Poniżej fragment z książki "Fidel i religia -rozmowy z Bratem Betto" w przekładzie Janiny Perlin i Małgorzaty Dołgolewskiej, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1986, strony 135-143.


Kiedy Fidel został komunistą

FREI BETTO: Skąd się wzięła pana wrażliwość na sprawy ubogich?
FIDEL CASTRO: Podstaw jej musiałbym szukać w doświadczeniach mego dzieciństwa. Po pierwsze, tam gdzie się urodziłem, gdzie mieszkałem, żyliśmy we wspólnocie, w bliskiej wspólnocie z ludźmi biednymi, z tymi wszystkimi bosymi chłopcami. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że musieli oni zaznać wszelkiego niedostatku. Kiedy się o tym myśli dzisiaj, człowiek zastanawia się, jak to było z chorobami, cierpieniami tych ludzi. Nie mogłem wtedy zdawać sobie z tego sprawy, być świadomym tego wszystkiego, ale mieliśmy ze sobą bliski kontakt, to byli nasi towarzysze i przyjaciele we wszystkim. Chodzili z nam nad rzekę, do lasu, wspinali się na drzewa, jeździli konno, bawili się i polowali, a kiedy przychodziły wakacje, też byli naszymi towarzyszami i przyjaciółmi. Nie należeliśmy do różnych klas społecznych. Ci, z którymi chodziliśmy, spędzaliśmy czas, to byli wszystko ludzie z okolicy i razem prowadziliśmy stosunkowo wolne życie.
W Biran nie było społeczności burżuazyjnej czy feudalnej, nie było dwudziestu, trzydziestu właścicieli ziemskich spotykających się w gronie swych rodzin, zawsze razem w tej samej grupie. Mój ojciec żył w odosobnieniu. Zdarzało się, że czasami jakiś przyjaciel przejeżdżał tamtędy, rzadko my jechaliśmy z wizytą; zwykle rodzice nie wychodzili, nie odwiedzali innych rodzin, cały czas pracowali na miejscu, a my, dzieci, też byliśmy tam cały czas, utrzymując bliskie kontakty tylko z tymi, którzy tam mieszkali. Chodziliśmy do baraków Haitańczyków, do ich szałasów, i czasami łajano nas za to, ale właściwie nie dlatego, że tam chodziliśmy, tylko ponieważ jedliśmy suchą, prażoną kukurydzę przez nich gotowaną. Jedząc z nimi mogliśmy czasami popaść w kłopoty, ale nie tyle związane z problemami społecznymi, co ze zdrowiem. W domu nigdy nie robiono nam uwag: nie zadawaj się z tym a tym. Nigdy! Jak już mówiłem, nie mieliśmy stylu życia właściwego dla warstwy bogatej czy obszarników.
Oczywiście, byliśmy świadomi przywileju posiadania wielu rzeczy. Zawsze traktowano nas z pewnym poważaniem, zawsze coś takiego dawało się odczuć. Ale rzeczywistość była taka, że wychowywaliśmy się i rośliśmy wśród tych ludzi, bez żadnych przesądów. Obca nam była kultura burżuazyjna, obca nam była ideologia burżuazji. To był element, który musiał mieć na mnie wpływ.
Myślę, że wtedy rodziły się w nas różne wartości etyczne. Rodziły się w szkole, dzięki profesorom, ale również w kręgu rodziny, w domu. Tego, że nie wolno kłamać, dowiedzieliśmy się bardzo wcześnie. Nie ma wątpliwości, że w wychowaniu, które otrzymaliśmy w domu, były już pewne wartości etyczne. W tym, czego uczyli nas ojciec, matka, cała rodzina, na pewno była jakaś etyka. Nie była to etyka marksistowska, etyka filozoficzna, była to etyka religijna. Bardzo wcześnie poznaliśmy pojęcia dobra i zła. W całej naszej społeczności każda zasada etyczna opierała się na religii. W tym środowisku i w tej atmosferze religijnej - choć istniały pewne irracjonalne wierzenia, takie jak to, że jeśli sowa przelatuje i śpiewa, lub jeśli kogut robi to czy tamto, to może wydarzyć się nieszczęście - przestrzegało się tradycyjnych norm etycznych.
Potem samo życie, o którym ci opowiedziałem, zaczyna również wyrabiać w tobie poczucie, co to znaczy czynić źle, łamać normy etyczne, popełniać niesprawiedliwość, nadużycie, oszustwo. Samo życie, a więc nie tylko wpojono ci pewną etykę, lecz także sam doświadczasz tego, czym jest pogwałcenie etyki i czym są ludzie nie mający żadnej etyki. Zaczynasz mieć pojęcie o tym, co jest słuszne, a co niesłuszne, zaczynasz także mieć poczucie godności osobistej. Byłoby trudno, sądzę, że to niemożliwe, gruntownie wyjaśnić, skąd się bierze i na czym się opiera poczucie godności osobistej. Mogą być ludzie mniej na to uwrażliwieni, to zależy od charakteru jednostki. Dlaczego jedna osoba jest bardziej buntownicza niż druga? Sądzę, że warunki, w jakich ludzie się wychowują, mogą sprawić, że może się być bardziej lub mniej buntowniczym; może mieć na to również wpływ temperament, charakter poszczególnych ludzi. Są osoby bardziej posłuszne, inne mniej, jedni mają większą skłonność do dyscypliny i posłuszeństwa, inni mniejszą. Jest jednak faktem, że w toku życia człowiek zaczyna rozróżniać, co jest słuszne, a co niesłuszne.
Sądzę, że w tym sensie przez całe życie miałem w sobie zakorzenione pojęcie sprawiedliwości i niesprawiedliwości, i to od najmłodszych lat, bo sam to widziałem i przecierpiałem. Sądzę, że ćwiczenia fizyczne i sport mogą także nauczyć rygoru, dyscypliny, odporności na wielki wysiłek, woli osiągnięcia celu, dyscypliny narzuconej samemu sobie.
Wywierali też na mnie niewątpliwie wpływ profesorowie, jezuici, a zwłaszcza jezuici hiszpańscy, którzy potrafili wpoić mi głębokie poczucie godności osobistej, niezależnie od ich poglądów politycznych. Poczucie honoru osobistego ma każdy Hiszpan, a jezuita ma je w wysokim stopniu: uznanie dla charakteru i prawości ludzi, szczerości, odwagi osobistej, zdolności do wyrzeczeń - oni umieli głosić te wartości. Tak, profesorowie na pewno wywierają wpływ. Nie ulega wątpliwości, że jezuici wywarli na mnie wpływ swymi rygorami organizacyjnymi, dyscypliną i systemem wartości. Oni mieli wpływ na kształtowanie się osobowości, w tym i na poczucie sprawiedliwości. Być może była to sprawiedliwość dosyć elementarna, ale stanowiło to punkt wyjścia.
Sądzę, że idąc taką drogą człowiek dochodzi do wniosku, iż nie do pomyślenia jest nadużycie, niesprawiedliwość, zwykłe upokorzenie drugiego człowieka; te wartości kształtują się w świadomości ludzi i towarzyszą mu. Sądzę, że zawdzięczam wiele jezuitom, przede wszystkim posiadanie pewnych norm etycznych, a ponadto samo życie uniemożliwiło mi nabycie kultury klasowej, świadomości klasy uważającej się za odmienną i wyższą od pozostałych. Sądzę, że to była podstawa, na której później rozwinąłem swoją świadomość polityczną.
Jeśli wartości moralne połączą się z duchem buntu, odrzuceniem niesprawiedliwości i z tym wszystkim, co zaczynasz wysoko. Cenić, a czego inni ludzie mogą nie uznawać, a mianowicie z takimi cechami, jak poczucie godności osobistej, honoru i obowiązku - to wszystko, moim zdaniem, może sprawić, że człowiek zdobywa świadomość polityczną. Jeśli ponadto, jak to jest w moim przypadku, nie zdobywam tej świadomości po prostu dlatego, że pochodzę z klasy ubogiej, proletariackiej czy chłopskiej, nie zdobywam jej po prostu z powodu mojej sytuacji społecznej, to dochodzę do tej świadomości poprzez myślenie, poprzez rozumowanie, poprzez rozwój uczuć i głębokiego przekonania.
Sądzę - jak już mówiłem - że wiara, zdolność rozumowania, myślenia, analizowania, medytowania, oraz zdolność do rozwoju w sobie uczuć, mogą sprawić, że człowiek dochodzi do idei rewolucyjnych. W moim przypadku należy też zwrócić uwagę na szczególną okoliczność: idei politycznych nie wpoił mi nikt, nie spotkało mnie to szczęście, abym miał jakiegoś mistrza. Prawie wszystkie postacie z naszej historii miały wybitnego mistrza, nauczyciela. Ja, niestety, musiałem być sam dla siebie mistrzem przez całe swoje życie. Jakże byłbym wdzięczny komuś, kto by mi pomógł, kiedy miałem dwanaście, piętnaście lat; jakże byłbym wdzięczny, gdyby nauczono mnie polityki; jakże byłbym wdzięczny, gdyby mi wpojono rewolucyjne idee...
Nie było możliwe wpojenie mi wiary religijnej mechanicznymi, dogmatycznymi i irracjonalnymi metodami, jak to usiłowano robić. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy byłem kiedyś wierzący, odpowiem, że tak naprawdę to nigdy. To znaczy, nigdy naprawdę nie doszedłem do wiary, do przekonań religijnych. W szkole nie byli w stanie wpoić mi tych wartości. Później odkryłem innego rodzaju wartości: przekonania polityczne, wiarę polityczną, którą musiałem sam w sobie ugruntować poprzez wszystkie moje doświadczenia, poprzez rozumowanie i uczucia.
Idee polityczne nie są nic warte, jeśli nie ożywia ich szlachetne i bezinteresowne uczucie. Z kolei szlachetne uczucia nic nie są warte bez oparcia ich na właściwej i słusznej idei. Jestem pewny, że na tych samych podstawach, na których może się dzisiaj opierać poświęcenie rewolucjonisty, wczoraj opierało się poświęcenie męczennika za wiarę religijną. Krótko mówiąc, uważam, że materiałem na męczennika religijnego był człowiek bezinteresowny, altruista, podobnie jak bohater rewolucyjny. Jest to warunek, bez którego nie może być ani bohatera religijnego, ani bohatera politycznego.
Musiałem przebyć długą drogę, aby rozwinąć w sobie poglądy rewolucyjne. Mają one dla mnie ogromną wartość, bo doszedłem do nich o własnych siłach.
FREI BETTO: Czy w grupie, która w 1953 roku zaatakowała koszary Moncada, byli chrześcijanie?
FIDEL CASTRO: Oczywiście, że byli. Tylko że my nikogo nie pytaliśmy o jego religijne przekonania. Tak, byli chrześcijanie. Ale kiedy atakowaliśmy koszary Moncada, byłem już marksistą.
FREI BETTO: Był pan już marksistą?
FIDEL CASTRO: Tak, miałem już za sobą marksistowsko-leninowskie przygotowanie i ukształtowane idee rewolucyjne.
FREI BETTO: Zdobył je pan na uniwersytecie?
FIDEL CASTRO: Tak, zdobyłem je rzeczywiście wtedy, kiedy byłem studentem uniwersytetu.
FREI BETTO: Na uniwersytecie, w walce politycznej na uniwersytecie?
FIDEL CASTRO: Tak, zdobyłem je na uniwersytecie, poprzez obcowanie z literaturą rewolucyjną. Ale ciekawa rzecz, zauważ: zanim jeszcze zetknąłem się z literaturą marksistowską, studiując jedynie ekonomię polityczną kapitalizmu, zacząłem wyciągać socjalistyczne wnioski i wyobrażać sobie społeczeństwo, którego gospodarka funkcjonowałaby w sposób bardziej racjonalny. Najpierw byłem utopijnym komunistą. Chyba dopiero na trzecim roku studiów zetknąłem się naprawdę z ideami rewolucyjnymi, z teorią rewolucji, z Manifestem Komunistycznym, z pierwszymi dziełami Marksa, Engelsa i Lenina. Przede wszystkim - i mówię ci szczerą prawdę - ogromne wwrażenie wywarły na mnie prostota, jasność i bezpośredniość, z jaką Marks objaśnił nam świat i nasze społeczeństwo w Manifeście Komunistycznym.
Oczywiście, zanim stałem się utopijnym komunistą, a potem marksistą, byłem przede wszystkim wyznawcą Martiego. Byłem nim od matury; nie wolno zapominać o wielkiej atrakcyjności myśli Martiego dla nas wszystkich, o naszym podziwie dla Martiego. Byłem zawsze pełen głębokiego i wielkiego podziwu dla bohaterskich walk naszego ludu o niepodległość w ubiegłym wieku.
Mówiłem z tobą o Biblii, mógłbym jednak porozmawiać z tobą także o historii naszego kraju, która jest nadzwyczaj interesująca z mojego punktu widzenia, pełna przykładów męstwa, godności i bohaterstwa. Podobnie jak Kościół ma swoich męczenników i bohaterów, tak samo historia każdego kraju ma swoich męczenników i bohaterów. Ta historia jest czymś w rodzaju religii. Odczuwaliśmy więc coś w rodzaju czci słuchając opowieści o "Tytanie zi brązu", jak nazywano generała Maceo, który stoczył tyle bitew, tyle zdziałał, lub kiedy opowiadano nam o Agramonte, lub o owym wielkim internacjonaliście dominikańskim i wspaniałym dowódcy wojskowym, Maximo Gomezie, który od pierwszych dni ramię w ramię walczył razem z Kubańczykami, lub o tych studentach medycyny, których rozstrzelano niewinnie w 1871 roku, gdyż pomówiono ich o zbeszczeszczenie grobu Hiszpana. Mówiono nam więc o takich ludziach jak Marti czy de C&spedes, "Ojciec Ojczyzny", ponieważ w naszej szkole, obok "historii świętej", o której już rozmawialiśmy, uczono nas drugiej historii świętej, historii kraju i jego bohaterów. Nie przejąłem tego raczej od rodziny, bo nie miała ona po temu dostatecznego wykształcenia, lecz dała mi to szkoła i książka. I już miałem nowe wzory osobowe i wzory postępowania.
Zanim zostałem marksistą, byłem wielkim wielbicielem historii naszego kraju i Martiego, byłem jego wyznawcą. Obydwa nazwiska zaczynają się na "M" i sądzę, że ci dwaj ludzie są bardzo do siebie podobni. Jestem bowiem absolutnie przekonany, że gdyby Marti żył w takim środowisku jak Marks, wyznawałby te same idee i działałby mniej więcej w taki sam sposób. Marti żywił wielki szacunek dla Marksa i kiedyś tak o nim powiedział: "Przynosi mu zaszczyt, że stanął po stronie słabych". Kiedy Marks umarł, Marti pisał o nim bardzo pięknie. Uważam, że w myśli Martiego były rzeczy tak wspaniałe i piękne, że można stać się marksistą przyjmując za punkt wyjścia myśl Martiego. Marti oczywiście nie wyjaśniał podziału społeczeństwa na klasy, choć stał zawsze po stronie ubogich i nieustannie krytykował najgorsze przywary społeczeństwa wyzyskiwaczy.
Tak więc, kiedy natknąłem się po raz pierwszy na Manifest Komunistyczny, odnalazłem w nim wyjaśnienia, i wśród dżungli wydarzeń, w której tak trudno dostrzec przyczynę zjawisk i w której wszystko wydaje się konsekwencją niegodziwości ludzi, wad ludzi, zepsucia i niemoralności ludzi, zacząłem widzieć inne czynniki, które już nie zależą od człowieka, jego moralności i indywidualnego postępowania; zacząłem rozumieć ludzkie społeczeństwo, proces historyczny, podziały, które dostrzegałem każdego dnia. Nie potrzeba mapy, mikroskopu czy teleskopu, aby widzieć podziały klasowe, aby dostrzec tego ubogiego, który cierpi głód, gdy tymczasem drugi człowiek ma wszystkiego w nadmiarze. Któż mógłby o> tym lepiej wiedzieć niż ja, który przeżyłem jedno i drugie, a nawet w pewnej mierze cierpiałem z powodu jednego i drugiego? Jak nie rozumieć doświadczeń, jakie się samemu przeżyło, sytuacji posiadacza i tego, kto nie ma ziemi, owego bosego chłopa?
Być może zapomniałem czegoś dodać, kiedy ci opowiadałem o moim ojcu i o Biran. Mój ojciec, choć posiadał rozległe grunta, był człowiekiem szlachetnym, nadzwyczaj szlachetnym. Jego poglądy polityczne były oczywiście takie, jakie mógł mieć obszarnik, posiadacz, w nim bowiem ukształtowała się już świadomość posiadacza i musiał dostrzegać konflikt między swymi interesami a interesami pracowników najemnych, ale był to człowiek, który nigdy nie odmawiał, gdy go ktoś o coś prosił, gdy zwracano się do niego o pomoc. To bardzo interesujące.
Ziemie mojego ojca otaczały wielkie latyfundia należące do Amerykanów. Jego włości były rozległe, a dookoła nich znajdowały się trzy wielkie kompleksy cukrownicze i do każdego z nich należały dziesiątki tysięcy hektarów ziemi. Jeden z nich miał przeszło 120 tysięcy hektarów, a posiadłości drugiego sięgały 200 tysięcy hektarów. Była to sieć cukrowni. Amerykańscy właściciele bardzo rygorystycznie zarządzali swoimi dobrami, byli nieubłagani. Właścicieli zresztą nie było na miejscu, mieszkali w Nowym Jorku i zatrudniali administratora, który miał ustalony budżet wydatków i nie mógł wydać ani jednego dodatkowego centavo.
Kiedy nastawał martwy sezon i kończyła się zafra, wielu ludzi przybywało tam, gdzie mieszkała moja rodzina. Mieli oni łatwy dostąp do mego ojca, mówili mu na przykład: "Mamy taki to a taki kłopot, głodujemy, potrzebujemy czegoś, pomocy, kredytu w sklepie". Ci, którzy nie pracowali u nas na stałe, prosili: "Potrzebujemy pracy. Proszę dać nam pracę". Najczystszą trzciną cukrową w całej Republice była trzcina mego ojca: podczas gdy inni czyścili ją tylko raz, on kazał to robić trzy lub cztery razy, aby dać zajęcie tym ludziom. Nie przypominam sobie, aby ktoś przyszedł o coś prosić mego ojca, a on nie starał się znaleźć jakiegoś rozwiązania. Niekiedy protestował, gderał, narzekał, ale zawsze wykazywał wspaniałomyślność; to była charakterystyczna cecha mojego ojca.
W czasie wakacji i ja musiałem pracować. Kiedy byłem młodym chłopcem, posyłali mnie do' biura, a czasem do pracy w sklepie. Musiałem poświęcać na to część wakacji i pracowałem niezbyt ochoczo, ale nie było rady. Nie mogę usunąć z pamięci obrazu tylu biedaków, którzy przybywali bosi, obdarci, wygłodzeni, by kupić coś na kredyt w naszym sklepie. Ale mimo to, była to jednak oaza szczęścia w porównaniu z życiem, jakie wiedli robotnicy z jankesowskich latyfundiów w tak zwanym martwym sezonie.
Kiedy zacząłem wyznawać idee rewolucyjne i zetknąłem się z literaturą marksistowską, ujrzałem bardzo dokładnie kontrasty między bogactwem a ubóstwem, między rodziną posiadającą rozległe pola a tymi, którzy nie mieli absolutnie nic. Czy ktoś musiał wyjaśniać mi problemy podziałów klasowych, wyzysku człowieka przez człowieka, jeśli ja to widziałem na własne oczy i jeśli w pewnej mierze sam tego doznałem?
Jeśli są w tobie pewne cechy buntownicze i jeśli spotkasz się z ideą, która ci wszystko rozjaśni w głowie, tak jak mnie ta idea pomogła zrozumieć świat i społeczeństwo, w jakim żyłem i jakie wszędzie widziałem, to jak możesz nie uznać tego za prawdziwe objawienie polityczne? Ta literatura poruszyła mnie głęboko, naprawdę mnie podbiła. Jeśli Odyseusza oczarowały śpiewy syren, to mnie urzekły niekwestionowane prawdy literatury marksistowskiej. Chwyciłem to od razu, zacząłem rozumieć, zacząłem widzieć; przekonałem się potem, że podobnie się działo z wieloma moimi rodakami, gdyż wielu towarzyszom, którzy nie mieli nawet pojęcia o tych sprawach, ale którzy byli ludźmi uczciwymi i pragnącymi położyć kres niesprawiedliwości w naszym kraju, wystarczyło dostarczyć kilku elementów teorii marksistowskiej, by skutek był ten sam.
FREI BETTO: Czy ta świadomość marksistowska nie zrodziła w panu uprzedzeń w stosunku do chrześcijańskich rewolucjonistów, którzy - jak Frank Pais - przystąpili do Ruchu 26 Lipca? Jak to wyglądało?
FIDEL CASTRO: Pozwól mi to wyjaśnić. W rzeczywistości nigdy nie było - ani z mojej strony, ani ze strony innych towarzyszy, o ile sobie przypominam - żadnych zastrzeżeń wobec kogoś z powodów religijnych. Wówczas - jak już et mówiłem - byłem już w pełni ukształtowanym marksistą-leninistą. Kiedy w 1950 roku ukończyłem uniwersytet, w krótkim czasie, można by powiedzieć, stworzyłem sobie całkowitą koncepcję rewolucji nie tylko w sferze idei, lecz także celów oraz form, w jakich należało je urzeczywistniać w praktyce, metod dostosowywania ich do warunków naszego kraju. Sądzę, że było to bardzo ważne. Kiedy wstąpiłem na uniwersytet, już od pierwszego roku byłem związany z partią opozycyjną, która zajmowała bardzo krytyczne stanowisko wobec korupcji, kradzieży i oszustw politycznych.

Hosted by www.Geocities.ws

1