju sekciarzy,
drobnomieszczańskich łgarzy i ultrasów, trockistów i tym podobnych prowokatorów,
których jednoczyła i jednoczy nienawiść do komunizmu i Związku Radzieckiego. Ale
jak nie staraliby się oszczercy, nie uda się im "przywłaszczyć" świetlanego
obrazu Che, komunisty i przyjaciela Związku Radzieckiego, jakim był w
rzeczywistości i jakim na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich postępowych
ludzi świata.
Gdy napisałem ostatnie zdania tej książki, poczułem chęć spotkania się z
Anastasem Iwanowiczem Mikojanem, by pomówić z nim o rewolucyjnej Kubie i jej
przywódcach, których tak wysoko ceni. Byłem pewien, że Anastas Iwanowicz będzie
mógł opowiedzieć mi wiele ciekawych rzeczy o Che Guevarze, którego znał dobrze.
25 maja 1971 roku odwiedziłem Anastasa Iwanowicza Mikojana w jego
podmoskiewskiej willi.
Spacerowaliśmy wypielęgnowanymi ścieżkami parku. Powoli zapadał zmrok.
Przekazałem Anastasowi Iwanowiczowi pozdrowienia od jego kubańskich przyjaciół -
Raula Castro, Carlosa Rafaela Rodrigue-za, Antonia Nufteza Jimeneza, z którymi
spotykał się w czasie swego niedawnego pobytu na Kubie. Sądząc z wypowiedzi
Anastasa Iwanowicza, śledzi on nadal uważnie wydarzenia na rewolucyjnej Kubie.
Jej ludzie, jej przywódcy, jej sprawy, trudności i sukcesy są bliskie jego
sercu. I nic w tym dziwnego. Przecież Anastas Iwa-nowicz Mikojan był pierwszym
państwowym i partyjnym działaczem Związku Radzieckiego, który odwiedził
rewolucyjną Kubę w 1960 roku, jeszcze przed przywróceniem stosunków
dyplomatycznych pomiędzy naszymi krajami.
-Proszę Anastasa Iwanowicza o opowiedzenie mi swych pierwszych wrażeń z
zetknięcia się z rewolucyjną Kubą.
- Przylecieliśmy do Hawany 4 lutego 19960 roku na otwarcie wystawy osiągnięć
radzieckich w dziedzinie nauki, techniki i kul tury - mówi Anastas Iwanowicz. -
Na lotnisku witali nas premier towarzysz Fidel Castro, towarzysz Ernesto Che
Guevara ówcześnie zajmujący stanowisko dyrektora Narodowego Banku Kuby, minister
spraw zagranicznych towarzysz Raul Roa i inni działacze kubańskiej rewolucji. Na
lotnisku zebrało się wielu ludzi pracy. Powitanie było ciepłe, serdeczne. Od
razu poczułem, że jestem wśród przyjaciół, ludzi o tych samych poglądach.
Młodość przywódców kubańskich, ich rewolucyjna zapalczywość, wiara w swą sprawę
oraz taki sam entuzjazm i wiara w sprawę rewolucji szerokich warstw narodu -
wszystko to świadczyło, że rewolucja kubańska odpowiadała oczekiwaniom i
nadziejom mas pracujących. Widać było i nie można było tego nie zauważyć, że
przywódcy rewolucji kubańskiej cieszyli się wielkim autorytetem wśród mas,
wielką ich miłością. Naród kubański odczuwał dumę, bowiem pierwszy w Ameryce, a
przy tym pod nosem najpotężniejszego mocarstwa imperialistycznego, dokonał
prawdziwej rewolucji społecznej. W czasie naszego pobytu na Kubie atmosfera była
gorąca zarówno w zwykłym, jak i w przenośnym sensie tego słowa. Rząd rewolucyjny
dokonywał ważnych, głębokich przeobrażeń społecznych, a przede wszystkim
przeprowadzał reformę rolną. Przeobrażenia te napotykały zaciekły opór ze strony
warstw wyzyskujących i przedstawicieli zagranicznego kapitału. W kraju toczyła
się ostra walka klasowa. Ale przytłaczająca większość ludzi pracy popierała
postępową politykę rządu rewolucyjnego, jego kurs zmierzający do uzyskania
całkowitej politycznej i ekonomicznej niezależności kraju. I to było gwarancją
jego dalszych sukcesów.
- Czy rewolucyjna Kuba z 1960 roku przypominała pierwsze lata kształtowania
się władzy radzieckiej w Rosji?
- Do pewnego stopnia - tak. Wszystkie rzeczywiście społeczne rewolucje mają
z sobą wiele wspólnego. Budzą one energię-i entuzjazm mas pracujących,
zwielokrotniają ich zdecydowanie i wolę walki. Rewolucje sprawiają, że masy
stają się uświadomione politycznie, zdolne do poświęcenia i bohaterskich czynów.
Marks: nazwał rewolucje społeczne prawdziwymi lokomotywami historii. I tak jest
faktycznie. Zarazem jednak każda rewolucja ma własne cechy charakterystyczne,
swój, jeśli chcecie tak to nazwać, koloryt narodowy. Warunki lokalne,
historyczne doświadczenie narodu, jego tradycje, psychika, stopień rozwoju
ekonomiki i jej zależność od zagranicznego kapitału, stopień uświadomienia klasy
robotniczej, stopień wpływów jej awangardy i wiele innych okoliczności
sprawiają, że każdą rewolucję różnią od innych pewne cechy charakterystyczne.
Równocześnie zaś wszystkim rewolucjom typu socjalistycznego są właściwe wspólne
prawidłowości: odbywają się one przy aktywnym udziale mas pracujących,
uspołeczniają środki produkcji i ziemię, zastępują stary aparat rządowy, który
uciskał ludzi pracy, nowym, działającym poprzez ludzi pracy i w ich interesie,
dokonują przeobrażeń społecznych. Wielki Lenin uczył, że każdy naród dojdzie do
socjalizmu własną drogą, opierając się na własnym doświadczeniu i wychodząc z
konkretnych warunków historycznych. Lenin mówił, ze doświadczenia Wielkiej
Październikowej Rewolucji Socjalistycznej mają światowe znaczenie historyczne,
ale równocześnie ostrzegał przed mechanicznym kopiowaniem tych doświadczeń. I w
istocie żadna. z prawdziwie ludowych rewolucji nie kopiuje ślepo doświadczeń
innych rewolucji. Każda rewolucja działa przede wszystkim w oparciu o własne
warunki i dlatego, właściwie mówiąc, jest niepowtarzalna. Odnosi się to zarówno
do Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej, jak i do rewolucji
kubańskiej, a także do wielu innych rewolucji. Rewolucje są jak dzieci jednej
rodziny, z których każde ma własną indywidualność, własne cechy szczególne,
odróżniające je od braci i sióstr. Równocześnie zaś mają wiele wspólnego, wiele
cech podobnych, wiele pokrewnego - wia-śnie tego, co je spokrewnią i zespala w
jedną rodzinę.
W tym tkwi siła rewolucji. Gdyby w każdym kraju rewolucje rozwijały się według
jednakowego schematu, kapitalistom byłoby stosunkowo łatwo z nimi walczyć. Ale
historia jest nie tylko mądra, lecz i przemyślna: ubiera ona niekiedy rewolucję
w takie szaty, że wyzyskiwaczom potrzeba czasu na rozpoznanie jej właściwego
oblicza, a gdy je rozpoznają, już nie są w stanie zmienić kierunku wydarzeń,
rewolucja bowiem zwyciężyła, stała się procesem nieodwracalnymi
Bywa i tak, że samej rewolucji niezbędny jest pewien czas na uświadomienie sobie
samej siebie, na znalezienie właściwej drogi prowadzącej do zwycięstwa, do
socjalizmu. Zdarza się też, że na jakimś odcinku światowego procesu
rewolucyjnego praktyka rewolucyjna wyprzedza rewolucyjną teorię. Czy to dobrze,
czy źle? Marks mówił, że każdy krok rzeczywistego ruchu jest ważniejszy od
tuzina programów. Rewolucja kubańska potwierdza te znane prawdy marksowskie.
- Oczywiście spotykaliście się z Che, powiedzcie więc, Anastasie Iwanowiczu,
jakie macie wspomnienia z tych spotkań, co możecie powiedzieć o Che jako o
człowieku, działaczu państwowym i rewolucjoniście?
- Che Guevara zwracał na siebie uwagę nawet swym wyglądem zewnętrznym. Wyglądał
na dobrze zbudowanego, był na swój sposób elegancki, choć dość krępy. Oblicze
miał męskie i równocześnie szlachetne. Ujmował jego czarujący uśmiech. Z rozmów
z nim odnosiło się wrażenie, że jest wszechstronnie wykształconym, kulturalnym i
oczytanym człowiekiem. Ale wszystkie te zalety razem wzięte jeszcze nie czyniły
z Chć Guevary wybitnej osobistości. Najważniejsza rzecz W nim - to, oczywiście,
nie zewnętrzny wygląd i nie jego erudycja, lecz okoliczność, że był
rewolucjonistą o stalowym, powiedziałbym, nieugiętym przeświadczeniu o
słuszności swych poglądów. Był bezgranicznie oddany sprawie rewolucji, sprawie
wyzwolenia mas pracujących od wszelkiego ucisku, od nędzy i innych plag
kapitalizmu i imperializmu. Rewolucjonista do szpiku kości - takim był Che
Guevara. Pełna samozaparcia służba rewolucji - to jego największa namiętność,
jego szczęście, jego najwyższy ideał. Właściwe mu było poczucie godności
rewolucyjnej, rewolucyjnego obowiązku i dlatego trudności i nie bezpieczeństwa
go nie odstręczały, lecz, przeciwnie, pociągały. Nie ustraszony, zawsze gotów
był oddać swe życie za idee, w które wierzył. Równocześnie zaś obca mu była
jakakolwiek chęć popisywania się, chełpliwość, męstwo na pokaz, samochwalstwo i
czcza gadanina. Wszystkie jego słowa, gesty, sprawy i postępki były pełne
szczerości, skromności i prostoty. Wyczuwało się, że ten inteligent, "mól
książkowy", nie był działaczem oderwanym od życia, samotnikiem-erudytą.
Pociągała go walka, ostre starcia, śmiałe czyny. Ale nie był to Don Kichot,
marzący o walce z wiatrakami, z urojonymi wrogami. Miał on wroga bardzo
konkretnego, któremu na imię - imperializm. Walkę z nim uważał Che za sprawę
honoru rewolucyjnego, za rewolucyjny obowiązek. Czy Che był romantykiem?
Niewątpliwie. Ale był to romantyzm rewolucyjny. Przypomnijmy sobie słowa Lenina:
"Rozumie się samo przez się, że bez romantyzmu nie możemy się obejść. Lepszy
jego nadmiar aniżeli brak. Zawsze sympatyzowaliśmy z rewolucyjnymi romantykami,
nawet gdy się z nimi nie zgadzaliśmy".
Wiele rozmawialiśmy z Che, często się spieraliśmy. Wyróżniała go niecierpliwość,
prostolinijność, wiara w cudowną siłę rewolucyjnej działalności,
bezkompromisowość w walce. Grzeszą tym do pewnego stopnia wszyscy
rewolucjoniści, zwłaszcza młodzi. Często dopiero życiowe doświadczenie, a przez
nie należy rozumieć nie tylko sukcesy, lecz także i niepowodzenia, przynosi
trzeźwość sądów, tylko wraz Z doświadczeniem życiowym zdyscyplinowuje
się-rewolucyjna namiętność, która pozwala na zebranie, nagromadzenie niezbędnych
sił, by ponownie rzucić się do boju. Świadczy o tym niezwykle bogate
doświadczenie Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej, państwa
radzieckiego, świadczy o tym doświadczenie międzynarodowego ruchu
komunistycznego.
Mówiliśmy o tym z Che Guevarą. Pod wieloma względami zgadzał się ze mną,
jednakże w wielu kwestiach trzymał się wprost przeciwnego poglądu. Pewnego razu
nawet powiedziałem mu żartem, że charakterem odpowiada swemu imieniu Che, które
po ormiańsku znaczy "nie". Usłyszawszy to, dobrodusznie, z całego-serca się
roześmiał. Skłonić do zmiany poglądu Che Guevarę było trudno, jak zresztą i jemu
mnie. Jedynie życie, jedynie sam rozwój procesu rewolucyjnego mógł wnieść
odpowiednie poprawki do naszych sporów, wykazać, w czym mylił się on, a w czym
ja~ Ale nasze spory były sporami dwóch zwolenników tych samych poglądów, a nie
przeciwników. Obaj byliśmy komunistami i to decydowało o wzajemnym szacunku,
jaki mieliśmy dla siebie,.
1 o łączącej nas przyjaźni.
Chciałbym specjalnie powiedzieć o wrażeniu, jakie wywarły na mnie wzajemne
stosunki między Fidelem Castro a Che Guevarą-Wielokrotnie przebywaliśmy razem,
niekiedy tylko we trójkę, nie licząc tłumacza. Dlatego też miałem możność ocenić
ich jakąś szczególną przyjaźń, przepojoną absolutnym zaufaniem i wzajemnym
zrozumieniem. Charakterami ci dwaj kubańscy rewolucjoniści różnili się wyraźnie.
Ale pełen temperamentu, gorący, skłonny do uniesień Fidel i, zdawałoby się,
opanowany, spokojny Che pozostawali z sobą w doskonałych stosunkach, cenili się
wzajemnie przy tym, być może, i za te cechy, które ich od siebie odróżniały.
Po śmierci Guevary nie widziałem Fidela Castro, ale spotykałem się z jego bratem
Raulem, który przyjeżdżał do Moskwy, i wiem dobrze, jak silnie przeżywają obaj
tę stratę. W pełni z nimi to podzielam.
- Co możecie powiedzieć o Dzienniku z Boliwii Che?
- Gdy go czytałem, miałem wrażenie, żee jest napisany krwią tego szlachetnego
rewolucjonisty. Z bólem w sercu czytałem ostatnie strony dziennika, wyobrażałem
sobie ostatnie dni życia Che. Jak mało słów na tych stronach, a jak wiele
dramatyzmu walk rewolucyjnych! Bezgraniczny szacunek musi wywoływać jego męstwo,
nieugiętość, gotowość do walki aż do końca, o czym świadczy ten dziennik. Tym
dobitniej charakteryzuje to jego postać jako nieugiętego bojownika, jakim
pozostał pomimo klęski, szło bowiem o klęskę partyzanckiego oddziału, w którym
pokładał wielkie nadzieje. Tacy ludzie jak Che nie giną daremnie. Również po
śmierci pozostają w szeregach, pobudzając przykładem swego życia coraz to nowych
bojowników do walki o komunizm, o uwolnienie całej ludzkości od wyzysku i
ucisku. Świetlany obraz komunisty Ernesta Chć Guevary będzie żył wiecznie w
pamięci ludu, w sercach jego przyjaciół i towarzyszy "walki oraz tych
wszystkich, którzy się z nim stykali. Anastas Iwanowicz zamilkł. Nocna mgła już
od dawna nas spowijała. Przez pewien czas w milczeniu spacerowaliśmy jeszcze po
parku, a później weszliśmy do domu.
Anastas Iwanowicz zaprosił mnie do pokoju. Rozmowa toczyła się na inne tematy. W
końcu nadeszła chwila, by podziękować gospodarzowi za serdeczność i gościnność.
Żegnając się z Anastasem Iwanowiczem dostrzegłem, że z jednej z wiszących na
ścianie fotografii spogląda na nas młody, uśmiechający się Che. Otaczali go
rębacze trzciny cukrowej, trzymający wysoko czerwony sztandar z napisem:'
"Ojczyzna lub śmierć! Zwyciężymy!"