Tekst pochodzi z książki Josifa Ławrieckiego: "Ernesto Che Guevara" Wydawnictwo Literackie Kraków 1974 strony 303-320. Autor pochodził z ZSRR, czego efektem jest antytrockistowska wypowiedź zaznaczona na niebiesko.


Josif Ławriecki

Nieśmiertelna sprawa rewolucji

Moja klęska nie będzie oznaczała, że nie można było zwyciężyć. Wielu doznało zawodu, starając się osiągnąć szczyt Everestu, i w końcu Everest został zdobyty.
ERNESTO CHE GUEVARA

Wrogowie zabili Che. Zabili go pośpiesznie. Dlaczego?
Jest zupełnie oczywiste, że zabijając zdradziecko rannego i związanego jeńca, jego wrogowie nie tylko chcieli zaspokoić dławiące ich pragnienie zemsty. Zabójstwo Che nie było zwykłym mordem, było to morderstwo polityczne, żywy Che bowiem, nawet wzięty do niewoli, nawet w okowach, nawet ranny, nadal stanowił dla jego wrogów ogromne niebezpieczeństwo. Wątpliwe, czy Barrientos utrzymałby się przy władzy, doświadczywszy na sobie skutków filipik oskarżonego Che, a jego amerykańscy protektorzy wcale nie czuliby się lepiej. Trzymanie zaś żywego Che bez sądu za kratami byłoby dla nich nie mniej niebezpieczne. Cały świat wystąpiłby w jego obronie i dopóki pozostawałby w więzieniu, dopóty nie mogliby spokojnie spać ani "goryle" w La Paz i w innych krajach Ameryki Łacińskiej, ani ich treserzy w Waszyngtonie. Tylko śmierć Che mogła im przywrócić spokój i pewność siebie.
Zabili go jeszcze i dlatego, że byli przeświadczeni, iż ich odrażająca zbrodnia nie zostanie ujawniona. Gdy tego samego dnia, 9 października, jeszcze nie ostygłe zwłoki Che dostarczono śmigłowcem do Vallegrande i oddano w miejscowymi szpitalu lekarzom w celu stwierdzenia zgonu, przedstawiciele dowództwa boliwijskiego oświadczyli dziennikarzom, że Che zmarł z ran otrzymanych w walce w wąwozie Yuro. Jednakże sami dziennikarze burżuazyjni pomogli zdemaskować to kłamstwo.
- Po pierwsze, jeszcze przed puszczeniiem w obieg tej kłamliwej wersji, Ovando przechwalał się wobec dziennikarzy, że Che, znalazłszy się w niewoli, rzekomo oświadczył: "Poniosłem klęskę''. Ale i lekarze, oglądający trupa Che w Vallegrande, i dziennikarze, ; którym dano tę możność, i dokonane przez nich zdjęcia - niezbicie świadczą, że na ciele Che było dziewięć ran postrzałowych, z których co najmniej dwie były śmiertelne: rana w serce i rana w szyję. Wynikało z tego, że gdyby Che otrzymał te rany w walce, nie mógłby złożyć oświadczenia przypisywanego mu przez Ovanda; jeśli jednak złożył takie oświadczenie, został zabity już znajdując się w niewoli u "rangersów".
Dziennikarze odszukali dziesiątki świadków, którzy potwierdzili, że Che był dostawiony do Higuery z jedną raną postrzałową w nogę, że tam usiłowano go przesłuchiwać, że rozmawiał z nauczycielką i wreszcie, że zabił go Mario Teran. Nikt też nie podawał w wątpliwość faktu, że Willy i Chino zostali rzeczywiście zastrzeleni w izbie obok Che, choć wtedy o nich najmniej mówiono w prasie.
W związku z wszystkimi tymi faktami dziennikarze zaczęli zadawać "niedyskretne" pytania przedstawicielom boliwijskich władz, którzy z każdym nowym "wyjaśnieniem" i "sprostowaniem" coraz bardziej się wikłali i wydawali tych, których ręce splamione były krwią Che.
Naturalnie, że głównym odpowiedzialnym - spośród Boliwijczyków - za zabójstwo Che wszyscy czynili prezydenta, generała Barrientosa, który uważał za niezbędne obalić stawiane mu zarzuty, składając korespondentowi "Washington Post" następujące oświadczenie: "Żołnierze, którzy schwytali Che, nie zwracali się do La Paz po instrukcje i nie otrzymali od nas rozkazu zabicia go. Nie zachodziła konieczność tego. Władze wojskowe bowiem już miały rozkaz niebrania jeńców, gdyż zbyt często partyzanci, zgłaszając chęć poddania się, przyjmowali ich ogniem. Osobiście wolałbym mieć go jako jeńca, aby na zawsze zburzyć mit Guevary. A ponieważ jestem prezydentem i mam obowiązek wynajdywać środki, by pomagać Boliwii, rozważyłbym każdą propozycję oddania żywego Che Fidelowi Castro lub komukolwiek innemu za, powiedzmy, 20 milionów dolarów".
W tych tchórzliwym i haniebnym oświadczeniu wszystko było kłamstwem. Gdy stało się oczywiste, że coraz trudniej ukryć prawdę o zabójstwie Che przed światową opinią publiczną, władze boliwijskie posunęły się do nowego przestępstwa - ukryły zwłoki Che.
10 października ciało Che zniknęło z Vallegrande. Według jednych oświadczeń Barrientosa i Ovanda zwłoki Che zostały pochowane w Boliwii w im tylko znanym miejscu, według innych zaś oświadczeń - zostały spalone, a prochy pochowane. Krążyły też pogłoski, że ciało Che wydano Centralnej Agencji Wywiadowczej, której agenci wywieźli je do amerykańskiej strefy Kanału Panamskiego.
Dokładnie ustalono jedno: przed pozbyciem się ciała Che, noszącego na sobie dowody ich winy, mordercy zdjęli z jego twarzy maskę i odrąbali dłonie, konserwując je w spirytusie. Potrzebne im były dowody, że ich ofiara - to rzeczywiście Che. Obawiali się bowiem, że narody nie uwierzą, iż można było pokonać takiego giganta jak Che.
Ale ich obawy były płonne. Nie mogło być wątpliwości, że Che zginął, że nie ma go już wśród żywych. I jednym z pierwszych, kto poza granicami Boliwii uznał ten fakt, był sam Fidel Castro. Już od 10 października prasa kubańska dzień w dzień publikowała najróżniejsze wiadomości o tragicznych wydarzeniach w Boliwii, w tym również liczne szczegóły i wersje śmierci Che. Choć wszystkie te wiadomości podawano bez komentarzy, naród rozumiał, jak straszna prawda jest w nich zawarta.
15 października potwierdził ją Fidel Castro w swym wystąpieniu w telewizji i radio. Wódz kubańskiej . rewolucji szczegółowo nakreślił okoliczności śmierci Che i zdemaskował jego zabójców, usiłujących gorączkowo zatrzeć ślady swej zbrodni. Na zakończenie Fidel Castro odczytał uchwałę rady ministrów Kuby, w której podkreślono zasługi Che w walce narodu kubańskiego i narodów Ameryki Łacińskiej o wyzwolenie z ucisku imperialistycznego. Ogłoszono 30-dniową żałobę, a 8 października proklamowano "Dniem Bohaterskiego Partyzanta". Powołano również komisję z Juanem Almeidą na czele, mającą zająć się uroczystościami żałobnymi i uwiecznieniem pamięci Che.
18 października o godzinie 8.00 wieczór na placu Rewolucji w Hawanie, gdzie lud tyle razy witał Che, dziesiątki tysięcy mieszkańców kubańskiej stolicy w głębokim milczeniu słuchało słów Fidela Castro o bohaterskich czynach i tragicznej śmierci tego, który walczył i oddał swe życie za wolność' i szczęście narodów Ameryki Łacińskiej.
Śmierć Che wstrząsnęła ludźmi pracy wszystkich krajów. Do Hawany nie kończącym się strumieniem płynęły pisma z wyrazami współczucia od partii komunistycznych i innych postępowych organizacji, od działaczy międzynarodowego ruchu robotniczego.
17 października 1967 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wysłał towarzyszowi Fidelowi Castro- pod adresem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby następujący telegram:
"Komuniści Związku Radzieckiego z głębokim żalem przyjęli wiadomość o bohaterskiej śmierci towarzysza Ernesta Che Guevary- Towarzysz Che Guevara oddał swe życie za wielką sprawę wyzwolenia narodów od ucisku i eksploatacji. Na zawsze pozostanie on w naszej pamięci jako mężny rewolucjonista, człowiek o świetlanej duszy i bezprzykładnej ofiarności".
18 października telegram ten opublikowała "Prawda", w której wydrukowano także nekrolog Ernesta Che Guevary, podpisany przez sekretarza generalnego KC KPZR L. Breżniewa i innych członków Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.
W Ameryce Łacińskiej śmierć Che wywołała taką falę oburzenia i gniewu przeciw imperializmowi Stanów Zjednoczonych i jego boliwijskim sługusom, tak głębokie uczucie solidarności z niezwykłym czynem Che, że pod względem jej napięcia emocjonalnego można było porównać ją chyba tylko z falą solidarności, jaka ogarnęła kontynent w związku ze zwycięstwem rewolucji kubańskiej w 1959 roku.
Śmierć Che zrodziła tysiące nowych wrogów imperializmu w krajach Ameryki Łacińskiej i jeszcze bardziej zaostrzyła przeciwieństwa klasowe w tych krajach. Charakterystyczne, że nawet wiele gazet burżuazyjnych zarówno- w Stanach Zjednoczonych, jak i w Ameryce Łacińskiej, pisało w tym czasie, iż śmierć Che niczego nie rozwiązuje; dopóki bowiem narody Ameryki Łacińskiej będą żyły w nędzy, dopóty nieuniknione są tam nowe wstrząsy społeczne, pojawianie się ruchów rewolucyjnych jeszcze potężniejszych od tego, na którego czele stał zastrzelony w nieznanej szkole wiejskiej w Higuerze Ernesto Che Guevara.
Musimy jeszcze opowiedzieć o pewnych faktach, mających związek z pobytem Che w Boliwii, a w szczególności z okolicznościami jego śmierci. Gdy zginął Che, w Camiri nadal jeszcze trwał proces Debraya, Bustosa i innych "uczestników" ruchu partyzanckiego. Obecnie, po śmierci Che, odpadła konieczność kontynuowania tej farsy. 17 listopada sąd wojskowy skazał Debraya i Bustosa na 30 lat więzienia, prowokatorzy także otrzymali "wyroki", co nie przeszkodziło im od razu znaleźć się na wolności.
Debray i Bustos przesiedzieli w więzieniu w Camiri do stycznia 1971 roku, kiedy to zostali amnestionowani i odesłani do Chile. Po upływie miesiąca Debray przybył na Kubę.
Prasa kubańska doniosła, że opowie on dziennikarzom o swych boliwijskich niedolach, ale zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie odbyła. Wkrótce Debray opuścił Kubę i powrócił do Europy, gdzie opublikował książkę o rozmowach z Salvadorem Allende, ówczesnym prezydentem Chile.
W lipcu 1968 roku cały świat obiegła sensacyjna nowina. W Hawanie Fidel Castro oznajmił, że kierownictwo kubańskie otrzymało z Boliwii od pewnego życzliwego człowieka fotokopię dziennika Ernesta Che Guevary i że przekonawszy się o jego autentyczności postanowiło wydać go w masowym nakładzie na Kubie w celu bezpłatnego rozpowszechnienia. Kierownictwo kubańskie postanowiło także nieodpłatnie udostępnić kopię dziennika zagranicznym wydawnictwom dla opublikowania za granicą.
W La Paz oświadczenie Fidela Castro usiłował obalić prezydent Barrientos. Oznajmił on, że wszystkie fotokopie dziennika Che znajdują się pod jego osobistą kontrolą i że Fidel Castro może przedstawić jedynie sfałszowaną kopię dziennika lub jego część, skleconą z rozproszonych fragmentów, opublikowanych w różnym czasie przez sam rząd boliwijski.
3 lipca 1968 roku wystąpił w telewizji hawańskiej Fidel Castro, przedstawiając przed kamerami fotokopię dziennika Che, a także innych dokumentów zagarniętych przez władze boliwijskie przy wzięciu go do niewoli. Szef rządu kubańskiego zdemaskował haniebne machinacje wysokich osobistości boliwijskich, usiłujących w ciągu ośmiu miesięcy sprzedać zagranicznym wydawnictwom dziennik swej ofiary za nieomal milion dolarów.
Wątpliwości być nie mogło: dziennik Che i wszystkie inne dokumenty z jego plecaka, przechowywane dotychczas pod mocnym zamknięciem w safesach prezydenta Boliwii i Centralnej Agencji Wywiadowczej w Waszyngtonie, znalazły się w Hawanie i teraz ogłosi je rewolucyjna Hawana, a nie La Paz i Waszyngton.
Po kilku dniach prezydent Barrientos musiał przyznać, że Hawana faktycznie dysponuje prawdziwymi fotokopiami dokumentów Che. Jeśli jednak tak było, powstało drugie uzasadnione pytanie: Kto przekazał je do Hawany? Nie ulegało wątpliwości, że przekazać je mogła tylko bardzo wysoko postawiona osobistość. Ale kto?
Odpowiedź na to pytanie nie kazała na siebie długo czekać. 19 lipca tegoż roku z Boliwii zbiegł do Chile minister spraw wewnętrznych, Antonio Arguedas, jeden z najbardziej zaufanych ludzi prezydenta Barrientosa. Arguedas oświadczył dziennikarzom chilijskim, że przez wiele lat był agentem Centralnej Agencji Wywiadowczej i że to właśnie on, postanowiwszy zerwać ze "złowrogą bandą, która knuje spisek przeciw ludzkości", przesłał dokumenty Che do Hawany.
To, co nastąpiło potem, przypominało film kryminalny. Z Chile Arguedas udał się do Londynu, następnie do Nowego Jorku, a później do Limy. Wszędzie składał różne, często sprzeczne oświadczenia. W Limie oświadczył nieoczekiwanie, że powraca do La faz, gdzie gotów jest stanąć przed sądem, by odpowiedzieć za swą działalność.
I rzeczywiście powrócił do La Paz, gdzie został aresztowany. Sądził go najwyższy trybunał wojskowy, ale rozprawa odbyła się przy drzwiach zamkniętych i to, o czym tam mówiono, przez pewien czas pozostawało tajemnicą. Stało się wiadome jedynie, że sąd nie wydał żadnego wyroku w jego sprawie i zwolnił go.
W rok później w La Paz jacyś nieznani ludzie usiłowali zabić Arguedasa, strzelając do niego w biały dzień z karabinu maszynowego z pędzącego samochodu. Arguedas został ranny, leżał w szpitalu, a po wyjściu z niego schronił się w ambasadzie meksykańskiej.
We wrześniu 1969 roku władze zezwoliły mu opuścić Boliwię i Arguedas z rodziną wyjechał do Meksyku, a po pewnym czasie ¦osiadł na stałe w Hawanie. Wkrótce po tych wydarzeniach fotokopie protokołów tajnej rozprawy sądowej Arguedasa - 250 odbitek fotograficznych - znalazły się za granicą i wyciągi z nich zaczęły pojawiać się w prasie różnych krajów Ameryki Łacińskiej i Europy. Po jakimś czasie protokoły te zostały w całości wydane w książce argentyńskiego publicysty Gregoria Selsera CIA w Boliwii. Niektóre ustępy z tego dzieła już przytaczaliśmy. Arguedas w swych zeznaniach przed sądem demaskował krecią robotę Centralnej Agencji Wywiadowczej i jej agentury w Boliwii. Naświetlając własną działalność, oświadczył on sądowi: "Opuściłem kraj, gdyż pełniąc obowiązki ministra spraw wewnętrznych, przekonałem się, że ojczyzna moja w znacznym stopniu została -pozbawiona swej suwerenności narodowej, że północnoamerykańskie służby są wszechmocne w Boliwii. Padłem ofiary rządu Stanów Zjednoczonych".
Arguedas przyznał, że to właśnie on przekazał dziennik Che do Hawany i że uczynił to bez żadnego wynagrodzenia finansowego, z pobudek patriotycznych. "Z rozmów z urzędnikami północnoamerykańskimi - powiedział on sądowi - stało się jasne, że północnoamerykański rząd chciał wzbudzić szerokie zainteresowanie dla treści boliwijskiego dziennika majora Ernesta Guevary, aby następnie dać własną wersję tego dziennika i wprowadzić znaczne zmiany do oryginału w celu usprawiedliwienia wielostronnej agresji zbrojnej przeciwko Kubie i masowych represji wewnątrz kraju. Wydanie dziennika fałszywego lub dalekiego od oryginalnego tekstu miało stanowić zamierzoną prowokację".
Dokumenty z procesu Arguedasa dają obfity materiał do zastanowienia się nad tym, jakie było w istocie polityczne oblicze tej dość niezwykłej postaci dramatu boliwijskiego.
- Czy jest pan komunistą? - zapytał Arrguedasa przewodniczący sądu.
- Jestem marksistą-humanistą - bez zmrrużenia powiek odpowiedział oskarżony.
- Jakie jest pańskie zdanie o Guevarzee?
- To bohater, przykład dla całej Ameryyki.
- Proszę powiedzieć sądowi, czy znał ppan Ernesta Che Guevarę oraz braci Peredo i jakie stosunki łączyły pana z nimi?
- Nie miałem zaszczytu osobiście poznaać majora Ernesta Guevary. Majora Intiego Peredo znałem tylko przelotnie. Co się zaś tyczy majora Roberta Peredo (Coco), to osobiście głęboko go szanowałem, choć nigdy nie utrzymywałem z nim kontaktów o charakterze politycznym.
Z chwilą opublikowania autentycznego dziennika Che w Hawanie udaremnione zostały prowokacyjne plany Centralnej Agencji Wywiadowczej. Arguedas - który wykazał niemało osobistego męstwa we wszystkich tych sprawach, zanim bowiem dobrnął do Hawany, balansował na skraju przepaści - wydał Kubańczykom nie tylko dokumenty z plecaka Che. Oznajmił to Fidel Castro w 1970 roku, przemawiając na wiecu z okazji 26 lipca.
"Chcę zakomunikować wam, co następuje - powiedział wówczas szef rządu kubańskiego. - Po historii z dziennikiem dr Arguedas nadal walczył i starał się przesłać do naszego kraju odlew gipsowy twarzy Che, maskę, jaką zrobiono tam w dniu, w którym go zabito, a poza tym przechował i przesłał do naszego kraju dłonie Che Guevary.
Ręce Che dobrze się zachowały. Postarali się o to specjalnie kubańscy fachowcy.
Tradycje naszego kraju są znane. Grzebie on swych synów. To tradycja. Każdy naród ma własne tradycje. Maceo, Marti zostali pochowani. I tak będziemy postępowali zawsze. Postawiliśmy sobie jednak pytanie: "Co uczynić z rękami Che?"
To jego ciało, jedyne, co nam z niego pozostało. Nie wiemy nawet, czy uda się nam kiedykolwiek odnaleźć jego szczątki. Mamy jednak ręce, które praktycznie są w stanie nienaruszonym.
I właśnie dlatego pragniemy zadać narodowi pytanie, jakie jest jego zdanie w tej sprawie. (Okrzyki: "Zachować je!"). Zachować? W takim razie chcemy oddać pod sąd opinii narodu taką propozycję: już sporządzono kopię maski i w ten sposób możemy zrobić wiele reprodukcji i zachować oryginał maski. Można także umieścić ręce Che w szklanej urnie i postawić ją tutaj, obok statuy Martiego, w jakiejś sali w dniu kolejnej rocznicy jego śmierci. To ręce, w których trzymał broń, tocząc walkę o wyzwolenie, ręce, którymi pisał, wykładając swe wspaniałe myśli, ręce, którymi pracował na plantacjach trzciny cukrowej, w portach, na budowach. I można urządzić coś w rodzaju muzeum Che, jeśli będziecie chcieli, coś w rodzaju chwilowego muzeum.
Che nie jest własnością naszego kraju. Che należy do Ameryki. I nadejdzie dzień, w którym ręce te znajdą się tam, gdzie będą sobie tego życzyły narody Ameryki. A tymczasem nasz naród będzie je przechowywał i będzie się o nie troszczył...
Tak więc w najbliższą rocznicę śmierci Che Guevary otworzymy to pomieszczenie, gdzie będą się znajdowały jego ręce i jego maska, i dokąd będzie mógł swobodnie przychodzić lud i je oglądać. Choć trzeba przyznać, że w takiej chwili każdy człowiek będzie czuł się źle. Wiem, że na wielu towarzyszach nawet sama ta myśl wywarła silne wrażenie, silnie na nich podziałała. Rozumiem, że tak samo będzie oddziaływało to i na nas wszystkich.
Przed rozpoczęciem wiecu była tu Aleida (Aleida March - żona Guevary - aut.). Rozmawiałem z nią i powiedziałem jej o tym, by jej nie zaskoczyć. Jej oczy nieco się zaczerwieniły i wytoczyło się z nich kilka łez, ale rzekła: "Tak, dobrze". Tak więc towarzyszka życia Che wiedziała o tym. Wiedział o tym jego ojciec. Wiedziało o tym tylko kilka osób. Dzieci, na przykład, tego nie wiedziały.
Tak czy inaczej, zawsze będziemy niezmiernie wdzięczni doktorowi Arguedasowi za to, co uczynił.
Che zabito, ale nie zdołano przeszkodzić temu, by jego dziennik dostał się na Kubę. Jego ciało zginęło, ale nie zdołano przeszkodzić temu, by jego ręce znalazły się na Kubie. Nie wiemy, dlaczego zdjęto jego maskę, ale nic nie mogło przeszkodzić temu, by dostała się ona w ręce narodu kubańskiego.
Słuszna idea, sprawa Che, jego wartość, jego wielkość uczyniły to, co wydawało się niemożliwe. Człowiek, który oficjalnie wchodził w skład boliwijskiego rządu, zwalczającego Che, ryzykował życiem i to nie jeden raz, lecz wielokrotnie, by ocalić dziennik
Che i przesłać go na Kubę, a później, by ocalić ręce i maskę Che i nam je przesłać. To właśnie chciałem wam powiedzieć."
Gdy patrzy się na wydarzenia, które nastąpiły w Ameryce Łacińskiej po śmierci Ernesta Che Guevary, mimo woli przypomina się rada znanego już Czytelnikowi Tada Szuka, autora książki Wichry rewolucji, zaklinającego swych kolegów, by nie kierowali się regułami rozsądku lub logiki, analizując tamtejszą rzeczywistość. Najważniejsze zaś, ostrzegał Szulc, nie próbujcie przepowiadać biegu wydarzeń, jeśli nie chcecie wystrychnąć się na dudka: scena jest zbyt wypełniona aktorami, działającymi zbyt szybko, a poruszanymi przez widoczne i ukryte sprężyny o ogromnej mocy.
Rzeczywiście, wątpliwe, czy nawet najbardziej doświadczony obserwator południowoamerykańskiej sceny politycznej mógł w dniach śmierci Chś przepowiedzieć to, co nastąpiło na tym kontynencie w jakiś czas potem. Wydarzenia zaś rozwijały się w następujący sposób:
W nocy z 2 na 3 października 1968 roku w Peru władzę wzięło w swe ręce najwyższe dowództwo armii peruwiańskiej, które utworzyło rząd wojskowy z generałem Juanem Velasco Alvarado na czele. Postępowa opinia publiczna przyjęła z zaniepokojeniem przewrót wojskowy w Peru, jednakowoż nowe władze wojskowe w tym kraju udowodniły wkrótce, że objęły rządy wcale nie po to, by bronić interesów wielkich właścicieli ziemskich i obcych monopolistów. Przeciwnie, rząd generała Velasco Alvarado w krótkim czasie znacjonalizował własność amerykańskiego towarzystwa "International Petroleum Company", przeprowadził radykalną reformę rolną oraz nawiązał stosunki dyplomatyczne ze Związkiem Radzieckim i innymi krajami socjalistycznymi.
Minęły dwa lata i w Chile w wyborach prezydenckich zwyciężył blok Jedności Ludowej, jednoczący wszystkie postępowe i rewolucyjne siły kraju. Prezydentem Chile został przywódca tego bloku - Salvadore Allende. Po raz pierwszy drogą demokratyczną, poprzez urny wyborcze, w jednym z krajów Ameryki Łacińskiej do władzy doszły siły rewolucyjne. Rozjątrzona ich bezkrwawym zwycięstwem reakcja usiłowała przez zamordowanie ministra spraw wojskowych, generała Schneidera, i innymi akcjami sprowokować wojnę domową, ale jej knowania doznały fiaska. Rząd prezydenta Salvadore Allende, opierając się na jedności sił rewolucyjnych i poparciu mas pracujących, umocnił swą pozycję i przystąpił do realizacji zapowiadanych przeobrażeń: znacjonali-zował podstawowe bogactwo kraju - miedz, przyspieszył przeprowadzenie reformy rolnej, zaczął prowadzić niezależną politykę zagraniczną, przywracając stosunki dyplomatyczne z Kubą i z innymi krajami socjalistycznymi.
Wydarzenia w Peru i Chile nie minęły bez echa i w Argentynie. Rząd tego kraju z generałem Lanusse na czele, wbrew planom Pentagonu, wypowiedział się za współpracą z Peru i Chile na podstawie wzajemnej nieingerencji i poszanowania suwerenności.
Nie mniej znamienne wydarzenia nastąpiły w tych latach w Boliwii. 27 kwietnia 1969 roku prezydent Barrientos zginął w katastrofie lotniczej. Jego miejsce zajął wiceprezydent Siles Salinas. W pięć miesięcy później, 26 września tegoż roku, w wyniku kolejnego przewrotu wojskowego prezydentem proklamowano generała Alfreda Ovanda Candię. Ten nie mógł już jednak rządzić krajem tradycyjnymi metodami swych poprzedników. Aby utrzymać się przy władzy, musiał nie tylko mówić o obronie interesów narodowych, lecz także czynić coś realnego w tym kierunku.
Naśladując generałów peruwiańskich, znacjonalizował więc własność "Bolivian Gulf Oil Company" -¦ filii wielkiego amerykańskiego monopolu naftowego "Gulf Oił Corporation". Nawiązał także stosunki dyplomatyczne ze Związkiem Radzieckim i nawet usiłował złożyć całkowitą odpowiedzialność za śmierć Che Gue-vary na nieżyjącego Barrientosa, twierdząc, że gdy w boliwijskim rządzie decydowały się losy Che, on, generał Ovando Candia, głosował przeciw zabójstwu bohaterskiego partyzanta. Co więcej, Ovando zaczął mówić o pozytywnym wkładzie Ernesta Che Gue-vary w rozwój boliwijskiej rewolucji. W jednym ze swych przemówień Ovando powiedział: "Guevara walczył innymi środkami o ideał wielkiej rodziny południowoamerykańskiej, o który i my walczymy".
Postępowanie Ovanda wywołało silne niezadowolenie na waszyngtońskim Kapitolu. W poufnym sprawozdaniu rządu Stanów Zjednoczonych dla senackiej komisji do spraw zagranicznych Ovando został nazwany "oportunistą pozbawionym ideologii i przekonań politycznych". Doszło to do wiadomości rządu boliwijskiego, który ustami swego ministra informacji, Alberta Beyli, oskarżył nikczemnych jankesów o działalność destrukcyjną. "Oskarżają oni o komunizm każdy rząd - oświadczył ten minister - stawiający interesy swego kraju ponad interesy wielkich imperialistycznych korporacji amerykańskich, które już pozbawiły nasze kraje tylu bogactw, czyniąc nas uboższymi niż kiedykolwiek przedtem."
Ale działalność Ovanda, choć nawet wywoływała niezadowolenie Waszyngtonu, nie zyskiwała mu przyjaciół wśród Boliwijczyków, zwłaszcza wśród korpusu oficerskiego, na którego poparcie liczył on w pierwszym rzędzie.
Amerykańska agentura w armii, zwłaszcza oficerowie, którzy brali bezpośredni udział w pacyfikacyjnych akcjach przeciwpar-tyzanckich, uważali Ovanda nieledwie za zdrajcę, a równocześnie dla patriotycznie myślących oficerów Ovando, prawa ręka Barrientosa, był odrażającą postacią, której ręce zbroczone były krwią Che.
Straciwszy poparcie i jednych, i drugich, 6 października 1970 roku Ovando został obalony. Przez pewien czas w kraju panował zamęt. Równocześnie sześciu wojskowych ogłosiło się prezydentami Boliwii. Sprawa zakończyła się tym, że w pałacu prezydenckim w La Paz osiadł generał Juan Jose Torres, który przy Barriento-sie był szefem sztabu generalnego.
Torres wysunął postępowy program przeobrażeń społecznych, poparli go ludzie pracy - górnicy i chłopi. Torres przywrócił swobody demokratyczne, uwolnił więźniów politycznych, w ich liczbie również Debraya. Jednakże i on nie zdołał utrzymać się przy władzy - w sierpniu 1971 roku z kolei i jego obalono. Rozproszone siły demokratyczne Boliwii okazały się niezdolne do stawienia skutecznego oporu reakcji. Znamienne, że w tym okresie walki o władzę mężnie i zdecydowanie występował po stronie ludu pułkownik Ruben Sanchez, ten sam Ruben Sanchez, który w jednej z potyczek, 10 kwietnia 1967 roku, został wzięty do niewoli" przez partyzantów Che. Najwidoczniej epizod ten odegrał pozytywną rolę w życiu tego wojskowego, który stał się jednym z najbliższych współpracowników generała Juana Jose Torresa.
A jednak pomimo tej klęski proces rewolucyjny w Ameryce Łacińskiej po śmierci Ernesta Che Guevary rozwija się pomyślnie.
Przed pięcioma laty mało kto mógł przypuszczać, że aktywnymi uczestnikami tego procesu staną się wysoko postawieni wojskowi, a nawet niektórzy z tych, którzy walczyli z Ernestem Chć Gueva-rą i jego mężnymi towarzyszami broni.
Nie mniej trudno było wtedy przypuszczać również i to, że siły antyimperialistyczne zdołają gdzieś względnie pokojową drogą zdobyć władzę, jak to zdarzyło się w Chile.
Jeśli jednak przemyśleć tę sprawę głębiej, to w wydarzeniach tych można będzie doszukać się pewnej prawidłowości. Proces rewolucyjny wzmaga się, rozszerza, silnie zaostrzają się przeciwieństwa między narodami Ameryki Łacińskiej i imperializmem Stanów Zjednoczonych, zachodzą zmiany w klasowej strukturze społeczeństwa, do walki przeciw imperializmowi włączają się coraz to nowe warstwy ludności. Niektórzy działacze klas rządzących, obawiając się czegoś gorszego, wstępują na drogę przeobrażeń odgórnych, inni przyłączają się do rewolucji w nadziei przyhamowania jej lub sprowadzenia na manowce, jeszcze inni występują przeciw imperializmowi ze względów patriotycznych. Konieczność przeobrażeń rewolucyjnych zaczynają głosić również niektórzy oficerowie i duchowni. Dla wszystkich bowiem staje się oczywiste, że rewolucja jest nieunikniona, że jest ona na porządku dziennym i że się dokona, czy chcą tego, czy nie jej przeciwnicy.
Wszystko to komplikuje proces rewolucyjny, nadaje mu niekiedy niezwykłe formy, zewnętrznie różniące się od ogólnie przyjętych wzorów, formuł i pojęć. Ale istoty sprawy nie stanowi zewnętrzna forma wydarzeń, lecz ich treść, realne sukcesy ruchu rewolucyjnego. Dzisiaj ośrodek tego ruchu przesunął się do południowej części kontynentu południowoamerykańskiego, to jest tam, gdzie pięć lat temu toczył nierówną walkę ten, który wierzył w nieśmiertelną sprawę rewolucji i w jej ostateczne zwycięstwo nad siłami reakcji i imperializmu. Jego krew, krew jego współ-bojowników, jak i krew ich poprzedników, jak krew wszystkich rewolucjonistów, komunistów nie została przelana na darmo. Rewolucja zwycięża między innymi również dlatego, że torują jej drogę, walczą o jej szlachetne, nieśmiertelne ideały tacy kryształowej czystości rewolucjoniści, jakim był Ernesto Che Guevara.
Sukcesy rewolucji południowoamerykańskiej w sposób istotny osłabiają pozycje imperializmu w świecie. "Na ogół wzrost ruchu rewolucyjnego na kontynencie południowoamerykańskim ma ogromne znaczenie dla światowego procesu rewolucyjnego. Jeszcze zupełnie niedawno, zdawałoby się, pewne tyły amerykańskiego imperializmu przekształcają się w- gigantyczne ognisko antyimperiali-stycznej rewolucji. Pod bokiem głównej twierdzy imperializmu - Stanów Zjednoczonych, rozwija się ruch rewolucyjny o ogromnej mocy. Przesunięcia te wywierają i niewątpliwie będą wywierały nadal silny wpływ na dalszą zmianę stosunku sił światowych na korzyść międzynarodowej klasy robotniczej, na korzyść socjalizmu
Śmierć Che zrodziła dziesiątki i setki książek oraz broszur, wydanych w wielu językach świata. Poświęcone są mu wiersze, poematy, dramaty, opowiadania, opowieści i filmy. Oczywiście, że piszą o nim nie tylko życzliwi mu ludzie i przyjaciele, lecz także podstępni i przebiegli wrogowie. Ci ostatni, zadawszy mu śmierć fizyczną, usiłują obecnie uśmiercić go politycznie, gdyż obraz rewolucjonisty Chć jest dla nich nie mniej niebezpieczny, niż był nim żywy Che. Czego nie wypisują o nim ci sprzedajni pismacy... Jedni czynią z niego superbohatera działającego w osamotnieniu, tragiczną postać, samobójczego rewolucjonistę, inni znów przedstawiają go jako anarchistę, trockistę, zwolennika Mao Tse-tunga, jak to czyni, na przykład, wykonując polecenie Centralnej Agencji Wywiadowczej, w swej biografii Che Daniel James.
Cała ta falsyfikatorska robota szyta jest grubymi nićmi. Che nie znosił rewolucyjnej pozy, pseudobohaterstwa, wszelkiego rodzaju sekciarzy, drobnomieszczańskich łgarzy i ultrasów, trockistów i tym podobnych prowokatorów, których jednoczyła i jednoczy nienawiść do komunizmu i Związku Radzieckiego. Ale jak nie staraliby się oszczercy, nie uda się im "przywłaszczyć" świetlanego obrazu Che, komunisty i przyjaciela Związku Radzieckiego, jakim był w rzeczywistości i jakim na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich postępowych ludzi świata.
Gdy napisałem ostatnie zdania tej książki, poczułem chęć spotkania się z Anastasem Iwanowiczem Mikojanem, by pomówić z nim o rewolucyjnej Kubie i jej przywódcach, których tak wysoko ceni. Byłem pewien, że Anastas Iwanowicz będzie mógł opowiedzieć mi wiele ciekawych rzeczy o Che Guevarze, którego znał dobrze.
25 maja 1971 roku odwiedziłem Anastasa Iwanowicza Mikojana w jego podmoskiewskiej willi.
Spacerowaliśmy wypielęgnowanymi ścieżkami parku. Powoli zapadał zmrok. Przekazałem Anastasowi Iwanowiczowi pozdrowienia od jego kubańskich przyjaciół - Raula Castro, Carlosa Rafaela Rodrigue-za, Antonia Nufteza Jimeneza, z którymi spotykał się w czasie swego niedawnego pobytu na Kubie. Sądząc z wypowiedzi Anastasa Iwanowicza, śledzi on nadal uważnie wydarzenia na rewolucyjnej Kubie. Jej ludzie, jej przywódcy, jej sprawy, trudności i sukcesy są bliskie jego sercu. I nic w tym dziwnego. Przecież Anastas Iwa-nowicz Mikojan był pierwszym państwowym i partyjnym działaczem Związku Radzieckiego, który odwiedził rewolucyjną Kubę w 1960 roku, jeszcze przed przywróceniem stosunków dyplomatycznych pomiędzy naszymi krajami.
-Proszę Anastasa Iwanowicza o opowiedzenie mi swych pierwszych wrażeń z zetknięcia się z rewolucyjną Kubą.
- Przylecieliśmy do Hawany 4 lutego 19960 roku na otwarcie wystawy osiągnięć radzieckich w dziedzinie nauki, techniki i kul tury - mówi Anastas Iwanowicz. - Na lotnisku witali nas premier towarzysz Fidel Castro, towarzysz Ernesto Che Guevara ówcześnie zajmujący stanowisko dyrektora Narodowego Banku Kuby, minister spraw zagranicznych towarzysz Raul Roa i inni działacze kubańskiej rewolucji. Na lotnisku zebrało się wielu ludzi pracy. Powitanie było ciepłe, serdeczne. Od razu poczułem, że jestem wśród przyjaciół, ludzi o tych samych poglądach. Młodość przywódców kubańskich, ich rewolucyjna zapalczywość, wiara w swą sprawę oraz taki sam entuzjazm i wiara w sprawę rewolucji szerokich warstw narodu - wszystko to świadczyło, że rewolucja kubańska odpowiadała oczekiwaniom i nadziejom mas pracujących. Widać było i nie można było tego nie zauważyć, że przywódcy rewolucji kubańskiej cieszyli się wielkim autorytetem wśród mas, wielką ich miłością. Naród kubański odczuwał dumę, bowiem pierwszy w Ameryce, a przy tym pod nosem najpotężniejszego mocarstwa imperialistycznego, dokonał prawdziwej rewolucji społecznej. W czasie naszego pobytu na Kubie atmosfera była gorąca zarówno w zwykłym, jak i w przenośnym sensie tego słowa. Rząd rewolucyjny dokonywał ważnych, głębokich przeobrażeń społecznych, a przede wszystkim przeprowadzał reformę rolną. Przeobrażenia te napotykały zaciekły opór ze strony warstw wyzyskujących i przedstawicieli zagranicznego kapitału. W kraju toczyła się ostra walka klasowa. Ale przytłaczająca większość ludzi pracy popierała postępową politykę rządu rewolucyjnego, jego kurs zmierzający do uzyskania całkowitej politycznej i ekonomicznej niezależności kraju. I to było gwarancją jego dalszych sukcesów.
- Czy rewolucyjna Kuba z 1960 roku przypominała pierwsze lata kształtowania się władzy radzieckiej w Rosji?
- Do pewnego stopnia - tak. Wszystkie rzeczywiście społeczne rewolucje mają z sobą wiele wspólnego. Budzą one energię-i entuzjazm mas pracujących, zwielokrotniają ich zdecydowanie i wolę walki. Rewolucje sprawiają, że masy stają się uświadomione politycznie, zdolne do poświęcenia i bohaterskich czynów. Marks: nazwał rewolucje społeczne prawdziwymi lokomotywami historii. I tak jest faktycznie. Zarazem jednak każda rewolucja ma własne cechy charakterystyczne, swój, jeśli chcecie tak to nazwać, koloryt narodowy. Warunki lokalne, historyczne doświadczenie narodu, jego tradycje, psychika, stopień rozwoju ekonomiki i jej zależność od zagranicznego kapitału, stopień uświadomienia klasy robotniczej, stopień wpływów jej awangardy i wiele innych okoliczności sprawiają, że każdą rewolucję różnią od innych pewne cechy charakterystyczne. Równocześnie zaś wszystkim rewolucjom typu socjalistycznego są właściwe wspólne prawidłowości: odbywają się one przy aktywnym udziale mas pracujących, uspołeczniają środki produkcji i ziemię, zastępują stary aparat rządowy, który uciskał ludzi pracy, nowym, działającym poprzez ludzi pracy i w ich interesie, dokonują przeobrażeń społecznych. Wielki Lenin uczył, że każdy naród dojdzie do socjalizmu własną drogą, opierając się na własnym doświadczeniu i wychodząc z konkretnych warunków historycznych. Lenin mówił, ze doświadczenia Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej mają światowe znaczenie historyczne, ale równocześnie ostrzegał przed mechanicznym kopiowaniem tych doświadczeń. I w istocie żadna. z prawdziwie ludowych rewolucji nie kopiuje ślepo doświadczeń innych rewolucji. Każda rewolucja działa przede wszystkim w oparciu o własne warunki i dlatego, właściwie mówiąc, jest niepowtarzalna. Odnosi się to zarówno do Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej, jak i do rewolucji kubańskiej, a także do wielu innych rewolucji. Rewolucje są jak dzieci jednej rodziny, z których każde ma własną indywidualność, własne cechy szczególne, odróżniające je od braci i sióstr. Równocześnie zaś mają wiele wspólnego, wiele cech podobnych, wiele pokrewnego - wia-śnie tego, co je spokrewnią i zespala w jedną rodzinę.
W tym tkwi siła rewolucji. Gdyby w każdym kraju rewolucje rozwijały się według jednakowego schematu, kapitalistom byłoby stosunkowo łatwo z nimi walczyć. Ale historia jest nie tylko mądra, lecz i przemyślna: ubiera ona niekiedy rewolucję w takie szaty, że wyzyskiwaczom potrzeba czasu na rozpoznanie jej właściwego oblicza, a gdy je rozpoznają, już nie są w stanie zmienić kierunku wydarzeń, rewolucja bowiem zwyciężyła, stała się procesem nieodwracalnymi
Bywa i tak, że samej rewolucji niezbędny jest pewien czas na uświadomienie sobie samej siebie, na znalezienie właściwej drogi prowadzącej do zwycięstwa, do socjalizmu. Zdarza się też, że na jakimś odcinku światowego procesu rewolucyjnego praktyka rewolucyjna wyprzedza rewolucyjną teorię. Czy to dobrze, czy źle? Marks mówił, że każdy krok rzeczywistego ruchu jest ważniejszy od tuzina programów. Rewolucja kubańska potwierdza te znane prawdy marksowskie.
- Oczywiście spotykaliście się z Che, powiedzcie więc, Anastasie Iwanowiczu, jakie macie wspomnienia z tych spotkań, co możecie powiedzieć o Che jako o człowieku, działaczu państwowym i rewolucjoniście?
- Che Guevara zwracał na siebie uwagę nawet swym wyglądem zewnętrznym. Wyglądał na dobrze zbudowanego, był na swój sposób elegancki, choć dość krępy. Oblicze miał męskie i równocześnie szlachetne. Ujmował jego czarujący uśmiech. Z rozmów z nim odnosiło się wrażenie, że jest wszechstronnie wykształconym, kulturalnym i oczytanym człowiekiem. Ale wszystkie te zalety razem wzięte jeszcze nie czyniły z Chć Guevary wybitnej osobistości. Najważniejsza rzecz W nim - to, oczywiście, nie zewnętrzny wygląd i nie jego erudycja, lecz okoliczność, że był rewolucjonistą o stalowym, powiedziałbym, nieugiętym przeświadczeniu o słuszności swych poglądów. Był bezgranicznie oddany sprawie rewolucji, sprawie wyzwolenia mas pracujących od wszelkiego ucisku, od nędzy i innych plag kapitalizmu i imperializmu. Rewolucjonista do szpiku kości - takim był Che Guevara. Pełna samozaparcia służba rewolucji - to jego największa namiętność, jego szczęście, jego najwyższy ideał. Właściwe mu było poczucie godności rewolucyjnej, rewolucyjnego obowiązku i dlatego trudności i nie bezpieczeństwa go nie odstręczały, lecz, przeciwnie, pociągały. Nie ustraszony, zawsze gotów był oddać swe życie za idee, w które wierzył. Równocześnie zaś obca mu była jakakolwiek chęć popisywania się, chełpliwość, męstwo na pokaz, samochwalstwo i czcza gadanina. Wszystkie jego słowa, gesty, sprawy i postępki były pełne szczerości, skromności i prostoty. Wyczuwało się, że ten inteligent, "mól książkowy", nie był działaczem oderwanym od życia, samotnikiem-erudytą. Pociągała go walka, ostre starcia, śmiałe czyny. Ale nie był to Don Kichot, marzący o walce z wiatrakami, z urojonymi wrogami. Miał on wroga bardzo konkretnego, któremu na imię - imperializm. Walkę z nim uważał Che za sprawę honoru rewolucyjnego, za rewolucyjny obowiązek. Czy Che był romantykiem? Niewątpliwie. Ale był to romantyzm rewolucyjny. Przypomnijmy sobie słowa Lenina: "Rozumie się samo przez się, że bez romantyzmu nie możemy się obejść. Lepszy jego nadmiar aniżeli brak. Zawsze sympatyzowaliśmy z rewolucyjnymi romantykami, nawet gdy się z nimi nie zgadzaliśmy".
Wiele rozmawialiśmy z Che, często się spieraliśmy. Wyróżniała go niecierpliwość, prostolinijność, wiara w cudowną siłę rewolucyjnej działalności, bezkompromisowość w walce. Grzeszą tym do pewnego stopnia wszyscy rewolucjoniści, zwłaszcza młodzi. Często dopiero życiowe doświadczenie, a przez nie należy rozumieć nie tylko sukcesy, lecz także i niepowodzenia, przynosi trzeźwość sądów, tylko wraz Z doświadczeniem życiowym zdyscyplinowuje się-rewolucyjna namiętność, która pozwala na zebranie, nagromadzenie niezbędnych sił, by ponownie rzucić się do boju. Świadczy o tym niezwykle bogate doświadczenie Wielkiej Październikowej Rewolucji Socjalistycznej, państwa radzieckiego, świadczy o tym doświadczenie międzynarodowego ruchu komunistycznego.
Mówiliśmy o tym z Che Guevarą. Pod wieloma względami zgadzał się ze mną, jednakże w wielu kwestiach trzymał się wprost przeciwnego poglądu. Pewnego razu nawet powiedziałem mu żartem, że charakterem odpowiada swemu imieniu Che, które po ormiańsku znaczy "nie". Usłyszawszy to, dobrodusznie, z całego-serca się roześmiał. Skłonić do zmiany poglądu Che Guevarę było trudno, jak zresztą i jemu mnie. Jedynie życie, jedynie sam rozwój procesu rewolucyjnego mógł wnieść odpowiednie poprawki do naszych sporów, wykazać, w czym mylił się on, a w czym ja~ Ale nasze spory były sporami dwóch zwolenników tych samych poglądów, a nie przeciwników. Obaj byliśmy komunistami i to decydowało o wzajemnym szacunku, jaki mieliśmy dla siebie,.
1 o łączącej nas przyjaźni.
Chciałbym specjalnie powiedzieć o wrażeniu, jakie wywarły na mnie wzajemne stosunki między Fidelem Castro a Che Guevarą-Wielokrotnie przebywaliśmy razem, niekiedy tylko we trójkę, nie licząc tłumacza. Dlatego też miałem możność ocenić ich jakąś szczególną przyjaźń, przepojoną absolutnym zaufaniem i wzajemnym zrozumieniem. Charakterami ci dwaj kubańscy rewolucjoniści różnili się wyraźnie. Ale pełen temperamentu, gorący, skłonny do uniesień Fidel i, zdawałoby się, opanowany, spokojny Che pozostawali z sobą w doskonałych stosunkach, cenili się wzajemnie przy tym, być może, i za te cechy, które ich od siebie odróżniały.
Po śmierci Guevary nie widziałem Fidela Castro, ale spotykałem się z jego bratem Raulem, który przyjeżdżał do Moskwy, i wiem dobrze, jak silnie przeżywają obaj tę stratę. W pełni z nimi to podzielam.
- Co możecie powiedzieć o Dzienniku z Boliwii Che?
- Gdy go czytałem, miałem wrażenie, żee jest napisany krwią tego szlachetnego rewolucjonisty. Z bólem w sercu czytałem ostatnie strony dziennika, wyobrażałem sobie ostatnie dni życia Che. Jak mało słów na tych stronach, a jak wiele dramatyzmu walk rewolucyjnych! Bezgraniczny szacunek musi wywoływać jego męstwo, nieugiętość, gotowość do walki aż do końca, o czym świadczy ten dziennik. Tym dobitniej charakteryzuje to jego postać jako nieugiętego bojownika, jakim pozostał pomimo klęski, szło bowiem o klęskę partyzanckiego oddziału, w którym pokładał wielkie nadzieje. Tacy ludzie jak Che nie giną daremnie. Również po śmierci pozostają w szeregach, pobudzając przykładem swego życia coraz to nowych bojowników do walki o komunizm, o uwolnienie całej ludzkości od wyzysku i ucisku. Świetlany obraz komunisty Ernesta Chć Guevary będzie żył wiecznie w pamięci ludu, w sercach jego przyjaciół i towarzyszy "walki oraz tych wszystkich, którzy się z nim stykali. Anastas Iwanowicz zamilkł. Nocna mgła już od dawna nas spowijała. Przez pewien czas w milczeniu spacerowaliśmy jeszcze po parku, a później weszliśmy do domu.
Anastas Iwanowicz zaprosił mnie do pokoju. Rozmowa toczyła się na inne tematy. W końcu nadeszła chwila, by podziękować gospodarzowi za serdeczność i gościnność. Żegnając się z Anastasem Iwanowiczem dostrzegłem, że z jednej z wiszących na ścianie fotografii spogląda na nas młody, uśmiechający się Che. Otaczali go rębacze trzciny cukrowej, trzymający wysoko czerwony sztandar z napisem:'
"Ojczyzna lub śmierć! Zwyciężymy!"

Hosted by www.Geocities.ws

1