Tekst pochodzi z Trybuny http://www.trybuna.com.pl/aneks/aneks.htm?id=26101
Kręte szlaki popkultury
Gadżety
rewolucji
Niedawno minęła 75. rocznica urodzin Ernesto Che Guevary. W
informacji tej nie byłoby niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dotarła ona
do przechodniów w dziesiątkach polskich miast za pośrednictwem plakatów
promujących najnowsze wydawnictwo lokalnej filii wielkiego koncernu
rozrywkowego. Płyta o wdzięcznym tytule "Muzyczna rewolucja" zawiera kolekcję
starych i nowych utworów poświęconych najsłynniejszemu partyzantowi minionego
stulecia. Niezależnie od wartości artystycznej materiału zamieszczonego na
"rewolucyjnej" składance premiera tej płyty stanowi dobry pretekst dla refleksji
nad zjawiskiem rozwijającym się dynamicznie w kulturze popularnej od jakiegoś
już czasu.
Oto bowiem w wirtualnym świecie kolorowych magazynów,
muzycznych stacji telewizyjnych i wszystkich innych kanałów, którymi rozlewają
się przekazy produkowane w ramach młodzieżowego (a więc zdecydowanie
największego) segmentu przemysłu rozrywkowego, pojawiły się treści żywcem
wyrwane z rzeczywistości kontestacyjnych ruchów społecznych.
Zaczęło się
to mniej więcej w roku 1997. Przypadająca wówczas 30. rocznica męczeńskiej
śmierci Ernesto Che Guevary stała się pretekstem dla tyleż niespodziewnego, ile
gwałtownego wybuchu zainteresowania postacią reprezentującą
historyczno-ideologiczny ruch, który po restauracji kapitalizmu w krajach Bloku
Wschodniego wydawał się ostatecznie odesłany na śmietnik historii. Zaledwie
osiem lat po zadekretowaniu końca wszelkich socjalistycznych złudzeń słynny
wizerunek Che ze zdjęcia Alberto Kordy pojawił się na koszulkach, czapeczkach,
znaczkach, plakietkach, okładkach czasopism i płyt. Na ulicach miast po obu
stronach Atlantyku zaroiło się od młodych ludzi obnoszących symbole kubańskiej
rewolucji. W księgarniach pojawiło się kilkanaście nowych biografii Che, zaś
pewna norweska firma mleczarska wyprodukowała nawet napój czekoladowy z jego
portretem i jego krótkim życiorysem na pudełku. Liczne wytwórnie muzyczne
zarzuciły rynek składankami z utworami poświęconymi bądź zainspirowanymi
postacią i dziełem romantycznego guerillero.
Jak się miało wkrótce
okazać, rozpętana w ten sposób guevaromania nie miała być tylko krótkotrwałym
epizodem wśród poddanych dynamicznej rotacji trendów popkultury. Z dzisiejszej
perspektywy zasługuje ona na miano pierwszej jaskółki zwiastującej zasadniczą
zmianę na tym rynku. Wciąż modna i eksploatowana ikona Che stała się jej
symbolem.
W ciągu ostatnich paru lat zapanowała tu mianowicie moda na
rewolucję. Minęły już dawno czasy, gdy bohaterami reklam byli wbici w nienaganne
garnitury miejscy profesjonaliści w hybrydalnym, młodo-starym wieku. Na drugi
plan zeszli też futurystycznie poprzebierani przedstawiciele narkotycznej
subkultury techno. Dziś z billboardów promujących pewien znany supermarket z
wyposażeniem wnętrz spogląda sam el comandante efektownie ozdobiony opaską z
okiennej zasłony, zaś kampania jednej z największych na naszym rynku firm
telekomunikacyjnych obwieszcza "rewolucję w popie" posługując się wizerunkiem
starszej kobiety upozowanej na Che. Ten sam chwyt wykorzystała Madonna, która na
okładce swej najnowszej płyty wystąpiła w mundurze i budzącym jednoznaczne
skojarzenia berecie.
REWOLUCJA JEST TRENDY
Nie samym jednak
Guevarą pop się żywi. Na koszulkach modnych marek pojawiły się sierpy i młoty
oraz skróty nazw Kraju Rad czy Niemiec Wschodnich. Dla odważniejszych i bardziej
zaawansowanych ideologicznie wypuszczono na rynek t-shirty ozdobione portretami
Lenina, a nawet nieco zapomnianiego Ho Shi Minha. Zawrotną karierę robią symbole
ruchu antyglobalistycznego, a ostatnio też antywojennego. W ozdobionych nimi
wdziankach paradują nawet prezenterzy ultrakomercyjnych muzycznych stacji
telewizyjnych. Nie ma wątpliwości - rewolucja, a właściwie jej estetyczne
reprezentacje stały się trendy.
Wydawać by się mogło, że sytuacja ta
powinna być wielce obiecująca dla tych, którym Fukuyamowski koniec historii
kojarzy się niedwuznacznie z końcem nadziei na zmianę świata, gdzie co roku 30
mln ludzi umiera z głodu, a górne 20 proc. ziemskiej populacji kontroluje 84
proc. światowego bogactwa. Rzeczywiście, jeżeli porównamy popowe mody początku
lat 90. z tym, co dzieje się teraz, możemy odnieść wrażenie czegoś całkiem
pozytywnego. Bezwstydny kult konformizmu i wulgarnej konsumpcji ustąpił przecież
miejsca symbolom i ideom buntu moralnego, a nawet politycznego
sprzeciwu.
Moda na protest wydaje się pod każdym względem lepsza niż moda
na robienie kariery za wszelką cenę. Bądź co bądź, wartości wiążące się z walką
o lepszy świat stanowią etyczny fundament nowoczesnej kultury
śródziemnomorskiej. Problem w tym, że wylansowanie symboli kontestacji odbyło
się kosztem ich politycznej treści. Wbrew wszelkim pozorom to rewolucyjne
dziedzictwo zostało zinstrumentalizowane przez przemysł kulturowy a nie
odwrotnie. Rządząca nim bezwzględnie logika towarowej wymiany rozdziela
kontestacyjną formę estetyczną od jej społecznych kontekstów skuteczniej niż
najbardziej represyjna cenzura.
W tym interesie nie trzeba być wrogiem
antyglobalistów, aby odrzucać krytyczny dyskurs leżący u podłoża ich bardzo
medialnych działań. Wymóg masowej sprzedażności skutecznie uniemożliwia
jakikolwiek głębszy czy kontrowersyjny z punktu widzenia obowiązującej wykładni
świata przekaz. Najgłupszy spec od marketingu wie, że gadżety z rebelianckim
sznytem znajdą masę odbiorców w populacji między 12. a 25. rokiem życia, ale
jeszcze lepiej wie, że dodanie do nich jakiejkolwiek ideologii (poza ideologią
konsumpcji, oczywiście) może skutecznie popsuć wyniki sprzedaży.
KONSUMOWANIE BUNTU
Popkultura przechwytuje bunownicze treści
czyniąc je środkiem reprodukcji swej władzy nad gustami i myślami konsumentów.
Znakomitym przykładem takiej strategii jest popularność hasła "No Logo".
Wylansowane przez kanadyjską pisarkę Naomi Klein w książce pod takim samym
tytułem stało się bojowym zawołaniem ruchu antyglobalistycznego. Wyraża się w
nim protest przeciw strategii metkowania świata, którą stosują wielkie
korporacje. Klein bezlitosnie zdemaskowała praktyki polegające na świdrowaniu
cen produktów tylko dlatego, że umieszczono na nich logo określonych firm.
Problem nie polega tu przy tym tylko na towarzyszącym temu procederowi praniu
mózgów, które zmierza do wmówienia młodej klienteli, że posiadanie, dajmy na to,
butów sportowych z firmową wszywką jest fajniejsze niż posiadanie identycznych
butów bez takiej wszywki.
Oprócz zaszczepiania nagłębszej chyba formy
konsumpcyjnego niewolnictwa, jaką pozostaje kult towarów firmowych, mamy tu do
czynienia z jedną z najbardziej odrażających form wyzysku. Tak się bowiem
składa, pisała Klein, że lwia część bardzo drogich produktów koncernów w rodzaju
Nike czy Reebok powstaje w Trzecim Świecie przy wykorzystaniu półniewolniczej, a
czasem wręcz niewolniczej pracy, zaś koszty wytworzenia są kilkanaście razy
niższe niż cena, którą firmy te narzucają klientom w świecie pierwszym. W tej
sytuacji kanadyjska pisarka zaproponowała bojkot ometkowanych przez korporacje
produktów. Tylko tak bowiem, jej zdaniem, da się zmusić je do obniżenia
irracjonalnie wysokich cen i zmniejszenia wyzysku azjatyckich i latynoskich
pracowników.
Polularność książki Klein zaowocowała modą na odzież wolną
od firmowych wszywek, która całkiem niedawno dotarła także do III RP.
Jednocześnie jednak wielkie koncerny zwęszyły w tym fascynującym skądinąd
fenomenie możliwość zrobienia dobrego interesu. Efekt jest doprawdy perwersyjny.
Po obu stronach Oceanu Atlantyckiego lansuje się dziś intensywnie ubiory z
logiem... "No Logo".
POPKULTURA JAKO IDEOLOGIA
Przykład książki
Naomi Klein dobrze ilustruje jeszcze inną istotną cechę praktyki utowarowienia
rewolucyjnej symboliki przez przemysł kulturowy. Nie jest bowiem tak, że
szefowie ponadnarodowych korporacji po prostu wpadli na pomysł sięgnięcia akurat
do tej części symbolicznego dziedzictwa cywilizacji. Siłą popkultury nie jest
przecież inwencja, ale umiejętność przekształcenia inwencji cudzej w jej
przeciwieństwo. Współczesna kultura masowa codziennie przynosi nowe dowody swego
otwarcia i zadziwiających zdolności absorbowania wszelkich możliwych treści,
symboli i znaczeń. Wyczucie koniunktury, odczytywanie panujących nastrojów,
umiejętność błyskawicznego identyfikowania, skąd wieją wiatry nowych idei, to
cechy, które wśród kadr kierowniczych przemysłu kulturowego liczą się niemal tak
samo jak wyniki finansowe kolejnych kampanii reklamowych lansujących towary,
które w danym sezonie uzyskały certyfikat modnych. Nie ma się zresztą czemu
dziwić, bo te drugie nie byłyby możliwe bez pierwszych. Z tych właśnie powodów
gadżety spod znaku czerwonej gwiazdy mogły się pojawić w modnych sklepach
jedynie jako pogłos tego, co dzieje sie w społecznej praktyce.
Wszak
rzeczywiście mamy dziś do czynienia z narastającą falą ruchów społecznych, które
kwestionują podstawy panującego porządku. Nawet tak osadzeni w establishmencie
myśliciele jak Jurgen Habermas i Jacques Derrida uznali ostatnio, że dzień 15
lutego 2003 r., gdy kilka milionów ludzi wyszło na ulice europejskich miast w
proteście przeciw planom napaści na Irak, narodziła się nowa europejska opinia
publiczna. Ten społeczno-historyczny kontekst sprawia, że rebeliancka estetyka
popu zasługuje na miano jednej z ważniejszych form ideologii naszych czasów.
Odznacza się ona szczególną siłą rażenia, a przy tym atakuje szczególnie ważny
aspekt naszej rzeczywistości.
Jak pisał wybitny francuski flozof Louis
Althusser, ideologia nie jest po prostu fałszywym wizerunkiem rzeczywistości,
ale fałszywym wizerunkiem naszego do owej rzeczywistości stosunku. W ten właśnie
sposób funkcjonuje popkultura. Nie kłamie ona przecież, gdy za pomocą swych
wszędobylskich mediów oznajmia odrodzenie nastrojów rewolucyjnych wsród rosnącej
liczby młodzieży. Mimo to produkowane w jej obrębie komunikaty mają jedoznacznie
represyjny charakter. Zarówno ich forma, jak i sposób przekazu przesądzają o
tym, że są jedynie niegroźnym spektaklem buntu.
Fałsz i perfidia
ideologii poprewolucji polegają na tym, iż głosi ona, że gadżety, które
sprzedaje, i ich konsumpcja są spełnieniem wyzwolenia, podczas gdy tak naprawdę
stanowią jedynie jego represyjny surogat i jako takie służą odwleczeniu
autentycznego przełomu.
PRZEMYSŁAW
WIELGOSZ