Recenzja ukazała się w "Aneksie", dodatku społeczno-kulturalnym dziennika "Trybuna"
Przemysław Wielgosz
Kuba w godzinie ognisk
Polskie media głównego (czytaj neoliberalnego) nurtu mają
swoich ulubionych chłopców do bicia. Jedną z najczęstszych ofiar propagandowych
ataków, której samo istnienie wzbudza prawdziwą furię w redakcjach Gazety
Wyborczej czy Rzeczpospolitej jest Kuba. Mimo swych niewielkich rozmiarów
odległy ten kraj kreowany jest na coś w rodzaju nowego imperium zła. Sądząc po
tonie w jakim utrzymane są poświęcone Kubie teksty, w bestiariuszu polskiej
prawicy zajmuje ona chyba pierwszą pozycję – dystansując nawet Północną Koreę.
Odpowiedź na pytanie o przyczyny owej zwierzęcej, bo najczęściej nie popartej
żadnymi racjami, nienawiści szukać należy w najnowszej historii zachodniej
hemisfery, w której karaibska wyspa odegrała rolę nieproporcjonalnie wielką do
swych rozmiarów. Wydaje się, że prawicowa propaganda opluwa Kubę właśnie dlatego
żeby świadomość tej roli nie przeniknęła do szerszych kręgów czytelników. Gdyby
tak się stało cała wznoszona przez rzesze antykomunistycznych propagandystów
wizja historii XX wieku musiałaby runąć jak domek z kart. Tak się bowiem składa,
że powikłane dzieje kubańskiej rewolucji i jej zwrotu w stronę socjalizmu w
żaden sposób nie dają się wtłoczyć
w schemat historyjek o komunizmie przynoszonym na bagnetach Armii Czerwonej,
rewolucji będącej wynikiem spisku agentów NKWD lub KGB, a wreszcie o polityce
satelickiej względem moskiewskiego centrum obozu radzieckiego.
Znakomitym przyczynkiem do odkłamania tych fascynujących dziejów jest wydana
niedawno książka Marcina Floriana Gawryckiego pt. „Kuba i rewolucja w Ameryce
Łacińskiej”. Ta zaledwie 250 stronicowa monografia jest prawdziwą kopalnią
wiedzy o genezie, przebiegu i znaczeniu kubańskiej rewolucja dla całej
zachodniej półkuli. Co więcej autor dokonał rekonstrukcji kontekstu
historycznego wydarzeń lat 1956-1959 ukazując sytuację wyspy, która już u progu
swej bardzo krwawo wywalczonej niepodległości stała się faktyczną kolonią USA.
Dzięki temu otrzymujemy sugestywny obraz okoliczności, które popchnęły grupę
młodych emigrantów-nacjonalistów do walki z marionetkowym reżimem Fulgencio
Batisty.
Rzecz jasna Gawrycki kreśli jedynie zarys historii Kuby w drugiej połowie XX
wieku. Tematem jego pracy jest bowiem jeden, za to bardzo istotny, jej wymiar.
Jak sugeruje tytuł „Kuba i rewolucja w Ameryce Łacińskiej” jest studium
międzynarodowej strategii rewolucyjnego rządu w Hawanie. Autor podkreśla, że
strategia ta stanowiła nie tylko odpowiedź na wyzwania związane gwałtownym
przypływem fali ruchów lewicowych, który nota bene nastąpił w dużej mierze pod
wpływem przykładu kubańskiego, ale też jedyny dostępny małemu krajowi sposób na
samodzielne przeciwstawienie się agresji imperium północnoamerykańskiego. Już
kilkanaście miesięcy po zajęciu Hawany przez barbudos Fidela Castro Kuba
postanowiła udzielać pomocy
antyimperialistycznych ruchom zbrojnym na kontynencie południowoamerykańskim.
Stało się tak przede wszystkim za sprawą wrogości, z jaką reformy społeczne
dokonywane na wyspie spotkały się ze strony Waszyngtonu. To właśnie ona
uświadomiła przywódcom rewolucji, że biorąc na poważnie deklaracje o
konieczności zerwania zależności gospodarczej i politycznej od sąsiada z północy
zmuszeni będą stanąć do nierównej konfrontacji geopolitycznej.
Decyzja o wsparciu dla ruchów rewolucyjnych na kontynencie miała jednak także
głębsze podłoże. Otóż strategia kontynentalna Hawany odwoływała się wprost do
idei jedności Latynoameryki, którą głosił już początkach XIX wieku Simon
Bolivar, a którą potem przejął kubański bohater narodowy Jose Marti. Rewolucyjne
zjednoczenie kontynentu uznawano w tej tradycji za jeden z podstawowych
elementów radykalnego przekształcenia panujących na nim stosunków społecznych.
Niebagatelną role odgrywał także fakt iż każdy rewolucyjny rząd jaki w
przeszłości pojawił się w tym regionie świata narażony był na agresję USA.
Tragiczny los umiarkowanie lewicowego ( i zupełnie nierewolucyjnego) rządu
Jacobo Arbenza w Gwatemali, który obalony został w roku 1954 przez najemników
CIA, stanowił przestrogę, z której przywódcy rewolucji kubańskiej wyciągnęli
właściwe wnioski.
Zanim jednak doszło do sformułowania „strategii kontynentalnej” Hawany, Kuba
przeżyła okres wzrastającej wrogości USA, początek sankcji gospodarczych,
inwazję najemników USA w Zatoce Świń, długą serię morderczych akcji
terrorystycznych, które przyniosły setki ofiar oraz wojskową blokadę w roku
1961. Na doświadczenia te nałożyło się dodatkowo rozczarowanie polityką ZSRR,
który najpierw zaoferował osamotnionej wyspie pomoc, a w chwilę później
potraktował ją jak pionka na geopolitycznej szachownicy w swych rozrywkach z
USA. Dopiero gry Fidel Castro i jego współpracownicy z Ernesto Che Guevarą na
czele zrozumieli, że nie ma co liczyć na to, że ZSRR poświęci swoje władztwo nad
strefą wpływów przyznaną mu w Jałcie na rzecz idei rewolucji światowej uznali,
że drogą do zwycięstwa rewolucji na Kubie jest pobudzanie rewolucji na całym
kontynencie. Znalazło to swój wyraz w II Deklaracji Hawańskiej uchwalonej 4
lutego 1962 roku. Wejście na drogę czynnego wspierania ruchów rewolucyjnych było
zatem wyrazistą manifestacją niezależności socjalistycznej Kuby oportunistycznej
polityki ZSRR. Krokiem dalej na drodze konfrontacji z Moskwą było zwołanie
Konferencji Trzech Kontynentów (Tricontinental) w roku 1967, która stała się
platformą łączącą antyimperialistyczne siły z Latynoameryki, Afryki i Azji i
stanowiła wyraz osłabienia wpływów radzieckich w Trzecim Świecie na rzecz
Hawany.
W książce Gawryckiego znajdziemy opis kolejnych faz rozwoju strategii
kontynentalnej. Wbrew pozorom nie była ona wyrazem wiary w skuteczność eksportu
rewolucji. Jak stwierdzała II deklaracja Hawańska „rewolucji się nie eksportuje,
rewolucji dokonują narody. Kuba jest tego przykładem”. Wydarzenia potwierdziły
słuszność tej tezy. Wszędzie tam gdzie Kubańczycy zdecydowali się zaangażować w
roli inspiratorów i jedynie słusznych nauczycieli przewrotów ponosili klęski,
tam natomiast gdzie wspierali jedynie autonomiczne dynamiki rewolucyjne ich
działania były skuteczniejsze. Pierwszy z tych scenariuszy miał miejsce w
Argentynie i Boliwii drugi np. w Kolumbii, Wenezueli czy Nikaragui.
Lata sześćdziesiąte przyniosły całą serię antykapitalistycznych wystąpień na
zachodniej półkuli. Parafrazując bohatera narodowego Kuby Jose Marti, mówiono
wówczas, że wybiła „godzina ognisk” wyzwoleńczych. Che Guevara nawiązał wprost
do słów Marti głosząc ideę tworzenia na obszarach wiejskich ognisk
partyzanckich, z których rewolucjoniści mieli podejmować działania przeciw
rządzącym reżimom. Wprawdzie Che przypłacił życiem próbę mechanicznego
przeniesienia wypróbowanej na Kubie metody do Boliwii, ale nie zatrzymało to
rozniecania ognisk walki z systemem. Tym bardziej, że przypływ fali rewolucyjnej
związany z wojną w Indochinach oraz dekolonizacją Afryki zainspirował
Kubańczyków do rozciągnięcia strategii kontynentalnej na kolejne dwa kontynenty
Trzeciego Świata. Zaowocowało to najpierw wyprawą dowodzonych przez Che
ochotników do Konga, a potem bezpośrednim zaangażowaniem wojskowym Kuby w
Angoli, Mozambiku i Etiopii w połowie lat 70.
Druga faza strategii kontynentalnej przypadła na lata 80. gdy Kubańczycy
zdecydowali się wesprzeć narastającą falę guerrilli w krajach Ameryki Środkowej
– w Salwadorze, Gwatemali, a także wspomóc rewolucyjny, choć bardzo umiarkowany,
rząd nikaraguańskich sandinistów walczący ze zbrojną agresją USA. Tym razem
jednak Hawana zasadniczo zrewidowała swe dawne stanowisko i w żaden sposób nie
próbowała narzucać jedynie słusznego modelu strategii wojny partyzanckiej. Nie
miała zresztą innego wyjścia albowiem sukcesy rewolucji nikaraguańskiej oraz
frontów partyzanckich z pozostałych dwóch wymienionych krajów wiązały się z
całkowitym porzuceniem wzorców kubańskich i wypracowaniem oryginalnej strategii
łączącej samoobronę w strefach wyzwolonych, typową guerrillę wiejską, ruchy
masowe i akcje zbrojne w miastach.
Dziś po strategii kontynentalnej pozostało na Kubie mniej więcej tyle, ile po
kubańskim socjalizmie. Fidel Castro nie angażuje się w guerrillę i zasłynął z
wspierania procesów pokojowych w Kolumbii. Mimo to trudno nie zauważyć, że
założenia leżące u podstaw polityki zewnętrznej rewolucji kubańskiej mają
uzasadnienie. Dziś może nawet bardziej niż kiedykolwiek widać, że jedyne, co
może uratować oblężoną wyspę, to ponowny przypływ fali rewolucyjnej na
kontynencie. Czyż USA zwlekałyby z decyzją o „wyzwoleniu” Kuby, gdyby nie
zwycięski marsz lewicy latynoamerykańskiej, symbolizowany przez rewolucję
bolivariańską w Wenezueli, rządy Partii Pracowników w Brazylii, dojście do
władzy byłych Tupamaros w Urigwaju i, last but not least, przewlekłą wojnę
partyzancką w Kolumbii?
Marcin Florian Gawrycki „Kuba i rewolucja w Ameryce Łacińskiej” wyd. Adam
Marszałek, Toruń 2004, s. 257
Przemysław Wielgosz