Poniżej fragment z książki "Fidel i religia -rozmowy z Bratem Betto" w przekładzie Janiny Perlin i Małgorzaty Dołgolewskiej, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1986, strony 331-338.
Fidel o Che Guevarze i Cienfuegosie
FREI BETTO: Dziękują, Comandante. Stawiając ostatnie pytanie
myślę o młodzieży brazylijskiej. W Brazylii, liczącej 133 milionów mieszkańców,
około 80 milionów osób jest w wieku poniżej 25 lat. Wielu spośród tych młodych
ludzi żywi wielki podziw dla pańskich dwóch towarzyszy i braci, jakimi byli
Camilo Cienfue-gos i Ernesto Che Guevara. Chciałbym prosić o pana osobiste
wrażenia dotyczące tych dwóch rewolucjonistów. FIDEL CASTRO: Trudno to ująć
syntetycznie, ale w dwóch słowach mogę powiedzieć, że Che był człowiekiem
wielkiej uczciwości, w życiu i w polityce, człowiekiem niezwykle prawym pod
względem moralnym.
FREI BETTO: Ile pan miał lat, kiedy pan go poznał?
FIDEL CASTRO: Poznałem Che, kiedy wyszedłem z więzienia i wyjechałem do Meksyku;
było to w 1955 roku. Nawiązał on już wówczas kontakty z niektórymi towarzyszami,
którzy tam przebywali. Wracał z Gwatemali, gdzie przeżył dramat interwencji CIA
i Stanów Zjednoczonych, obalenie Arbenza *, popełnione tam zbrodnie; nie wiem,
czy wyjechał z pomocą ambasady, ale udało mu się w jakiś sposób wyjechać. Był
świeżo upieczonym lekarzem, wyjeżdżał z Argentyny dwa lub trzy razy, przemierzał
Boliwię, poznał też inne kraje. Na Kubie żyje nawet argentyński towarzysz, który
wyjechał z nim, nazywa się Granado, jest naukowcem, pracuje z nami. To on
towarzyszył mu w jednej z jego podróży. Dotarli aż do Amazonii, byli w
leprozorium, coś w rodzaju dwóch misjonarzy z dyplomami lekarzy.
FREI BETTO: Był od pana młodszy?
FIDEL CASTRO: Sądzę, że był ode mnie młodszy, chyba o dwa lata. Myślę, że
urodził się w 1928 roku. Skończył medycynę. Studiował marksizm-leninizm, był w
tej dziedzinie samoukiem. Był bardzo pilny i bardzo przekonany do tych idei.
Uczyło go także życie i doświadczenie: to, co widział wokół siebie. Kiedy go
spotkałem, był już w pełni ukształtowanym rewolucjonistą; ponadto miał wielki
talent, wielką inteligencję, wielkie zdolności teoretyczne. To naprawdę smutne,
że zmarł tak młodo i nie mógł skonkretyzować w czynach i w książkach swej
rewolucyjnej myśli. Pisał bardzo dobrze,1 w sposób realistyczny i ekspresyjny,
podobny do stylu Hemingwaya, używał niewielu słów, precyzyjnych,
najwłaściwszych. Do tego dołączały się wyjątkowe zalety ludzkie: koleżeńskość,
bezinteresowność, altruizm, osobista odwaga. Nie wiedzieliśmy oczywiście o tym
wszystkim, kiedy go poznaliśmy. Podobał nam się ten Argentyńczyk - dlatego go
nazywali Che -który opowiadał o tym, co się stało w Gwatemali. Rozmowa była
krótka i szybko uzgodniliśmy, że przyłączy się do naszej ekspedycji.
FREI BETTO: Czy to wy nadaliście mu przydomek Che, czy on tak się nazwał?
FIDEL CASTRO: Przebywający tam Kubańczycy nazwali go Che; gdyby tam był inny
Argentyńczyk też nazwaliby go Che, bo tak zwykło się nazywać Argentyńczyków. Che
zdobył tak wielką sławę i szacunek, że został wcieleniem tego przydomka. Tak go
nazywali towarzysze, gdy go poznałem. Był lekarzem i jako lekarz przyłączył się
do naszej ekspedycji, nie jako żołnierz. Został oczywiście przeszkolony,
otrzymał pewne wskazówki dotyczące walki partyzanckiej. Był zdyscyplinowany,
dobrze strzelał, lubił to tak, jak lubił sport. Prawie co tydzień próbował wejść
na Popocatepetl; nigdy nie osiągał szczytu, ale zawsze na nowo próbował.
Chorował na astmę, toteż należy wysoko cenić jego wysiłki fizyczne i bohaterskie
czyny.
FREI BETTO: Czy był równie dobrym kucharzem jak pan?
FIDEL CASTRO: No cóż, sądzę, że ja chyba lepiej gotuję. Nie powiem, żebym był
lepszym rewolucjonistą niż Che, ale lepszym kucharzem - tak.
FREI BETTO: W Meksyku bardzo dobrze przyrządzał mięso. FIDEL CASTRO: Umiał piec
mięso na sposób argentyński; to można robić tylko na świeżym powietrzu. W
więzieniach meksykańskich, gdzie przebywaliśmy razem za naszą działalność
rewolucyjną, ryż, fasola, spaghetti przyrządzane na różne sposoby, to była moja
specjalność. Naprawdę byłem specjalistą od kuchni, choć on też trochę się na tym
znał. Muszę bronić swego honoru zawodowego, tak jak ty byś go bronił, lub
broniłaby go twoja matka, która w dziedzinie kulinarnej jest prawdziwym
mistrzem.
Che już wtedy zaczął wyróżniać się swoimi cechami osobowymi, intelektualnymi, a
później, w czasie wojny, ujawniły się również inne jego zalety, zdolności
wojskowe, talenty dowódcy, odwaga. Niekiedy był śmiały, zuchwały, musiałem go
trochę hamować. Kontrolowałem niektóre operacje, które on chciał przeprowadzać,
a nawet ich zakazywałem, gdyż kiedy zaczynały się walki, on zbytnio się zapalał.
Był bardzo uparty, wytrwały w działaniu. Ceniąc jego odwagę i zdolności
postąpiłem, z nim tak, jak z innymi członkami kadry; w miarę jak zdobywali
doświadczenie, szukałem nowych kadr do zadań taktycznych, a najbardziej
zaprawionych w bojach przeznaczałem do operacji strategicznych; to znaczy był
taki okres, kiedy do prostych, choć niebezpiecznych operacji wyznaczałem nowych,
wyróżniających się bojowników, aby nabyli doświadczenia w dowodzeniu małymi
oddziałami, a do zadań strategicznych zachowywałem ludzi najbardziej
doświadczonych.
Che wyróżniał się ponadto wielką uczciwością moralną. Przekonaliśmy się, że był
to człowiek głęboko ideowy, niestrudzenie pracowity, wypełniający skrupulatnie i
metodycznie swoje obowiązki, a przede wszystkim sam osobiście dawał przykład, co
było bardzo ważne. Był we wszystkim pierwszy, bardzo ściśle stosował się do
zasad, które głosił, miał wielki autorytet wśród towarzyszy, wywierał na nich
wielki wpływ. To jedna z wielkich postaci, jakie wydało to pokolenie w Ameryce
Łacińskiej, Nikt nie wie, czego udałoby mu się dokonać, gdyby przeżył.
Kiedy byliśmy w Meksyku i Che przyłączył się do naszego ruchu, kazał mi obiecać,
że po zwycięstwie Rewolucji na Kubie pozwolę mu wrócić do ojczyzny, by walczyć
tam, lub gdzie indziej w Ameryce Łacińskiej. Tak więc, wprawdzie pracował tu
przez kilka lat na odpowiedzialnych! stanowiskach, ale zawsze myślał o walce. W
końcu zawarliśmy z nim porozumienie: nie będziemy go zatrzymywali, nie będziemy
stawiać przeszkód jego powrotowi. A nawet mu pomożemy; pomogliśmy mu też w tym,
co on uważał za swój obowiązek. W owej chwili nie zastanawialiśmy się nad tym,
czy mogłoby to nam zaszkodzić. Dotrzymaliśmy obietnicy, jaką mu daliśmy i kiedy
powiedział "Chcę wyjechać i wypełnić swoją rewolucyjną misję", ja mu
odpowiedziałem: "W porządku, dotrzymamy obietnicy".
Wszystko odbyło się w pełnej harmonii. Pogłoski o rzekomych rozbieżnościach
między nim a Rewolucją kubańską były podłymi oszczerstwami. Miał własną
osobowość, własne poglądy, po bratersku dyskutowaliśmy nad różnymi sprawami, ale
zawsze panowała między nami harmonia, zrozumienie, całkowita jedność we
wszystkim, doskonałe stosunki, gdyż poza tym był to człowiek o wielkim poczuciu
dyscypliny.
Kiedy wyjechał, przez długi czas krążyły pogłoski, że miałem kłopoty z Che, że
Che zniknął. W rzeczywistości Che przebywał w Afryce, spełniał w Afryce
internacjonalistyczną misję, walczył tam wraz z grupą kubańskich
internacjonalistów u boku zwolenników Lumumby po śmierci tego wybitnego
przywódcy afrykańskiego, w dawnym Kongu belgijskim, które później przyjęło nazwę
Zairu. Che był tam kilka miesięcy. Usiłowałem mu w miarę możności pomagać, gdyż
czuł wielką sympatię do krajów afrykańskich i solidaryzował się z nimi; zdobył
tam też doświadczenie, które chciał wykorzystać do swych dalszych walk. Po tej
internacjonalistycznej misji, oczekując na powstanie w Ameryce Południowej
jakichś minimalnych choćby warunków, przebywał przez pewien czas w Tanzanii, a
potem na Kubie.
Kiedy wyjechał, napisałem znany list pożegnalny, ale nie chciałem go przez wiele
miesięcy ogłosić, z tej prostej przyczyny, że najpierw Che musiał wyjechać z
Afryki. I istotnie wyjechał, wrócił na Kubę, był tu przez pewien czas, poprosił
o grupę ochotników, którzy przedtem walczyli w Sierra Maestra, zgodziliśmy się
mu ją dać, przeszedł twarde szkolenie ze swymi towarzyszami i następnie wyjechał
do Boliwii. Zamierzał walczyć nie tylko w Boliwii, lecz także w innych krajach
oraz w swojej ojczyźnie. To wyjaśnia, dlaczego wybrał Boliwię. W tym okresie
podjęto oczywiście jątrzącą kampanię przeciw Kubie, ale wytrzymałem to i nie
opublikowałem listu. Uczyniłem to dopiero wtedy, kiedy było pewne, że Che dotrze
do wybranego przez siebie regionu Boliwii. Wtedy opublikowałem ten list.
Rozpętano w związku z tym wielką kampanię oszczerstw.
Jeśli chcesz podsumowania, to ci powiem, że gdyby Che był katolikiem, gdyby Che
należał do Kościoła, to mógłby zostać świętym, bo miał wszelkie cnoty świętego.
Pytałeś mnie także o drugiego towarzysza, o Camila. Camilo był człowiekiem z
ludu, typowym Kubańczykiem, inteligentnym, pełnym entuzjazmu, odważnym, który
już we wczesnej młodości rozpoczął działalność rewolucyjną. W pierwszych latach
walki przeciw Batiście utrzymywał kontakty ze studentami uniwersytetu. Brał
udział w kilku manifestacjach, był ranny, a kiedy w Meksyku organizowaliśmy
ekspedycję, nawiązał kontakt z naszym Ruchem, przyłączył się do nas i został
żołnierzem. Należał do tych, którzy przeżyli i prawie od razu zaczął się
wyróżniać odwagą i inicjatywą. Już w pierwszej walce - pierwszej naszej
zwycięskiej walce 17 stycznia 1957 roku, kiedy w dwudziestu dwu ludzi
zaatakowaliśmy kombinowany oddział żołnierzy i marynarzy, którzy twardo stawiali
opór, aż wszyscy zostali zabici lub ranni - Camilo się wyróżnił. Naszych rannych
przeciwników zaopatrzyliśmy wówczas w leki, udzieliliśmy im pomocy i opieki
lekarskiej.
Tak więc Camilo zaczyna się wyróżniać już od pierwszej walki jako wspaniały
żołnierz. Miał zupełnie inny charakter niż Che, był bardziej bezpośredni,
weselszy, bardziej kreolski, mniej intelektualny niż Che, był bardziej
człowiekiem czynu, ale oczywiście był też bardzo inteligentny i upolityczniony,
i choć nie prowadził tak surowego życia, jak Che, również służył innym za
przykład. Jako dowódca wyróżniał się inicjatywą, zdolnościami i odwagą w wielu
walkach. W końcowej fazie wojny wykorzystywaliśmy go do zadań strategicznych,
jak na przykład atak na prowincję Las Villas.
Camilo miał ponadto szczególną charyzmę. Jeśli patrzysz na portret Camila, jego
twarz, brodę, to widzisz, że to wizerunek apostoła, jakiego zazwyczaj
przedstawiają ryciny i malowidła; a przy tym był bardzo kreolski, bardzo
komunikatywny i bardzo odważny. Nie mógłbym jednak powiedzieć, że był zuchwały.
To znaczy był zdolny do bohateiskiego czynu, był odważny, ale nie był to
ryzykant. Być może Che miał jakieś przeczucie bliskiej śmierci, był w nim pewien
fatalizm. Camilo nie miał tego przeczucia śmierci, tego fatalizmu, ale mimo to
podejmował się najbardziej śmiałych i ryzykownych przedsięwzięć i nie dawał
wrogowi żadnej szansy. Był to znakomity, urodzony partyzant. On pierwszy z
Sierra Maestra zszedł na równinę z małą grupą partyzantów.
W pierwszych miesiącach Rewolucji Camilo robił to, co i my wszyscy, wsiadał do
samochodu, samolotu, awionetki czy helikoptera, nie podejmując żadnych środków
ostrożności. Camilo pojechał ze mną do Camaguey po zdradzie Huberta Matosa,
który wszedł w zmowę z imperializmem, dał się omotać przez klasy reakcyjne i
próbował uknuć spisek kontrrewolucyjny, który uniemożliwiliśmy bez jednego
wystrzału, z pomocą narodu. Camilo był ze mną. Poszedłem ulicą w stronę koszar
Camaguey, bez broni, przez całą wieś, aby rozbroić spiskowców, a Camilo nic mi
nie mówiąc, podjął na własną rękę akcję, żeby mnie ochronić na wypadek
niebezpieczeństwa, choć byłem pewny, że zdemoralizowani spiskowcy nie oddadzą
ani jednego strzału. Wyprzedził mnie ze swoją eskortą, dotarł do koszar, gdzie
stacjonował pułk i gdzie się znajdował Hubert Matos, rozbroił oficerów i przejął
dowództwo. Kiedy tam przybyłem, on już był na miejscu. Ponieważ Camilo był
dowódcą armii i w związku z tymi wydarzeniami spowodowanymi zdradą Huberta
Mateosa, odbył później awionetką następną podróż do Camaguey i wracał późno, pod
koniec lata, w okresie gwałtownych burz, kiedy w tych warunkach atmosferycznych
nie powinno się latać nawet bardziej sprawnymi samolotami.
FREI BETTO: W którym to roku było?
FIDEL CASTRO: Było to w październiku 1959 roku, pierwszego roku Rewolucji.
FREI BETTO: Ile miał lat?
FIDEL CASTRO: Był młodszy ode mnie. W chwili śmierci miał 27 lat. Dzisiaj mamy
samoloty z radarem, dobrą organizację i zapewnione bezpieczeństwo lotów;
samoloty mogą latać w chmurach, z ziemi śledzi się przebieg lotu. Camilo wracał
awionetką z północnej części wyspy, o zmierzchu. Następnego dnia dowiedzieliśmy
się, że Camilo wyleciał, ale nie doleciał. Wszyscy tutaj w pierwszych latach
Rewolucji mieliśmy wypadki lotnicze, w samolotach i helikopterach. Miałem je ja,
miał Raul i kilku innych przywódców. W owym czasie nie było odpowiedniej
organizacji, nie było środków bezpieczeństwa, jakie obecnie się stosuje przy
takich podróżach. Wiadomość o zaginięciu Camila nadeszła dopiero następnego
dnia. Spowodowała ona wielką konsternację, wielki ból i gorycz nas wszystkich i
całego narodu. Sam poleciałem samolotem, by przepatrzyć wszystkie wysepki w
pobliżu Kuby, szukaliśmy go w powietrzu, na morzu i na ziemi, nic nie
znaleźliśmy. To także stało się okazją do nikczemnych oszczerstw i intryg
przeciw Rewolucji. Mówiono, że z powodu rywalizacji, zawiści, zamordowaliśmy
Camila. Ale naród zna prawdę. Naród wie, że nikt z nas nigdy go nie oszukał,
naród zna nas wszystkich, zna naszą etykę, nasze zasady, nasze życie.
Powiedziałem ci, co by się stało z Che, gdyby należał do Kościoła; o Camilu mogę
ci powtórzyć to, co już powiedziałem po jego śmierci. Powołując się na jego
skromne pochodzenie, jego wybitną działalność w ciągu niewielu lat rewolucyjnego
życia, zwróciłem uwagę na niezmierzone, nieskończone potencjalne możliwości
ludu. Jako przesłanie otuchy i pociechy stwierdziłem, że w narodzie jest wielu
takich jak Camilo. Uważam, że historia tej Rewolucji i tych 26 lat wykazały, że
wśród ludu jest wielu Ca-milów. Utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że
wśród ludu jest wielu Camilów, podobnie jak w narodzie argentyńskim jest wielu
Che, a w całej Ameryce Łacińskiej są dziesiątki a może setki tysięcy takich
ludzi, jak Camilo i Che.
Z grupy 82 ludzi biorących udział w naszej ekspedycji, która dotarła na Kubę 2
grudnia 1956 roku, po pierwszych dotkliwych klęskach udało się nam zebrać
czternaście do szesnastu osób, a wśród nich byli tacy ludzie, jak Camilo i Che.
Jeśli wokół jakiejś szlachetnej i słusznej idei skupisz stu czy tysiąc ludzi,
wówczas możesz być pewny, że wśród nich znajdzie się wielu Camilów i Che.
FREI BETTO: Zanim zakończymy ten wywiad, pragną panu podziękować za ogromną
wspaniałomyślność i poświęcenie mi tak wielkiej ilości drogocennego czasu, mimo
nawału pańskich zajęć. 1 pragnę wyrazić moje osobiste, głębokie przekonanie, że
pana słowa, opinie, idee i doświadczenia dodadzą wszystkim czytelnikom, a przede
wszystkim chrześcijanom, nie tylko odwagi w ich nadziejach politycznych, lecz
także siły w ich chrześcijańskim życiu. Dziękuję, Comandante.
FIDEL CASTRO: Bardzo dziękuję.
Kiedy kończymy tę długą rozmowę, zaczyna się już następny dzień. Pewność, że trzymam w ręku materiał niezwykły, wielkiej wagi międzynarodowej i historycznej, sprawia że czuję się mały, jakbym dźwigał ciężar ponad moje siły. Ogarnia mnie braterski podziw dla Fidela i pogrążam się w milczącej, pochwalnej modlitwie.
* Jacobo Arbenz Guzman. - prezydent Gwatemali w latach 1951-1954, rzecznik reform społecznych (przyp. red. polskiej).