Poniżej fragmenty książki Z.M. Kowalewskiego wydanej w 1978 roku
Zbigniew Marcin Kowalewski
Guerilla latyno-amerykańska
Szkice z dziejów rewolucyjnych walk partyzanckich w XX wieku
Wstęp
Na obszarze półkuli zachodniej, zwanym dzisiaj Ameryką
Łacińską, od czasów jego podboju przez iberyjskich konkwistadorów partyzantka
zawsze była jedną z form oporu i walki uciskanych, wydziedziczonych i
wyzyskiwanych zbiorowości ludzkich: grup etnicznych i rasowych, narodów, klas
społecznych, a także społeczności ekstermi-nowanych. Walki partyzanckie
wybuchały w epoce, gdy obszar ten stanowił część składową imperiów kolonialnych
państw Półwyspu Iberyjskiego i niektórych innych mocarstw europejskich i gdy
akumulowane na nim, a następnie wywożone zeń bogactwo przyczyniło się do
narodzin kapitalizmu i cywilizacji przemysłowej w zachodniej Europie. Toczyły
się podczas wojen o niepodległość i konfliktów, jakie wstrząsały młodymi
republikami po tych wojnach, w okresie, gdy Wielka Brytania czyniła z Ameryki
Łacińskiej źródło surowców i żywności oraz rynek zbytu własnych towarów
przemysłowych. Wybuchały w czasach, gdy brytyjska hegemonia przeżywała zmierzch,
kapitalizm wkraczał w stadium imperializmu, Ameryka Łacińska była objęta
międzynarodowym ruchem kapitału pieniężnego, a następnie produkcyjnego, rolę zaś
hegemona przejmowały Stany Zjednoczone Ameryki.
Ludzie walczący o wolność
różnorodnie pojętą w zależności od miejsca i czasu, a także roli spełnianej w
strukturze stosunków społecznych, o dostęp do naturalnych warunków pracy i
środków utrzymania, o równomierny podział bogactwa społecznego, o prawo do życia
w warunkach uważanych przez nich za najwłaściwsze, najbardziej godne człowieka
czy danej zbiorowości lub zapewniające jej najlepsze możliwości materialnego i
duchowego rozwoju, ludzie walczący o niezależność polityczną i ekonomiczną
swoich społeczeństw, o emancypację klas własnych czy też tych. z których
interesami utożsamiali się. od wieków stawali do walki partyzanckiej. Czynili
tak wtedy, gdy położenie i warunki egzystencji swoich zbiorowości uważali za
niemożliwe do przyjęcia i gdy wszelki oręż, nie wymagający stosowania fizycznej
przemocy, mieli wytrącony z ręki.
Wojna partyzancka jest tą jedyną bodaj
formą walki zbrojnej, która pozwala stawiać czoła przeciwnikowi silniejszemu w
sposób przytłaczający pod względem materialnym i techniczno-wojskowym, a nawet
odnosić nad nim zwycięstwa wtedy, gdy strona słabsza prowadzi walkę
sprawiedliwą.
Pojęcie walki sprawiedliwej, choć wydaje się nieostre, nawet
mgliste i z tego powodu nie mogące służyć za narzędzie analizy czy środek
poznania, jest do wszelkiej refleksji o partyzantce nieodzowne. Cechy, losy,
szansę każdej konkretnej walki partyzanckiej od niczego nie zależą bardziej, jak
od tego, czy jest to walka sprawiedliwa, czy niesprawiedliwa. Czasami — w tej
książce z tego rodzaju przypadkami nie będziemy mieć do czynienia — partyzantka
łączy w sobie oba aspekty: walki sprawiedliwej i niesprawiedliwej, a wówczas
decydujące znaczenie ma to, który z tych aspektów w walce partyzanckiej
przeważa, dominuje. Pojęcie walki sprawiedliwej, wbrew temu co nieraz się sądzi,
daje wyraz racjom nie subiektywnym, lecz stronniczym, które z powodzeniem mogą
być i bywają obiektywne. Dlatego walka partyzancka jest faktem historycznie
doniosłym w życiu danego społeczeństwa wtedy jedynie, gdy stanowi walkę ludu
uciskanego czy wyzwolonego, a także broniącego swoich zdobyczy i wolności. Klasy
posiadające środki produkcji i korzystające ze spolaryzowanej akumulacji
bogactwa i ubóstwa, których panowanie ekonomiczne, polityczne i ideologiczne
zostało obalone, państwa kolonialne i imperialistyczne, których wpływy zostały
wyrugowane, a dobra wywłaszczone, odwołują się również czasami do walki
partyzanckiej przeciwko nowemu ładowi społecznemu. Walka taka jednak wybucha
sporadycznie, jest krótkotrwała i daje się zdławić raz na zawsze. Klęska
partyzantki ludowej, o ile tylko lud, który 5 ją podjął, nie ulega
eksterminacji, nigdy nie oznacza końca walki partyzanckiej, chyba że walka
ludowa ma możliwość rozwinięcia się w innej formie. Większość opisanych w tej
książce walk partyzanckich zakończyła się klęską, lecz zarazem większość tych
klęsk nie oznaczała końca walki partyzanckiej.
Walka partyzancka w Ameryce
Łacińskiej była i jest przede wszystkim walką chłopów: rolników i pasterzy,
drobnych właścicieli ziemskich i robotników rolnych. Teoria formalna i strategia
polityczna miejskiej walki partyzanckiej pojawiła się w Ameryce Łacińskiej
niedawno, przy czym pozostawała ściśle związana z partyzantką wiejską w tym
znaczeniu, że traktowała jej doświadczenia za punkt wyjścia i stanowiła próbę
przystosowania tych doświadczeń do warunków walki zbrojnej w wielkich ośrodkach
miejskich, czy też pojmowana była jako wstępny etap, a następnie czynnik
komplementarny walki partyzanckiej na wsi.
Chłopstwo z kilku powodów było i
pozostaje główną siłą walki ludowej, gdy ta przybiera formę wojny partyzanckiej.
Poddane największemu wyzyskowi, najbardziej upośledzone przy podziale bogactwa
społecznego i w największej mierze padające ofiarą nierównomiernego rozwoju,
było i jest nadal trzymane w ryzach z pomocą przymusu pozaekonomicznego pod
rozmaitymi postaciami przez klasy panujące oraz pozbawione jest niemal zupełnie
możliwości udziału w formalnych grach politycznych. Jego walka klasowa, nawet
wtedy, gdy ma charakter czysto ekonomiczny, napotyka często represje policyjne i
wojskowe, co zmusza chłopów do odwoływania się do zbrojnej przemocy. Walka
chłopów z przeciwnikiem, który ma nad nimi gigantyczną wprost przewagę pod
względem potencjału materialnego, w tym ogniowego i poziomu technologicznego,
skłania ich w sposób naturalny do podejmowania działań typu partyzanckiego.
Tereny wiejskie znajdują się na peryferiach systemu panowania klas posiadających
i ich władzy politycznej oraz kontroli aparatu represji. Masywy górskie i
kompleksy leśne stanowią naturalną scenerię walki partyzanckiej, a znajomość
przez chłopów terenu, ich więź z przyrodą i przystosowanie do warunków życia w
górach czy dżunglach czyni z nich naturalnych bojowników ruchu partyzanckiego.
Ponadto fakt, iż mają dostęp do naturalnych warunków pracy w swoich
gospodarstwach rolnych czy hodowlanych zapewnia im środki utrzymania, gdy idą do
partyzantki.
Chłopstwo ze względu na charakter jego działalności produkcyjnej
i rozproszenie, niski poziom kulturalny i nie-ciągły charakter walki klasowej,
nie było w ciągu wieków siłą politycznie samodzielną, zdolną do zdobycia i
przejęcia władzy. Wielka wojna chłopska, jaka miała miejsce w Meksyku po 1910
roku, dobitnie wykazała tę niemożność samoemancypacji chłopstwa. Wzrost
rewolucyjnego potencjału walk chłopskich nastąpił wtedy, gdy powstała pewna więź
między nimi a walkami klasowymi proletariatu: prowadzona przez chłopstwo wojna
narodowowyzwoleńcza w Nikaragui była pierwszym w Ameryce Łacińskiej przejawem
tych zmian, zachodzących w walkach chłopskich wraz z rozwojem, wzrostem stopnia
koncentracji i dojrzewaniem klasowej świadomości robotników
przemysłowych.
Przełomem w dziejach walk ludowych w Ameryce Łacińskiej była
jednak dopiero rewolucja kubańska. Rewolucja ta, mająca w latach 1959— 1961
charakter demokratyczny, ludowy i antyimperialistyczny, przeobraziwszy się
wiosną 1961 roku w pierwszą na kontynencie rewolucję socjalistyczną, stała się
potężnym bodźcem do wszechstronnego rozwoju walki rewolucyjnej w krajach Ameryki
Łacińskiej, spowodowała też głębokie przeobrażenia w klasowym charakterze i
ideologii ruchów rewolucyjnych oraz wniosła do nich pierwsze doświadczenie
pomyślnie stoczonej, doprowadzonej do zwycięskiego końca i uwieńczonej zdobyciem
władzy wojny partyzanckiej, w której chłopstwo było istotnym elementem składowym
rewolucyjnej awangardy. Z wyjątkiem wojny wyzwoleńczej narodu nikaraguańskiego
wszystkie pozostałe opisane w tej książce walki partyzanckie toczyły się już w
tym nowym okresie historycznym; warto jednak zaznaczyć, iż wojna chłopska w
Nikaragui, choć miała miejsce ćwierć wieku przed zwycięstwem rewolucji
socjalistycznej na Kubie, zapowiadała już pierwsze przesłanki tej historycznej
zmiany.
W okresie, którego dotyczą zamieszczone w tej książce szkice z
dziejów walk partyzanckich, zależny kapitalizm w Ameryce Łacińskiej, znajdującej
się pod panowaniem początkowo głównie finansowym północnoamerykańskiego
imperializmu, wszedł w fazę z jednej strony wzrostu przemysłowego, a z drugiej
szybkiej monopolizacji struktury gospodarczej. Możliwości zatrudnienia taniej
siły roboczej oraz uzyskania niezmiernie wysokiej stopy zysku sprawiły, iż
kapitał monopolistyczny wysoko rozwiniętych społeczeństw, zwłaszcza Stanów
Zjednoczonych, zaczął przejmować kontrolę nad przemysłem już tutaj istniejącym,
a stworzonym głównie po światowym kryzysie lat 1929— — 1930, dokonywać
bezpośrednich inwestycji przemysłowych i instalować gałęzie przemysłu do
niedawna jeszcze wiodące w najwyżej rozwiniętych krajach, zachowując
jednocześnie dla siebie monopol na technologię. Rozwój przemysłowy Ameryki
Łacińskiej był w całej rozciągłości skutkiem zmian, jakie dokonywały się w
międzynarodowym podziale pracy świata kapitalistycznego i nie zmieniał zależnej
pozycji krajów kontynentu.
Proletariat przemysłowy stawał się klasą społeczną
o coraz większym znaczeniu ekonomicznym i fakt ten stwarzał nowe perspektywy dla
walki rewolucyjnej. Jednocześnie gwałtowne wstrząsy polityczne przeżywały
warstwy pośrednie, czyli tzw. klasa średnia, przede wszystkim na uniwersytetach
i w siłach zbrojnych. Właśnie lewicowo--radykalne nurty ruchów politycznych
miejskiej klasy średniej stały się głównym inicjatorem walk partyzanckich,
znajdujących swoją inspirację ideową w rewolucji kubańskiej, pragnących wyzwolić
potencjał rewolucyjny tkwiący w chłopstwie i uczynić klasę robotniczą siłą
kierowniczą procesu wyzwolenia narodowego.
W 1962 roku partyzantka zaczęła
działać w górach Wenezueli i przestała w tym kraju istnieć w 1969 roku. W 1963
roku pojawiła się w Gwatemali i została pokonana w 1967 roku. W 1963 roku przez
krótki okres działał w Argentynie i w Republice Dominikańskiej; ponowne,
krótkotrwałe walki partyzanckie toczyły się w Republice Dominikańskiej w 1973
roku. W 1964 roku wojna partyzancka wybuchła w Kolumbii i toczy się w tym kraju
do dziś. W 1965 roku przez kilka miesięcy toczyła się w Peru. Wielokrotnie
wybuchała w Nikaragui, na największą skalę w 1967 roku. W latach 1966-1967, pod
wodzą jednego z czołowych przywódców rewolucji kubańskiej, Ernesto Che Guevary,
toczyła się w Boliwii i zakończyła klęską; bez powodzenia została wznowiona w
1970 roku. W 1967 roku jej zalążki pojawiły się w Meksyku. Były to głównie walki
partyzanckie na terenach wiejskich. W końcu lat sześćdziesiątych walka zbrojna o
charakterze partyzantki miejskiej rozwinęła się w Urugwaju, gdzie poniosła
porażkę w 1972 roku, w Brazylii, gdzie została rozbita w 1970 roku oraz w
Argentynie, gdzie po 1974 roku część z niej przeszła na tereny wiejskie.
W
książce tej czytelnik znajdzie próbę rekonstrukcji dziejów ruchów partyzanckich
pięciu krajów: Nikaragui, Gwatemali, Peru, Brazylii i Kolumbii. W polskich
wydawnictwach ukazały się dotychczas publikacje poświęcone walkom partyzanckim
na Kubie, w Boliwii i w Urugwaju.
Brazylia
Karabin przeciw
zależnemu imperializmowi
Brazylia przeżywała w łatach sześćdziesiątych okres
niezwykle burzliwych przeobrażeń społecznych w dziedzinie zarówno ekonomicznej,
jak i politycznej. Był to okres kryzysu ekonomicznego, poważnego wzrostu
panowania obcego, zwłaszcza północnoamerykańskiego kapitału, gwałtownego
pogłębienia się przepaści dzielącej warstwy ubogie od warstw zamożnych, upadku
demokracji burżuazyjnej, zastąpionej przez wojskową dyktaturę, oraz brutalnych
represji w stosunku do ruchu robotniczego i chłopskiego. Zależny kapitalizm w
Brazylii wszedł wówczas w tak zwaną subimperialistyczną fazę rozwoju, czyli w
czasy dominacji kapitalizmu monopolistycznego. W Ameryce Łacińskiej zaczęła się
kształtować swoista hierarchia imperia-lizmów. Relatywnie silny, acz zdominowany
przez imperializm USA, subimperializm (zależny imperializm) brazylijski stanął u
progu ekspansji gospodarczej i politycznej, mającej uzależnić słabiej
ekonomicznie rozwinięte kraje Ameryki Południowej.
W latach pięćdziesiątych w
Brazylii, jednym z najwyżej uprzemysłowionych krajów w Ameryce Łacińskiej, w
szybkim tempie zaczął wzrastać stopień monopolizacji gospodarki, a szczególnie
przemysłu, co wiązało się ściśle z potężnym napływem obcych kapitałów.
Inwestycje wielkich korporacji zagranicznych stanowiły wówczas ponad 30%
inwestycji państwowych i prywatnych w tym kraju. W latach 1955-1962 około 82%
inwestycji przemysłowych finansowano ze źródeł zewnętrznych. Już wówczas, w
sposób typowy dla kapitalizmu monopolistycznego, wystąpiły objawy wzrostu
sprzeczności między zdolnością wytwarzania nadwyżki ekonomicznej a zdolnością
jej zużytkowania, uwidaczniającej się w przyroście nadmiernych mocy
produkcyjnych brazylijskiego przemysłu.
Wzrost zdolności produkcyjnej
przemysłu, rozwijającego się pod coraz większą kontrolą obcego kapitału, na
drodze swojej ekspansji napotkał barierę w postaci niskiej zdolności
konsumpcyjnej rynku wewnętrznego, ograniczonego przez superwyzysk pracy, na
którym opierała się akumulacja kapitału. Trudności te na największą skalę
wystąpiły w najbardziej dynamicznym sektorze przemysłu, produkującym dobra
konsumpcyjne trwałego użytku. W latach 1962— 1967 nastąpił w Brazylii kryzys
akumulacji kapitału.
Przemysł stanął w obliczu niemożności rzucenia w dalszym
ciągu na rynek nowych, coraz bardziej złożonych produktów, a jednocześnie nie
mógł rozwijać produkcji dóbr już wyrabianych. Masy konsumentów tanich artykułów
— proletariat miejski i niższa klasa średnia — miały zbyt małe dochody na to,
żeby zezwalały one na wzrost produkcji nietrwałych dóbr konsumpcyjnych, takich
jak obuwie, tekstylia, artykuły spożywcze. Grupy społeczne o wysokich dochodach
były już natomiast nasycone samochodami, elektrycznymi sprzętami gospodarstwa
domowego itp., co nie pozwalało na wzrost produkcji trwałych dóbr
konsumpcyjnych. Eksperci z Komisji Ekonomicznej ONZ dla Ameryki Łacińskiej
(CEPAL) zalecili wówczas przeprowadzenie reformy podziału dochodów, która
wydawała się być jedynym logicznym rozwiązaniem.
Wojskowy reżym dyktatorski,
który powstał w kraju w 1964 roku po obaleniu — na drodze zamachu stanu — rządu
prezydenta Goularta, obrał jednak zgoła odmienną drogę wyjścia z kryzysu
ekonomicznego.
Przede wszystkim, zamiast postulowanej przez ekspertów ONZ
redystrybucji dochodu, dokonano jego rekoncentracji w celu pomnożenia siły
nabywczej klas najwyższych i rozszerzenia rynku artykułów
luksusowych.
Brazylijski tygodnik „Opiniao'7 pisał na ten temat w 1972 roku:
„Gdy ekonomiści z CEPAL mówili, że burżuazja jest nasycona, odpowiadano,, że kto
ma jeden samochód, z powodzeniem może mieć dwa, kto ma czarno-biały telewizor
może mieć telewizor kolorowy, kto pali papierosy Minister może zacząć palić St.
Moritz Gold Band. W tym celu wystarczy przeprowadzić transfer dochodów mas
pracowników najemnych — uczyniono to poprzez redukcję płac realnych — zamiast
dokonywać dystrybucji zysków, przywłaszczanych przez przedsiębiorców, a
pochodzących ze wzrostu produktywności robotników. Z pomocą skutecznej publicity
Brazylia weszła do rodziny społeczeństw konsumpcyjnych, ograniczonej do tej pory
[...] do krajów rozwiniętych. Szczególnie wymowny przykład tej ewolucji stanowi
przemysł samochodowy. W celu pobudzenia jego ekspansji w kraju słabo rozwiniętym
na podstawie konwencjonalnego rozumowania zalecano produkcję tanich modeli,
dostępnych dla większości ludności miejskiej. Zamiast tego doszło do stopniowego
komplikowania najprostszych modeli czy to na drodze ich zastępowania przez
modele bardziej luksusowe, czy też na drodze »udoskonalania« modeli
tradycyjnych. Volkswagen [...] w brazylijskim kapitalizmie produkuje sześć
różnych modeli o stale zwyżkujących cenach, starając się konkurować na rynku
konsumentów o wysokich dochodach".
W praktyce oznaczało to, jak pisze
brazylijski ekonomista Ruy Mauro Marini, przyjęcie następującej dewizy: „jeżeli
konsumpcja ludowa nie służy realizacji tego, co produkują najbardziej dynamiczne
sektory przemysłu, to tym gorzej dla konsumpcji ludowej: kapitał będzie
kontynuować akumulację, obchodząc się bez tej konsumpcji". Brazylijska burżuazja
i rząd wojskowy zaproponowały jednocześnie obcemu kapitałowi monopolistycznemu
jeszcze większy niż dotychczas udział w wyzysku mas pracujących kraju oraz,
stowarzyszając się z wielkimi korporacjami zagranicznymi, dysponującymi
nowoczesną technologią i kontrolą rynków zewnętrznych, podjęła również na
znaczną skalę produkcję na eksport. Sposobem zużytkowania nadwyżki ekonomicznej
i przezwyciężenia kryzysu stał się również wzrost kosztów sprzedaży oraz wzrost
wydatków państwa czy to na rozwój infrastruktury (szosa transamazońska) i
przemysłu hutniczego, głównie na użytek obcego kapitału, czy też na zbrojenia
(usiłowano nawet produkować broń atomową). Brazylia wstąpiła na drogę
subimperializmu, będącego, jak to określa cytowany uprzednio Marini, formą, jaką
przyjmuje zależny kapitalizm wtedy, gdy wchodzi w etap panowania kapitału
monopolistycznego.
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych nastąpiła gwałtowna
denacjonalizacja przemysłu brazylijskiego. W 1961 roku korporacje międzynarodowe
kontrolowały 33% produkcji prywatnego przemysłu, a w 1969 roku już 60%. W końcu
dekady spośród 377 największych przedsiębiorstw przemysłowych kraju, 116 było
filiami korporacji międzynarodowych, które kontrolowały 38% kapitału tych 377
przedsiębiorstw, przy czym w sektorze trwałych dóbr konsumpcyjnych kontrolowały
one 83% kapitału, w sektorze dóbr kapitałowych 56%, a w sektorach nietrwałych"
dóbr konsumpcyjnych i dóbr pośrednich ponad 40%.
W 1965 roku przedsiębiorstwa
zagraniczne, działające w Brazylii, wywiozły zyski na sumę 18 milionów dolarów,
natomiast w 1973 roku już na sumę 200 milionów. W 1967 roku wydatki Brazylii na
usługi menadżerskie i pomoc techniczną korporacji międzynarodowych wynosiły 21
milionów dolarów, a w 1973 roku już 150 milionów. Filie międzynarodowych
korporacji stały się podstawowymi i panującymi jednostkami gospodarczymi w tym
kraju.
Przeprowadzona przez woj skową dyktaturę koncentracja dochodu
narodowego była niezwykle drastyczna. W 1960 roku na warstwy najbogatsze,
stanowiące 5% ludności, przypadało 27,3% dochodu, natomiast w 1970 roku już
przypadało na nie 36,3% dochodu. Na warstwy ubogie, stanowiące 80% ludności, w
1960 roku przypadało 45,5% dochodu, a w 1970 roku już tylko
36,8%.
Przyjrzyjmy się sytuacji materialnej robotników w Sao Paulo. wielkim
ośrodku przemysłowym i skupisku filii korporacji międzynarodowych, gdzie
zarobki, w tym ustawowe płace minimalne, są najwyższe w kraju. 50% ludności
ekonomicznie aktywnej w tym mieście i jego najbliższych okolicach zarabiało co
najwyżej półtorej płacy minimalnej. Robotnik, zarabiający tutaj na poziomie
jednej płacy minimalnej, tylko dla zapewnienia sobie samemu minimalnej ilości
wyżywienia, określonej w dekrecie z 1938 roku, musiał w 1965 roku przepracować w
ciągu miesiąca 87 godzin 20 minut, natomiast w 1974 roku o 98 godzin 24 minuty
więcej. Jeżeli robotnik ten miał zapewnić minimum wyżywienia żonie i dwojgu
dzieciom, to musiał w 1974 roku pracować przez 531 godzin, a ponieważ jego
normalny czas pracy w miesiącu wynosił 240 godzin, to znaczyło to, iż w
godzinach nadliczbowych powinien on przepracować odpowiednik prawie 300 godzin
opłacanych według stawki podstawowej.
Zauważmy jednak, że dane te dotyczą
jedynie wydatków na wyżywienie. Instytucje badawcze w Sao Paulo uważają, że
rodzina robotnicza może w stopniu minimalnym zaspokoić swoje podstawowe potrzeby
wtedy, gdy nie wydaje na wyżywienie więcej niż około 43% dochodu. Robotnik,
0
którym tu mowa, musiałby zarabiać w takim razie około 1500 cruzeiros (w 1974
roku), tymczasem zaś robot nicy w przemyśle samochodowym, zarabiający 1200
cruzeiros dzięki zgodzie na dwunastogodzinny dzień pracy 1 często rezygnacji z
wypoczynku w niedziele, uchodzą w Sao Paulo za robotniczą arystokrację. W tym
samym czasie w należących do obcego kapitału zakładach przemysłu samochodowego w
tym mieście stopa zysku od zainwestowanego kapitału jest kilkakrotnie wyższa niż
w takich samych zakładach w USA, dyrekcja Fiata zaś utrzymuje, iż w przemyśle
samochodowym najwyższą wydajność na świecie wykazują robotnicy brazylijscy.
Płace realne robotników brazylijskich, zatrudnionych w filiach
północnoamerykańskich przedsiębiorstw przemysłu samochodowego, są od ośmiu do
dziesięciu razy niższe niż takich samych robotników w USA. Stworzone przez
dyktaturę wojskową możliwości już nie tyle wyzysku pracy, ile jej superwyzysku,
możliwości uzyskania przęzmiędzynarodowe korporacje niezmiernie wysokiej stopy i
wielkiej masy wartości dodatkowej oraz zysku w zupełności wystarczają do
wyjaśnienia tego, co często określane jest mianem brazylijskiego „cudu
gospodarczego": gwałtownego wzrostu przemysłowego, a także nowej roli w
międzynarodowym podziale pracy świata kapitalistycznego, przypadającej
Brazylii.
Oparcie akumulacji kapitału na wzmożonym brutalnie superwyzysku
pracy wymagało przede wszystkim zdławienia ruchu robotniczego. Rozwój związków
zawodowych rozpoczął się w Brazylii na wielką skalę w latach trzydziestych, ale
przebiegał pod ścisłą kontrolą państwa. W latach pięćdziesiątych działacze
związkowi, związani z aparatem państwowym i przedsiębiorcami, utracili w
związkach zawodowych znaczną część wpływów, ustępując miejsca działaczom
lewicowym, zwłaszcza komunistycznym, pod których kierownictwem ekonomiczna walka
klasowa przeżyła okres wzlotu i niemałych sukcesów. Po 1964 roku swobody
związkowe, już i tak ograniczone, stały się fikcją. Robotników nie pozbawiono
formalnie prawa do strajku, ale dekrety reżymu wojskowego obudowały je taką
liczbą nakazów i zakazów, że przeprowadzanie akcji strajkowych stało się w
praktyce niemal zupełnie niemożliwe. Partia komunistyczna, zakazana i poddana
represjom, musiała zejść do podziemia.
Tak przedstawiała się sytuacja, gdy w
końcu lat sześćdziesiątych na ulicach Sao Paulo i innych wielkich ośrodkach
miejskich pojawiły się grupy bojowe tak zwanej „zbrojnej lewicy", podejmujące
walkę partyzancką. Jej inicjatorem, czołowym przywódcą oraz symbolem był Carlos
Marighella.
Marighella, syn włoskiego imigranta i córki afrykańskich
niewolników, urodził się w 1911 roku w mieście Salvador, stolicy stanu Bahia. W
wieku lat 18, podczas studiów na politechnice w rodzinnym mieście, wstąpił do
partii komunistycznej. W 1935 roku, podczas nieudanego powstania zbrojnego,
wywołanego przez partię, wchodził w skład „komisji specjalnej" Komitetu
Centralnego, dostał się do więzienia, a po jego opuszczeniu stanął na czele
komitetu stanowego partii w Sao Paulo. Przedtem zdezintegrowana, izolowana od
klasy robotniczej organizacja partyjna w Sao Paulo przeżyła pod jego
kierownictwem okres rozbudowy i wzmożonej działalności politycznej, przede
wszystkim w ruchu związkowym. Marighella, aresztowany ponownie w 1939 roku,
objęty został amnestią, ogłoszoną w związku ze zwycięstwem aliantów nad
faszyzmem. W 1952 roku wszedł w skład Komisji Wykonawczej (biura politycznego)
Komitetu Centralnego, którą opuścił w grudniu 1966 roku, ażeby na czele
„dysydencji komunistycznej Sao Paulo" poświęcić się całkowicie działalności,
zmierzającej do wzniecenia w kraju wojny rewolucyjnej. Hasło walki zbrojnej
rzucił w drugiej połowie 1967 roku podczas pobytu w Hawanie. W listopadzie 1968
roku policja stanu Guanabara wykryła, że Carlos Marighella brał bezpośredni
udział w napadzie na samochód, przewożący pieniądze. Wyznaczono wówczas wysoką
nagrodę za jego głowę i ogłoszono go „wrogiem publicznym numer
jeden".
Rewolucyjna organizacja miała w przekonaniu Marighel-li zrodzić się z
akcji zbrojnej, jedynej, jak głosił, zdolnej do rozbudzenia energii rewolucyjnej
ludu brazylijskiego. Elementami tej organizacji i kierunkami działania miały
być: „front masowy" w fabrykach, szkołach, dzielnicach ludowych, majątkach
ziemskich, „front wsparcia", zapewniający materialne warunki rozwoju akcji
zbrojnej, „front partyzancki", złożony z taktycznych grup zbrojnych w miastach i
„praca strategiczna", zmierzająca do wywołania wojny partyzanckiej na wsi.
Po
zamachu stanu 1964 roku w istniejących dotychczas partiach i organizacjach
lewicowych, zwłaszcza w organizacji komunistycznej w Sao Paulo, zaczęły tworzyć
się grupy, które w swoich ocenach sytuacji dochodziły do wniosku, że konieczne
jest podjęcie walki zbrojnej przeciwko dyktaturze i panowaniu imperializmu.
Dyskusje, walki ideologiczne, przegrupowania polityczne i wysiłki na rzecz
stworzenia grup konspiracyjnych oraz aparatów walki zbrojnej trwały przez cztery
lata. Poczyniono pierwsze podstawowe ustalenia: celem walki zbrojnej miało być
wyzwolenie narodowe, głównym terenem wojny rewolucyjnej miała być wieś, głównymi
siłami napędowymi proletariat przemysłowy, chłopstwo i miejskie masy
marginalne.
W środowisku „zbrojnej lewicy" zrodził się pogląd, iż we
współczesnej fazie rozwoju światowej gospodarki kapitalistycznej oraz zależnego
kapitalizmu w Brazylii, wyzwolenie narodowe powinno być rozumiane w sposób
odmienny od tradycyjnego. W sytuacji, gdy w Brazylii burżuazja czy to
podporządkowała się obcemu kapitałowi, czy też przede wszystkim stowarzyszyła
się z nim i uległa denacjonalizacji, gdy gospodarka kraju stanowi część składową
zintegrowanego, międzynarodowego systemu gospodarczego kapitalizmu i gdy
międzynarodowe przedsiębiorstwa sprawują bezpośrednią kontrolę nad procesem
produkcji oraz rynkiem, imperializm nie jest faktem „zewnętrznym" wobec
społeczeństwa brazylijskiego, lecz faktem „wewnętrznym". Walka przeciwko
imperializmowi staje się w tych warunkach zarazem walką o obalenie
kapitalistycznych stosunków produkcji i przeobraża się w rewolucję
socjalistyczną.
Wieś miała być głównym terenem walki rewolucyjnej z dwóch
powodów. Po pierwsze — utrzymywano — miasta jako ośrodki panowania ekonomicznego
i politycznego burżuazji znajdują się w stanie „okrążenia strategicznego" przez
aparat represji burżuazyjnego państwa i z tego względu przeciwnik ma możliwość
dokonywania błyskawicznych koncentracji przeważających sił, policyjnej
inwigilacji i infiltracji itd., co czyni niemożliwym rozwój strategicznych
kolumn partyzanckich w miastach. Po drugie, masy wiejskie stanowią ogromną silą
rewolucyjną. Rozwój Lig Chłopskich, jaki nastąpił na przełomie lat
pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w stanach Północnego Wschodu, najbardziej
zacofanych i najuboższych, a zarazem mających najważniejsze w kraju wskaźniki
koncentracji ziemi w rękach latyfundium, wykazał, że wbrew temu, co często
mniemano na lewicy, chłopstwo nie jest siłą konserwatywną, niezdolną do podjęcia
akcji rewolucyjnej. Co więcej, wielkie rzesze ludności wiejskiej znajdują się
raczej w położeniu proletariatu i subproletariatu, niż stanowią typowe
chłopstwo.
W końcu lat pięćdziesiątych drobne gospodarstwa chłopskie,
stanowiące około 62% ogółu gospodarstw rolnych, posiadały 6,5% gruntów, podczas
gdy latyfundia, stanowiące 4,7% gospodarstw, posiadały 59,5% gruntów. W latach
sześćdziesiątych w wielu rejonach kraju proces koncentracji ziemi postępował
nadal, pobudzany przez napływ kapitału międzynarodowych korporacji do rolnictwa.
Towarzyszyła temu mechanizacja rolnictwa i zamiana wielkich połaci pól uprawnych
w pastwiska. Masowo wypierane z ziemi chłopstwo po części przeobrażało się w
proletariat rolny, a po części w ludzi bez ziemi i stałego zatrudnienia,
wegetujących wokół miast i miasteczek w oczekiwaniu na pośredników, którzy
zakontraktują ich do sezonowej pracy na plantacjach.
Partie lewicowe
tradycyjnie skupiały swoją działalność polityczną na proletariacie przemysłowym
dwóch miast: Sao Paulo i Rio de Janeiro. Tworząca się w podziemiu „zbrojna
lewica" uważała natomiast za konieczne objęcie akcją rewolucyjną również, obok
chłopstwa, tzw. marginesu miejskiego i wiejskiego, to znaczy mas ludzkich,
oderwanych od środków produkcji, a nie wchłanianych przez rynek pracy najemnej
ze względu przede wszystkim na stosowanie w nowoczesnym przemyśle
pracooszczęd-nych technologii, importowanych z wysoko rozwiniętych społeczeństw
kapitalistycznych.
W różnych punktach kraju pojawiały się objawy żywiołowego,
desperackiego buntu chłopów i robotników rolnych. Jednym z charakterystycznych
przejawów tego buntu było tworzenie się band, nieraz dochodzących do 10 tysięcy
ludzi, wygłodniałych chłopów, którzy napadali na pociągi transportujące żywność
i na magazyny w osadach. Tymczasem podstawowe zasoby, nieodzowne do wzniecenia i
prowadzenia rewolucyjnej walki zbrojnej: pieniądze, broń, a także kadry
polityczne, skoncentrowane były w wielkich ośrodkach miejskich. Carlos
Marighella rzucał hasło walki partyzanckiej na wsi, stając wszakże zarazem wobec
problemu, w jaki sposób pokonać sprzeczność między zamysłem budowy
strategicznych kolumn partyzanckich przyszłej armii wyzwolenia narodowego na
terenach wiejskich a faktem, iż zasoby materialne i rewolucyjne kadry skupione
są w miastach. Szansę rozwiązania tej sprzeczności on i jego towarzysze
dostrzegli w taktycznych akcjach partyzantki miejskiej, od których miała się
zacząć walka zbrojna po to, żeby mogła ona następnie rozwinąć się na
wsi.
Kryzys akumulacji i koncentracja dochodu odbiły się niekorzystnie
również na położeniu części klasy średniej. Wrzenie polityczne objęło wyższe
uczelnie. W 1966 roku na czele walki politycznej przeciwko dyktaturze stanął
ruch studencki. Powołano też w podziemiu Narodowy Związek Studentów (UNE).
Doszło do publicznych manifestacji studentów i do poważnych starć z policją. W
centrum działalności politycznej ruchu studenckiego, kierowanego przez Vladimira
Palmeirę, znajdowała się walka przeciwko polityce oświatowej reżymu
wojskowego.
Choć kraj przeżywał okres burzliwego wzrostu przemysłowego,
wyższe uczelnie nie były nastawione na przygotowanie kadr technicznych, lecz
wypuszczały głównie prawników i filozofów. W kraju, w którym analfabetyzm jest
ogromny, występowało absurdalne zjawisko bezrobocia absolwentów wyższych
uczelni. W kraju brakowało lekarzy, podczas gdy w Rio de Janeiro 5 tysięcy
absolwentów wydziałów lekarskich nie pracowało w swoim zawodzie. Walka wokół
polityki oświatowej toczyła się między dwoma tendencjami. Z jednej strony obcy
kapitał wywierał — z powodzeniem — nacisk na uniwersytety, z których uczyniono
ośrodki szkolenia kadr administracyjnych na użytek międzynarodowych korporacji.
Z drugiej strony ruch studencki, popierany przez część pracowników naukowych i
dydaktycznych, domagał się uczynienia z uniwersytetów narzędzia oświaty ludowej
i w związku z tym radykalnego przeobrażenia struktury społecznej
kraju.
Najbardziej radykalnie nastawione środowiska w ruchu studenckim
głosiły konieczność podjęcia walki zbrojnej i nawiązania współpracy z ruchem
robotniczym. Gdy w Osasco w stanie Sao Paulo wybuchł strajk, kierowany przez
rodzące się w środowisku robotniczym grupy rewolucyjne, związki studenckie
rozpowszechniły w Rio de Janeiro, w dzielnicach robotniczych, manifesty
robotników z Osasco i wezwały robotników z Rio do wystąpienia przeciwko
działaczom związkowym, będącym agentami rządu i przedsiębiorców. Kulminacyjnym
momentem walk studenckich była wiosna i lato 1968 roku. Studenci usiłowali
okupować Ministerstwo Oświaty i przez wiele godzin toczyli na ulicach walki z
policją, wznosząc barykady. W jednej z największych manifestacji, już nie
studenckich tylko, ale ludowych, choć zorganizowanych przez związki studenckie,
wzięło udział około 100 tysięcy ludzi. Na jesieni nastąpił jednak odpływ fali
wystąpień studenckich. W październiku policja aresztowała około 800 studentów,
uczestników podziemnego ogólnokrajowego zjazdu UNE, który odbywał się w Ibiuna w
stanie Sao Paulo.
Ośrodkiem rewolucyjnego ruchu robotniczego były w tym
czasie zakłady przemysłu metalowego w Osasco, zatrudniające około 23 tysięcy
robotników. Wkrótce po zamachu stanu zaczęły powstawać tam komórki podziemnego
kierownictwa związkowego, opozycyjnego wobec oficjalnego aparatu związkowego. W
1967 roku lewica robotnicza, której czołowym przywódcą był dwudziestoletni
robotnik Jose Ibrahim, odniosła zwycięstwo w wyborach związkowych. Rozwinęła ona
tzw. Międzyzwiązkowy Ruch przeciwko Zamrożeniu Płac (MIA), który uzyskał wpływ w
wielu związkach zawodowych rejonu Sao Paulo i stał się nową, oryginalną formą
klasowego ruchu związkowego o wyraźnie politycznym obliczu.
Pierwsza wielka
akcja publiczna MIA nastąpiła w dniu 1 maja 1968 roku. Lewica robotnicza
najpierw wymusiła na oficjalnym aparacie związkowym i władzach publiczne obchody
robotniczego święta na placu w Sao Paulo, a następnie zaplanowała wzięcie siłą
trybuny honorowej przez grupy bojowe MIA. Gdy gubernator stanu rozpoczął
przemówienie, przecięto kable od mikrofonów. Zbombardowano trybunę kamieniami
oraz zgniłymi jajami i pomidorami. Przerwano kordon policyjny. Przywódcy MIA w
towarzystwie działaczy UNE wezwali z trybuny zgromadzone tłumy do wzięcia
udziału po manifestacji pierwszomajowej w masowych demonstracjach na ulicach
miasta. Robotnicy zaatakowali tego dnia filię północnoamery kańskiego City Bank,
nad którym powiewała flaga USA. Flagę spalono, dosięgając ją płonącą strzałą,
wystrzeloną z łuku. Nastąpiły represje policji. Kierownictwo MIA uznało, że
kolejnym krokiem na drodze radykalizacji ruchu robotniczego powinien być
strajk.
Strajk, zawczasu przygotowany potajemnie i oparty na rozległej
organizacji, wybuchł w fabrykach Osasco w połowie lipca 1968 roku; przybrał on
wręcz charakter lokalnego strajku powstańczego. Robotnicy domagali się ponad
trzydziestoprocentowej podwyżki płac, zawarcia układu zbiorowego na okres dwóch
lat oraz podwyżek płac co trzy miesiące. Okupowali fabryki i zabarykadowali się
w nich, nie pozwalając dyrekcjom, personelowi administracyjnemu i technicznemu
na opuszczenie zakładów. Strajk został przez władze uznany za nielegalny. W
drugim dniu strajkowało już 6 tysięcy robotników. Gdy do jednej z fabryk
wtargnęło wojsko, robotnicy wyłączyli w niej światło i w ciemnościach przez całą
noc toczyli zażarte walki z żołnierzami, o świcie zaś większość strajkujących
zdołała się wycofać w sposób zorganizowany, dzięki czemu przywódcy strajku
uniknęli aresztowania. W innej fabryce robotnicy zagrozili wojsku, że użyją
miotaczy płomieni, jeżeli będzie się usiłowało usunąć ich przemocą z fabryki czy
aresztować ich przywódców.
Podczas strajku słynna stała się akcja działacza
robotniczego Jose Camposa Barreto, zwanego „Zeąuinha", później wybitnego
bojownika ruchu partyzanckiego. Gdy wojsko otoczyło jedną z fabryk i otrzymało
rozkaz natarcia, „Zequinha" usiłował powstrzymać żołnierzy, wygłaszając do nich
z wagonu kolejowego przemówienie, w którym wezwał ich, by nie walczyli ze swoimi
braćmi klasowymi. Gdy nie odniosło to skutku i rozpoczęło się natarcie.
„Zequinha" pobiegł do fabrycznego składu benzyny i zapaliwszy pochodnię
zagroził, że wysadzi fabrykę w powietrze. Żołnierze zatrzymali się; powstał
wówczas dogodny moment do ucieczki poszukiwanych przez policję działaczy
robotniczych z terenu fabryki.
Kadry ruchu partyzanckiego wywodziły się
głównie z trzech środowisk: z młodej inteligencji, która uczestniczyła w
rewolucyjnym ruchu studenckim, spośród działaczy rewolucyjnego ruchu
robotniczego w Osasco oraz ze środowiska wojskowego, głównie
podoficerskiego.
Jedną z bezpośrednich przyczyn podjęcia przez reakcyjne koła
wojskowe decyzji o dokonaniu zamachu stanu w 1964 roku było pojawienie się w
armii niezwykłego zjawiska: rewolucyjnego „ruchu sierżantów". Ruch ten znajdował
się pod wpływami częściowo partii komunistycznej, częściowo lewicowej partii
Polityka Robotnicza (POLOP) i częściowo związany był z osobą wpływowego polityka
populistycznego LeonelaBrizoli. 13 marca 1964 roku, na dwa tygodnie przed
zamachem stanu, sierżanci urządzili demonstrację przed Ministerstwem Wojny w
Rio; przybył na nią prezydent Goulart, który w obecności zgromadzonych podpisał
dekrety o wywłaszczeniu niektórych majątków obszarniczych. W kilka dni później
tysiące marynarzy floty wojennej zgromadziło się przed siedzibą związku
zawodowego metalowców i choć zażądali oni jedynie podwyżki żołdu, poprawy
wyżywienia, prawa do stowarzyszania się i zawierania związków małżeńskich, to
generalicja popadła w popłoch. Natychmiast po zamachu stanu w armii rozpoczęły
się aresztowania wśród uczestników ruchu sierżantów; wielu z nich usunięto z
armii albo przeniesiono do rezerwy. W środowisku usuniętych z wojska sierżantów
powstały grupy rewolucyjne, które nawiązały kontakty z rewolucyjnymi grupami
studenckimi i robotniczymi. Planowano podjęcie walki zbrojnej, prowadzono
dyskusje polityczne i organizowano szkolenie wojskowe.
Brizola, zięć
obalonego prezydenta Goularta, przebywając na wygnaniu w Urugwaju i ciesząc się
nadal w kraju autorytetem czołowego przywódcy sił demokratycznych, założył
podziemną organizację pod nazwą Narodowy Ruch Rewolucyjny (MNR), która w 1967
roku postanowiła podjąć walkę partyzancką, głównie na terenach wiejskich.
Brizola uzyskał dla swojego projektu poparcie rewolucyjnych kółek byłych
sierżantów. Akcja partyzancka MNR, podjęta w Serra do Caparao, zakończyła się
jednak całkowitym fiaskiem, ponieważ ognisko partyzanckie zostało wykryte
jeszcze przed rozpoczęciem walki zbrojnej, a jego niedoszłych bojowników
schwytano.
Uczestnicy dawnego rewolucyjnego ruchu podoficerów organizowali
się jednak potajemnie nie tylko w cywilu, część z nich bowiem wyszła obronną
ręką z czystki i konspirowała wewnątrz armii, zwłaszcza w IV Pułku Piechoty. Z
grupą tą, kierowaną przez sierżanta Darcy Rodriguesa, nawiązał kontakt kapitan
Carlos Lamarca, szerokiej opinii publicznej znany jako najlepszy strzelec armii
brazylijskiej i były oficer sił ONZ na Bliskim Wschodzie, wąskiemu zaś kręgowi
wtajemniczonych znany jako marksista i zdecydowany zwolennik akcji
rewolucyjnej.
Pod koniec 1967 roku „dysydencja komunistyczna Sao Paulo",
kierowana przez Carlosa Marighellę, utworzyła ruch partyzancki pod nazwą Akcja
Narodowowyzwoleńcza (ALN). Wkrótce, na początku 1968 roku, usunięci z armii
sierżanci pod wodzą Onofre Pinto, działacze robotniczy z Osasco, wśród nich
wspomniani już Jose Ibrahim i Campos Barreto, wreszcie młodzi inteligenci,
założyli drugą organizację partyzancką pod nazwą Ludowa Awangarda Rewolucyjna
(VPR). Tajna komórka w IV Pułku Piechoty przyłączyła się do nich i zaczęła
nielegalnie ekspediować z koszar amunicję i materiały wybuchowe. Kapitan Lamarca
zarządził dokonanie „ekspropriacji" broni w pułku i dezercję
konspiratorów.
Akcja została przeprowadzona w dniu 26 stycznia 1969 roku.
Plan przewidywał, że działająca poza koszarami siatka VPR dostarczy do koszar
ciężarówkę pomalowaną na kolory wojskowe i zapewni wsparcie zbrojne na ulicy.
Tymczasem jednak, podczas przygotowań do akcji, czterej' bojownicy VPR zostali
aresztowani, i to w momencie, gdy malowali ciężarówkę na zielono. Istniało
niebezpieczeństwo, że bojownicy ci, nie zaprawieni jeszcze w walce, mogą pod
wpływem tortur ujawnić istnienie rewolucyjnej komórki w koszarach IV Pułku
Piechoty.
Kapitan Lamarca postanowił w tych okolicznościach przystąpić do
przeprowadzenia akcji, o ile to było jeszcze możliwe. Żołnierzom kompanii, którą
dowodził, rozkazał zdać broń i załadować ją na wojskową ciężarówkę. Nie
wzbudziło to podejrzeń, jako że Lamarca cieszył się absolutnym zaufaniem
przełożonych, a miesiąc wcześniej został nawet wyznaczony do prowadzenia...
ćwiczeń strzeleckich dla pracowników banków, których przygotowywano do obrony
przed atakami partyzantów. Ciężarówka, załadowana sześćdziesięcioma trzema
pistoletami maszynowymi, kilkoma ręcznymi karabinami maszynowymi, rewolwerami i
sporą ilością amunicji, spokojnie opuściła koszary. Lamarca i trzej inni
wojskowi, wchodzący w skład koszarowej komórki VPR, zdezerterowali z armii i
zeszli do podziemia.
W styczniu 1968 roku w VPR postanowiono dokonać
pierwszej ekspropriacji: napadu na Banco Brasileiro de Descontos w Sao Paulo.
Opowiada uczestnik tej akcji, były sierżant Pedro Lobo de Oliveira: „Kiedy idę
podłożyć bombę, to jestem świadomy, że zarówno dla aparatu represji, jak i dla
ludu będzie rzeczą oczywistą, jeśli zginę czy zostanę schwytany, iż chodziło o
akcję rewolucyjną. Jednakże napad na bank to coś zupełnie innego. Powoduje to
kłopoty psychologiczne. Na bank napada się po to, żeby zrabować w nim pieniądze.
Odczuwałem lęk, że lud nie zrozumie, po co nam były te pieniądze, że nie pojmie
sensu naszej akcji. Jeśli bowiem zostaniemy aresztowani, to w prasie ukaże się
informacja: taki a taki, schwytany podczas napadu na bank. Wówczas w oczach ludu
wszyscy będziemy wyglądać na przestępców. Zadawałem sobie pytanie: w jaki sposób
udowodnię ludowi, że pieniądze z napadu miały służyć rewolucji?"
Ten
psychologiczny aspekt akcji sprawił, że z przeprowadzeniem napadu były duże
kłopoty. Samochód patrolowy policji, który zajechał pod bank, spłoszył
partyzantów. Gdy zjawili się po raz drugi, okazało się, że nie wszyscy bojownicy
stawili się w wyznaczonym czasie, toteż trzeba było akcję ponownie odwołać. Dwaj
partyzanci nie zgodzili się jednak na odwołanie akcji i zażądali, żeby grupa
bojowa, mimo niepełnego składu, dokonała napadu, a gdy nie spotkali się z
aprobatą, po wzajemnym nawymyślaniu sobie w grupie od tchórzy i desperatów, ci
dwaj weszli z bronią w ręce do banku wbrew rozkazowi o odwrocie. Napad udał się.
Obaj jego egzekutorzy zostali poddani krytyce w organizacji, ale lęk przed
napadem na bank został przez partyzantów pokonany. W VPR, ALN i innych
ugrupowaniach partyzantki miejskiej ekspropriacje banków uchodziły odtąd za
jedne z najłatwiejszych akcji, opinia publiczna zaś rychło przyzwyczaiła się do
tego, iż napady na banki mogą być atakiem politycznym, a nie tylko czynem
przestępczym. Powstało raczej inne niebezpieczeństwo: że napadające na banki
gangi przestępcze mogą zacząć podszywać się pod organizacje
rewolucyjne.
Pozostając przy aspekcie anegdotycznym ówczesnych wydarzeń,
warto wspomnieć o osławionym „pojedynku" miedzy partyzantami a dowódcą Drugiej
Armii, generałem Rodriguesem Carvalho Lisboa. Generał ten, znany ze swych
ultraprawicowych poglądów, żywił obsesję na tle rzekomego nieustannego
zagrożenia jego armii przez grupy wywrotowe, stosując taktykę partyzantów
wietnamskich. Wokół swoich koszar rozkazał wznieść wały ochronne i umocnić je
workami z piaskiem. Wzmocniono również ochronę szpitala wojskowego, wystawiając
w nim posterunek, na którym znajdowało się dziesięć wysokiej klasy karabinów
automatycznych. Właśnie obecność owych karabinów zwróciła uwagę partyzantów na
szpital. W czerwcu 1968 roku grupa bojowa VPR dokonała napadu na szpital i
zdobyła karabiny, w które miała zostać uzbrojona jedna z grup partyzantki
wiejskiej.
Generał Lisboa, pragnąc pomniejszyć znaczenie tej akcji i zadać
cios wzrastającemu prestiżowi partyzantów, oświadczył, że jeśli ci, którzy
dokonali napadu na szpital, rzeczywiście uważają się za odważnych, powinni
popisać się tą rzekomą odwagą, przypuszczając atak na koszary jego wojsk.
Wyzwanie, rzucone przez generała, zostało natychmiast podjęte przez partyzantów
i w kilka dni później nastąpił atak na koszary. Generał Lisboa był symbolem
wojskowej dyktatury na rozległym terytorium, toteż partyzanci nie omieszkali
wykorzystać okazji do wymierzenia mu policzka.
O świcie czerwcowego dnia
ciężarówka, wyładowana dynamitem i osłaniana przez uzbrojonych ludzi jadących w
trzech innych samochodach, pojawiła się naprzeciwko 'bramy koszar, na wprost
kwater oficerskich. Zapalono lont i dwaj ludzie, jadący ciężarówką, wyskoczyli z
niej w biegu, a samochód, w którym dociśnięty do oporu pedał gazu uprzednio
unieruchomiono, pędził dalej z dużą szybkością ku bramie koszar. Zawadził jednak
o coś i nie zdołał dotrzeć do samego muru koszar. Ogromny ładunek dynamitu,
który miał eksplodować na dziedzińcu obok kwater wyższych oficerów, eksplodował
nieopodal muru, ale wybuch dał mimo wszystko o sobie znać samym koszarom. Akcja
była szeroko komentowana w kołach wojskowych Brazylii, w których podkreślano
przede wszystkim jej wysoki poziom techniczny. Sam generał Lisboa, komentując
wydarzenie, które podkopało jego prestiż, tym bardziej że aparatowi represji nie
udało się wpaść na trop sprawców zamachu, oświadczył, że elementy wywrotowe
zastosowały nowoczesnej taktykę i technikę... importowaną z Wietnamu.
Wśród
różnorodnych rodzajów akcji partyzanckich do najliczniejszych należały napady na
banki, pociągi pocztowe, samochody przewożące do banków dzienny utarg z
supermarketów, w celu uzyskania zasobów finansowych i ataki na koszary czy
magazyny broni w celu uzyskania środków bojowych. Najbardziej bodaj
skomplikowaną operacją „finansową" był napad na rezydencję Adhemara de Barrosa,
znanego prawicowego polityka i byłego gubernatora stanu Sao Paulo. VPR odkryło,
że Bar-ros posiada 17 kas pancernych, w których przechowuje ogromne sumy
pieniężne, przejęte nielegalnie ze skarbu państwa i należące zarówno do niego,
jak i do wielu innych wpływowych osobistości politycznych. Partyzanci wpadli na
trop jednej z tych kas. Ważyła ona prawie 300 kilogramów; została załadowana na
samochód ciężarowy i wywieziona. Gdy ją otworzono, okazało się. że w środku
znajdowała się bajeczna suma: 2400 tysięcy dolarów USA. Za pośrednictwem
podziemnych wydawnictw VPR poinformowała opinię publiczną o odkryciu i przejęciu
tego skarbu oraz o gigantycznej korupcji, której był on owocem. Prasa
brazylijska natomiast milczała na ten temat przez pół roku. Akcją przejęcia i
wywiezienia kasy, wymagającą zaangażowania znacznych sił ludzkich i środków,
dowodził szef VPR na Rio, ongi założyciel partii Polityka Robotnicza, Juarez de
Brito, który później, zaskoczony na ulicy przez aparat represji, popełnił
samobójstwo, nie chcąc oddać się w jego ręce. Innym rodzajem akcji partyzantki
miejskiej były zamachy na funkcjonariuszy aparatu represji. Zastrzelony został
jeden z czołowych funkcjonariuszy Ośrodka Operacyjnego Obrony Wewnętrznej
(CODI). Zastrzelony został również pewien cudzoziemiec, wysoko postawiony w
międzynarodowej strukturze wielkich korporacji finansowo--przemysłowych, który
pełnił funkcję łącznika między tymi korporacjami a brazylijskim aparatem
represji podczas finansowania walki z partyzantką. Najważniejszym i
najgłośniejszym był jednakże zamach na kapitana Charlesa Chand-lera, dokonany 12
października 1968 roku w Sao Paulo.
Chandler, obywatel USA, był ekspertem w
dziedzinie walki z partyzantami. Przebywał przez pewien czas w delcie Mekongu,
gdzie, jak się przechwalał, brał bezpośredni udział w czterdziestu bitwach z
partyzantami Narodowego Frontu Wyzwolenia i osobiście torturował wietnamskich
jeńców wojennych. Później przebywał w Boliwii podczas walk z partyzantką Che
Guevary. Do Brazylii przybył rzekomo po to, żeby nauczyć się języka
portugalskiego i wykładać go później w akademii wojskowej w West Point. Pewnego
razu, na spotkaniu ze studentami jednego z uniwersytetów brazylijskich, wystąpił
z obroną tortur jako najskuteczniejszego środka uzyskiwania zeznań od bojowników
ruchu rewolucyjnego. Wywiad VPR uzyskał informacje, że Chandler jest
funkcjonariuszem Centralnej Agencji Wywiadowczej USA, że spełnia w Brazylii rolę
doradcy władz do spraw represji i że rychło ma udać się do Urugwaju, ażeby
odgrywać podobną rolę w walce z partyzantką Tupamaros. Podziemny trybunał
rewolucyjny VPR wydał na kapitana Chandlera wyrok śmierci...
Gdy Chandler.
prowadzący samochód na tylnym biegu, wyjeżdżał z garażu swojej rezydencji na
ulicę, zablokował mu drogę volkswagen, prowadzony przez Pedro Lobo de Oliveirę.
Dwaj partyzanci strzałami z rewolweru i pistoletu, maszynowego wykonali wyrok.
Akcja odbiła się szerokim echem nie tylko w Brazylii, ale w całej Ameryce
Łacińskiej i w Stanach Zjednoczonych.
Podstawowym zadaniem akcji taktycznych
partyzantki miejskiej było uzyskanie zasobów materialnych, nieodzownych do
przygotowania wybuchu wojny rewolucyjnej na terenach wiejskich, oraz skupienie,
zorganizowanie, poddanie chrztowi bojowemu i przygotowanie pod względem
polityczno-wojskowym kadr rewolucyjnych, które znajdowały się w ośrodkach
miejskich, ale nieobecne były na wsi. W Ludowej Awangardzie Rewolucyjnej
traktowano pokonanie sprzeczności między miastem a wsią, dzielącej je przepaści,
jako proces skomplikowany i wymagający długotrwałej pracy. Odrzucano wszelki
zamysł nagłego „skoku" grupy miejskich rewolucjonistów na wieś, w obce im
środowisko naturalne i społeczne.
Twórcą koncepcji przejścia partyzantki z
miasta na wieś był „Jamil", członek trójosobowego komitetu kierowniczego VPR,
autor podstawowej pracy teoretycznej tej organizacji, zatytułowanej Brazylia:
Droga awangardy, jeden z najbardziej intensywnie poszukiwanych „terrorystów" (w
ręce funkcjonariusza policji Miltona Diasa, o którym będzie tu jeszcze mowa,
wpadł on w rzeczywistości już w 1968 roku. ale po przejściu tortur nie został
przekazany policji politycznej, lecz zwolniony za łapówką w wysokości zaledwie
200 cruzeiros). Koncepcja ta przewidywała, że partyzanci miejscy przechodzić
będą stopniowo okres adaptacji do warunków życia w partyzantce wiejskiej w
specjalnie przygotowanych do tego celu obozach i że z obozów tych zostaną
następnie skierowani do miejsc przyszłej walki zbrojnej. W wybranych okolicach
wiejskich mieli oni następnie przez okres dwóch lat przygotowywać w głębokiej
konspiracji aparat wojskowy i jego infrastrukturę, a po jego przygotowaniu
przystąpić do pracy politycznej wśród chłopstwa. Rzecz nie polegała na tym, jak
dotrzeć do mas chłopskich, lecz jak dojść do politycznego zorganizowania tych
mas na rzecz walki zbrojnej. Koncepcja „Jamila", przyjęta przez VPR, stanowiła
próbę udzielenia odpowiedzi na to pytanie.
Było rzeczą oczywistą, iż po
rozpoczęciu pracy politycznej wśród chłopstwa danej okolicy aparat represji
rychło zwróci na nią uwagę i nastąpi uderzenie armii.i dlatego aparat wojskowy
miał być przygotowany przed przystąpieniem do pracy politycznej; bez stworzenia
zaś wśród chłopstwa politycznych warunków walki zbrojnej nie należało jej
podejmować. „Jamil" stwierdzał, iż we wczesnej fazie rozwoju ruchu
partyzanckiego chłop, który wstąpił do tego ruchu, liczy się nie tyle jako
człowiek dźwigający karabin, ile jako człowiek, który ze względu na swoje
powiązania ze środowiskiem społecznym stwarza bazę polityczną dla partyzantki.
Gdy chłopi danego rejonu znajdują się w partyzantce, wówczas nawet zwykła
wymiana strzałów między partyzantką a armią staje się dla skupiska chłopskiego
politycznym aktem oporu o głębokich reperkusjach i mobilizującym masy. W takich
warunkach partyzantka może poświęcić się budowie bazy wsparcia odpowiadającej
jej wymogom zasadniczo wojskowym bez obawy o zaniedbanie związków politycznych
ze środowiskiem chłopskim.
Tezy „Jamila" wypracowane zostały na podstawie
krytycznej analizy doświadczeń innych ruchów partyzanckich Ameryki Łacińskiej,
które w stosunkach z chłopstwem często popadały w „awangardyzm".
Walka
zbrojna na wsi nie miała być prowadzona w oparciu o pojedyncze ognisko
powstańcze czy nawet kilka rozrzuconych na ogromnym terytorium ognisk; miała się
opierać na rozległej sieci punktów taktycznych (czy też „osi", przecinających
kraj, jak je nazywał Carlos Marighella, który również odrzucał stanowczo pomysł
tworzenia pojedynczych ognisk powstańczych, popularny w owym czasie wśród grup
rewolucyjnych w innych krajach kontynentu). Przewidywano — a pierwsze
doświadczenia walki zbrojnej na wsi potwierdziły to — iż armia po wykryciu w
jakimś rejonie choćby niewielkiego oddziału partyzanckiego rzuci przeciwko niemu
kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, którzy tak drobiazgowo przeczeszą ten rejon, iż
odbiorą partyzantce możliwość utrzymania się w nim, o ile nie zdoła ona wycofać
się do innego punktu taktycznego. Użycie tak ogromnych sił i przeprowadzenie
takich bardzo kosztownych i pracochłonnych operacji przez armię w wielu punktach
jednocześnie czy w krótkich odstępach czasu było niemożliwe, a więc stwarzało
partyzantce wiejskiej możliwość rozwoju.
Obok rozwoju strategicznych kolumn
partyzanckich, które miały być zalążkiem armii ludowej, plan „Jamila"
przewidywał również rozwój partyzantki taktycznej dwojakiego rodzaju:
regularnej, uprawiającej sabotaż, atakującej linie komunikacyjne, znajdujące się
w obcych rękach kopalnie i majątki ziemskie itd., oraz nieregularnej, której
członkowie chwytaliby za broń w razie potrzeby, a po akcji powracali do pracy na
roli i „legalnego" życia. Nieregularna partyzantka taktyczna miała stwarzać
warunki do bezpośredniego udziału mas w walce zbrojnej. Był to więc plan daleki
od uproszczonych idei ogniska powstańczego, jakim hołdowano w ruchach
partyzanckich kilku innych krajów Ameryki Łacińskiej: zakładał konieczność
równoległego uzbrojenia rewolucyjnych mas i budowy armii ludowej.
VPR
przystąpiła do realizacji planu, zdając sobie sprawę, że wprowadzenie go w życie
będzie wymagało długich lat pracy, które nie szybko przyniosą owoce.
Była
wiosna 1970 roku, gdy w Vale da Ribeira, w odległości 200 kilometrów na południe
od Sao Paulo, armia wykryła obóz partyzancki, zorganizowany przez byłego
kapitana Lamarkę. Była to dolina niezwykle zacofana i uboga, zamieszkana przez
chłopów, którym obszarnicy na czele uzbrojonych najemników przemocą wydarli
ongiś ziemię, połączona ze światem jedynie odległą szosą, na której po zbiorach
pojawiały się ciężarówki pośredników handlowych, po niskich cenach skupujących
od chłopów ich produkty i po wysokich cenach sprzedających im nieodzowne towary.
Pewnego dnia w drugiej połowie kwietnia nędzna, monotonna egzystencja chłopów w
tej okolicy zabitej deskami została brutalnie zakłócona przez inwazję 20 tysięcy
żołnierzy, mających wsparcie artylerii i lotnictwa, które zaczęło bombardować
teren i wypalać go napalmem.
Obóz partyzancki w Vale da Ribeira miał
służyć partyzantom, kierowanym do niego z miejskich ogniw VPR, a także innych
ruchów partyzanckich, za ośrodek szkolenia wojskowego i adaptacji do warunków
życia wiejskiego. W przyszłości partyzanci, którzy pomyślnie przesz-liby okres
szkolenia i adaptacji, mieli być skierowani z kolei stąd do stref przyszłej
partyzantki wiejskiej.
W dolinie, w dwóch bazach szkoleniowych i bazie
wsparcia, znajdowało się 17 partyzantów. Ośmiu z nich, najmniej przygotowanym do
sprostania wymogom życia w partyzantce wiejskiej, natychmiast po otrzymaniu
informacji o okrążeniu strategicznym doliny przez przeciwnika Carlos Lamarca
rozkazał ewakuować się. Grupa ta zdołała wymknąć się. Również druga,
czteroosobowa grupa miała w ślad za pierwszą opuścić rejon. Nie udało się jej to
i w rezultacie na miejscu pozostało dziewięciu partyzantów.
Dwóch z nich
prowadziło obserwację ruchów wojsk, straciło jednak łączność radiową z Lamarką,
a następnie wszelki kontakt z oddziałem i na własną rękę podjęło próbę wyrwania
się z okrężenia. Ostatecznie jednak zostali schwytani.
Siedmioosobowy oddział
partyzancki, dowodzony przez Lamarkę, opuścił bazę szkoleniową i postanowił
przebić się do Sao Paulo, mając na karku 20 tysięcy żołnierzy. Najpierw przez
piętnaście dni partyzanci szli przez góry i lasy, ewakuując z sobą całą broń,
amunicję i żywność, zbyt dużo, by można to zabrać jednorazowo na plecy, toteż
marsz był niezwykle uciążliwy, a trzykrotne pokonywanie tych samych odcinków
drogi groziło każdorazowo wpadnięciem w zasadzkę.
Po dotarciu do jednej z
nielicznych dróg partyzanci, podający się za myśliwych, wynajęli w pewnej wsi
samochód ciężarowy, jednakże podczas jazdy owym samochodem natknęli się na
szosie na barierę, wzniesioną przez żandarmerię. Partyzanci przebili się,
zabijając kilku żandarmów. W nocy, gdy mknęli dalej szosą, wysłano im naprzeciw
dwa samochody, wypełnione wojskiem. Doszło w ciemnościach do boju spotkaniowego,
w którym zwycięstwo przypadło partyzantom. 17 żołnierzy i dowodzący nimi oficer
poddało się. partyzanci udzielili pierwszej pomocy rannym żołnierzom, co wywarło
na nich duże wrażenie, oraz wyjaśnili im cele walki rewolucyjnej.
Lamarca
zawarł z porucznikiem Mendesem porozumienie, na mocy którego wszyscy wojskowi,
wzięci do niewoli, mieli zostać wypuszczeni na wolność i zachować broń pod
warunkiem, iż porucznik odwoła blokadę wojskową w najbliższej miejscowości i
umożliwi w ten sposób partyzantom opuszczenie okolicy. Porucznik udał się do
miejscowości, a gdy wrócił do partyzantów, oświadczył im, że blokada jest
zniesiona. W rzeczywistości jednak partyzanci natknęli się na zasadzkę. Dwóch z
nich poległo. W tych okolicznościach, za niedotrzymanie danego słowa,
rozstrzelano porucznika Mendesa.
Oddział partyzancki znalazł się w okrążeniu
taktycznym. Uczynił jednak to, czego armia nie spodziewała się: zamiast
przebijać się, przez dziesięć dni pozostał w ukryciu na okrążonym terenie. W
wojsku, na próżno oczekującym na pojawienie się partyzantów, wystąpiły objawy
demoralizacji i zrezygnowano z blokady rejonu, sądzono bowiem, iż partyzanci
dawno wycofali się z niego. Miejscowy obszarnik rychło poinformował wszakże
wojsko o obecności partyzantów i ponownie znaleźli się oni w okrążeniu. Szukali
schronienia w górach, gdzie żołnierze tracili ich trop, jednakże brak żywności
zmuszał partyzantów do schodzenia z gór, a więc zbliżania się do stanowisk
nieprzyjaciela. Pomoc, udzielona partyzantom przez chłopów, pozwoliła im wyjść z
opresji. Przerwali okrążenie taktyczne i ponownie wyszli na szosę, gdzie 31 maja
zdobyli z zasadzki samochód wojskowy i przebrali się w mundury wziętych do
niewoli żołnierzy. Wygłodzeni, wycieńczeni fizycznie, dotarli w tym samochodzie
do Sao Paulo, do miejskich kryjówek VPR.
Wydarzenia w Vale da Ribeira miały
ogromne znaczenie dla oceny przez ruch partyzancki perspektyw jego rozwoju na
terenach wiejskich. Obóz partyzancki w dolinie miał charakter jedynie
szkoleniowy, nie był przygotowany do działań wojennych, partyzanci znali teren
tylko w promieniu trzech dni marszu, ze względu na charakter obozu nie
prowadzono pracy politycznej wśród chłopstwa, nie posiadano sieci łączności,
informacji i zaopatrzenia ani licznych składów broni i żywności. Bojownicy VPR
byli jeszcze słabo przystosowani do wymogów życia i walki w partyzantce
wiejskiej. Mimo tego wszystkiego pięciu partyzantom z siedmioosobowego oddziału,
w wyniku trwającej 40 dni operacji udało się wyrwać z okrążenia strategicznego i
taktycznego i w zwartej grupie, z bronią w ręce, przedostać się do baz na innym
terenie. Carlos Lamarca oświadczył, iż doświadczenie to dowodzi, że walka
zbrojna na terenach wiejskich ma w Brazylii pełne szansę
powodzenia.
Tymczasem jednak w kraju narastał terror aparatu represji i
zaostrzały się dyktatorskie metody sprawowania władzy. W łonie grup wojskowych,
dzierżących ster władzy, dokonał się wówczas wewnętrzny zamach stanu. Wojskowi,
reprezentujący „twardą linię", wyprowadzili na ulice czołgi i 13 grudnia 1968
roku podyktowali tzw. Akt Instytucjonalny nr 5. Władza wykonawcza przyznała
sobie atrybut władzy ustawodawczej, prawo do zawieszania konstytucji i mandatów
poselskich, rozpędzania parlamentu i stanowych zgromadzeń ustawodawczych,
narzucania prasie cenzury, a przede wszystkim zawieszania praw obywatelskich,
przetrzymywania według własnego uznania obywateli w więzieniach, znoszenia
gwarancji habeas corpus (aresztowanie tylko na podstawie postanowienia sądu). Na
jesieni 1969 roku nowa „ustawa o bezpieczeństwie narodowym" i nowa konstytucja,
trzecia od zamachu stanu z 1964 roku, stworzyły ramy prawne dla umocnionej od
minionego roku dyktatury i dla wzmożonej represji nie tylko partyzantki i partii
lewicowych, ale również wszelkich sił demokratycznych czy opozycyjnych.
Do
walki z ruchem partyzanckim weszły dwie specjalnie utworzone w tym celu,
posiadające obfite zaplecze finansowe i techniczne oraz dobrze obeznane z
doświadczeniami represji ruchów rewolucyjnych w innych krajach instytucje:
Operacja Bandeirantes (OBAN) i Ośrodek Operacyjny Obrony Wewnętrznej (CODI). Do
walki z partyzantką przeszły także, ściśle współdziałając ze wspomnianymi
instytucjami represyjnymi, policyjne „szwadrony śmierci". Ta specyficzna, nie
mająca jawnie legalnego statusu forma aparatu represji, pozwalająca policji
gwałcić prawo, ilekroć stanęło ono na jej drodze, została założona już w 1958
roku w Rio de Janeiro. Nosiła ona wówczas miano „grupy specjalnej do walki z
przestępczością"; miała dać możliwość policji bezpardonowej walki ze światem
przestępczym wedle zasady: zabij raczej, niż daj się zabić. W kwietniu 1970 roku
stwierdzono, że „szwadrony śmierci" w stanach Guanabara i Rio dokonały do tego
czasu z całą pewnością co najmniej tysiąca morderstw.
W Sao Paulo „szwadron
śmierci" powstał w 1968 roku w efekcie ogłoszenia Aktu Instytucjonalnego nr 5.
Przynależność do szwadronu stała się dla policjantów intratnym źródłem znacznych
zysków, oczywiście nielegalnych. Pewien źle opłacany oficjalnie kierowca w
„szwadronie śmierci" w Sao Paulo stał się właścicielem osiemnastu taksówek i
czterech domów. Znane są powiązania „szwadronów śmierci" ze światem
przestępczym, zwłaszcza z gangami przemytników i handlarzy narkotyków, a także
udział w rywalizacjach między gangami. Sergio Fleury, jedna z czołowych postaci
„szwadronu śmierci" w Sao Paulo, znany jest z tego, że na czele podległych mu
policjantów, na zlecenie gangu narkotykowego, wymordował kilkudziesięciu
gangsterów z innego gangu. Nie przeszkodziło to wszakże takim ludziom, jak on
czy Milton Dias, zrobić karierę poprzez działalność w „szwadronie śmierci" i
stać się pracownikami wywiadu lotnictwa wojskowego.
Działalność „szwadronów
śmierci" od chwili, gdy przeszły one do walki z rewolucyjnym podziemiem,
polegała przede wszystkim na bezkarnym mordowaniu lewicowych działaczy
politycznych oraz osób nie zaangażowanych w działalności podziemnej, ale ze
względu na poglądy polityczne, kwalifikacje intelektualne, prestiż i kontakty w
rozmaitych środowiskach, mogących stać się kadrowymi bojownikami ruchu
rewolucyjnego. Nie oglądając się na wymogi prawne, „szwadrony śmierci"
dokonywały na szeroką skalę uprowadzeń politycznie podejrzanych obywateli,
poddawały ich w swoich siedzibach, nie figurujących na oficjalnych listach
lokali zajmowanych przez policję, bestialskim torturom i nie potrzebowały
obawiać się konsekwencji, gdy więzieni przez nie ludzie ponosili śmierć podczas
tortur. Po wielu ludziach, porwanych przez „szwadrony śmierci", ślad ginął na
zawsze. Znajdowano nawet masowe groby ofiar szwadronów. W oficjalnych
instytucjach represyjnych, gdzie tortury zostały w rzeczywistości
zinstytucjonalizowane, a udział i przodownictwo w nich stały się podstawą awansu
w hierarchii aparatu represji, los więzionych przez nie osób nie był lepszy, na
torturach również umierano, a zwłoki zmarłych były wyrzucane z samolotów do
morza w celu całkowitego zatarcia po nich śladów. Akt Instytucjonalny nr 5 w
praktyce rozwiązywał ręce aparatowi represji, całkowitą jednak swobodę w swoich
poczynaniach policja miała w „szwadronach śmierci".
Ze względu na położenie
uwięzionych rewolucjonistów: straszliwe tortury, po których pozostawały często
trwałe okaleczenia cielesne i zaburzenia psychiczne oraz dokonywane na więźniach
politycznych mordy, ruch partyzancki postanowił odwołać się do działań, które
pozwoliłyby ocalić rewolucyjne kadry, znajdujące się w rękach aparatu
represji.
Dnia 4 września 1969 roku w Rio de Janeiro, w odległości dwóch
przecznic od placówki dyplomatycznej USA, o godzinie 14.45, samochód ambasadora
Stanów Zjednoczonych Charlesa Burkę Elbricka zatrzymał się, ażeby uniknąć
zderzenia z nadjeżdżającym z przodu volkswagenem. Osoby, jadące volkswagenem,
opuściły go szybko i wsiadły do samochodu ambasadora. Jedna z nich zajęła
miejsce kierowcy. Pojechali na pustą ulicę, gdzie uzbrojeni ludzie, którzy
sterroryzowali ambasadora, rozkazali mu przesiąść się do innego, oczekującego
tam samochodu.
Kierowca, puszczony wolno, zadzwonił z najbliższego telefonu
do ambasady, zawiadamiając, że szef placówki dyplomatycznej USA został
uprowadzony. W porzuconym samochodzie ambasadora policja znalazła manifest,
zatytułowany Do ludu brazylijskiego i podpisany przez Akcję Narodowowyzwoleńczą
(ALN), partyzantkę, którą kierował Carlos Marighella oraz przez Ruch Rewolucyjny
8 Października (MR-8), partyzantkę, która wyszła ze środowiska studenckiego i
która miała w nazwie datę śmierci Ernesto Guevary. Według kalkulacji
partyzantów, policja potrzebowała od 20 do 30 minut na przeprowadzenie
mobilizacji swoich sił i ustanowienie kontroli nad ruchem drogowym w mieście.
Nim do tego doszło, w ciągu 20 minut, ambasador został przewieziony do
przygotowanego na jego ukrycie domu, gdzie oczekiwał na niego Joaquim Camara
Ferreira, dawny działacz partii komunistycznej, a wówczas jeden z czołowych
przywódców ALN.
Wiadomość o porwaniu ambasadora USA rychło zelektryzowała
stolicę. Nie tylko dlatego, że była to wiadomość sensacyjna. Chodziło o
oficjalnego przedstawiciela imperium, posiadającego ogromne wpływy ekonomiczne,
polityczne i ideologiczne w Brazylii. Był to dla rządu wojskowego i dla Stanów
Zjednoczonych cios polityczny i tak też porwanie było interpretowane przez
opinię publiczną.
Wieczorem, na falach rozgłośni radiowej, odczytany został
manifest partyzantki, co oznaczało, że władze postanowiły ustąpić wobec
postawionych im żądań. Manifest głosił, że porwanie ambasadora USA jest jedną z
wielu akcji, przeprowadzanych przez ruch partyzancki, a mających stworzyć
warunki do rozwoju w kraju wojny rewolucyjnej. W manifeście domagano się. po
pierwsze, uwolnienia piętnastu więźniów politycznych, których nazwiska miały być
dostarczone później, po wyrażeniu przez rząd zgody na spełnienie żądań i ich
przewiezienia samolotem do Algierii, Chile bądź Meksyku, a po drugie,
opublikowania manifestu w głównych gazetach i odczytania go przez rozgłośnie
radiowe. Jeżeli rząd w ciągu 24 godzin nie spełni tego drugiego warunku albo w
ciągu 48 godzin po dostarczeniu mu listy więźniów nie uwolni ich, ambasador,
stwierdzały organizacje partyzanckie, zostanie zabity.
Następnego dnia po
południu w jednym z supermarketów znaleziono listę więźniów. Obejmowała ona
uwięzionych działaczy zarówno rozmaitych ruchów partyzanckich, jak i partii
lewicowych, nie biorących udziału w walce zbrojnej, oraz organizacji masowych.
Na czele listy znajdował się Gregorio Bezerra, weteran brazylijskiego ruchu
komunistycznego; byli na niej także między innymi przywódcy Narodowego Związku
Studentów Vladimir Palmeira i Luis Travassos, założyciel VPR były sierżant
Onofre Pinto. bojownik VPR i działacz robotniczy Jose Ibrahim.
W dwa dni po
uprowadzeniu ambasadora samolot brazylijski z piętnastoma uwolnionymi z
więzienia działaczami politycznymi wylądował w stolicy Meksyku; przewiezieni
zostali oni stamtąd na Kubę, gdzie witał ich premier Fidel Castro.
Operacja
uwolnienia ambasadora przez partyzantów przebiegała w skomplikowanych warunkach.
Dom, w którym go trzymano, znajdował się już pod obserwacją policji w związku z
donosem, złożonym przez jednego z sąsiadów, który widział, jak do garażu
wjeżdżał samochód, odpowiadający opisowi tego wozu, którym wy-wywieziono
ambasadora Elbricka. Gdy ulicę zapełniły tłumy kibiców, powracających z meczu
piłkarskiego, partyzanci wykorzystując wzmożony ruch uliczny wymknęli się
niepostrzeżenie wraz z ambasadorem z domu i samochodem przewieźli go do
odległego punktu w mieście. gdzie kazali Elbrickowi wysiąść i nie wcześniej niż
po dziesięciu minutach przywołać taksówkę.
Pierwsza akcja uprowadzenia obcego
dyplomaty zakończyła się pełnym powodzeniem.
W marcu 1970 roku policja
aresztowała Shizuo Ozawę, Brazylijczyka japońskiego pochodzenia, który od dwóch
tygodni z polecenia Lamarki pełnił funkcję szefa VPR na Sao Paulo. Grupa bojowa
VPR i dwóch innych organizacji podziemnych, dowodzona przez „Jamila", dokonała w
kilka dni później uprowadzenie konsula generalnego Japonii w Sao Paulo. Rząd
zwolnił wówczas z więzienia i odesłał do Meksyku Ozawę oraz cztery inne osoby, w
tym zakonnicę, aresztowaną i torturowaną pod zarzutem współpracy z partyzantką.
W czerwcu tego samego roku w Sao Paulo partyzanci VPR i ALN dokonali
uprowadzenia ambasadora Republiki Federalnej Niemiec, w zamian za którego rząd
uwolnił 40 więźniów politycznych. Największą jednak pod względem skutków akcją
tego rodzaju było uprowadzenie ambasadora Szwajcarii, wymienionego na 70
więźniów, w tym wielu czołowych działaczy ruchu rewolucyjnego. W wyniku
uprowadzeń partyzantka miejska zdołała uwolnić 120 więzionych rewolucjonistów, z
których wielu groziła śmierć. Uprowadzenia dyplomatów państw kapitalistycznych z
jednej strony były działaniami o charakterze humanitarnym, wynikającymi z
bezwzględnego, niczym nie ograniczonego terroru aparatu represji, a z drugiej
miały na celu ochronić kadry rewolucyjne przed wyniszczeniem.
Ruch
partyzancki ponosił jednak porażki. Dyktatura wojskowa stabilizowała się i
umacniała politycznie od 1969 roku, co było wynikiem przezwyciężenia trwającego
przez pięć lat kryzysu akumulacji kapitału, pokonania przeszkód, jakie stały
poprzednio na drodze realizacji wartości dodatkowej, wejścia kraju w etap
przyspieszonego wzrostu gospodarczego w warunkach opanowania gospodarki
brazylijskiej przez międzynarodowe korporacje.
Partyzantka wykrwawiała się w
miastach, nie mogąc przesunąć środka ciężkości walki zbrojnej z miast na wieś.
Aparat represji z żelazną konsekwencją uprawiał „selektywny odstrzał" zarówno
rzeczywistych, jak i tylko potencjalnych kadr ruchu rewolucyjnego oraz ludzi,
którzy w strukturach radykalnych ugrupowań opozycyjnych znajdowali się w
punktach styku z organizacjami czy żywiołowo rozwijającymi się ruchami masowymi.
Narastająca w Kościele katolickim rewolta poważnej części kleru przeciw
represjom, nędzy, zdeformowanemu przez zależność rozwojowi kraju, panowaniu
imperializmu, była dławiona w sposób drastyczny. Wtrącano do więzień
opozycyjnych biskupów, prześladowano, a nawet zabijano księży, pracujących wśród
warstw najuboższych, poddawano brutalnym represjom katolickie organizacje
młodzieży studenckiej i robotniczej. Co najmniej 15 tysięcy obywateli osadzono w
więzieniach pod zarzutem czy to bezpośredniego udziału w walce rewolucyjnej, czy
też współdziałania z ruchem partyzanckim.
Już 4 listopada 1969 roku Carlos
Marighella wpadł w zasadzkę zastawioną na niego przez policję i poniósł śmierć.
Marighella, polegający w swej działalności rewolucyjnej na działaczach partii
komunistycznej, którzy wstąpili do ALN i którzy byli mu osobiście znani z okresu
pracy w partii, trzymał w swoich rękach wszystkie główne nici podziemnej siatki
ALN, rozgałęzionej na wiele miast i rejonów wiejskich i składającej się z silnie
zautono-mizowanych ogniw. Jego śmierć pozbawiła ALN osobistości centralizującej
ruch, co wpłynęło nader niekorzystnie na możliwości jego dalszego rozwoju, a
przede wszystkim na możliwości koordynacji działań rozrzuconych po kraju grup
zbrojnych i komórek podziemnych czy nawet utrzymywania przez nie wzajemnych
kontaktów. Śmierć ponieśli również kolejni przywódcy ALN: Joaąuim Camara
Ferreira, Eduardo Leite, Aldo Sa Brito.
Walka zbrojna trwała jednak nadal.
Ruch Rewolucyjny 8 Października zdołał jeszcze zachować przy życiu, w podziemiu,
pewną liczbę kadr, zwłaszcza w stanie Bahia. Carlos Lamarca wraz z nielicznymi
bojownikami VPR, którzy się jeszcze ostali, przyłączył się do MR-8 i objął nad
nim dowództwo. Towarzyszył mu Campos Barreto „Zeąuinha", który powrócił w
rodzinne strony z Osasco. Lamarca przystąpił do budowy partyzantki wiejskiej w
zachodnich rejonach Bahii.
28 sierpnia 1971 roku wojsko i policja otoczyły
tereny działania grup partyzanckich, położone o 700 kilometrów od stolicy stanu,
pierścieniem okrążenia strategicznego o promieniu dwustu kilometrów. Pierwsza
bitwa miała miejsce na jednej z hacjend, gdzie chłopski oddział partyzancki MR-8
przez kilka godzin stawiał opór w nierównej walce, aż został całkowicie rozbity.
Wziętych do niewoli chłopów po torturach rozstrzelano. Inna grupa chłopskiej
partyzantki, dowodzona bezpośrednio przez La-markę i „Zequinha'\ zdołała wyrwać
się z paru okrążeń taktycznych, po czym Lamarca zdemobilizował tymczasowo
chłopskich bojowników, ażeby ułatwić partyzantom ucieczkę z oblężonego rejonu.
Wraz z Camposem Barreto skierował się ku bezludnym i gorącym, wysuszonym stepom,
pokrytym kolczastą roślinnością, które w przeszłości nieraz służyły za
przejściowe schronienie prześladowanym buntownikom. Wyczerpani fizycznie i
zagłodzeni spali pod drzewem, nie opodal ostatniego skupiska ludzkiego, gdy o
ich obecności dowiedział się miejscowy konfident policji. Grupa operacyjna CODI
zaskoczyła śpiących partyzantów i otworzyła do nich ogień, zabijając na miejscu.
Tak 17 września 1971 roku zginął były kapitan piechoty Carlos Lamarca, który
stał się rewolucjonistą 7 lat wcześniej, gdy po zamachu stanu 1964 roku, służąc
w koszarach w Porto Alegre, odmówił torturowania więźniów.
Ruch partyzancki w
Brazylii, rozwijający się od 1968 roku, przestał wówczas istnieć: zanikł jeden z
politycznych przejawów ostrych sprzeczności klasowych i napięć społecznych, nie
przestało natomiast istnieć samo napięcie, z którego zrodziła się partyzantka
miejska. W pół roku zaledwie po śmierci ostatniego wybitnego dowódcy
partyzanckiego tamtego okresu, w kwietniu 1972 roku, w górach stanu Para na
Północnym Wschodzie, przewlekłą walkę zbrojną podjęli chłopi, kierowani przez
inne, dotąd nieobecne na polu walki ugrupowanie podziemnej lewicy, a
zorganizowani w Siłach Partyzanckich Rio Araguaia.
Zakończenie
Około 1966 — 1967 roku, po latach powojennej ekspansji
światowej gospodarki kapitalistycznej, cykliczny proces akumulacji kapitału
wszedł w okres recesji, a nawet groźby depresji. Towarzyszyły temu poważne
zmiany w międzynarodowym, a także międzyregionalnym i między-gałęziowym podziale
pracy oraz w technologicznych podstawach produkcji, które objęły również Amerykę
Łacińską. W związku z tymi zmianami wystąpiła w Ameryce Łacińskiej tendencja do
rozszerzania dotychczasowych podstaw akumulacji: grabieży bogactwa i
superwyzysku pracy, a więc wypierania klas wyzyskiwanych z zajmowanych przez nie
pozycji ekonomicznych i politycznych. Proces ten nie przebiegał równomiernie we
wszystkich krajach i nie przejawiał się w nich z jednakową mocą: różnice
wynikały zarówno z tego, jaka rola przypadała poszczególnym krajom w
kształtującym się nowym podziale pracy, jak i nade wszystko z tego, jaki był w
każdym z nich konkretny stan walki klas. Brazylijski model akumulacji, opartej
na superwyzysku pracy, zaczął jednakże znajdować zastosowanie nawet w krajach o
siinie ugruntowanych tradycjach burżuazyjnej demokracji, prowadząc do jej
ograniczenia czy nawet zupełnego zniesienia. Jednocześnie wzrost barier dla
reprodukcji kapitału, wzniesionych przez gigantyczną grabież bogactwa i
zależność ekonomiczną, oraz wzrost konkurencji między mocarstwami
imperiałistycznymi sprzyjały w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej podjęciu
przez grupy kontrolujące aparat władzy polityki nacjonalistycznej,
ograniczającej hegemonię Stanów Zjednoczonych.
8 października 1967 roku
Ernesto Che Guevara, argentyński lekarz, kubański komunista i latynoamerykański
rewolucjonista, wzięty do niewoli przez żołnierzy boliwijskich, został
zamordowany, a dowodzony przezeń oddział partyzancki przestał istnieć. Śmierć
tego człowieka — który 221 przed laty jako pierwszy dowódca partyzancki Ruchu 26
Lipca wkroczył do Hawany i który wypracował pierwsze elementy teorii wojny
partyzanckiej w Ameryce Łacińskiej, a potem, głosząc ideę „walki z imperializmem
gdziekolwiek on jest", tworzył strategię kontynentalnej walki rewolucyjnej —
zbiegła się w czasie z porażkami ruchów partyzanckich działających wówczas w
innych krajach tego rejonu świata. Wydawało się, że partyzantka wygasa.
Tymczasem jednak pojawiła się ona w ośrodkach miejskich Urugwaju i Brazylii,
gdzie także po kilku latach poniosła klęskę, zaczęła działać w Argentynie,
przyczyniając się wydatnie do upadku wojskowej dyktatury i nie tylko wytrwała,
ale zaktywizowała się na terenach wiejskich Kolumbii.
Wbrew temu, co się
początkowo wydawało, porażka partyzantki nie była totalna. Zresztą tak w latach
sześćdziesiątych, jak i siedemdziesiątych równocześnie i współ-zależnie z
rewolucyjną walką zbrojną toczyły się w Ameryce Łacińskiej ostre boje klasowe,
ujawniły się też nowe nurty antyimperialistyczne. Nie było zastoju w walce
rewolucyjnej, albowiem siły występujące, zwłaszcza w korpusie oficerskim,
przeciwko hegemonii Stanów Zjednoczonych sięgnęły po władzę w Peru i w Panamie
zaledwie w rok po śmierci Guevary, a potem w Chile doszło do pierwszej,
tragicznie zakończonej, próby uzyskania władzy przez partie robotnicze na drodze
procesu demokratycznego. W ostatnim czasie zmierzać zaczynają w kierunku
przeobrażeń socjalistycznych dwa państwa regionu karaibskiego: Jamajka i
Gujana.
Pamiętać wszakże należy o ogromnie ciężkich warunkach, w jakich toczą
walkę przeciw wyzyskowi, dyktaturze i zależności od imperializmu masy ludowe
licznych krajów latynoamerykańskich. Krwawe reżimy prawicowe w Gwatemali,
Nikaragui, Haiti, Paragwaju, Brazylii, Boliwii. Urugwaju i Chile stosują masowe,
terrorystyczne represje, a więźniów politycznych poddają wyrafinowanym torturom.
Osadzenie w miejscach odosobnienia, a nawet śmierć grozi mieszkańcom tych krajów
nie tylko za próbę zorganizowania zbrojnego oporu, lecz również za jakąkolwiek
działalność opozycyjną.
W historycznym momencie, w jakim niektóre fronty
partyzanckie poniosły porażkę, znaczenie tej porażki polegało przede wszystkim
na tym, iż wykazała ona, że wojna partyzancka — przynosząca ogromne, bolesne
straty w szeregach najofiarniejszych rewolucjonistów latynoamerykańskich — nie
jest w każdym momencie i w każdym kraju Ameryki Łacińskiej główną formą czy
drogą walki rewolucyjnej, że, innymi słowy, walka ta przyjmuje formy nader
różnorodne, uwarunkowane przez stan walki klas i polityczne warunki jej rozwoju
w danym miejscu i czasie.
Nie była to, podkreślmy, porażka jakiejś jednej
określonej koncepcji walki partyzanckiej, której autorstwo można by przypisać
jakiejkolwiek jednostce ludzkiej: na przykład Che Guevarze. Doświadczenia
rewolucji kubańskiej i prace teoretyczne Che Guevary były oczywiście źródłem
ideowej inspiracji dla wielu ruchów rewolucyjnych w innych krajach kontynentu,
lecz akcje zbrojne tych ruchów nie stanowiły odwzorowania owej rewolucji ani
ucieleśnienia owej teorii, każdy bowiem z nich szedł własną drogą i dawał wyraz
realiom, warunkom historycznym, sprzecznościom klasowym własnego społeczeństwa.
Każde z doświadczeń partyzanckich lat sześćdziesiątych było w istocie jedyne w
swoim rodzaju, często nawet odmienne na różnych frontach walki zbrojnej w tym
samym kraju. Porażki partyzantki nie dają się sprowadzić do jednego wspólnego
mianownika, z ich przyczyn nie jest w stanie zdać sprawy prosta formuła,
spotykana często w literaturze przedmiotu: awangardyzm, militaryzm i empiryzm,
bo niektóre ruchy partyzanckie miały i cechy zgoła przeciwne.
Faktem jest, że
w przytłaczającej większości ruchów partyzanckich, które poniosły porażki,
inicjatywa wzięcia i prowadzenia walki zbrojnej należała do rewolucyjnych grup
miejskiej klasy średniej, drobnej burżuazji, inteligencji. Faktem jest zarazem,
że do tych samych grup inicjatywa należała również na Kubie, gdzie ruch
partyzancki odniósł zwycięstwo. Faktem jest wreszcie również i to, że w jedynym
ruchu partyzanckim, który w latach sześćdziesiątych nie poniósł porażki,
inicjatywa nie do nich należała, choć były one w nim obecne, lecz do
chłopstwa.
W świetle tych faktów wydaje się, że tam, gdzie partyzantka
poniosła porażkę, albo nie było dostatecznych warunków obiektywnych do jej
rozwoju, albo inicjujące ją radykalne środowiska klasy średniej nie miały
subiektywnych warunków do stworzenia rewolucyjnego ruchu mas ludowych i
wzniecenia walki o wyzwolenie narodowe. Być może jednak od czasu, gdy zwyciężyła
rewolucja na Kubie, zaszły w Ameryce Łacińskiej takie przeobrażenia społeczne,
które umożliwiły klasie średniej uzyskanie dostępu do struktury władzy i
pozbawiły ją inicjatywy rewolucyjnej, podczas gdy zarazem powstały obiektywne i
subiektywne warunki do jej przejęcia przez inne grupy społeczne: przez same
klasy wyzyskiwane, a więc proletariat i zwłaszcza chłopstwo. To właśnie zdaje
się sugerować dowódca kolumbijskiej partyzantki chłopskiej, Fabio Vazquez
Castańo, gdy twierdzi, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej chłopstwo może
współcześnie spełniać rolę awangardy w walce rewolucyjnej. Takie też było
przeświadczenie Guevary, który w swojej teorii wojny partyzanckiej przypisywał
chłopstwu rolę większą od tej. jaką odegrało ono w walce rewolucyjnej na Kubie i
już w 1961 roku wypowiedział znamienne słowa: „Mając za podstawę ideologię klasy
robotniczej, której wielcy myśliciele odkryli rządzące nami prawa społeczne,
klasa chłopska Ameryki wyda w przyszłości wielką armię wyzwoleńczą".
Wydaje
się, że trzy okoliczności mogą sprzyjać odgrywaniu przez chłopstwo takiej roli.
Po pierwsze, proces proletaryzacji. jakiemu ono podlega. Po drugie, stosunki
społeczne na wsi. gdzie chłopstwo po części ma dostęp do naturalnych warunków
pracy i prowadzi gospodarkę drobnotowarową, a po części podlega marginalizacji i
nie obraca swej siły roboczej w towar, wskutek czego fetyszyzm towarowy ma w
tych stosunkach społecznych kruchą podstawę i chłopstwo znajduje się w
rezultacie na peryferiach panowania ideologicznego burżuazji. Po trzecie,
możliwość zaciągu przez chłopską partyzantkę ideologicznie sproletaryzowanych
kadr politycznych, pochodzących z ośrodków miejskich.
W tych krajach Ameryki
Łacińskiej, w których możliwości prowadzenia walki rewolucyjnej na drodze
procesu demokratycznego nie powstały czy uległy ograniczeniu bądź zanikły albo
gdzie ustrój burżuazyjnej demokracji kończył się za rogatkami wielkich miast,
partyzantka zachowała swoją obecność, realną czy choćby potencjalną.
W
połowie lat siedemdziesiątych walkę partyzancką prowadziły nadal, zaczynały czy
wznawiały: Armia Wyzwolenia Narodowego i Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii.
Ludowa Armia Rewolucyjna w Chile, Siły Partyzanckie Rio Araguaia w Brazylii,
Ludowa Armia Rewolucyjna i Montoneros w Argentynie, Nowa Rewolucyjna Organizacja
Bojowa w Gwatemali, Ludowa Armia Rewolucyjna w Salwadorze, Sandinowski Front
Wyzwolenia Narodowego w Nikaragui, Partia Ubogich w Meksyku...
Towarzyszyła
temu rewaloryzacja czynów i idei tych, którzy polegli, ale pozostawili po sobie
doświadczenie walki o wyzwolenie narodowe, bodaj najbogatsze w dotychczasowej
historii walk rewolucyjnych w Ameryce Łacińskiej.
Załącznik - ciekawy fragment odezwy ELN, która określa swój stosunek do klasy robotniczej
W 1972 roku bojownicy ELN stwierdzali: „Określona - bardzo
poważna - część klasy robotniczej uległa penetracji wtrętów ideologii
burżuazyjnej; troszczy się jedynie o interesy ekonomiczne, koncentrując swoją
walkę na podwyżce płac". W rezultacie „klasa robotnicza -w całości jako taka -
jest zacofana w stosunku do dynamiki procesu rewolucyjnego. Dlatego też dzisiaj
klasa robotnicza nie jest u nas rewolucyjną awangardą. Rolę tę odgrywa
chłopstwo, uzbrojone — owszem — w ideologię proletariacką. Nie negujemy tego, że
klasa robotnicza odegra swoją rolę w rewolucji, wręcz przeciwnie. Klasa
robotnicza musi stać się podstawowym czynnikiem procesu rewolucyjnego. W obecnej
jednak sytuacji nie wzięła ona jeszcze na siebie roli, jaka jej przypada.
Okoliczność ta rzuca zarazem światło na osobliwości walki rewolucyjnej w
Kolumbii, ponieważ organizacja miejska będzie się umacniać w miarę tego, jak
robotnicy włączać się będą do udziału w rewolucji. Gdy zaś organizacja miejska
zasilać będzie wieś swoimi proletariackimi kadrami rewolucyjnymi, to partyzantka
także się umocni i fakt ten przyspieszy zwycięstwo
rewolucji".