Poniżej fragmenty książki Z.M. Kowalewskiego wydanej w 1978 roku


Zbigniew Marcin Kowalewski

Guerilla latyno-amerykańska

Szkice z dziejów rewolucyjnych walk partyzanckich w XX wieku


Wstęp

 

Na obszarze półkuli zachodniej, zwanym dzisiaj Ameryką Łacińską, od czasów jego podboju przez iberyjskich konkwistadorów partyzantka zawsze była jedną z form oporu i walki uciskanych, wydziedziczonych i wyzyskiwanych zbiorowości ludzkich: grup etnicznych i rasowych, narodów, klas społecznych, a także społeczności ekstermi-nowanych. Walki partyzanckie wybuchały w epoce, gdy obszar ten stanowił część składową imperiów kolonialnych państw Półwyspu Iberyjskiego i niektórych innych mocarstw europejskich i gdy akumulowane na nim, a następnie wywożone zeń bogactwo przyczyniło się do narodzin kapitalizmu i cywilizacji przemysłowej w zachodniej Europie. Toczyły się podczas wojen o niepodległość i konfliktów, jakie wstrząsały młodymi republikami po tych wojnach, w okresie, gdy Wielka Brytania czyniła z Ameryki Łacińskiej źródło surowców i żywności oraz rynek zbytu własnych towarów przemysłowych. Wybuchały w czasach, gdy brytyjska hegemonia przeżywała zmierzch, kapitalizm wkraczał w stadium imperializmu, Ameryka Łacińska była objęta międzynarodowym ruchem kapitału pieniężnego, a następnie produkcyjnego, rolę zaś hegemona przejmowały Stany Zjednoczone Ameryki.
Ludzie walczący o wolność różnorodnie pojętą w zależności od miejsca i czasu, a także roli spełnianej w strukturze stosunków społecznych, o dostęp do naturalnych warunków pracy i środków utrzymania, o równomierny podział bogactwa społecznego, o prawo do życia w warunkach uważanych przez nich za najwłaściwsze, najbardziej godne człowieka czy danej zbiorowości lub zapewniające jej najlepsze możliwości materialnego i duchowego rozwoju, ludzie walczący o niezależność polityczną i ekonomiczną swoich społeczeństw, o emancypację klas własnych czy też tych. z których interesami utożsamiali się. od wieków stawali do walki partyzanckiej. Czynili tak wtedy, gdy położenie i warunki egzystencji swoich zbiorowości uważali za niemożliwe do przyjęcia i gdy wszelki oręż, nie wymagający stosowania fizycznej przemocy, mieli wytrącony z ręki.
Wojna partyzancka jest tą jedyną bodaj formą walki zbrojnej, która pozwala stawiać czoła przeciwnikowi silniejszemu w sposób przytłaczający pod względem materialnym i techniczno-wojskowym, a nawet odnosić nad nim zwycięstwa wtedy, gdy strona słabsza prowadzi walkę sprawiedliwą.
Pojęcie walki sprawiedliwej, choć wydaje się nieostre, nawet mgliste i z tego powodu nie mogące służyć za narzędzie analizy czy środek poznania, jest do wszelkiej refleksji o partyzantce nieodzowne. Cechy, losy, szansę każdej konkretnej walki partyzanckiej od niczego nie zależą bardziej, jak od tego, czy jest to walka sprawiedliwa, czy niesprawiedliwa. Czasami — w tej książce z tego rodzaju przypadkami nie będziemy mieć do czynienia — partyzantka łączy w sobie oba aspekty: walki sprawiedliwej i niesprawiedliwej, a wówczas decydujące znaczenie ma to, który z tych aspektów w walce partyzanckiej przeważa, dominuje. Pojęcie walki sprawiedliwej, wbrew temu co nieraz się sądzi, daje wyraz racjom nie subiektywnym, lecz stronniczym, które z powodzeniem mogą być i bywają obiektywne. Dlatego walka partyzancka jest faktem historycznie doniosłym w życiu danego społeczeństwa wtedy jedynie, gdy stanowi walkę ludu uciskanego czy wyzwolonego, a także broniącego swoich zdobyczy i wolności. Klasy posiadające środki produkcji i korzystające ze spolaryzowanej akumulacji bogactwa i ubóstwa, których panowanie ekonomiczne, polityczne i ideologiczne zostało obalone, państwa kolonialne i imperialistyczne, których wpływy zostały wyrugowane, a dobra wywłaszczone, odwołują się również czasami do walki partyzanckiej przeciwko nowemu ładowi społecznemu. Walka taka jednak wybucha sporadycznie, jest krótkotrwała i daje się zdławić raz na zawsze. Klęska partyzantki ludowej, o ile tylko lud, który 5 ją podjął, nie ulega eksterminacji, nigdy nie oznacza końca walki partyzanckiej, chyba że walka ludowa ma możliwość rozwinięcia się w innej formie. Większość opisanych w tej książce walk partyzanckich zakończyła się klęską, lecz zarazem większość tych klęsk nie oznaczała końca walki partyzanckiej.
Walka partyzancka w Ameryce Łacińskiej była i jest przede wszystkim walką chłopów: rolników i pasterzy, drobnych właścicieli ziemskich i robotników rolnych. Teoria formalna i strategia polityczna miejskiej walki partyzanckiej pojawiła się w Ameryce Łacińskiej niedawno, przy czym pozostawała ściśle związana z partyzantką wiejską w tym znaczeniu, że traktowała jej doświadczenia za punkt wyjścia i stanowiła próbę przystosowania tych doświadczeń do warunków walki zbrojnej w wielkich ośrodkach miejskich, czy też pojmowana była jako wstępny etap, a następnie czynnik komplementarny walki partyzanckiej na wsi.
Chłopstwo z kilku powodów było i pozostaje główną siłą walki ludowej, gdy ta przybiera formę wojny partyzanckiej. Poddane największemu wyzyskowi, najbardziej upośledzone przy podziale bogactwa społecznego i w największej mierze padające ofiarą nierównomiernego rozwoju, było i jest nadal trzymane w ryzach z pomocą przymusu pozaekonomicznego pod rozmaitymi postaciami przez klasy panujące oraz pozbawione jest niemal zupełnie możliwości udziału w formalnych grach politycznych. Jego walka klasowa, nawet wtedy, gdy ma charakter czysto ekonomiczny, napotyka często represje policyjne i wojskowe, co zmusza chłopów do odwoływania się do zbrojnej przemocy. Walka chłopów z przeciwnikiem, który ma nad nimi gigantyczną wprost przewagę pod względem potencjału materialnego, w tym ogniowego i poziomu technologicznego, skłania ich w sposób naturalny do podejmowania działań typu partyzanckiego. Tereny wiejskie znajdują się na peryferiach systemu panowania klas posiadających i ich władzy politycznej oraz kontroli aparatu represji. Masywy górskie i kompleksy leśne stanowią naturalną scenerię walki partyzanckiej, a znajomość przez chłopów terenu, ich więź z przyrodą i przystosowanie do warunków życia w górach czy dżunglach czyni z nich naturalnych bojowników ruchu partyzanckiego. Ponadto fakt, iż mają dostęp do naturalnych warunków pracy w swoich gospodarstwach rolnych czy hodowlanych zapewnia im środki utrzymania, gdy idą do partyzantki.
Chłopstwo ze względu na charakter jego działalności produkcyjnej i rozproszenie, niski poziom kulturalny i nie-ciągły charakter walki klasowej, nie było w ciągu wieków siłą politycznie samodzielną, zdolną do zdobycia i przejęcia władzy. Wielka wojna chłopska, jaka miała miejsce w Meksyku po 1910 roku, dobitnie wykazała tę niemożność samoemancypacji chłopstwa. Wzrost rewolucyjnego potencjału walk chłopskich nastąpił wtedy, gdy powstała pewna więź między nimi a walkami klasowymi proletariatu: prowadzona przez chłopstwo wojna narodowowyzwoleńcza w Nikaragui była pierwszym w Ameryce Łacińskiej przejawem tych zmian, zachodzących w walkach chłopskich wraz z rozwojem, wzrostem stopnia koncentracji i dojrzewaniem klasowej świadomości robotników przemysłowych.
Przełomem w dziejach walk ludowych w Ameryce Łacińskiej była jednak dopiero rewolucja kubańska. Rewolucja ta, mająca w latach 1959— 1961 charakter demokratyczny, ludowy i antyimperialistyczny, przeobraziwszy się wiosną 1961 roku w pierwszą na kontynencie rewolucję socjalistyczną, stała się potężnym bodźcem do wszechstronnego rozwoju walki rewolucyjnej w krajach Ameryki Łacińskiej, spowodowała też głębokie przeobrażenia w klasowym charakterze i ideologii ruchów rewolucyjnych oraz wniosła do nich pierwsze doświadczenie pomyślnie stoczonej, doprowadzonej do zwycięskiego końca i uwieńczonej zdobyciem władzy wojny partyzanckiej, w której chłopstwo było istotnym elementem składowym rewolucyjnej awangardy. Z wyjątkiem wojny wyzwoleńczej narodu nikaraguańskiego wszystkie pozostałe opisane w tej książce walki partyzanckie toczyły się już w tym nowym okresie historycznym; warto jednak zaznaczyć, iż wojna chłopska w Nikaragui, choć miała miejsce ćwierć wieku przed zwycięstwem rewolucji socjalistycznej na Kubie, zapowiadała już pierwsze przesłanki tej historycznej zmiany.
W okresie, którego dotyczą zamieszczone w tej książce szkice z dziejów walk partyzanckich, zależny kapitalizm w Ameryce Łacińskiej, znajdującej się pod panowaniem początkowo głównie finansowym północnoamerykańskiego imperializmu, wszedł w fazę z jednej strony wzrostu przemysłowego, a z drugiej szybkiej monopolizacji struktury gospodarczej. Możliwości zatrudnienia taniej siły roboczej oraz uzyskania niezmiernie wysokiej stopy zysku sprawiły, iż kapitał monopolistyczny wysoko rozwiniętych społeczeństw, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, zaczął przejmować kontrolę nad przemysłem już tutaj istniejącym, a stworzonym głównie po światowym kryzysie lat 1929— — 1930, dokonywać bezpośrednich inwestycji przemysłowych i instalować gałęzie przemysłu do niedawna jeszcze wiodące w najwyżej rozwiniętych krajach, zachowując jednocześnie dla siebie monopol na technologię. Rozwój przemysłowy Ameryki Łacińskiej był w całej rozciągłości skutkiem zmian, jakie dokonywały się w międzynarodowym podziale pracy świata kapitalistycznego i nie zmieniał zależnej pozycji krajów kontynentu.
Proletariat przemysłowy stawał się klasą społeczną o coraz większym znaczeniu ekonomicznym i fakt ten stwarzał nowe perspektywy dla walki rewolucyjnej. Jednocześnie gwałtowne wstrząsy polityczne przeżywały warstwy pośrednie, czyli tzw. klasa średnia, przede wszystkim na uniwersytetach i w siłach zbrojnych. Właśnie lewicowo--radykalne nurty ruchów politycznych miejskiej klasy średniej stały się głównym inicjatorem walk partyzanckich, znajdujących swoją inspirację ideową w rewolucji kubańskiej, pragnących wyzwolić potencjał rewolucyjny tkwiący w chłopstwie i uczynić klasę robotniczą siłą kierowniczą procesu wyzwolenia narodowego.
W 1962 roku partyzantka zaczęła działać w górach Wenezueli i przestała w tym kraju istnieć w 1969 roku. W 1963 roku pojawiła się w Gwatemali i została pokonana w 1967 roku. W 1963 roku przez krótki okres działał w Argentynie i w Republice Dominikańskiej; ponowne, krótkotrwałe walki partyzanckie toczyły się w Republice Dominikańskiej w 1973 roku. W 1964 roku wojna partyzancka wybuchła w Kolumbii i toczy się w tym kraju do dziś. W 1965 roku przez kilka miesięcy toczyła się w Peru. Wielokrotnie wybuchała w Nikaragui, na największą skalę w 1967 roku. W latach 1966-1967, pod wodzą jednego z czołowych przywódców rewolucji kubańskiej, Ernesto Che Guevary, toczyła się w Boliwii i zakończyła klęską; bez powodzenia została wznowiona w 1970 roku. W 1967 roku jej zalążki pojawiły się w Meksyku. Były to głównie walki partyzanckie na terenach wiejskich. W końcu lat sześćdziesiątych walka zbrojna o charakterze partyzantki miejskiej rozwinęła się w Urugwaju, gdzie poniosła porażkę w 1972 roku, w Brazylii, gdzie została rozbita w 1970 roku oraz w Argentynie, gdzie po 1974 roku część z niej przeszła na tereny wiejskie.
W książce tej czytelnik znajdzie próbę rekonstrukcji dziejów ruchów partyzanckich pięciu krajów: Nikaragui, Gwatemali, Peru, Brazylii i Kolumbii. W polskich wydawnictwach ukazały się dotychczas publikacje poświęcone walkom partyzanckim na Kubie, w Boliwii i w Urugwaju.

 


Brazylia
Karabin przeciw zależnemu imperializmowi


Brazylia przeżywała w łatach sześćdziesiątych okres niezwykle burzliwych przeobrażeń społecznych w dziedzinie zarówno ekonomicznej, jak i politycznej. Był to okres kryzysu ekonomicznego, poważnego wzrostu panowania obcego, zwłaszcza północnoamerykańskiego kapitału, gwałtownego pogłębienia się przepaści dzielącej warstwy ubogie od warstw zamożnych, upadku demokracji burżuazyjnej, zastąpionej przez wojskową dyktaturę, oraz brutalnych represji w stosunku do ruchu robotniczego i chłopskiego. Zależny kapitalizm w Brazylii wszedł wówczas w tak zwaną subimperialistyczną fazę rozwoju, czyli w czasy dominacji kapitalizmu monopolistycznego. W Ameryce Łacińskiej zaczęła się kształtować swoista hierarchia imperia-lizmów. Relatywnie silny, acz zdominowany przez imperializm USA, subimperializm (zależny imperializm) brazylijski stanął u progu ekspansji gospodarczej i politycznej, mającej uzależnić słabiej ekonomicznie rozwinięte kraje Ameryki Południowej.
W latach pięćdziesiątych w Brazylii, jednym z najwyżej uprzemysłowionych krajów w Ameryce Łacińskiej, w szybkim tempie zaczął wzrastać stopień monopolizacji gospodarki, a szczególnie przemysłu, co wiązało się ściśle z potężnym napływem obcych kapitałów. Inwestycje wielkich korporacji zagranicznych stanowiły wówczas ponad 30% inwestycji państwowych i prywatnych w tym kraju. W latach 1955-1962 około 82% inwestycji przemysłowych finansowano ze źródeł zewnętrznych. Już wówczas, w sposób typowy dla kapitalizmu monopolistycznego, wystąpiły objawy wzrostu sprzeczności między zdolnością wytwarzania nadwyżki ekonomicznej a zdolnością jej zużytkowania, uwidaczniającej się w przyroście nadmiernych mocy produkcyjnych brazylijskiego przemysłu.
Wzrost zdolności produkcyjnej przemysłu, rozwijającego się pod coraz większą kontrolą obcego kapitału, na drodze swojej ekspansji napotkał barierę w postaci niskiej zdolności konsumpcyjnej rynku wewnętrznego, ograniczonego przez superwyzysk pracy, na którym opierała się akumulacja kapitału. Trudności te na największą skalę wystąpiły w najbardziej dynamicznym sektorze przemysłu, produkującym dobra konsumpcyjne trwałego użytku. W latach 1962— 1967 nastąpił w Brazylii kryzys akumulacji kapitału.
Przemysł stanął w obliczu niemożności rzucenia w dalszym ciągu na rynek nowych, coraz bardziej złożonych produktów, a jednocześnie nie mógł rozwijać produkcji dóbr już wyrabianych. Masy konsumentów tanich artykułów — proletariat miejski i niższa klasa średnia — miały zbyt małe dochody na to, żeby zezwalały one na wzrost produkcji nietrwałych dóbr konsumpcyjnych, takich jak obuwie, tekstylia, artykuły spożywcze. Grupy społeczne o wysokich dochodach były już natomiast nasycone samochodami, elektrycznymi sprzętami gospodarstwa domowego itp., co nie pozwalało na wzrost produkcji trwałych dóbr konsumpcyjnych. Eksperci z Komisji Ekonomicznej ONZ dla Ameryki Łacińskiej (CEPAL) zalecili wówczas przeprowadzenie reformy podziału dochodów, która wydawała się być jedynym logicznym rozwiązaniem.
Wojskowy reżym dyktatorski, który powstał w kraju w 1964 roku po obaleniu — na drodze zamachu stanu — rządu prezydenta Goularta, obrał jednak zgoła odmienną drogę wyjścia z kryzysu ekonomicznego.
Przede wszystkim, zamiast postulowanej przez ekspertów ONZ redystrybucji dochodu, dokonano jego rekoncentracji w celu pomnożenia siły nabywczej klas najwyższych i rozszerzenia rynku artykułów luksusowych.
Brazylijski tygodnik „Opiniao'7 pisał na ten temat w 1972 roku: „Gdy ekonomiści z CEPAL mówili, że burżuazja jest nasycona, odpowiadano,, że kto ma jeden samochód, z powodzeniem może mieć dwa, kto ma czarno-biały telewizor może mieć telewizor kolorowy, kto pali papierosy Minister może zacząć palić St. Moritz Gold Band. W tym celu wystarczy przeprowadzić transfer dochodów mas pracowników najemnych — uczyniono to poprzez redukcję płac realnych — zamiast dokonywać dystrybucji zysków, przywłaszczanych przez przedsiębiorców, a pochodzących ze wzrostu produktywności robotników. Z pomocą skutecznej publicity Brazylia weszła do rodziny społeczeństw konsumpcyjnych, ograniczonej do tej pory [...] do krajów rozwiniętych. Szczególnie wymowny przykład tej ewolucji stanowi przemysł samochodowy. W celu pobudzenia jego ekspansji w kraju słabo rozwiniętym na podstawie konwencjonalnego rozumowania zalecano produkcję tanich modeli, dostępnych dla większości ludności miejskiej. Zamiast tego doszło do stopniowego komplikowania najprostszych modeli czy to na drodze ich zastępowania przez modele bardziej luksusowe, czy też na drodze »udoskonalania« modeli tradycyjnych. Volkswagen [...] w brazylijskim kapitalizmie produkuje sześć różnych modeli o stale zwyżkujących cenach, starając się konkurować na rynku konsumentów o wysokich dochodach".
W praktyce oznaczało to, jak pisze brazylijski ekonomista Ruy Mauro Marini, przyjęcie następującej dewizy: „jeżeli konsumpcja ludowa nie służy realizacji tego, co produkują najbardziej dynamiczne sektory przemysłu, to tym gorzej dla konsumpcji ludowej: kapitał będzie kontynuować akumulację, obchodząc się bez tej konsumpcji". Brazylijska burżuazja i rząd wojskowy zaproponowały jednocześnie obcemu kapitałowi monopolistycznemu jeszcze większy niż dotychczas udział w wyzysku mas pracujących kraju oraz, stowarzyszając się z wielkimi korporacjami zagranicznymi, dysponującymi nowoczesną technologią i kontrolą rynków zewnętrznych, podjęła również na znaczną skalę produkcję na eksport. Sposobem zużytkowania nadwyżki ekonomicznej i przezwyciężenia kryzysu stał się również wzrost kosztów sprzedaży oraz wzrost wydatków państwa czy to na rozwój infrastruktury (szosa transamazońska) i przemysłu hutniczego, głównie na użytek obcego kapitału, czy też na zbrojenia (usiłowano nawet produkować broń atomową). Brazylia wstąpiła na drogę subimperializmu, będącego, jak to określa cytowany uprzednio Marini, formą, jaką przyjmuje zależny kapitalizm wtedy, gdy wchodzi w etap panowania kapitału monopolistycznego.
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych nastąpiła gwałtowna denacjonalizacja przemysłu brazylijskiego. W 1961 roku korporacje międzynarodowe kontrolowały 33% produkcji prywatnego przemysłu, a w 1969 roku już 60%. W końcu dekady spośród 377 największych przedsiębiorstw przemysłowych kraju, 116 było filiami korporacji międzynarodowych, które kontrolowały 38% kapitału tych 377 przedsiębiorstw, przy czym w sektorze trwałych dóbr konsumpcyjnych kontrolowały one 83% kapitału, w sektorze dóbr kapitałowych 56%, a w sektorach nietrwałych" dóbr konsumpcyjnych i dóbr pośrednich ponad 40%.
W 1965 roku przedsiębiorstwa zagraniczne, działające w Brazylii, wywiozły zyski na sumę 18 milionów dolarów, natomiast w 1973 roku już na sumę 200 milionów. W 1967 roku wydatki Brazylii na usługi menadżerskie i pomoc techniczną korporacji międzynarodowych wynosiły 21 milionów dolarów, a w 1973 roku już 150 milionów. Filie międzynarodowych korporacji stały się podstawowymi i panującymi jednostkami gospodarczymi w tym kraju.
Przeprowadzona przez woj skową dyktaturę koncentracja dochodu narodowego była niezwykle drastyczna. W 1960 roku na warstwy najbogatsze, stanowiące 5% ludności, przypadało 27,3% dochodu, natomiast w 1970 roku już przypadało na nie 36,3% dochodu. Na warstwy ubogie, stanowiące 80% ludności, w 1960 roku przypadało 45,5% dochodu, a w 1970 roku już tylko 36,8%.
Przyjrzyjmy się sytuacji materialnej robotników w Sao Paulo. wielkim ośrodku przemysłowym i skupisku filii korporacji międzynarodowych, gdzie zarobki, w tym ustawowe płace minimalne, są najwyższe w kraju. 50% ludności ekonomicznie aktywnej w tym mieście i jego najbliższych okolicach zarabiało co najwyżej półtorej płacy minimalnej. Robotnik, zarabiający tutaj na poziomie jednej płacy minimalnej, tylko dla zapewnienia sobie samemu minimalnej ilości wyżywienia, określonej w dekrecie z 1938 roku, musiał w 1965 roku przepracować w ciągu miesiąca 87 godzin 20 minut, natomiast w 1974 roku o 98 godzin 24 minuty więcej. Jeżeli robotnik ten miał zapewnić minimum wyżywienia żonie i dwojgu dzieciom, to musiał w 1974 roku pracować przez 531 godzin, a ponieważ jego normalny czas pracy w miesiącu wynosił 240 godzin, to znaczyło to, iż w godzinach nadliczbowych powinien on przepracować odpowiednik prawie 300 godzin opłacanych według stawki podstawowej.
Zauważmy jednak, że dane te dotyczą jedynie wydatków na wyżywienie. Instytucje badawcze w Sao Paulo uważają, że rodzina robotnicza może w stopniu minimalnym zaspokoić swoje podstawowe potrzeby wtedy, gdy nie wydaje na wyżywienie więcej niż około 43% dochodu. Robotnik,
0 którym tu mowa, musiałby zarabiać w takim razie około 1500 cruzeiros (w 1974 roku), tymczasem zaś robot nicy w przemyśle samochodowym, zarabiający 1200 cruzeiros dzięki zgodzie na dwunastogodzinny dzień pracy 1 często rezygnacji z wypoczynku w niedziele, uchodzą w Sao Paulo za robotniczą arystokrację. W tym samym czasie w należących do obcego kapitału zakładach przemysłu samochodowego w tym mieście stopa zysku od zainwestowanego kapitału jest kilkakrotnie wyższa niż w takich samych zakładach w USA, dyrekcja Fiata zaś utrzymuje, iż w przemyśle samochodowym najwyższą wydajność na świecie wykazują robotnicy brazylijscy. Płace realne robotników brazylijskich, zatrudnionych w filiach północnoamerykańskich przedsiębiorstw przemysłu samochodowego, są od ośmiu do dziesięciu razy niższe niż takich samych robotników w USA. Stworzone przez dyktaturę wojskową możliwości już nie tyle wyzysku pracy, ile jej superwyzysku, możliwości uzyskania przęzmiędzynarodowe korporacje niezmiernie wysokiej stopy i wielkiej masy wartości dodatkowej oraz zysku w zupełności wystarczają do wyjaśnienia tego, co często określane jest mianem brazylijskiego „cudu gospodarczego": gwałtownego wzrostu przemysłowego, a także nowej roli w międzynarodowym podziale pracy świata kapitalistycznego, przypadającej Brazylii.
Oparcie akumulacji kapitału na wzmożonym brutalnie superwyzysku pracy wymagało przede wszystkim zdławienia ruchu robotniczego. Rozwój związków zawodowych rozpoczął się w Brazylii na wielką skalę w latach trzydziestych, ale przebiegał pod ścisłą kontrolą państwa. W latach pięćdziesiątych działacze związkowi, związani z aparatem państwowym i przedsiębiorcami, utracili w związkach zawodowych znaczną część wpływów, ustępując miejsca działaczom lewicowym, zwłaszcza komunistycznym, pod których kierownictwem ekonomiczna walka klasowa przeżyła okres wzlotu i niemałych sukcesów. Po 1964 roku swobody związkowe, już i tak ograniczone, stały się fikcją. Robotników nie pozbawiono formalnie prawa do strajku, ale dekrety reżymu wojskowego obudowały je taką liczbą nakazów i zakazów, że przeprowadzanie akcji strajkowych stało się w praktyce niemal zupełnie niemożliwe. Partia komunistyczna, zakazana i poddana represjom, musiała zejść do podziemia.
Tak przedstawiała się sytuacja, gdy w końcu lat sześćdziesiątych na ulicach Sao Paulo i innych wielkich ośrodkach miejskich pojawiły się grupy bojowe tak zwanej „zbrojnej lewicy", podejmujące walkę partyzancką. Jej inicjatorem, czołowym przywódcą oraz symbolem był Carlos Marighella.
Marighella, syn włoskiego imigranta i córki afrykańskich niewolników, urodził się w 1911 roku w mieście Salvador, stolicy stanu Bahia. W wieku lat 18, podczas studiów na politechnice w rodzinnym mieście, wstąpił do partii komunistycznej. W 1935 roku, podczas nieudanego powstania zbrojnego, wywołanego przez partię, wchodził w skład „komisji specjalnej" Komitetu Centralnego, dostał się do więzienia, a po jego opuszczeniu stanął na czele komitetu stanowego partii w Sao Paulo. Przedtem zdezintegrowana, izolowana od klasy robotniczej organizacja partyjna w Sao Paulo przeżyła pod jego kierownictwem okres rozbudowy i wzmożonej działalności politycznej, przede wszystkim w ruchu związkowym. Marighella, aresztowany ponownie w 1939 roku, objęty został amnestią, ogłoszoną w związku ze zwycięstwem aliantów nad faszyzmem. W 1952 roku wszedł w skład Komisji Wykonawczej (biura politycznego) Komitetu Centralnego, którą opuścił w grudniu 1966 roku, ażeby na czele „dysydencji komunistycznej Sao Paulo" poświęcić się całkowicie działalności, zmierzającej do wzniecenia w kraju wojny rewolucyjnej. Hasło walki zbrojnej rzucił w drugiej połowie 1967 roku podczas pobytu w Hawanie. W listopadzie 1968 roku policja stanu Guanabara wykryła, że Carlos Marighella brał bezpośredni udział w napadzie na samochód, przewożący pieniądze. Wyznaczono wówczas wysoką nagrodę za jego głowę i ogłoszono go „wrogiem publicznym numer jeden".
Rewolucyjna organizacja miała w przekonaniu Marighel-li zrodzić się z akcji zbrojnej, jedynej, jak głosił, zdolnej do rozbudzenia energii rewolucyjnej ludu brazylijskiego. Elementami tej organizacji i kierunkami działania miały być: „front masowy" w fabrykach, szkołach, dzielnicach ludowych, majątkach ziemskich, „front wsparcia", zapewniający materialne warunki rozwoju akcji zbrojnej, „front partyzancki", złożony z taktycznych grup zbrojnych w miastach i „praca strategiczna", zmierzająca do wywołania wojny partyzanckiej na wsi.
Po zamachu stanu 1964 roku w istniejących dotychczas partiach i organizacjach lewicowych, zwłaszcza w organizacji komunistycznej w Sao Paulo, zaczęły tworzyć się grupy, które w swoich ocenach sytuacji dochodziły do wniosku, że konieczne jest podjęcie walki zbrojnej przeciwko dyktaturze i panowaniu imperializmu. Dyskusje, walki ideologiczne, przegrupowania polityczne i wysiłki na rzecz stworzenia grup konspiracyjnych oraz aparatów walki zbrojnej trwały przez cztery lata. Poczyniono pierwsze podstawowe ustalenia: celem walki zbrojnej miało być wyzwolenie narodowe, głównym terenem wojny rewolucyjnej miała być wieś, głównymi siłami napędowymi proletariat przemysłowy, chłopstwo i miejskie masy marginalne.
W środowisku „zbrojnej lewicy" zrodził się pogląd, iż we współczesnej fazie rozwoju światowej gospodarki kapitalistycznej oraz zależnego kapitalizmu w Brazylii, wyzwolenie narodowe powinno być rozumiane w sposób odmienny od tradycyjnego. W sytuacji, gdy w Brazylii burżuazja czy to podporządkowała się obcemu kapitałowi, czy też przede wszystkim stowarzyszyła się z nim i uległa denacjonalizacji, gdy gospodarka kraju stanowi część składową zintegrowanego, międzynarodowego systemu gospodarczego kapitalizmu i gdy międzynarodowe przedsiębiorstwa sprawują bezpośrednią kontrolę nad procesem produkcji oraz rynkiem, imperializm nie jest faktem „zewnętrznym" wobec społeczeństwa brazylijskiego, lecz faktem „wewnętrznym". Walka przeciwko imperializmowi staje się w tych warunkach zarazem walką o obalenie kapitalistycznych stosunków produkcji i przeobraża się w rewolucję socjalistyczną.
Wieś miała być głównym terenem walki rewolucyjnej z dwóch powodów. Po pierwsze — utrzymywano — miasta jako ośrodki panowania ekonomicznego i politycznego burżuazji znajdują się w stanie „okrążenia strategicznego" przez aparat represji burżuazyjnego państwa i z tego względu przeciwnik ma możliwość dokonywania błyskawicznych koncentracji przeważających sił, policyjnej inwigilacji i infiltracji itd., co czyni niemożliwym rozwój strategicznych kolumn partyzanckich w miastach. Po drugie, masy wiejskie stanowią ogromną silą rewolucyjną. Rozwój Lig Chłopskich, jaki nastąpił na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w stanach Północnego Wschodu, najbardziej zacofanych i najuboższych, a zarazem mających najważniejsze w kraju wskaźniki koncentracji ziemi w rękach latyfundium, wykazał, że wbrew temu, co często mniemano na lewicy, chłopstwo nie jest siłą konserwatywną, niezdolną do podjęcia akcji rewolucyjnej. Co więcej, wielkie rzesze ludności wiejskiej znajdują się raczej w położeniu proletariatu i subproletariatu, niż stanowią typowe chłopstwo.
W końcu lat pięćdziesiątych drobne gospodarstwa chłopskie, stanowiące około 62% ogółu gospodarstw rolnych, posiadały 6,5% gruntów, podczas gdy latyfundia, stanowiące 4,7% gospodarstw, posiadały 59,5% gruntów. W latach sześćdziesiątych w wielu rejonach kraju proces koncentracji ziemi postępował nadal, pobudzany przez napływ kapitału międzynarodowych korporacji do rolnictwa. Towarzyszyła temu mechanizacja rolnictwa i zamiana wielkich połaci pól uprawnych w pastwiska. Masowo wypierane z ziemi chłopstwo po części przeobrażało się w proletariat rolny, a po części w ludzi bez ziemi i stałego zatrudnienia, wegetujących wokół miast i miasteczek w oczekiwaniu na pośredników, którzy zakontraktują ich do sezonowej pracy na plantacjach.
Partie lewicowe tradycyjnie skupiały swoją działalność polityczną na proletariacie przemysłowym dwóch miast: Sao Paulo i Rio de Janeiro. Tworząca się w podziemiu „zbrojna lewica" uważała natomiast za konieczne objęcie akcją rewolucyjną również, obok chłopstwa, tzw. marginesu miejskiego i wiejskiego, to znaczy mas ludzkich, oderwanych od środków produkcji, a nie wchłanianych przez rynek pracy najemnej ze względu przede wszystkim na stosowanie w nowoczesnym przemyśle pracooszczęd-nych technologii, importowanych z wysoko rozwiniętych społeczeństw kapitalistycznych.
W różnych punktach kraju pojawiały się objawy żywiołowego, desperackiego buntu chłopów i robotników rolnych. Jednym z charakterystycznych przejawów tego buntu było tworzenie się band, nieraz dochodzących do 10 tysięcy ludzi, wygłodniałych chłopów, którzy napadali na pociągi transportujące żywność i na magazyny w osadach. Tymczasem podstawowe zasoby, nieodzowne do wzniecenia i prowadzenia rewolucyjnej walki zbrojnej: pieniądze, broń, a także kadry polityczne, skoncentrowane były w wielkich ośrodkach miejskich. Carlos Marighella rzucał hasło walki partyzanckiej na wsi, stając wszakże zarazem wobec problemu, w jaki sposób pokonać sprzeczność między zamysłem budowy strategicznych kolumn partyzanckich przyszłej armii wyzwolenia narodowego na terenach wiejskich a faktem, iż zasoby materialne i rewolucyjne kadry skupione są w miastach. Szansę rozwiązania tej sprzeczności on i jego towarzysze dostrzegli w taktycznych akcjach partyzantki miejskiej, od których miała się zacząć walka zbrojna po to, żeby mogła ona następnie rozwinąć się na wsi.
Kryzys akumulacji i koncentracja dochodu odbiły się niekorzystnie również na położeniu części klasy średniej. Wrzenie polityczne objęło wyższe uczelnie. W 1966 roku na czele walki politycznej przeciwko dyktaturze stanął ruch studencki. Powołano też w podziemiu Narodowy Związek Studentów (UNE). Doszło do publicznych manifestacji studentów i do poważnych starć z policją. W centrum działalności politycznej ruchu studenckiego, kierowanego przez Vladimira Palmeirę, znajdowała się walka przeciwko polityce oświatowej reżymu wojskowego.
Choć kraj przeżywał okres burzliwego wzrostu przemysłowego, wyższe uczelnie nie były nastawione na przygotowanie kadr technicznych, lecz wypuszczały głównie prawników i filozofów. W kraju, w którym analfabetyzm jest ogromny, występowało absurdalne zjawisko bezrobocia absolwentów wyższych uczelni. W kraju brakowało lekarzy, podczas gdy w Rio de Janeiro 5 tysięcy absolwentów wydziałów lekarskich nie pracowało w swoim zawodzie. Walka wokół polityki oświatowej toczyła się między dwoma tendencjami. Z jednej strony obcy kapitał wywierał — z powodzeniem — nacisk na uniwersytety, z których uczyniono ośrodki szkolenia kadr administracyjnych na użytek międzynarodowych korporacji. Z drugiej strony ruch studencki, popierany przez część pracowników naukowych i dydaktycznych, domagał się uczynienia z uniwersytetów narzędzia oświaty ludowej i w związku z tym radykalnego przeobrażenia struktury społecznej kraju.
Najbardziej radykalnie nastawione środowiska w ruchu studenckim głosiły konieczność podjęcia walki zbrojnej i nawiązania współpracy z ruchem robotniczym. Gdy w Osasco w stanie Sao Paulo wybuchł strajk, kierowany przez rodzące się w środowisku robotniczym grupy rewolucyjne, związki studenckie rozpowszechniły w Rio de Janeiro, w dzielnicach robotniczych, manifesty robotników z Osasco i wezwały robotników z Rio do wystąpienia przeciwko działaczom związkowym, będącym agentami rządu i przedsiębiorców. Kulminacyjnym momentem walk studenckich była wiosna i lato 1968 roku. Studenci usiłowali okupować Ministerstwo Oświaty i przez wiele godzin toczyli na ulicach walki z policją, wznosząc barykady. W jednej z największych manifestacji, już nie studenckich tylko, ale ludowych, choć zorganizowanych przez związki studenckie, wzięło udział około 100 tysięcy ludzi. Na jesieni nastąpił jednak odpływ fali wystąpień studenckich. W październiku policja aresztowała około 800 studentów, uczestników podziemnego ogólnokrajowego zjazdu UNE, który odbywał się w Ibiuna w stanie Sao Paulo.
Ośrodkiem rewolucyjnego ruchu robotniczego były w tym czasie zakłady przemysłu metalowego w Osasco, zatrudniające około 23 tysięcy robotników. Wkrótce po zamachu stanu zaczęły powstawać tam komórki podziemnego kierownictwa związkowego, opozycyjnego wobec oficjalnego aparatu związkowego. W 1967 roku lewica robotnicza, której czołowym przywódcą był dwudziestoletni robotnik Jose Ibrahim, odniosła zwycięstwo w wyborach związkowych. Rozwinęła ona tzw. Międzyzwiązkowy Ruch przeciwko Zamrożeniu Płac (MIA), który uzyskał wpływ w wielu związkach zawodowych rejonu Sao Paulo i stał się nową, oryginalną formą klasowego ruchu związkowego o wyraźnie politycznym obliczu.
Pierwsza wielka akcja publiczna MIA nastąpiła w dniu 1 maja 1968 roku. Lewica robotnicza najpierw wymusiła na oficjalnym aparacie związkowym i władzach publiczne obchody robotniczego święta na placu w Sao Paulo, a następnie zaplanowała wzięcie siłą trybuny honorowej przez grupy bojowe MIA. Gdy gubernator stanu rozpoczął przemówienie, przecięto kable od mikrofonów. Zbombardowano trybunę kamieniami oraz zgniłymi jajami i pomidorami. Przerwano kordon policyjny. Przywódcy MIA w towarzystwie działaczy UNE wezwali z trybuny zgromadzone tłumy do wzięcia udziału po manifestacji pierwszomajowej w masowych demonstracjach na ulicach miasta. Robotnicy zaatakowali tego dnia filię północnoamery kańskiego City Bank, nad którym powiewała flaga USA. Flagę spalono, dosięgając ją płonącą strzałą, wystrzeloną z łuku. Nastąpiły represje policji. Kierownictwo MIA uznało, że kolejnym krokiem na drodze radykalizacji ruchu robotniczego powinien być strajk.
Strajk, zawczasu przygotowany potajemnie i oparty na rozległej organizacji, wybuchł w fabrykach Osasco w połowie lipca 1968 roku; przybrał on wręcz charakter lokalnego strajku powstańczego. Robotnicy domagali się ponad trzydziestoprocentowej podwyżki płac, zawarcia układu zbiorowego na okres dwóch lat oraz podwyżek płac co trzy miesiące. Okupowali fabryki i zabarykadowali się w nich, nie pozwalając dyrekcjom, personelowi administracyjnemu i technicznemu na opuszczenie zakładów. Strajk został przez władze uznany za nielegalny. W drugim dniu strajkowało już 6 tysięcy robotników. Gdy do jednej z fabryk wtargnęło wojsko, robotnicy wyłączyli w niej światło i w ciemnościach przez całą noc toczyli zażarte walki z żołnierzami, o świcie zaś większość strajkujących zdołała się wycofać w sposób zorganizowany, dzięki czemu przywódcy strajku uniknęli aresztowania. W innej fabryce robotnicy zagrozili wojsku, że użyją miotaczy płomieni, jeżeli będzie się usiłowało usunąć ich przemocą z fabryki czy aresztować ich przywódców.
Podczas strajku słynna stała się akcja działacza robotniczego Jose Camposa Barreto, zwanego „Zeąuinha", później wybitnego bojownika ruchu partyzanckiego. Gdy wojsko otoczyło jedną z fabryk i otrzymało rozkaz natarcia, „Zequinha" usiłował powstrzymać żołnierzy, wygłaszając do nich z wagonu kolejowego przemówienie, w którym wezwał ich, by nie walczyli ze swoimi braćmi klasowymi. Gdy nie odniosło to skutku i rozpoczęło się natarcie. „Zequinha" pobiegł do fabrycznego składu benzyny i zapaliwszy pochodnię zagroził, że wysadzi fabrykę w powietrze. Żołnierze zatrzymali się; powstał wówczas dogodny moment do ucieczki poszukiwanych przez policję działaczy robotniczych z terenu fabryki.
Kadry ruchu partyzanckiego wywodziły się głównie z trzech środowisk: z młodej inteligencji, która uczestniczyła w rewolucyjnym ruchu studenckim, spośród działaczy rewolucyjnego ruchu robotniczego w Osasco oraz ze środowiska wojskowego, głównie podoficerskiego.
Jedną z bezpośrednich przyczyn podjęcia przez reakcyjne koła wojskowe decyzji o dokonaniu zamachu stanu w 1964 roku było pojawienie się w armii niezwykłego zjawiska: rewolucyjnego „ruchu sierżantów". Ruch ten znajdował się pod wpływami częściowo partii komunistycznej, częściowo lewicowej partii Polityka Robotnicza (POLOP) i częściowo związany był z osobą wpływowego polityka populistycznego LeonelaBrizoli. 13 marca 1964 roku, na dwa tygodnie przed zamachem stanu, sierżanci urządzili demonstrację przed Ministerstwem Wojny w Rio; przybył na nią prezydent Goulart, który w obecności zgromadzonych podpisał dekrety o wywłaszczeniu niektórych majątków obszarniczych. W kilka dni później tysiące marynarzy floty wojennej zgromadziło się przed siedzibą związku zawodowego metalowców i choć zażądali oni jedynie podwyżki żołdu, poprawy wyżywienia, prawa do stowarzyszania się i zawierania związków małżeńskich, to generalicja popadła w popłoch. Natychmiast po zamachu stanu w armii rozpoczęły się aresztowania wśród uczestników ruchu sierżantów; wielu z nich usunięto z armii albo przeniesiono do rezerwy. W środowisku usuniętych z wojska sierżantów powstały grupy rewolucyjne, które nawiązały kontakty z rewolucyjnymi grupami studenckimi i robotniczymi. Planowano podjęcie walki zbrojnej, prowadzono dyskusje polityczne i organizowano szkolenie wojskowe.
Brizola, zięć obalonego prezydenta Goularta, przebywając na wygnaniu w Urugwaju i ciesząc się nadal w kraju autorytetem czołowego przywódcy sił demokratycznych, założył podziemną organizację pod nazwą Narodowy Ruch Rewolucyjny (MNR), która w 1967 roku postanowiła podjąć walkę partyzancką, głównie na terenach wiejskich. Brizola uzyskał dla swojego projektu poparcie rewolucyjnych kółek byłych sierżantów. Akcja partyzancka MNR, podjęta w Serra do Caparao, zakończyła się jednak całkowitym fiaskiem, ponieważ ognisko partyzanckie zostało wykryte jeszcze przed rozpoczęciem walki zbrojnej, a jego niedoszłych bojowników schwytano.
Uczestnicy dawnego rewolucyjnego ruchu podoficerów organizowali się jednak potajemnie nie tylko w cywilu, część z nich bowiem wyszła obronną ręką z czystki i konspirowała wewnątrz armii, zwłaszcza w IV Pułku Piechoty. Z grupą tą, kierowaną przez sierżanta Darcy Rodriguesa, nawiązał kontakt kapitan Carlos Lamarca, szerokiej opinii publicznej znany jako najlepszy strzelec armii brazylijskiej i były oficer sił ONZ na Bliskim Wschodzie, wąskiemu zaś kręgowi wtajemniczonych znany jako marksista i zdecydowany zwolennik akcji rewolucyjnej.
Pod koniec 1967 roku „dysydencja komunistyczna Sao Paulo", kierowana przez Carlosa Marighellę, utworzyła ruch partyzancki pod nazwą Akcja Narodowowyzwoleńcza (ALN). Wkrótce, na początku 1968 roku, usunięci z armii sierżanci pod wodzą Onofre Pinto, działacze robotniczy z Osasco, wśród nich wspomniani już Jose Ibrahim i Campos Barreto, wreszcie młodzi inteligenci, założyli drugą organizację partyzancką pod nazwą Ludowa Awangarda Rewolucyjna (VPR). Tajna komórka w IV Pułku Piechoty przyłączyła się do nich i zaczęła nielegalnie ekspediować z koszar amunicję i materiały wybuchowe. Kapitan Lamarca zarządził dokonanie „ekspropriacji" broni w pułku i dezercję konspiratorów.
Akcja została przeprowadzona w dniu 26 stycznia 1969 roku. Plan przewidywał, że działająca poza koszarami siatka VPR dostarczy do koszar ciężarówkę pomalowaną na kolory wojskowe i zapewni wsparcie zbrojne na ulicy. Tymczasem jednak, podczas przygotowań do akcji, czterej' bojownicy VPR zostali aresztowani, i to w momencie, gdy malowali ciężarówkę na zielono. Istniało niebezpieczeństwo, że bojownicy ci, nie zaprawieni jeszcze w walce, mogą pod wpływem tortur ujawnić istnienie rewolucyjnej komórki w koszarach IV Pułku Piechoty.
Kapitan Lamarca postanowił w tych okolicznościach przystąpić do przeprowadzenia akcji, o ile to było jeszcze możliwe. Żołnierzom kompanii, którą dowodził, rozkazał zdać broń i załadować ją na wojskową ciężarówkę. Nie wzbudziło to podejrzeń, jako że Lamarca cieszył się absolutnym zaufaniem przełożonych, a miesiąc wcześniej został nawet wyznaczony do prowadzenia... ćwiczeń strzeleckich dla pracowników banków, których przygotowywano do obrony przed atakami partyzantów. Ciężarówka, załadowana sześćdziesięcioma trzema pistoletami maszynowymi, kilkoma ręcznymi karabinami maszynowymi, rewolwerami i sporą ilością amunicji, spokojnie opuściła koszary. Lamarca i trzej inni wojskowi, wchodzący w skład koszarowej komórki VPR, zdezerterowali z armii i zeszli do podziemia.
W styczniu 1968 roku w VPR postanowiono dokonać pierwszej ekspropriacji: napadu na Banco Brasileiro de Descontos w Sao Paulo. Opowiada uczestnik tej akcji, były sierżant Pedro Lobo de Oliveira: „Kiedy idę podłożyć bombę, to jestem świadomy, że zarówno dla aparatu represji, jak i dla ludu będzie rzeczą oczywistą, jeśli zginę czy zostanę schwytany, iż chodziło o akcję rewolucyjną. Jednakże napad na bank to coś zupełnie innego. Powoduje to kłopoty psychologiczne. Na bank napada się po to, żeby zrabować w nim pieniądze. Odczuwałem lęk, że lud nie zrozumie, po co nam były te pieniądze, że nie pojmie sensu naszej akcji. Jeśli bowiem zostaniemy aresztowani, to w prasie ukaże się informacja: taki a taki, schwytany podczas napadu na bank. Wówczas w oczach ludu wszyscy będziemy wyglądać na przestępców. Zadawałem sobie pytanie: w jaki sposób udowodnię ludowi, że pieniądze z napadu miały służyć rewolucji?"
Ten psychologiczny aspekt akcji sprawił, że z przeprowadzeniem napadu były duże kłopoty. Samochód patrolowy policji, który zajechał pod bank, spłoszył partyzantów. Gdy zjawili się po raz drugi, okazało się, że nie wszyscy bojownicy stawili się w wyznaczonym czasie, toteż trzeba było akcję ponownie odwołać. Dwaj partyzanci nie zgodzili się jednak na odwołanie akcji i zażądali, żeby grupa bojowa, mimo niepełnego składu, dokonała napadu, a gdy nie spotkali się z aprobatą, po wzajemnym nawymyślaniu sobie w grupie od tchórzy i desperatów, ci dwaj weszli z bronią w ręce do banku wbrew rozkazowi o odwrocie. Napad udał się. Obaj jego egzekutorzy zostali poddani krytyce w organizacji, ale lęk przed napadem na bank został przez partyzantów pokonany. W VPR, ALN i innych ugrupowaniach partyzantki miejskiej ekspropriacje banków uchodziły odtąd za jedne z najłatwiejszych akcji, opinia publiczna zaś rychło przyzwyczaiła się do tego, iż napady na banki mogą być atakiem politycznym, a nie tylko czynem przestępczym. Powstało raczej inne niebezpieczeństwo: że napadające na banki gangi przestępcze mogą zacząć podszywać się pod organizacje rewolucyjne.
Pozostając przy aspekcie anegdotycznym ówczesnych wydarzeń, warto wspomnieć o osławionym „pojedynku" miedzy partyzantami a dowódcą Drugiej Armii, generałem Rodriguesem Carvalho Lisboa. Generał ten, znany ze swych ultraprawicowych poglądów, żywił obsesję na tle rzekomego nieustannego zagrożenia jego armii przez grupy wywrotowe, stosując taktykę partyzantów wietnamskich. Wokół swoich koszar rozkazał wznieść wały ochronne i umocnić je workami z piaskiem. Wzmocniono również ochronę szpitala wojskowego, wystawiając w nim posterunek, na którym znajdowało się dziesięć wysokiej klasy karabinów automatycznych. Właśnie obecność owych karabinów zwróciła uwagę partyzantów na szpital. W czerwcu 1968 roku grupa bojowa VPR dokonała napadu na szpital i zdobyła karabiny, w które miała zostać uzbrojona jedna z grup partyzantki wiejskiej.
Generał Lisboa, pragnąc pomniejszyć znaczenie tej akcji i zadać cios wzrastającemu prestiżowi partyzantów, oświadczył, że jeśli ci, którzy dokonali napadu na szpital, rzeczywiście uważają się za odważnych, powinni popisać się tą rzekomą odwagą, przypuszczając atak na koszary jego wojsk. Wyzwanie, rzucone przez generała, zostało natychmiast podjęte przez partyzantów i w kilka dni później nastąpił atak na koszary. Generał Lisboa był symbolem wojskowej dyktatury na rozległym terytorium, toteż partyzanci nie omieszkali wykorzystać okazji do wymierzenia mu policzka.
O świcie czerwcowego dnia ciężarówka, wyładowana dynamitem i osłaniana przez uzbrojonych ludzi jadących w trzech innych samochodach, pojawiła się naprzeciwko 'bramy koszar, na wprost kwater oficerskich. Zapalono lont i dwaj ludzie, jadący ciężarówką, wyskoczyli z niej w biegu, a samochód, w którym dociśnięty do oporu pedał gazu uprzednio unieruchomiono, pędził dalej z dużą szybkością ku bramie koszar. Zawadził jednak o coś i nie zdołał dotrzeć do samego muru koszar. Ogromny ładunek dynamitu, który miał eksplodować na dziedzińcu obok kwater wyższych oficerów, eksplodował nieopodal muru, ale wybuch dał mimo wszystko o sobie znać samym koszarom. Akcja była szeroko komentowana w kołach wojskowych Brazylii, w których podkreślano przede wszystkim jej wysoki poziom techniczny. Sam generał Lisboa, komentując wydarzenie, które podkopało jego prestiż, tym bardziej że aparatowi represji nie udało się wpaść na trop sprawców zamachu, oświadczył, że elementy wywrotowe zastosowały nowoczesnej taktykę i technikę... importowaną z Wietnamu.
Wśród różnorodnych rodzajów akcji partyzanckich do najliczniejszych należały napady na banki, pociągi pocztowe, samochody przewożące do banków dzienny utarg z supermarketów, w celu uzyskania zasobów finansowych i ataki na koszary czy magazyny broni w celu uzyskania środków bojowych. Najbardziej bodaj skomplikowaną operacją „finansową" był napad na rezydencję Adhemara de Barrosa, znanego prawicowego polityka i byłego gubernatora stanu Sao Paulo. VPR odkryło, że Bar-ros posiada 17 kas pancernych, w których przechowuje ogromne sumy pieniężne, przejęte nielegalnie ze skarbu państwa i należące zarówno do niego, jak i do wielu innych wpływowych osobistości politycznych. Partyzanci wpadli na trop jednej z tych kas. Ważyła ona prawie 300 kilogramów; została załadowana na samochód ciężarowy i wywieziona. Gdy ją otworzono, okazało się. że w środku znajdowała się bajeczna suma: 2400 tysięcy dolarów USA. Za pośrednictwem podziemnych wydawnictw VPR poinformowała opinię publiczną o odkryciu i przejęciu tego skarbu oraz o gigantycznej korupcji, której był on owocem. Prasa brazylijska natomiast milczała na ten temat przez pół roku. Akcją przejęcia i wywiezienia kasy, wymagającą zaangażowania znacznych sił ludzkich i środków, dowodził szef VPR na Rio, ongi założyciel partii Polityka Robotnicza, Juarez de Brito, który później, zaskoczony na ulicy przez aparat represji, popełnił samobójstwo, nie chcąc oddać się w jego ręce. Innym rodzajem akcji partyzantki miejskiej były zamachy na funkcjonariuszy aparatu represji. Zastrzelony został jeden z czołowych funkcjonariuszy Ośrodka Operacyjnego Obrony Wewnętrznej (CODI). Zastrzelony został również pewien cudzoziemiec, wysoko postawiony w międzynarodowej strukturze wielkich korporacji finansowo--przemysłowych, który pełnił funkcję łącznika między tymi korporacjami a brazylijskim aparatem represji podczas finansowania walki z partyzantką. Najważniejszym i najgłośniejszym był jednakże zamach na kapitana Charlesa Chand-lera, dokonany 12 października 1968 roku w Sao Paulo.
Chandler, obywatel USA, był ekspertem w dziedzinie walki z partyzantami. Przebywał przez pewien czas w delcie Mekongu, gdzie, jak się przechwalał, brał bezpośredni udział w czterdziestu bitwach z partyzantami Narodowego Frontu Wyzwolenia i osobiście torturował wietnamskich jeńców wojennych. Później przebywał w Boliwii podczas walk z partyzantką Che Guevary. Do Brazylii przybył rzekomo po to, żeby nauczyć się języka portugalskiego i wykładać go później w akademii wojskowej w West Point. Pewnego razu, na spotkaniu ze studentami jednego z uniwersytetów brazylijskich, wystąpił z obroną tortur jako najskuteczniejszego środka uzyskiwania zeznań od bojowników ruchu rewolucyjnego. Wywiad VPR uzyskał informacje, że Chandler jest funkcjonariuszem Centralnej Agencji Wywiadowczej USA, że spełnia w Brazylii rolę doradcy władz do spraw represji i że rychło ma udać się do Urugwaju, ażeby odgrywać podobną rolę w walce z partyzantką Tupamaros. Podziemny trybunał rewolucyjny VPR wydał na kapitana Chandlera wyrok śmierci...
Gdy Chandler. prowadzący samochód na tylnym biegu, wyjeżdżał z garażu swojej rezydencji na ulicę, zablokował mu drogę volkswagen, prowadzony przez Pedro Lobo de Oliveirę. Dwaj partyzanci strzałami z rewolweru i pistoletu, maszynowego wykonali wyrok. Akcja odbiła się szerokim echem nie tylko w Brazylii, ale w całej Ameryce Łacińskiej i w Stanach Zjednoczonych.
Podstawowym zadaniem akcji taktycznych partyzantki miejskiej było uzyskanie zasobów materialnych, nieodzownych do przygotowania wybuchu wojny rewolucyjnej na terenach wiejskich, oraz skupienie, zorganizowanie, poddanie chrztowi bojowemu i przygotowanie pod względem polityczno-wojskowym kadr rewolucyjnych, które znajdowały się w ośrodkach miejskich, ale nieobecne były na wsi. W Ludowej Awangardzie Rewolucyjnej traktowano pokonanie sprzeczności między miastem a wsią, dzielącej je przepaści, jako proces skomplikowany i wymagający długotrwałej pracy. Odrzucano wszelki zamysł nagłego „skoku" grupy miejskich rewolucjonistów na wieś, w obce im środowisko naturalne i społeczne.
Twórcą koncepcji przejścia partyzantki z miasta na wieś był „Jamil", członek trójosobowego komitetu kierowniczego VPR, autor podstawowej pracy teoretycznej tej organizacji, zatytułowanej Brazylia: Droga awangardy, jeden z najbardziej intensywnie poszukiwanych „terrorystów" (w ręce funkcjonariusza policji Miltona Diasa, o którym będzie tu jeszcze mowa, wpadł on w rzeczywistości już w 1968 roku. ale po przejściu tortur nie został przekazany policji politycznej, lecz zwolniony za łapówką w wysokości zaledwie 200 cruzeiros). Koncepcja ta przewidywała, że partyzanci miejscy przechodzić będą stopniowo okres adaptacji do warunków życia w partyzantce wiejskiej w specjalnie przygotowanych do tego celu obozach i że z obozów tych zostaną następnie skierowani do miejsc przyszłej walki zbrojnej. W wybranych okolicach wiejskich mieli oni następnie przez okres dwóch lat przygotowywać w głębokiej konspiracji aparat wojskowy i jego infrastrukturę, a po jego przygotowaniu przystąpić do pracy politycznej wśród chłopstwa. Rzecz nie polegała na tym, jak dotrzeć do mas chłopskich, lecz jak dojść do politycznego zorganizowania tych mas na rzecz walki zbrojnej. Koncepcja „Jamila", przyjęta przez VPR, stanowiła próbę udzielenia odpowiedzi na to pytanie.
Było rzeczą oczywistą, iż po rozpoczęciu pracy politycznej wśród chłopstwa danej okolicy aparat represji rychło zwróci na nią uwagę i nastąpi uderzenie armii.i dlatego aparat wojskowy miał być przygotowany przed przystąpieniem do pracy politycznej; bez stworzenia zaś wśród chłopstwa politycznych warunków walki zbrojnej nie należało jej podejmować. „Jamil" stwierdzał, iż we wczesnej fazie rozwoju ruchu partyzanckiego chłop, który wstąpił do tego ruchu, liczy się nie tyle jako człowiek dźwigający karabin, ile jako człowiek, który ze względu na swoje powiązania ze środowiskiem społecznym stwarza bazę polityczną dla partyzantki. Gdy chłopi danego rejonu znajdują się w partyzantce, wówczas nawet zwykła wymiana strzałów między partyzantką a armią staje się dla skupiska chłopskiego politycznym aktem oporu o głębokich reperkusjach i mobilizującym masy. W takich warunkach partyzantka może poświęcić się budowie bazy wsparcia odpowiadającej jej wymogom zasadniczo wojskowym bez obawy o zaniedbanie związków politycznych ze środowiskiem chłopskim.
Tezy „Jamila" wypracowane zostały na podstawie krytycznej analizy doświadczeń innych ruchów partyzanckich Ameryki Łacińskiej, które w stosunkach z chłopstwem często popadały w „awangardyzm".
Walka zbrojna na wsi nie miała być prowadzona w oparciu o pojedyncze ognisko powstańcze czy nawet kilka rozrzuconych na ogromnym terytorium ognisk; miała się opierać na rozległej sieci punktów taktycznych (czy też „osi", przecinających kraj, jak je nazywał Carlos Marighella, który również odrzucał stanowczo pomysł tworzenia pojedynczych ognisk powstańczych, popularny w owym czasie wśród grup rewolucyjnych w innych krajach kontynentu). Przewidywano — a pierwsze doświadczenia walki zbrojnej na wsi potwierdziły to — iż armia po wykryciu w jakimś rejonie choćby niewielkiego oddziału partyzanckiego rzuci przeciwko niemu kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, którzy tak drobiazgowo przeczeszą ten rejon, iż odbiorą partyzantce możliwość utrzymania się w nim, o ile nie zdoła ona wycofać się do innego punktu taktycznego. Użycie tak ogromnych sił i przeprowadzenie takich bardzo kosztownych i pracochłonnych operacji przez armię w wielu punktach jednocześnie czy w krótkich odstępach czasu było niemożliwe, a więc stwarzało partyzantce wiejskiej możliwość rozwoju.
Obok rozwoju strategicznych kolumn partyzanckich, które miały być zalążkiem armii ludowej, plan „Jamila" przewidywał również rozwój partyzantki taktycznej dwojakiego rodzaju: regularnej, uprawiającej sabotaż, atakującej linie komunikacyjne, znajdujące się w obcych rękach kopalnie i majątki ziemskie itd., oraz nieregularnej, której członkowie chwytaliby za broń w razie potrzeby, a po akcji powracali do pracy na roli i „legalnego" życia. Nieregularna partyzantka taktyczna miała stwarzać warunki do bezpośredniego udziału mas w walce zbrojnej. Był to więc plan daleki od uproszczonych idei ogniska powstańczego, jakim hołdowano w ruchach partyzanckich kilku innych krajów Ameryki Łacińskiej: zakładał konieczność równoległego uzbrojenia rewolucyjnych mas i budowy armii ludowej.
VPR przystąpiła do realizacji planu, zdając sobie sprawę, że wprowadzenie go w życie będzie wymagało długich lat pracy, które nie szybko przyniosą owoce.
Była wiosna 1970 roku, gdy w Vale da Ribeira, w odległości 200 kilometrów na południe od Sao Paulo, armia wykryła obóz partyzancki, zorganizowany przez byłego kapitana Lamarkę. Była to dolina niezwykle zacofana i uboga, zamieszkana przez chłopów, którym obszarnicy na czele uzbrojonych najemników przemocą wydarli ongiś ziemię, połączona ze światem jedynie odległą szosą, na której po zbiorach pojawiały się ciężarówki pośredników handlowych, po niskich cenach skupujących od chłopów ich produkty i po wysokich cenach sprzedających im nieodzowne towary. Pewnego dnia w drugiej połowie kwietnia nędzna, monotonna egzystencja chłopów w tej okolicy zabitej deskami została brutalnie zakłócona przez inwazję 20 tysięcy żołnierzy, mających wsparcie artylerii i lotnictwa, które zaczęło bombardować teren i wypalać go napalmem.

Obóz partyzancki w Vale da Ribeira miał służyć partyzantom, kierowanym do niego z miejskich ogniw VPR, a także innych ruchów partyzanckich, za ośrodek szkolenia wojskowego i adaptacji do warunków życia wiejskiego. W przyszłości partyzanci, którzy pomyślnie przesz-liby okres szkolenia i adaptacji, mieli być skierowani z kolei stąd do stref przyszłej partyzantki wiejskiej.
W dolinie, w dwóch bazach szkoleniowych i bazie wsparcia, znajdowało się 17 partyzantów. Ośmiu z nich, najmniej przygotowanym do sprostania wymogom życia w partyzantce wiejskiej, natychmiast po otrzymaniu informacji o okrążeniu strategicznym doliny przez przeciwnika Carlos Lamarca rozkazał ewakuować się. Grupa ta zdołała wymknąć się. Również druga, czteroosobowa grupa miała w ślad za pierwszą opuścić rejon. Nie udało się jej to i w rezultacie na miejscu pozostało dziewięciu partyzantów.
Dwóch z nich prowadziło obserwację ruchów wojsk, straciło jednak łączność radiową z Lamarką, a następnie wszelki kontakt z oddziałem i na własną rękę podjęło próbę wyrwania się z okrężenia. Ostatecznie jednak zostali schwytani.
Siedmioosobowy oddział partyzancki, dowodzony przez Lamarkę, opuścił bazę szkoleniową i postanowił przebić się do Sao Paulo, mając na karku 20 tysięcy żołnierzy. Najpierw przez piętnaście dni partyzanci szli przez góry i lasy, ewakuując z sobą całą broń, amunicję i żywność, zbyt dużo, by można to zabrać jednorazowo na plecy, toteż marsz był niezwykle uciążliwy, a trzykrotne pokonywanie tych samych odcinków drogi groziło każdorazowo wpadnięciem w zasadzkę.
Po dotarciu do jednej z nielicznych dróg partyzanci, podający się za myśliwych, wynajęli w pewnej wsi samochód ciężarowy, jednakże podczas jazdy owym samochodem natknęli się na szosie na barierę, wzniesioną przez żandarmerię. Partyzanci przebili się, zabijając kilku żandarmów. W nocy, gdy mknęli dalej szosą, wysłano im naprzeciw dwa samochody, wypełnione wojskiem. Doszło w ciemnościach do boju spotkaniowego, w którym zwycięstwo przypadło partyzantom. 17 żołnierzy i dowodzący nimi oficer poddało się. partyzanci udzielili pierwszej pomocy rannym żołnierzom, co wywarło na nich duże wrażenie, oraz wyjaśnili im cele walki rewolucyjnej.
Lamarca zawarł z porucznikiem Mendesem porozumienie, na mocy którego wszyscy wojskowi, wzięci do niewoli, mieli zostać wypuszczeni na wolność i zachować broń pod warunkiem, iż porucznik odwoła blokadę wojskową w najbliższej miejscowości i umożliwi w ten sposób partyzantom opuszczenie okolicy. Porucznik udał się do miejscowości, a gdy wrócił do partyzantów, oświadczył im, że blokada jest zniesiona. W rzeczywistości jednak partyzanci natknęli się na zasadzkę. Dwóch z nich poległo. W tych okolicznościach, za niedotrzymanie danego słowa, rozstrzelano porucznika Mendesa.
Oddział partyzancki znalazł się w okrążeniu taktycznym. Uczynił jednak to, czego armia nie spodziewała się: zamiast przebijać się, przez dziesięć dni pozostał w ukryciu na okrążonym terenie. W wojsku, na próżno oczekującym na pojawienie się partyzantów, wystąpiły objawy demoralizacji i zrezygnowano z blokady rejonu, sądzono bowiem, iż partyzanci dawno wycofali się z niego. Miejscowy obszarnik rychło poinformował wszakże wojsko o obecności partyzantów i ponownie znaleźli się oni w okrążeniu. Szukali schronienia w górach, gdzie żołnierze tracili ich trop, jednakże brak żywności zmuszał partyzantów do schodzenia z gór, a więc zbliżania się do stanowisk nieprzyjaciela. Pomoc, udzielona partyzantom przez chłopów, pozwoliła im wyjść z opresji. Przerwali okrążenie taktyczne i ponownie wyszli na szosę, gdzie 31 maja zdobyli z zasadzki samochód wojskowy i przebrali się w mundury wziętych do niewoli żołnierzy. Wygłodzeni, wycieńczeni fizycznie, dotarli w tym samochodzie do Sao Paulo, do miejskich kryjówek VPR.
Wydarzenia w Vale da Ribeira miały ogromne znaczenie dla oceny przez ruch partyzancki perspektyw jego rozwoju na terenach wiejskich. Obóz partyzancki w dolinie miał charakter jedynie szkoleniowy, nie był przygotowany do działań wojennych, partyzanci znali teren tylko w promieniu trzech dni marszu, ze względu na charakter obozu nie prowadzono pracy politycznej wśród chłopstwa, nie posiadano sieci łączności, informacji i zaopatrzenia ani licznych składów broni i żywności. Bojownicy VPR byli jeszcze słabo przystosowani do wymogów życia i walki w partyzantce wiejskiej. Mimo tego wszystkiego pięciu partyzantom z siedmioosobowego oddziału, w wyniku trwającej 40 dni operacji udało się wyrwać z okrążenia strategicznego i taktycznego i w zwartej grupie, z bronią w ręce, przedostać się do baz na innym terenie. Carlos Lamarca oświadczył, iż doświadczenie to dowodzi, że walka zbrojna na terenach wiejskich ma w Brazylii pełne szansę powodzenia.
Tymczasem jednak w kraju narastał terror aparatu represji i zaostrzały się dyktatorskie metody sprawowania władzy. W łonie grup wojskowych, dzierżących ster władzy, dokonał się wówczas wewnętrzny zamach stanu. Wojskowi, reprezentujący „twardą linię", wyprowadzili na ulice czołgi i 13 grudnia 1968 roku podyktowali tzw. Akt Instytucjonalny nr 5. Władza wykonawcza przyznała sobie atrybut władzy ustawodawczej, prawo do zawieszania konstytucji i mandatów poselskich, rozpędzania parlamentu i stanowych zgromadzeń ustawodawczych, narzucania prasie cenzury, a przede wszystkim zawieszania praw obywatelskich, przetrzymywania według własnego uznania obywateli w więzieniach, znoszenia gwarancji habeas corpus (aresztowanie tylko na podstawie postanowienia sądu). Na jesieni 1969 roku nowa „ustawa o bezpieczeństwie narodowym" i nowa konstytucja, trzecia od zamachu stanu z 1964 roku, stworzyły ramy prawne dla umocnionej od minionego roku dyktatury i dla wzmożonej represji nie tylko partyzantki i partii lewicowych, ale również wszelkich sił demokratycznych czy opozycyjnych.
Do walki z ruchem partyzanckim weszły dwie specjalnie utworzone w tym celu, posiadające obfite zaplecze finansowe i techniczne oraz dobrze obeznane z doświadczeniami represji ruchów rewolucyjnych w innych krajach instytucje: Operacja Bandeirantes (OBAN) i Ośrodek Operacyjny Obrony Wewnętrznej (CODI). Do walki z partyzantką przeszły także, ściśle współdziałając ze wspomnianymi instytucjami represyjnymi, policyjne „szwadrony śmierci". Ta specyficzna, nie mająca jawnie legalnego statusu forma aparatu represji, pozwalająca policji gwałcić prawo, ilekroć stanęło ono na jej drodze, została założona już w 1958 roku w Rio de Janeiro. Nosiła ona wówczas miano „grupy specjalnej do walki z przestępczością"; miała dać możliwość policji bezpardonowej walki ze światem przestępczym wedle zasady: zabij raczej, niż daj się zabić. W kwietniu 1970 roku stwierdzono, że „szwadrony śmierci" w stanach Guanabara i Rio dokonały do tego czasu z całą pewnością co najmniej tysiąca morderstw.
W Sao Paulo „szwadron śmierci" powstał w 1968 roku w efekcie ogłoszenia Aktu Instytucjonalnego nr 5. Przynależność do szwadronu stała się dla policjantów intratnym źródłem znacznych zysków, oczywiście nielegalnych. Pewien źle opłacany oficjalnie kierowca w „szwadronie śmierci" w Sao Paulo stał się właścicielem osiemnastu taksówek i czterech domów. Znane są powiązania „szwadronów śmierci" ze światem przestępczym, zwłaszcza z gangami przemytników i handlarzy narkotyków, a także udział w rywalizacjach między gangami. Sergio Fleury, jedna z czołowych postaci „szwadronu śmierci" w Sao Paulo, znany jest z tego, że na czele podległych mu policjantów, na zlecenie gangu narkotykowego, wymordował kilkudziesięciu gangsterów z innego gangu. Nie przeszkodziło to wszakże takim ludziom, jak on czy Milton Dias, zrobić karierę poprzez działalność w „szwadronie śmierci" i stać się pracownikami wywiadu lotnictwa wojskowego.
Działalność „szwadronów śmierci" od chwili, gdy przeszły one do walki z rewolucyjnym podziemiem, polegała przede wszystkim na bezkarnym mordowaniu lewicowych działaczy politycznych oraz osób nie zaangażowanych w działalności podziemnej, ale ze względu na poglądy polityczne, kwalifikacje intelektualne, prestiż i kontakty w rozmaitych środowiskach, mogących stać się kadrowymi bojownikami ruchu rewolucyjnego. Nie oglądając się na wymogi prawne, „szwadrony śmierci" dokonywały na szeroką skalę uprowadzeń politycznie podejrzanych obywateli, poddawały ich w swoich siedzibach, nie figurujących na oficjalnych listach lokali zajmowanych przez policję, bestialskim torturom i nie potrzebowały obawiać się konsekwencji, gdy więzieni przez nie ludzie ponosili śmierć podczas tortur. Po wielu ludziach, porwanych przez „szwadrony śmierci", ślad ginął na zawsze. Znajdowano nawet masowe groby ofiar szwadronów. W oficjalnych instytucjach represyjnych, gdzie tortury zostały w rzeczywistości zinstytucjonalizowane, a udział i przodownictwo w nich stały się podstawą awansu w hierarchii aparatu represji, los więzionych przez nie osób nie był lepszy, na torturach również umierano, a zwłoki zmarłych były wyrzucane z samolotów do morza w celu całkowitego zatarcia po nich śladów. Akt Instytucjonalny nr 5 w praktyce rozwiązywał ręce aparatowi represji, całkowitą jednak swobodę w swoich poczynaniach policja miała w „szwadronach śmierci".
Ze względu na położenie uwięzionych rewolucjonistów: straszliwe tortury, po których pozostawały często trwałe okaleczenia cielesne i zaburzenia psychiczne oraz dokonywane na więźniach politycznych mordy, ruch partyzancki postanowił odwołać się do działań, które pozwoliłyby ocalić rewolucyjne kadry, znajdujące się w rękach aparatu represji.
Dnia 4 września 1969 roku w Rio de Janeiro, w odległości dwóch przecznic od placówki dyplomatycznej USA, o godzinie 14.45, samochód ambasadora Stanów Zjednoczonych Charlesa Burkę Elbricka zatrzymał się, ażeby uniknąć zderzenia z nadjeżdżającym z przodu volkswagenem. Osoby, jadące volkswagenem, opuściły go szybko i wsiadły do samochodu ambasadora. Jedna z nich zajęła miejsce kierowcy. Pojechali na pustą ulicę, gdzie uzbrojeni ludzie, którzy sterroryzowali ambasadora, rozkazali mu przesiąść się do innego, oczekującego tam samochodu.
Kierowca, puszczony wolno, zadzwonił z najbliższego telefonu do ambasady, zawiadamiając, że szef placówki dyplomatycznej USA został uprowadzony. W porzuconym samochodzie ambasadora policja znalazła manifest, zatytułowany Do ludu brazylijskiego i podpisany przez Akcję Narodowowyzwoleńczą (ALN), partyzantkę, którą kierował Carlos Marighella oraz przez Ruch Rewolucyjny 8 Października (MR-8), partyzantkę, która wyszła ze środowiska studenckiego i która miała w nazwie datę śmierci Ernesto Guevary. Według kalkulacji partyzantów, policja potrzebowała od 20 do 30 minut na przeprowadzenie mobilizacji swoich sił i ustanowienie kontroli nad ruchem drogowym w mieście. Nim do tego doszło, w ciągu 20 minut, ambasador został przewieziony do przygotowanego na jego ukrycie domu, gdzie oczekiwał na niego Joaquim Camara Ferreira, dawny działacz partii komunistycznej, a wówczas jeden z czołowych przywódców ALN.
Wiadomość o porwaniu ambasadora USA rychło zelektryzowała stolicę. Nie tylko dlatego, że była to wiadomość sensacyjna. Chodziło o oficjalnego przedstawiciela imperium, posiadającego ogromne wpływy ekonomiczne, polityczne i ideologiczne w Brazylii. Był to dla rządu wojskowego i dla Stanów Zjednoczonych cios polityczny i tak też porwanie było interpretowane przez opinię publiczną.
Wieczorem, na falach rozgłośni radiowej, odczytany został manifest partyzantki, co oznaczało, że władze postanowiły ustąpić wobec postawionych im żądań. Manifest głosił, że porwanie ambasadora USA jest jedną z wielu akcji, przeprowadzanych przez ruch partyzancki, a mających stworzyć warunki do rozwoju w kraju wojny rewolucyjnej. W manifeście domagano się. po pierwsze, uwolnienia piętnastu więźniów politycznych, których nazwiska miały być dostarczone później, po wyrażeniu przez rząd zgody na spełnienie żądań i ich przewiezienia samolotem do Algierii, Chile bądź Meksyku, a po drugie, opublikowania manifestu w głównych gazetach i odczytania go przez rozgłośnie radiowe. Jeżeli rząd w ciągu 24 godzin nie spełni tego drugiego warunku albo w ciągu 48 godzin po dostarczeniu mu listy więźniów nie uwolni ich, ambasador, stwierdzały organizacje partyzanckie, zostanie zabity.
Następnego dnia po południu w jednym z supermarketów znaleziono listę więźniów. Obejmowała ona uwięzionych działaczy zarówno rozmaitych ruchów partyzanckich, jak i partii lewicowych, nie biorących udziału w walce zbrojnej, oraz organizacji masowych. Na czele listy znajdował się Gregorio Bezerra, weteran brazylijskiego ruchu komunistycznego; byli na niej także między innymi przywódcy Narodowego Związku Studentów Vladimir Palmeira i Luis Travassos, założyciel VPR były sierżant Onofre Pinto. bojownik VPR i działacz robotniczy Jose Ibrahim.
W dwa dni po uprowadzeniu ambasadora samolot brazylijski z piętnastoma uwolnionymi z więzienia działaczami politycznymi wylądował w stolicy Meksyku; przewiezieni zostali oni stamtąd na Kubę, gdzie witał ich premier Fidel Castro.
Operacja uwolnienia ambasadora przez partyzantów przebiegała w skomplikowanych warunkach. Dom, w którym go trzymano, znajdował się już pod obserwacją policji w związku z donosem, złożonym przez jednego z sąsiadów, który widział, jak do garażu wjeżdżał samochód, odpowiadający opisowi tego wozu, którym wy-wywieziono ambasadora Elbricka. Gdy ulicę zapełniły tłumy kibiców, powracających z meczu piłkarskiego, partyzanci wykorzystując wzmożony ruch uliczny wymknęli się niepostrzeżenie wraz z ambasadorem z domu i samochodem przewieźli go do odległego punktu w mieście. gdzie kazali Elbrickowi wysiąść i nie wcześniej niż po dziesięciu minutach przywołać taksówkę.
Pierwsza akcja uprowadzenia obcego dyplomaty zakończyła się pełnym powodzeniem.
W marcu 1970 roku policja aresztowała Shizuo Ozawę, Brazylijczyka japońskiego pochodzenia, który od dwóch tygodni z polecenia Lamarki pełnił funkcję szefa VPR na Sao Paulo. Grupa bojowa VPR i dwóch innych organizacji podziemnych, dowodzona przez „Jamila", dokonała w kilka dni później uprowadzenie konsula generalnego Japonii w Sao Paulo. Rząd zwolnił wówczas z więzienia i odesłał do Meksyku Ozawę oraz cztery inne osoby, w tym zakonnicę, aresztowaną i torturowaną pod zarzutem współpracy z partyzantką. W czerwcu tego samego roku w Sao Paulo partyzanci VPR i ALN dokonali uprowadzenia ambasadora Republiki Federalnej Niemiec, w zamian za którego rząd uwolnił 40 więźniów politycznych. Największą jednak pod względem skutków akcją tego rodzaju było uprowadzenie ambasadora Szwajcarii, wymienionego na 70 więźniów, w tym wielu czołowych działaczy ruchu rewolucyjnego. W wyniku uprowadzeń partyzantka miejska zdołała uwolnić 120 więzionych rewolucjonistów, z których wielu groziła śmierć. Uprowadzenia dyplomatów państw kapitalistycznych z jednej strony były działaniami o charakterze humanitarnym, wynikającymi z bezwzględnego, niczym nie ograniczonego terroru aparatu represji, a z drugiej miały na celu ochronić kadry rewolucyjne przed wyniszczeniem.
Ruch partyzancki ponosił jednak porażki. Dyktatura wojskowa stabilizowała się i umacniała politycznie od 1969 roku, co było wynikiem przezwyciężenia trwającego przez pięć lat kryzysu akumulacji kapitału, pokonania przeszkód, jakie stały poprzednio na drodze realizacji wartości dodatkowej, wejścia kraju w etap przyspieszonego wzrostu gospodarczego w warunkach opanowania gospodarki brazylijskiej przez międzynarodowe korporacje.
Partyzantka wykrwawiała się w miastach, nie mogąc przesunąć środka ciężkości walki zbrojnej z miast na wieś. Aparat represji z żelazną konsekwencją uprawiał „selektywny odstrzał" zarówno rzeczywistych, jak i tylko potencjalnych kadr ruchu rewolucyjnego oraz ludzi, którzy w strukturach radykalnych ugrupowań opozycyjnych znajdowali się w punktach styku z organizacjami czy żywiołowo rozwijającymi się ruchami masowymi. Narastająca w Kościele katolickim rewolta poważnej części kleru przeciw represjom, nędzy, zdeformowanemu przez zależność rozwojowi kraju, panowaniu imperializmu, była dławiona w sposób drastyczny. Wtrącano do więzień opozycyjnych biskupów, prześladowano, a nawet zabijano księży, pracujących wśród warstw najuboższych, poddawano brutalnym represjom katolickie organizacje młodzieży studenckiej i robotniczej. Co najmniej 15 tysięcy obywateli osadzono w więzieniach pod zarzutem czy to bezpośredniego udziału w walce rewolucyjnej, czy też współdziałania z ruchem partyzanckim.
Już 4 listopada 1969 roku Carlos Marighella wpadł w zasadzkę zastawioną na niego przez policję i poniósł śmierć. Marighella, polegający w swej działalności rewolucyjnej na działaczach partii komunistycznej, którzy wstąpili do ALN i którzy byli mu osobiście znani z okresu pracy w partii, trzymał w swoich rękach wszystkie główne nici podziemnej siatki ALN, rozgałęzionej na wiele miast i rejonów wiejskich i składającej się z silnie zautono-mizowanych ogniw. Jego śmierć pozbawiła ALN osobistości centralizującej ruch, co wpłynęło nader niekorzystnie na możliwości jego dalszego rozwoju, a przede wszystkim na możliwości koordynacji działań rozrzuconych po kraju grup zbrojnych i komórek podziemnych czy nawet utrzymywania przez nie wzajemnych kontaktów. Śmierć ponieśli również kolejni przywódcy ALN: Joaąuim Camara Ferreira, Eduardo Leite, Aldo Sa Brito.
Walka zbrojna trwała jednak nadal. Ruch Rewolucyjny 8 Października zdołał jeszcze zachować przy życiu, w podziemiu, pewną liczbę kadr, zwłaszcza w stanie Bahia. Carlos Lamarca wraz z nielicznymi bojownikami VPR, którzy się jeszcze ostali, przyłączył się do MR-8 i objął nad nim dowództwo. Towarzyszył mu Campos Barreto „Zeąuinha", który powrócił w rodzinne strony z Osasco. Lamarca przystąpił do budowy partyzantki wiejskiej w zachodnich rejonach Bahii.
28 sierpnia 1971 roku wojsko i policja otoczyły tereny działania grup partyzanckich, położone o 700 kilometrów od stolicy stanu, pierścieniem okrążenia strategicznego o promieniu dwustu kilometrów. Pierwsza bitwa miała miejsce na jednej z hacjend, gdzie chłopski oddział partyzancki MR-8 przez kilka godzin stawiał opór w nierównej walce, aż został całkowicie rozbity. Wziętych do niewoli chłopów po torturach rozstrzelano. Inna grupa chłopskiej partyzantki, dowodzona bezpośrednio przez La-markę i „Zequinha'\ zdołała wyrwać się z paru okrążeń taktycznych, po czym Lamarca zdemobilizował tymczasowo chłopskich bojowników, ażeby ułatwić partyzantom ucieczkę z oblężonego rejonu. Wraz z Camposem Barreto skierował się ku bezludnym i gorącym, wysuszonym stepom, pokrytym kolczastą roślinnością, które w przeszłości nieraz służyły za przejściowe schronienie prześladowanym buntownikom. Wyczerpani fizycznie i zagłodzeni spali pod drzewem, nie opodal ostatniego skupiska ludzkiego, gdy o ich obecności dowiedział się miejscowy konfident policji. Grupa operacyjna CODI zaskoczyła śpiących partyzantów i otworzyła do nich ogień, zabijając na miejscu. Tak 17 września 1971 roku zginął były kapitan piechoty Carlos Lamarca, który stał się rewolucjonistą 7 lat wcześniej, gdy po zamachu stanu 1964 roku, służąc w koszarach w Porto Alegre, odmówił torturowania więźniów.
Ruch partyzancki w Brazylii, rozwijający się od 1968 roku, przestał wówczas istnieć: zanikł jeden z politycznych przejawów ostrych sprzeczności klasowych i napięć społecznych, nie przestało natomiast istnieć samo napięcie, z którego zrodziła się partyzantka miejska. W pół roku zaledwie po śmierci ostatniego wybitnego dowódcy partyzanckiego tamtego okresu, w kwietniu 1972 roku, w górach stanu Para na Północnym Wschodzie, przewlekłą walkę zbrojną podjęli chłopi, kierowani przez inne, dotąd nieobecne na polu walki ugrupowanie podziemnej lewicy, a zorganizowani w Siłach Partyzanckich Rio Araguaia.


Zakończenie
 

Około 1966 — 1967 roku, po latach powojennej ekspansji światowej gospodarki kapitalistycznej, cykliczny proces akumulacji kapitału wszedł w okres recesji, a nawet groźby depresji. Towarzyszyły temu poważne zmiany w międzynarodowym, a także międzyregionalnym i między-gałęziowym podziale pracy oraz w technologicznych podstawach produkcji, które objęły również Amerykę Łacińską. W związku z tymi zmianami wystąpiła w Ameryce Łacińskiej tendencja do rozszerzania dotychczasowych podstaw akumulacji: grabieży bogactwa i superwyzysku pracy, a więc wypierania klas wyzyskiwanych z zajmowanych przez nie pozycji ekonomicznych i politycznych. Proces ten nie przebiegał równomiernie we wszystkich krajach i nie przejawiał się w nich z jednakową mocą: różnice wynikały zarówno z tego, jaka rola przypadała poszczególnym krajom w kształtującym się nowym podziale pracy, jak i nade wszystko z tego, jaki był w każdym z nich konkretny stan walki klas. Brazylijski model akumulacji, opartej na superwyzysku pracy, zaczął jednakże znajdować zastosowanie nawet w krajach o siinie ugruntowanych tradycjach burżuazyjnej demokracji, prowadząc do jej ograniczenia czy nawet zupełnego zniesienia. Jednocześnie wzrost barier dla reprodukcji kapitału, wzniesionych przez gigantyczną grabież bogactwa i zależność ekonomiczną, oraz wzrost konkurencji między mocarstwami imperiałistycznymi sprzyjały w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej podjęciu przez grupy kontrolujące aparat władzy polityki nacjonalistycznej, ograniczającej hegemonię Stanów Zjednoczonych.
8 października 1967 roku Ernesto Che Guevara, argentyński lekarz, kubański komunista i latynoamerykański rewolucjonista, wzięty do niewoli przez żołnierzy boliwijskich, został zamordowany, a dowodzony przezeń oddział partyzancki przestał istnieć. Śmierć tego człowieka — który 221 przed laty jako pierwszy dowódca partyzancki Ruchu 26 Lipca wkroczył do Hawany i który wypracował pierwsze elementy teorii wojny partyzanckiej w Ameryce Łacińskiej, a potem, głosząc ideę „walki z imperializmem gdziekolwiek on jest", tworzył strategię kontynentalnej walki rewolucyjnej — zbiegła się w czasie z porażkami ruchów partyzanckich działających wówczas w innych krajach tego rejonu świata. Wydawało się, że partyzantka wygasa. Tymczasem jednak pojawiła się ona w ośrodkach miejskich Urugwaju i Brazylii, gdzie także po kilku latach poniosła klęskę, zaczęła działać w Argentynie, przyczyniając się wydatnie do upadku wojskowej dyktatury i nie tylko wytrwała, ale zaktywizowała się na terenach wiejskich Kolumbii.
Wbrew temu, co się początkowo wydawało, porażka partyzantki nie była totalna. Zresztą tak w latach sześćdziesiątych, jak i siedemdziesiątych równocześnie i współ-zależnie z rewolucyjną walką zbrojną toczyły się w Ameryce Łacińskiej ostre boje klasowe, ujawniły się też nowe nurty antyimperialistyczne. Nie było zastoju w walce rewolucyjnej, albowiem siły występujące, zwłaszcza w korpusie oficerskim, przeciwko hegemonii Stanów Zjednoczonych sięgnęły po władzę w Peru i w Panamie zaledwie w rok po śmierci Guevary, a potem w Chile doszło do pierwszej, tragicznie zakończonej, próby uzyskania władzy przez partie robotnicze na drodze procesu demokratycznego. W ostatnim czasie zmierzać zaczynają w kierunku przeobrażeń socjalistycznych dwa państwa regionu karaibskiego: Jamajka i Gujana.
Pamiętać wszakże należy o ogromnie ciężkich warunkach, w jakich toczą walkę przeciw wyzyskowi, dyktaturze i zależności od imperializmu masy ludowe licznych krajów latynoamerykańskich. Krwawe reżimy prawicowe w Gwatemali, Nikaragui, Haiti, Paragwaju, Brazylii, Boliwii. Urugwaju i Chile stosują masowe, terrorystyczne represje, a więźniów politycznych poddają wyrafinowanym torturom. Osadzenie w miejscach odosobnienia, a nawet śmierć grozi mieszkańcom tych krajów nie tylko za próbę zorganizowania zbrojnego oporu, lecz również za jakąkolwiek działalność opozycyjną.
W historycznym momencie, w jakim niektóre fronty partyzanckie poniosły porażkę, znaczenie tej porażki polegało przede wszystkim na tym, iż wykazała ona, że wojna partyzancka — przynosząca ogromne, bolesne straty w szeregach najofiarniejszych rewolucjonistów latynoamerykańskich — nie jest w każdym momencie i w każdym kraju Ameryki Łacińskiej główną formą czy drogą walki rewolucyjnej, że, innymi słowy, walka ta przyjmuje formy nader różnorodne, uwarunkowane przez stan walki klas i polityczne warunki jej rozwoju w danym miejscu i czasie.
Nie była to, podkreślmy, porażka jakiejś jednej określonej koncepcji walki partyzanckiej, której autorstwo można by przypisać jakiejkolwiek jednostce ludzkiej: na przykład Che Guevarze. Doświadczenia rewolucji kubańskiej i prace teoretyczne Che Guevary były oczywiście źródłem ideowej inspiracji dla wielu ruchów rewolucyjnych w innych krajach kontynentu, lecz akcje zbrojne tych ruchów nie stanowiły odwzorowania owej rewolucji ani ucieleśnienia owej teorii, każdy bowiem z nich szedł własną drogą i dawał wyraz realiom, warunkom historycznym, sprzecznościom klasowym własnego społeczeństwa. Każde z doświadczeń partyzanckich lat sześćdziesiątych było w istocie jedyne w swoim rodzaju, często nawet odmienne na różnych frontach walki zbrojnej w tym samym kraju. Porażki partyzantki nie dają się sprowadzić do jednego wspólnego mianownika, z ich przyczyn nie jest w stanie zdać sprawy prosta formuła, spotykana często w literaturze przedmiotu: awangardyzm, militaryzm i empiryzm, bo niektóre ruchy partyzanckie miały i cechy zgoła przeciwne.
Faktem jest, że w przytłaczającej większości ruchów partyzanckich, które poniosły porażki, inicjatywa wzięcia i prowadzenia walki zbrojnej należała do rewolucyjnych grup miejskiej klasy średniej, drobnej burżuazji, inteligencji. Faktem jest zarazem, że do tych samych grup inicjatywa należała również na Kubie, gdzie ruch partyzancki odniósł zwycięstwo. Faktem jest wreszcie również i to, że w jedynym ruchu partyzanckim, który w latach sześćdziesiątych nie poniósł porażki, inicjatywa nie do nich należała, choć były one w nim obecne, lecz do chłopstwa.
W świetle tych faktów wydaje się, że tam, gdzie partyzantka poniosła porażkę, albo nie było dostatecznych warunków obiektywnych do jej rozwoju, albo inicjujące ją radykalne środowiska klasy średniej nie miały subiektywnych warunków do stworzenia rewolucyjnego ruchu mas ludowych i wzniecenia walki o wyzwolenie narodowe. Być może jednak od czasu, gdy zwyciężyła rewolucja na Kubie, zaszły w Ameryce Łacińskiej takie przeobrażenia społeczne, które umożliwiły klasie średniej uzyskanie dostępu do struktury władzy i pozbawiły ją inicjatywy rewolucyjnej, podczas gdy zarazem powstały obiektywne i subiektywne warunki do jej przejęcia przez inne grupy społeczne: przez same klasy wyzyskiwane, a więc proletariat i zwłaszcza chłopstwo. To właśnie zdaje się sugerować dowódca kolumbijskiej partyzantki chłopskiej, Fabio Vazquez Castańo, gdy twierdzi, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej chłopstwo może współcześnie spełniać rolę awangardy w walce rewolucyjnej. Takie też było przeświadczenie Guevary, który w swojej teorii wojny partyzanckiej przypisywał chłopstwu rolę większą od tej. jaką odegrało ono w walce rewolucyjnej na Kubie i już w 1961 roku wypowiedział znamienne słowa: „Mając za podstawę ideologię klasy robotniczej, której wielcy myśliciele odkryli rządzące nami prawa społeczne, klasa chłopska Ameryki wyda w przyszłości wielką armię wyzwoleńczą".
Wydaje się, że trzy okoliczności mogą sprzyjać odgrywaniu przez chłopstwo takiej roli. Po pierwsze, proces proletaryzacji. jakiemu ono podlega. Po drugie, stosunki społeczne na wsi. gdzie chłopstwo po części ma dostęp do naturalnych warunków pracy i prowadzi gospodarkę drobnotowarową, a po części podlega marginalizacji i nie obraca swej siły roboczej w towar, wskutek czego fetyszyzm towarowy ma w tych stosunkach społecznych kruchą podstawę i chłopstwo znajduje się w rezultacie na peryferiach panowania ideologicznego burżuazji. Po trzecie, możliwość zaciągu przez chłopską partyzantkę ideologicznie sproletaryzowanych kadr politycznych, pochodzących z ośrodków miejskich.
W tych krajach Ameryki Łacińskiej, w których możliwości prowadzenia walki rewolucyjnej na drodze procesu demokratycznego nie powstały czy uległy ograniczeniu bądź zanikły albo gdzie ustrój burżuazyjnej demokracji kończył się za rogatkami wielkich miast, partyzantka zachowała swoją obecność, realną czy choćby potencjalną.
W połowie lat siedemdziesiątych walkę partyzancką prowadziły nadal, zaczynały czy wznawiały: Armia Wyzwolenia Narodowego i Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii. Ludowa Armia Rewolucyjna w Chile, Siły Partyzanckie Rio Araguaia w Brazylii, Ludowa Armia Rewolucyjna i Montoneros w Argentynie, Nowa Rewolucyjna Organizacja Bojowa w Gwatemali, Ludowa Armia Rewolucyjna w Salwadorze, Sandinowski Front Wyzwolenia Narodowego w Nikaragui, Partia Ubogich w Meksyku...
Towarzyszyła temu rewaloryzacja czynów i idei tych, którzy polegli, ale pozostawili po sobie doświadczenie walki o wyzwolenie narodowe, bodaj najbogatsze w dotychczasowej historii walk rewolucyjnych w Ameryce Łacińskiej.


Załącznik - ciekawy fragment odezwy ELN, która określa swój stosunek do klasy robotniczej

W 1972 roku bojownicy ELN stwierdzali: „Określona - bardzo poważna - część klasy robotniczej uległa penetracji wtrętów ideologii burżuazyjnej; troszczy się jedynie o interesy ekonomiczne, koncentrując swoją walkę na podwyżce płac". W rezultacie „klasa robotnicza -w całości jako taka - jest zacofana w stosunku do dynamiki procesu rewolucyjnego. Dlatego też dzisiaj klasa robotnicza nie jest u nas rewolucyjną awangardą. Rolę tę odgrywa chłopstwo, uzbrojone — owszem — w ideologię proletariacką. Nie negujemy tego, że klasa robotnicza odegra swoją rolę w rewolucji, wręcz przeciwnie. Klasa robotnicza musi stać się podstawowym czynnikiem procesu rewolucyjnego. W obecnej jednak sytuacji nie wzięła ona jeszcze na siebie roli, jaka jej przypada. Okoliczność ta rzuca zarazem światło na osobliwości walki rewolucyjnej w Kolumbii, ponieważ organizacja miejska będzie się umacniać w miarę tego, jak robotnicy włączać się będą do udziału w rewolucji. Gdy zaś organizacja miejska zasilać będzie wieś swoimi proletariackimi kadrami rewolucyjnymi, to partyzantka także się umocni i fakt ten przyspieszy zwycięstwo rewolucji".
 

Hosted by www.Geocities.ws

1